Alicja Majewska: „Nie mam czasu się zestarzeć”

Alicja Majewska śpiewa już blisko 50 lat. (Fot. Mateusz Stankiewicz/ Samesame

Alicja Majewska to więcej niż piosenkarka. To ikona. Jej przeboje – „Być kobietą”, „Odkryjemy miłość nieznaną”, „Jeszcze się tam żagiel bieli” – zna cała Polska. Nieustannie w trasie. Wiosną nagrała z Włodzimierzem Korczem kolejną płytę, a na niej 12 nowych piosenek.

Dużo światła jest w pani nowych piosenkach. „Uśmiech wędruje daleko” – mówiła pani kiedyś…
[Śmiech]. Cytat za Joyce’em. Jestem postrzegana jako osoba pozytywna, wnosząca radość. To dobrze. Sama lubię spotykać się z ludźmi, którzy emanują radością. Nieraz wbijam szpilę Włodkowi Korczowi, bo potrafi zejść na śniadanie w hotelu i nie wiem, co go boli, nie potrafi się uśmiechnąć. Mówi potem, że jak rozgląda się po świecie, to boli go dusza. Ale ja uważam, że zawsze można na ten świat spojrzeć z jego lepszej strony. Piosenki Wojtka Młynarskiego są mi bliskie, dlatego że bez względu na problem, jaki poruszał, zawsze była ta iskierka nadziei, „radości łza”.

„Radość i ból istnienia” z nowej płyty?
To z tekstu Tomasza Misiaka. Tak ujął naszą egzystencję. Są radość i ból istnienia, ale mimo to „żyć się chce”. Pamiętam ostatnie spotkania z moją nauczycielką śpiewu, panią Olgą Ładą, dzięki której dziś nie muszę obniżać tonacji, jestem przy głosie. Była samotna i traktowała mnie jak córkę. Była już słabiutka, nie mogła jeść, ale była bardzo zdyscyplinowana. Mówiła z uśmiechem, resztkami sił: „Jeszcze pożyć, pożyć, Alusiu”. Każdemu życie kiedyś dopiekło. Czasem jest tak czarno, że już światła nie widać. A przecież można odszukać radość życia. To banał, aby doceniać życie, ale tak!

Pamiętam pani wywiad dla „Wysokich Obcasów” o 12-letniej opiece nad mamą, jej odchodzeniu. Pani się w nim w ogóle nie skarżyła…
Mama była bardzo czynna do 84. roku życia. Potem miała udar. Po nim afazję. Nie mogła się porozumieć. A miała świadomość. Nikt z nas, ani siostra, ani mój brat, nie dał mamie odczuć uciążliwości, a było wiele bardzo trudnych sytuacji, były szpitale, cierpiała. Była od nas zależna pod każdym względem. Ale to bardzo jasny okres w moim życiu, mimo tragedii mamy. Ważny i dobry. Pewnie najważniejsze doświadczenie, które dodało wartości mojemu życiu – poczucie niezbędności w istnieniu drugiego człowieka.

Kiedy mama odeszła, straciła pani poczucie niezbędności?
Pewnie, że tak.

Pogodziła się pani z tym?
Życie zmusza nas do godzenia się z wieloma rzeczami, na które nie mamy wpływu.

Jaki był tato?
Miał niebieskie, dobre oczy, piękne ręce. Dbał o nie. Kiedy palił w piecu, chwytał szufelkę z węglem w rękawiczkach. Miał wykształcenie muzyczne. Grał na skrzypcach, akordeonie, pięknie śpiewał. Po nim mam muzykalność. Prowadził chóry szkolne, a potem na emeryturze chór seniorów. Był społecznikiem. Wiele robił dla ludzi. Zbudował szkołę, zorganizował pomoc dla biednej powojennej społeczności wiejskiej.

