1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Percepcja w pionie

Percepcja w pionie

Dziś będzie o percepcji. Doznałam w związku z nią olśnienia. Dopadło mnie, gdy siedziałam na koncercie Mikołaja Trzaski.

Myślałam sobie zawsze, że być może nie wiem dużo o historii muzyki, ze szkoły zapamiętałam to, co mi się podobało, nigdy nie uważałam na lekcjach harmonii i miałam liche stopnie z kształcenia słuchu. A jednak zagrałam 300 koncertów, nagrałam dużo piosenek, pracowałam z tymi i z owymi i może umiem przynajmniej słuchać muzyki. I tu się okazało, że niekoniecznie.

Dawno nie słyszałam free jazzu i nagle całkiem spontanicznie z wieczornego cruisingu z kolegą wynikła moja obecność w Café Kulturalna, gdzie ów gatunek, czy bardziej zjawisko, rządził. Słuchając, na początku próbowałam podążać za melodią prowadzoną przez saksofon, szaleńczo niedającą się poukładać w uszach ani nazwać, nadążyć za koncepcją, za jakąś kadencją, że coś... cokolwiek! Nie ma nic! Frazy z kosmosu, bębniarz odleciał, basista zamknął się w sobie, pan Mikołaj coś trzaska, miota się i ja jako słuchacz męczę się, próbując ich zrozumieć, szukając sensu w poziomie, uzasadnić ich frazowe wybory tym, co było wcześniej, jak wpływają dźwięki grane w tej sekundzie na to, co będzie zaraz. Ale spojrzałam na twarz perkusisty i zobaczyłam, że on autentycznie nie myśli, że jakoś tak oddycha tylko i dostaje impulsy (nie rozgryzłam jeszcze skąd, acz mam już pewne podejrzenia) do łap, kiedy mają uderzyć i w co.

Przysięgam, widziałam to. Było pewne, że grając w danej chwili, zupełnie nie pamiętał, co było dwa takty temu. I tak patrząc na niego, pozwoliłam sobie na to samo i dotarło do mnie, ża jako homo sapiens powinniśmy czasem przestać sapać w pogoni za liniowością zdarzeń, wyprostować się i percypować w pionie.

Ciągle próbujemy obudzić w sobie „tu i teraz”, ale jednocześnie skupiamy się na skutku i przyczynie. Trochę sprzeczne. Bit przecina melodie, pion z poziomem tworzą plus. Ja słuchałam samym minusem, patrzyłam raz na struny basu, raz na usta na ustniku i goniłam niedoganialne, aż coś we mnie puściło zupełnie i poczułam, że mi się płuca rozluźniają jak po wziewnych lekach dla astmatyków. Wzięłam wdech, nie analizowałam, co tam słyszę, zassałam całą zawartość. Przypomniały mi się słoiki z sali geograficznej, w których były przekroje gleb, jaka na jakiej wysokości występuje, czarnoziemy, iły, potem obrazki atmosfer, stratosfer, głębiny, jądro ziemi, galaktyki, piony! Wszystko w pionie! Mój nauczyciel śpiewu, tłumacząc, jak brać oddech, mówi, żeby brać go z dołu, z Jeruzalem: „Make your vagina suck up the earth”.

I w końcu poczułam free jazz moim Jeruzalem. Może musiałam przejść swoje, żeby w końcu to poczuć. Było warto. Żadna historia analizowana wzdłuż nie jest idealna, nie da się jednoznacznie wyjaśnić, dlaczego stało się tak, a nie inaczej, wszechobecny relatywizm nie daje nam posprzątać w myślach. Ale takie właśnie momenty, kiedy absorbujemy wszystkie czynniki naraz, nie oskarżając o nie przeszłości, nie snując oczekiwań względem przyszłości, nie myśląc, jakie korzyści przyniesie to, co teraz dziergamy, mogą zaspokajać nasze perfekcjonistyczne żądze pełni i ideału. Koniec z wnioskami, morałami i doktrynami. Nie zauważyłam, żeby historia nas wiele nauczyła. Wybijamy się od milionów lat, niszczymy swoją matkę Ziemię... Może czas zapomnieć, wziąć świeży oddech i zacząć od nowa, a za parę sekund jeszcze raz od nowa. I słuchać free jazzu, czyli tak zwanej fryty, raz na jakiś czas.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Mechanizmy obronne – jak reagujemy na trudne dla nas sytuacje? Dlaczego pozwalamy się krzywdzić?

Często w sytuacjach trudnych używamy nieświadomie mechanizmów obronnych – zaprzeczenia, wyparcia, racjonalizacji, intelektualizacji, projekcji, przeniesienia – ale one nie zawsze w życiu dorosłym nas bronią.(Fot. iStock)
Często w sytuacjach trudnych używamy nieświadomie mechanizmów obronnych – zaprzeczenia, wyparcia, racjonalizacji, intelektualizacji, projekcji, przeniesienia – ale one nie zawsze w życiu dorosłym nas bronią.(Fot. iStock)
Gdy się czegoś boimy – a najbardziej boimy się zmian – uruchamiamy mechanizmy, które wytworzyliśmy w dzieciństwie, by mniej cierpieć. Są jak kokon, który pozwala nie dopuścić do świadomości tego, co się dzieje. Problem w tym, że te sposoby obrony nie zawsze pomagają, gdy już jesteśmy dorośli. Tylko jak to zobaczyć?

„Kiedy na drugim roku omawialiśmy funkcjonowanie mechanizmów obronnych i odkrywaliśmy z podziwem potęgę tej części naszej psychiki – zaczynaliśmy rozumieć, że gdyby nie istniały racjonalizacja, sublimacja, wyparcie, te wszystkie sztuczki, którymi raczymy samych siebie, że gdyby można było spojrzeć na świat bez żadnej ochrony, uczciwie i odważnie – pękłyby nam serca” – pisze Olga Tokarczuk w książce „Bieguni”. „Dowiedzieliśmy się na tych studiach, że jesteśmy zbudowani z obron, z tarcz i zbroi, jesteśmy miastami, których architektura sprowadza się do murów, baszt, fortyfikacji – państwami bunkrów”.

Mechanizmy obronne wprowadził do języka psychologii twórca psychoanalizy Zygmunt Freud. Każdy z nas jakieś wytworzył, każdy z nas jakieś stosuje po to, by ocalić obraz siebie lub świata. Często jednak są one odbiciem w krzywym zwierciadle, a nie obiektywną prawdą. Stosowanie ich nieadekwatnie do sytuacji może nam utrudniać funkcjonowanie zarówno w życiu osobistym, jak i w relacjach zawodowych. Choć często ratują nas przed cierpieniem, to uporczywie uruchamiane, zubażają możliwość decydowania o sobie samym. Momentem, w którym najdobitniej możemy się przekonać, czy te mechanizmy nam szkodzą, czy pomagają, jest zwykle zmiana, chciana lub niechciana. Zobaczmy, jak starali się poradzić z nią nasi bohaterowie.

Gdy inni nas wykorzystują

Wszyscy mówili Bożenie, żeby rzuciła Darka, bo ten zwyczajnie ją wykorzystuje. Ona uważała swój związek za bardzo szczęśliwy, zresztą ze wszystkimi swoimi byłymi partnerami ma nawet po latach świetne relacje – mogą na nią liczyć i jest przekonana, że to działa też w drugą stronę. Do nikogo nie ma pretensji, wszystkich lubi i przez wszystkich jest lubiana. Teraz jednak w jej 10-letnim związku coś zazgrzytało, widzi, że przy przeprowadzce do większego mieszkania ze wszystkim jest sama. Z podjęciem decyzji, z wyborem mieszkania, ustalaniem terminów, pakowaniem rzeczy… Darek jest mało operatywny, nie wykazuje inicjatywy, na wszystko się zgodzi, ale trzeba mu to zorganizować i podstawić pod nos. Po raz pierwszy od dawna Bożena czuje się przytłoczona ilością zadań. Zobaczyła jasno, że Darek jej nie wspiera, nie pomaga. I że tak było zawsze – wszystkie sprawy do załatwienia i domowe obowiązki brała na siebie, nie tylko w związku z Darkiem, ale też z innymi partnerami. Czuje teraz wielką niechęć do tej przeprowadzki, do zmiany. Ale może to niechęć do Darka?