Czasem zagląda pani w rodzinne strony?
O, tak. Nawet wczoraj, na koncercie w Tarnobrzegu, była pani, której mama pracowała z moimi rodzicami. Całe życie słyszałam o nich pozytywne wspomnienia. Dzieciństwo spędziłam w Olbierzowicach, głębokiej sandomierskiej wsi, bez światła elektrycznego. Do 12. roku życia odrabiałam lekcje przy lampie naftowej. Mój tato był kierownikiem szkoły, mama nauczycielką. Pochodził z Kieleckiego, ale dostał pracę na Wołyniu. Tam poznał moją mamę. Był przystojny, z czupryną kręconych włosów. Po trzech miesiącach znajomości podjęli decyzję o ślubie. Na Wołyniu urodziła się Basia, najstarsza siostra.

Jak rodzice wydostali się z Wołynia?
Żona woźnego, Ukraińca, była Polką. W nocy woźny ostrzegł rodziców przed niebezpieczeństwem. Natychmiast zapakowali na furmankę małą Basię, część dobytku… Wojnę przetrwali u rodziny ojca w Przepiórowie, cała rodzina mamy tu zjechała. Wiem, że tato próbował po wojnie odnaleźć tę rodzinę, która uratowała im życie. Ale okazało się, że zamordowano ich za pomoc. Basia zmarła na zapalenie opon mózgowych. Miała sześć lat. Była genialnym dzieckiem. Na tajnych kompletach, mimo że była sześciolatką, dostała świadectwo ukończenia trzeciej klasy. Skomponowała trzy melodie do wierszy Konopnickiej, które tato zapisał i potem wykonywał z prowadzonymi przez siebie chórami.

Żyła pani w micie zmarłej siostry?
W micie jej muzykalności. Pamiętam taką opowieść – gdzieś na peronie stacji kolejowej tato trzymał Basię na ręku, a ona idealnie czysto śpiewała hymn Polski. Ktoś szarpał tatę za rękę: „Czy pan wie, że to genialne dziecko?”. Moja druga siostra i brat urodzili się w Sandomierskiem. Ja we Wrocławiu, gdzie mama pojechała, bojąc się jakiejś komplikacji.

Muzyka była zawsze?
Byłam muzykalną dziewczynką, więc śpiewałam na przyjęciach towarzyskich i rodzinnych, potem na akademiach szkolnych. Ponoć wzruszałam do łez. Ciocia Alinka, która zamieszkała we Wrocławiu, postanowiła zabrać mnie do siebie, aby się takie zdolne dziecko nie zmarnowało na wsi. Na szkołę muzyczną było jednak za późno. Ale przez trzy lata mieszkałam w pięknym, wielkim mieście. Kiedy rodzice postanowili przenieść się bliżej Warszawy, zamieszkałam z nimi. Maturę zdałam w Liceum im. Tomasza Zana w Pruszkowie, które kilka lat wcześniej skończył Wojciech Młynarski. W Pruszkowie był dom kultury, a w nim zespół wokalny. Śpiewałam w nim, potem ktoś mnie wypatrzył, zaangażował i tak, kiedy moi koledzy podczas studiów zarabiali, myjąc okna czy bawiąc dzieci, ja dostawałam pieniądze za śpiewanie. Stać mnie było na modne gadżety, ciemne okulary, drogie pończochy czy obiad w Szanghaju, jedynej chińskiej restauracji w Warszawie. Jakież to było ekscytujące jechać na koncert do Kutna czy Siedlec! Potem szczęśliwie trafiła się Partita, czyli popularność, autografy, lepsze stawki, no i prestiżowe koncerty, nawet zagraniczne… w NRD czy Związku Radzieckim. Rodzice obawiali się o moją psychikę, kiedy przygoda z piosenką się skończy. Szczęśliwie ciągle trwa, jest moim sposobem na życie. Żal mi tylko, że żadna, nawet najbardziej atrakcyjna propozycja zawodowa już nie ucieszy tak, jak kiedyś perspektywa występu w tym Kutnie czy Siedlcach…

W piosence „Skąd te łzy” śpiewa pani o sobie?
W tekście Andrzeja Sikorowskiego są refleksje estradowca przemierzającego trasy. Zimny prysznic się trafił niejeden/bo porażka pasuje do sław. Każdy z nas, estradowców, ma chwile szczęścia, ale też niedosyty, niespełnienia, gorycze. Od lat śpiewam piosenkę Wojtka Młynarskiego „Piosenki, z których się żyje”, w niej jest całe kredo.
Okulary ciemne o świcie […], cienką herbatę siorbią z termosów/I mówią – ty się nie martw, kochana, jeszcze ty rzucisz Łódź na kolana/Na przekór wszystkim i mimo wszystko, jeszcze ty w Łomży zrobisz nazwisko.