Komentuje psycholożka i terapeutka Joanna Boj:
Wygląda na to, że dopiero przeprowadzka – przedsięwzięcie spore i wymagające – zaczyna pokazywać Bożenie, w jakiej roli siebie samą obsadza. I wyobrażam sobie, że nie jest to zbyt przyjemny obraz. O ile fajniej jest myśleć o sobie jako o kimś dobrym, poświęcającym się, a nie zauważać tego, że jest się krzywdzonym. Aby coś się zmieniło, Bożena musi zauważyć, że ma prawo być w innych rolach niż tylko wspierającej kobiety. Może mieć swoje potrzeby, może potrzebować również pomocy. Z jakiegoś powodu przez lata nie widziała tego, racjonalizowała swoje miejsce w związku, wszystko interpretowała jako właściwe i zasadne, by nie zobaczyć, że jest wykorzystywana. Pewna część psychiki Bożeny blokowała tę wiedzę. Z jakichś powodów odnalazła swoją siłę w pomaganiu innym, a własne potrzeby umniejszyła, nie uznała za ważne. Może nauczyła się w dzieciństwie, że tylko będąc potrzebną, jest kimś wartościowym, i obawia się, że gdyby z tego zrezygnowała, gdyby przestała być miłą dla wszystkich, to mogłoby się okazać, że nie jest już ważna? Musiałaby zbudować swoje poczucie wartości na czymś innym niż dotychczas – a to trudne i wymagające przedsięwzięcie. Nawet bardziej niż przeprowadzka – która jednak, na szczęście, pokazała jej, że racjonalizacja jej nie chroni.

Nowy podział obowiązków

Jowita świetnie się czuła w swojej pracy, była doceniana przez szefów, z szeregowego reportera w radiu awansowała na wydawcę programów. Wszystko się zmieniło wraz z nastaniem nowego szefa. Zatrudnił na stanowisku reportera Darię, dziewczynę, z którą – co było tajemnicą poliszynela – miał romans. Jowita zauważyła, że szef niechętnie patrzy, gdy ma ona merytoryczne uwagi do jego wybranki. Później kazał Jowicie pisać raporty, jak spędziła 8 godzin w pracy, i rozliczał ją z każdej minuty. W końcu, w ramach wprowadzanych innowacji, wymyślił, że będą się z Darią wymieniać obowiązkami co tydzień. Czyli poniekąd dokonał za jednym zamachem degradacji Jowity i awansu Darii. Dziewczyny na zmianę miały dyżur reporterski albo były wydawcą programu. To tylko kwestia tygodni, kiedy Daria zastąpi Jowitę na stałe. I tak też się stało. Koledzy przecierali oczy ze zdziwienia, widząc, jak Jowita wylewnie gratuluje Darii awansu – przecież powinna być wkurzona.

Komentarz psychologa:
Znów mamy sytuację, w której osoba nie widzi tego, że jest źle traktowana. Co więcej, wydaje się, że wbrew logice, obdarowuje swoich „wrogów” pozytywnymi uczuciami. Jest taki mechanizm obronny – reakcja upozorowana. Przed czym może chronić? Uznanie, że zostało się niesprawiedliwie potraktowanym, może ciągnąć za sobą poczucie porażki, winy (że się do tego dopuściło), słabości lub inne niezbyt przyjemne uczucia. Robienie dobrej miny do złej gry pozostawia choć odrobinę poczucia godności czy kontroli nad sytuacją. Jeśli Jowita wewnętrznie siebie samą krytykuje, to uznanie, że została źle potraktowana, może wywołać lawinę ataków ze strony jej Wewnętrznego Krytyka.

Kobieta z jakichś powodów nie potrafi stanąć za sobą, obronić się, zareagować. Nie czuje swojej siły i sprawczości. Potrzebowałaby to odblokować, żeby nie musieć już udawać, że wszystko jest w porządku. Została potraktowana nie fair, a i tak nie reaguje, mechanizm obronny nie odpuszcza. Może gdyby koledzy wyrazili jasno swoje zdziwienie i oburzenie, Jowita by wreszcie to zobaczyła? Nic się nie zmieni w jej reagowaniu, dopóki sobie nie uświadomi, że ten mechanizm jej nie chroni. Gdy to zrozumie, może następnym razem tupnie nogą i stanie we własnej obronie. Albo przynajmniej zobaczy, że powinna to dla siebie zrobić, i przyjrzy się, co temu stoi na przeszkodzie.

Niewyjaśnione przeszkody

Bartek od dawna nie radzi sobie z natłokiem spraw, nie wiedzie mu się także w małżeństwie, bo przestał dogadywać się z żoną. W zasadzie tkwi w tym związku „dla dzieci” – obiecał sobie, że nie pozbawi swoich córek dorastania w pełnej rodzinie, nie chce, by cierpiały tak jak on, gdy ojciec zostawił go samego z matką. Do tego doszły problemy z używkami – trudno powiedzieć, co było pierwsze: problemy czy alkohol i trawka. Nie upija się, ale resetuje przed snem dwoma kieliszkami koniaku lub butelką piwa. Codziennie. Żona zagroziła, że odejdzie, jeśli Bartek nie pójdzie na terapię. No to poszedł. Był na pierwszej konsultacji. Ale na kolejne jakoś nie może dotrzeć. A to mu coś wyskoczy w ostatniej chwili, a to termin wypadnie mu z głowy. Bardzo chce się zmienić, wie, że droga, którą kroczy, prowadzi donikąd, ciągle jednak coś stoi mu na przeszkodzie.

Komentarz psychologa:
Można by powiedzieć, klasyczne wyparcie. Wygląda na to, że ta część Bartka, która może i chce jakiejś zmiany, nie jest dopuszczana do głosu. Został wysłany na terapię, a to jeden z trudniejszych rodzajów pacjentów. Nie wiemy, co w Bartku tak naprawdę siedzi. Czegoś się boi. Może myśli o sobie, że jest beznadziejny i nie potrafi poradzić sobie z problemami, w związku z tym uważa, że terapia jest bez sensu? Może pozostawanie w związku „dla dobra dzieci” to tylko mydlenie oczu sobie samemu, bo tak naprawdę chce i potrzebuje czegoś innego – ale zdecydowanie się na to wymagałoby wiele odwagi i przebicia się przez różne schematy, w tym społeczne? Może w ogóle Bartkowi czegoś w życiu brak, czegoś głębszego, ożywczego? Próbuje sobie tego dostarczyć używkami, ale one nigdy nie zastąpią prawdziwego doświadczenia i zmiany.

Każda zmiana boli, wymaga od człowieka ogromnego wysiłku, pracy, zmierzenia się ze zranieniami i wzięcia odpowiedzialności za siebie. To jest trudne, dlatego często decydujemy się na półśrodki w rodzaju zaprzeczania rzeczywistości. Sytuacja, w której jest Bartek, ma potencjał, żeby coś w nim poruszyć. Mężczyzna może się otrząsnąć i choć trochę się zmienić (i to niekoniecznie w sposób, w jaki chce tego żona Bartka) – ale to on musi się na to zdecydować.

Tarcze, które nie bronią

Często w sytuacjach trudnych używamy nieświadomie mechanizmów obronnych – zaprzeczenia, wyparcia, racjonalizacji, intelektualizacji, projekcji, przeniesienia – ale one nie zawsze w życiu dorosłym nas bronią. Szczególnie widać to w sytuacjach, gdy reagujemy nieadekwatnie do wydarzenia, czyli za mocno, czym budzimy zdziwienie, ale i sprzeciw otoczenia. Na przykład gdy czyjąś żartobliwą uwagę interpretujemy jak atak na siebie i zamiast równie żartobliwie odpowiedzieć, strzelamy do wróbla z wielkiej armaty, albo żeby dotkliwie ukarać – nie odzywamy się przez miesiąc.

Kolejny przykład: chcemy zmienić pracę czy wyjechać do innego miasta, ale torpedujemy swoje zamiary, nie realizujemy ich, podświadomie bojkotujemy. Wyszukujemy przeszkody – a to nie jest jeszcze właściwy moment, a to oferta mało ciekawa – byle tylko nie ponieść porażki. Uświadomienie sobie najbardziej szkodliwych mechanizmów obronnych i świadoma rezygnacja z nich pozwoli nam bardziej zadbać o siebie i swoje potrzeby.

Na szczęście są też tzw. dojrzałe mechanizmy obronne, które i w życiu dorosłym dobrze nas chronią. Na przykład poczucie humoru, które pozwala na dystans do wielu osób i spraw. Z tego mechanizmu warto jak najczęściej korzystać! Bez uczucia osobistego cierpienia i bez krzywdzenia kogoś innego.