Alicja Majewska od ponad 40 lat tworzy artystyczny duet z Włodzimierzem Korczem (fot. Mateusz Stankiewicz/ Samesame)

Dlaczego przez 19 lat nie nagrała pani płyty?
Mając świadomość, że nie da się już wypromować piosenki, którą będzie śpiewała cała Polska, nowego „Żagla…”, jakoś nie miałam motywacji. Od czasu do czasu wierciłam dziurę w brzuchu Włodzimierzowi Korczowi. Ale dla kogo? Po co? Z czasem dostawaliśmy coraz więcej sygnałów, że publiczność jednak czeka na nowe piosenki. I tak trzy lata temu nagraliśmy dla Sony Music płytę „Wszystko może się stać”. Uwierzy pan, jeśli powiem, że są ludzie, którzy przychodzą po 15, 30 razy na mój koncert? Mnie to zaskakuje. Nie możemy się z Włodkiem nadziwić, a gramy razem 44 lata, że ludzie wykupują bilety, gramy w znakomitych akustycznie nowych pięknych salach, filharmoniach. Ogromnie to doceniamy, że możemy dzisiaj smakować inny standard życia estradowego.

Pani nigdy nie chciała się zmienić. Łatwo było zachować konsekwencję?
Mam następującą przypadłość: nie wiem, czego chcę, ale wiem doskonale, czego nie chcę. Jestem teraz w dobrym miejscu, więc myślę, że wybrałam właściwą drogę. Usłyszałam kiedyś od pewnego taksówkarza, że dobra piosenka to taka, która „jest mądra w słowach, a melodię ma miłą dla ucha”. Mnie to kryterium przekonuje, więc przez całe moje zawodowe życie staram się opierać na świetnych tekściarzach, a któż skomponuje milej dla ucha niż Włodzimierz Korcz?

Jaka była Alicja Majewska, kiedy decydowała się na solową karierę?
Decydowała? Nie tak po prostu. Byłam zmuszona. W Particie wysiadał mi głos. Odeszłam z zespołu nieszczęśliwa, nie chciałam podejmować pracy pedagoga, choć to był mój zawód wyuczony.

Nie była pani odważna?
Ja? Skądże. Dopiero w ostatnich latach zaczynam siebie doceniać. Patrzę na swoje zdjęcia sprzed lat i widzę ładną dziewczynę, a wcale tak nie uważałam.

Miała pani kompleksy?
Nie. Chyba miałam za niskie poczucie wartości. Pamiętam moje pierwsze solowe pokazanie się na dużej scenie, na festiwalu w Opolu. Nie umiałam siebie właściwie ocenić. Bałam się kompromitacji, a dostałam główną nagrodę. Ja wtedy sama bym chyba nie umiała o siebie zawalczyć. Ale miałam opiekuna – to był mój mąż Janusz Budzyński [dziennikarz telewizyjny, konferansjer – przyp. red.]. Sama nigdy nie zaniosłabym dokumentów do komisji, która kwalifikowała na festiwal. Nie wierzyłam w siebie, ale miałam wokół ludzi, którzy we mnie wierzyli. Choć się z Januszem rozstaliśmy, pozostaliśmy w przyjaźni. Zmarł na późno wykryty nowotwór. Do końca byłam przy nim. Jego śmierć była dla mnie ogromną traumą. Od tego momentu regularnie się badam i powtarzam wszystkim, że trzeba się badać, aby móc zapobiec tragedii…