Zobacz listę najczęściej używanych mechanizmów:

  • Wyparcie – nieprzyjmowanie do świadomości bolesnych zdarzeń lub wspomnień.
  • Zaprzeczenie – udawanie, że nic takiego się nie stało (w stosunku do przykrych wydarzeń), że to, co robię, nie jest groźne (ryzykowne zachowania).
  • Projekcja – przypisywanie własnego niechcianego impulsu komuś innemu (ktoś mnie pociąga, ale mnie odtrąca, więc oskarżam go o molestowanie).
  • Przeniesienie – przeniesienie uczuć z osoby mniej dla nas bezpiecznej na bardziej bezpieczną (w pracy nie możesz nakrzyczeć na szefa podczas konfliktu, ale w domu krzyczysz na dziecko albo męża, bez wyraźnego powodu).
  • Racjonalizowanie – szukanie usprawiedliwień, by nie dopuścić do siebie niepowodzeń.
  • Regresja – w obliczu zagrożenia zachowujemy się infantylnie, cofamy się do wcześniejszego etapu rozwoju.
  • Istnieją dojrzałe mechanizmy obronne, które i w życiu dorosłym dobrze nas chronią. Na przykład poczucie humoru pozwala nam na dystans do wielu osób i spraw.

Renata Mazurowska: psychoterapeutka, trenerka umiejętności osobistych i społecznych, prowadzi treningi grupowe, warsztaty i sesje terapeutyczne.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Styl Życia

Praktyka uważności – 7 prostych rad

Kiedy jesteśmy uważni, nie osądzamy, nie walczymy, nie opieramy się zdarzeniom, uczuciom, stanom wewnętrznym. (fot. iStock)
Kiedy jesteśmy uważni, nie osądzamy, nie walczymy, nie opieramy się zdarzeniom, uczuciom, stanom wewnętrznym. (fot. iStock)
Oto siedem porad Marscha Lukasa, psychologa, autora książki „Rewire Your Brain for Love”. Pomogą ci one być uważnym w codziennym życiu.

1. Praktykuj uważność podczas rutynowych czynności

Spróbuj wnieść świadomości do codziennych zajęć, które zazwyczaj wykonujesz jakbyś był zaprogramowany. Skup uwagę na obrazach, dźwiękach, smakach, zapachach kiedy: szczotkujesz zęby, pijesz kawę, schodzisz po schodach. Może się okazać, że takie rutynowe działanie jest bardziej interesujące niż myślałeś.

2. Ćwicz uważność od razu jak się obudzisz

Dobrze, jeśli praktyka uważności pojawia się zaraz po obudzeniu. Dzięki temu system nerwowy „ustawia się” na spokojne przeżywanie teraźniejszości. Jak to robić? Powoli i pojedynczo. Jak wstaniesz nie włączaj jednocześnie laptopa, pijąc kawę, słuchając radia i robiąc dzieciom śniadanie do szkoły.

3. Pozwól umysłowi wędrować

Podążaj za swoimi myślami, obserwuj je z dystansu, jakby były chmurami pchanymi letnim wiatrem. Zobacz dokąd cię zaprowadzą, bądź świadomy tego procesu.

4. Koncentruj się krótko

Nasz mózg lepiej reaguje na krótkie ćwiczenia uważności. Bycie uważnym kilka razy dziennie jest lepsze niż jeden dłuższy lub weekendowy trening. 20 minut jest optymalnym złotym środkiem, ale można zacząć od kilku minut. Skoncentruj się na tym, jak czujesz stopy w butach albo na tym, czy twoja szczęka jest ściśnięta czy luźna.

5. Bądź uważny, czekając

Kolejka, korki, czekanie u dentysty. Kiedy czekasz zwróć uwagę na oddech, na jego przepływ, potem skup się na odczuciach w ciele. Tym sposobem przejdzie ci zniecierpliwienie i rozdrażnienie.

6. Umów się ze sobą na hasło, które przypomni ci o uważności

Na przykład za każdym razem, gdy zobaczysz czerwony kolor, przypomnij sobie o praktyce uważności, albo wtedy gdy pijesz herbatę. Możesz zmieniać hasło.

7. Naucz się medytować

Medytacja jest najlepszym sposobem, by w krew weszła ci praktyka uważności. Można ją porównać do nauki obcego języka. Liczy się powtarzanie i systematyczność. Poszukaj grup medytacyjnych lub skorzystaj z nauki na CD.

Twórcą praktyki uważności oraz jej ogólnej definicji jest Jon Kabat-Zinn. Marsch Lukas jest jednym z następców propagujących nauki Zinn’a.

  1. Moda i uroda

Uroda w tabletce – czy warto stosować suplementy?

Opinie specjalistów na temat suplementów diety są podzielone. Wśród nich występują zarówno ich gorący zwolennicy, jak i zdeklarowani przeciwnicy. Co więcej, na obronę każdego z tych poglądów można znaleźć poparcie w wynikach badań. (Fot. iStock)
Opinie specjalistów na temat suplementów diety są podzielone. Wśród nich występują zarówno ich gorący zwolennicy, jak i zdeklarowani przeciwnicy. Co więcej, na obronę każdego z tych poglądów można znaleźć poparcie w wynikach badań. (Fot. iStock)
Znasz to powiedzenie: „jedno jabłko dziennie trzyma doktora daleko ode mnie”? Ciekawe, z którego roku pochodzi. Dziś trzeba zjeść pięć jabłek, żeby dostarczyć organizmowi tyle samo składników odżywczych, ile z jednego owocu w 1950 roku.

Opinie specjalistów na temat suplementów diety są podzielone. Wśród nich występują zarówno ich gorący zwolennicy, jak i zdeklarowani przeciwnicy. Co więcej, na obronę każdego z tych poglądów można znaleźć poparcie w wynikach badań. A informacje dotyczące stosowania suplementów bywają naprawdę niepokojące. Znane są doniesienia o tym, że zbyt wysokie dawki witaminy E (nazywanej witaminą młodości i płodności) sprzyjają chorobom serca. Nadmiar witaminy B12 nasila trądzik, a podawanie beta-karotenu palaczom może być dla nich niebezpieczne. „Przeprowadzono badania z udziałem sportowców, którzy właśnie z powodu uprawiania sportu narażeni są na silny stres oksydacyjny, jednocześnie jednak dzięki regularnym treningom poprawiają naturalną odporność organizmu. O dziwo, okazało się, że dodatkowe podawanie witamin niszczy ten precyzyjny, samonapędzający się mechanizm” – pisze dr Yael Adler w „Skóra – fascynująca historia”. Ostatnio zaczęły mi mocniej wypadać włosy. Pierwsze, co zrobiłam, to sięgnęłam po suplement z biotyną, która jest w niemal każdym produkcie „na włosy i paznokcie”. Potem usłyszałam od dermatologa, że mam ją odstawić, bo… może powodować wypadanie włosów.

Suplementacja spersonalizowana

Suplementacja to uzupełnianie. Uzupełnianie czegoś, czego nie brakuje, może być szkodliwe. Dlatego zanim zaczniemy brać suplementy, warto zrobić badania lub przynajmniej porozmawiać ze specjalistą, który zna pewne zależności. Jeśli spędzasz dużo czasu pod gołym niebem – prawdopodobnie nie potrzebujesz witaminy D, bo twoja skóra wytwarza jej wystarczająco dużo pod wpływem słońca. Ale możesz za to potrzebować więcej kwasów omega-3, które chronią skórę przed skutkami ekspozycji na szkodliwe promieniowanie. Jeżeli masz bardzo obfite miesiączki, może ci brakować żelaza. Jeśli jesteś bardzo aktywna, możesz mieć obniżony poziom magnezu, a kłopoty z pamięcią mogą być oznaką niedoborów witamin z grupy B. Sundose to firma, która przygotowuje szyte na miarę zestawy suplementów. Na podstawie dokładnego wywiadu online lub badań krwi dietetycy dobierają te składniki, których uzupełnienie może poprawić stan twojego zdrowia, samopoczucie czy wygląd skóry. Wymaga to przejścia wywiadu zdrowotnego, co zajmie ci około 15 minut. W niektórych sytuacjach potrzebne będą indywidualna konsultacja i wyniki badań krwi.

Białko młodości

Kolagen to włókniste białko, które występuje w organizmie człowieka w największej ilości. Stanowi 30 proc. białek w całym ciele i aż 70 proc. zawartości skóry. Wcześniejsze badania naukowe nie potwierdzały jednoznacznie, że suplementacja kolagenu wpływa na skórę. Teraz już wiemy, że wzmacnia strukturę skóry i zwiększa jej zdolność do zatrzymywania wilgoci, zapobiega powstawaniu zmarszczek. Wzmacnia włosy i paznokcie. Dba też o dziąsła – zapewnia ich sprężystość i elastyczność, zapobiegając chorobom przyzębia.