Co jest pani własnym słońcem? Śpiewa pani o nim na nowej płycie.
Często po koncertach zdarza mi się słyszeć, że sporej rzeszy ludzi sprawiam radość moim śpiewaniem. To moje największe własne słońce. Na poprzedniej płycie zaśpiewałam „Realny realizm”, tekst Andrzeja Waligórskiego: A jak kiedyś wyjdziecie z długów/I kłopotów będziecie mieć mniej/Kupisz sobie suknię taką długą/Jaką kiedyś miała Doris Day […]/A dla niego – wytworny smoking/I pójdziecie oboje na bal […]/A wasz syn będzie mądry i duży/I mieć będzie jakąś śliczną dziewczynę/I w tysiące kolorowych podróży/Wyjedziecie z tą dziewczyną i z synem. Marek Niedźwiecki wybrał tę piosenkę do emisji w radiowej Trójce. Któregoś razu dostałam list od pani, która usłyszała ją w dziesiątą rocznicę ślubu. Żyli z mężem skromnie, bo ciągle czekał na jakąś fantastyczną propozycję, która ich ustawi na całe życie. Zrozumiałam, że ten mąż buja w obłokach, choć tego nie napisała. Zrobiła kolację, włączyła radio i nagle usłyszała, że śpiewam o nich. Dało jej to nadzieję.

Dla pani życie nie jest obok?
O, nie, życie jest tu. Zawód, jaki przyszło mi wykonywać, to nie tylko scena. To również próby, podróże, hotele, garderoby, spotkania po koncercie, rozmowy, dzielenie się emocjami, przyjaźnie. To nie jest obok, to również jest życie.

Przejmującą piosenkę „Żal niebieski” dedykuje pani Zbigniewowi Wodeckiemu.
Pracę nad płytą zaczęliśmy rok po odejściu Zbyszka. Włodek powiedział, że ma potrzebę, aby była na niej piosenka poświęcona jego pamięci. Pewnie sama nie śmiałam o tym pomyśleć. Monika Partyk napisała tak, że… Długo nie mogłam jej zaśpiewać w całości. Nie umiałam zaśpiewać jej na próbach. Za dużo było emocji. Ten żal do nieba: Po co tobie ten potrójny życia koncert/Ty masz chóry i orkiestry ze swych gwiazd/A w nas cisza po tych skrzypcach, po tej trąbce/Po tym głosie jak złocony wrześniem las […]. Zbyszek był ciągle w trasie, wszędzie zjednywał ludzi. Po jego odejściu ktoś zapytał: „Dlaczego on nam to zrobił?”. Nam. Czyli odszedł ktoś bardzo bliski. Stąd ogólnopolska żałoba. Wszyscy ponosimy stratę. Tyle lat się przyjaźniliśmy. Kiedy był w Warszawie, zwoływał nas. Halinka Frąckowiak, Wojtek Gąsowski… Jednoczył nas. Często bywał u mnie. Spotykaliśmy się w Krakowie. Lubił restaurację Pod Baranem. Zabierał wnuki na tatara, siedział dwie godziny i już pędził dalej. Miał tyle pomysłów. Włodek twierdził, że za dużo… Kiedy zaczęto organizować koncerty ku pamięci Zbyszka, długo nie chciałam brać w nich udziału, emocjonalnie nie byłam w stanie. Kasia, jego córka, zaprosiła mnie na festiwal… Śpiewałam z nim, z jego głosem z offu „Lubię wracać tam, gdzie byłem”. Trzymałam się, Włodek pękł, ludzie na sali pękli.

Jaki był?
Moi rodzice są pochowani na cmentarzu w Milanówku, dokąd jeżdżę regularnie, i kiedyś tam ze mną pojechał. Poprosił panów z takiego kiosku ze świeczkami i kwiatami przy cmentarzu o szczotkę i szmatę. Uporządkował ten mój grób, świeczki zapalił. Kiedy tam pojechałam już po jego śmierci, jeden z tych chłopaków powiedział: „Tak mi żal, że nie zdążyłem powiedzieć panu Wodeckiemu, że kiedyś wylicytowałem pukiel jego włosów na aukcji”. Bo Zbyszek brał udział w programie Kuby Wojewódzkiego i przyniósł pukiel swoich włosów na aukcję. Tylko Zbyszek mógł na to wpaść. Kiedy na festiwalu w Opolu dostaliśmy z Włodkiem Złote Mikrofony, był sukces, zeszliśmy za kulisy i wszyscy nam gratulowali. Zbyszek powiedział: „Muszę was zmartwić, lepiej już nie będzie”. I kiedy w ubiegłym roku zdecydowaliśmy się jechać do Opola, to miałam wątpliwości również z tego powodu. Po koncercie spojrzałam w górę i pomyślałam: „Mimo wszystko nie było tak źle, Zbyszku”.

Co dzieje się z panią przed wejściem na scenę, w kulisie?
Są artyści, którzy dużo wcześniej stoją w kulisie. A ja podświadomie wychodzę w ostatniej chwili. Do końca jestem czymś zajęta, głównie szarpię sobie włosy [śmiech]. Przykrywam nerwowość krzątaniną. Zawsze tak było. Kiedyś to był stres, by zyskać uznanie, teraz, aby je utrzymać i nie zawieść oczekiwań.

Irena Santor mówiła, że nie każdy na widowni musi być jej przychylny. Kiedy wychodzi na scenę, stara się go zdobyć.
Mnie się zdarzyło raz zejść ze sceny, kilka lat temu. To była impreza charytatywna, organizowała ją fundacja Ilony Felicjańskiej. Piękne wnętrze Arkad Kubickiego. Przyszli zaproszeni goście, bardzo elegancko ubrani. Ale był straszliwy szum, już kiedy Ilona zapowiadała koncert. Wyszłam do pierwszej piosenki, śpiewam, żyły mi pękają, i słyszę tylko harmider rozmów, nikt nie zwraca na mnie uwagi. To był odruch. „Pani Ilono – mówię – to nie ma sensu. Państwo i tak nie są zainteresowani”. I wyszłam. Włodek wstał i zszedł razem ze mną. Zaczęli nas przepraszać. Potem były brawa. Wróciłam. Zaśpiewałam jeszcze dwie piosenki. Ci ludzie tak bili brawo, że bisowałam. Myślę, że nie można nie reagować na coś, z czym się nie zgadzamy, w tym wypadku na brak kultury. Dałam sygnał i potem, jak się okazało, odniosłam sukces.

Scena to nie miejsce bezpieczeństwa?
Kiedy opiekowałam się chorą, a później odchodzącą mamą, scena była azylem, ucieczką od obcowania z bólem. Ale tak naprawdę bycie na scenie to balansowanie pomiędzy kompromitacją a sukcesem. Przez półtorej godziny próbujemy sprawić, żeby słuchający zapomnieli o rzeczywistości i żeby uwierzyli, że może być piękniej, radośniej i bardziej wzruszająco niż na co dzień. Sami też próbujemy w to uwierzyć. Jeżeli się udaje, mamy obopólny sukces. Jeżeli nie, to nam trochę głupio. Ale i tak wierzymy, że następnym razem będzie wspaniale. Patrzę z cichą nadzieją przed siebie/od łez mi błyszczy sukienka/skąd się biorą te łzy, sama nie wiem. Koleżanki, które przestały uprawiać ten zawód, pytają: „Tobie się jeszcze chce?”. Chce się. Przecież śpiewam słowami Magdy Czapińskiej: I tyle cudów wokół mnie, i tyle co dzień zdarzeń, że nie mam czasu przysiąść i spokojnie się zestarzeć.

Alicja Majewska, piosenkarka. Od 1971 roku śpiewała w zespole Partita. Karierę solową rozpoczęła w 1974 r. Rok później wygrała festiwal w Opolu piosenką „Bywają takie dni”. Laureatka wielu nagród. Nagrała kilkanaście płyt, ostatnie to „Wszystko może się stać” i „Żyć się chce”. Od ponad 40 lat współpracuje z Włodzimierzem Korczem.