Płynny kolagen do picia Dr. OHHIRA 10 × 20 ml/359 zł. (Fot. materiały prasowe)Płynny kolagen do picia Dr. OHHIRA 10 × 20 ml/359 zł. (Fot. materiały prasowe)

Ważny, choć śladowy

Cynk jest teraz niezwykle modny. Mówi się o nim na każdej konferencji dermatologicznej. To pierwiastek śladowy zaangażowany w mnóstwo procesów zachodzących w organizmie – również w skórze. Pomaga wytwarzać warstwę rogową i ochronną barierę naskórka, wzmacnia włosy. Niedobór cynku może skutkować wypadaniem włosów, łamliwością paznokci, wypryskiem na skórze, aftami w ustach, zajadami. Rośnie ryzyko zarażenia się kurzajkami. Terapia cynkiem przynosi szybkie efekty, wystarczą trzy tygodnie. Poleca się go również przy wyprysku alergicznym. Cynku nie powinno się suplementować dłużej niż trzy miesiące bez badań krwi, ponieważ obniża on poziom miedzi w organizmie.

Cynk organiczny Trio 15 mg  Aliness 100 tabl./24,90 zł. (Fot. materiały prasowe)Cynk organiczny Trio 15 mg Aliness 100 tabl./24,90 zł. (Fot. materiały prasowe)

Złoty środek

Kurkuma to naturalny związek polifenolowy pochodzący z kłącza ostryżu długiego o silnych właściwościach antyoksydacyjnych. Ma szerokie spektrum działania – przeciwbólowe, przeciwzapalne, chroni przed chorobami cywilizacyjnymi, pobudza pracę neuronów, wspierając pracę mózgu. Korzystnie wpływa też na cerę, głównie na produkcję elastyny. Ma potencjał rozjaśniający przebarwienia i zapobiegający powstawaniu nowych. Redukuje zmarszczki. Zwalcza stany zapalne skóry, trądzik, egzemę. Dla urody warto stosować kurkumę zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie.

Licur 7000 z witaminą D3 bio medical pharma 30 kaps./79,90 zł. (Fot. materiały prasowe)Licur 7000 z witaminą D3 bio medical pharma 30 kaps./79,90 zł. (Fot. materiały prasowe)

  1. Styl Życia

Korea Południowa – kultura i obyczaje. Jacy są Koreańczycy?

Dzięki sztuce adaptacji, Koreańczycy zachowali swoją tożsamość, mimo regularnych inwazji sąsiadów i silnych wpływów amerykańskich po II wojnie światowej. (Fot. iStock)
Dzięki sztuce adaptacji, Koreańczycy zachowali swoją tożsamość, mimo regularnych inwazji sąsiadów i silnych wpływów amerykańskich po II wojnie światowej. (Fot. iStock)
Jeszcze 30 lat temu Korea Południowa leżała na peryferiach globalnej gospodarki, dziś jest jednym z najbardziej zaawansowanych technologicznie państw na świecie. Czego możemy się nauczyć od społeczeństwa, które w takim tempie osiągnęło tak spektakularny sukces?

Republika Korei to prawie połowa górzystego wąskiego półwyspu otoczonego morzem, zamieszkanego przez ponad pięćdziesiąt milionów ludzi, którzy nie boją się niczego, a już najmniej ciężkiej pracy. Gdy wszyscy idą w prawo, oni idą w lewo, gdy ktoś mówi, że coś jest niemożliwe, oni przekornie dowodzą, że wszystko da się zrobić. Są w stanie, tak jak w swoich tradycyjnych daniach, połączyć i wymieszać wszystko ze wszystkim: stare z nowym, twarde z miękkim, wyszukane z pospolitym. Wybuchowi, wylewni i serdeczni. Przywiązani do etykiety, oficjalni i eleganccy. Niewolni od kompleksów wyrosłych z trudnej historii, mimo to uparcie pokazujący światu, że ich kraj jest inny. Inny od wszystkich. Że kroczy swoją własną drogą. Cała naprzód, a najlepiej jeszcze pod prąd. Szybko, bo nie ma czasu. Byle do przodu – pisze Marcin Jacoby w książce „Korea Południowa. Republika żywiołów”. Autor znany przede wszystkim jako sinolog, jest mocno związany z tym krajem – jego żona jest Koreanką z Południa, co daje mu dostęp do wiedzy, której nie sposób zdobyć bez pomocy lokalsów czy chociażby znajomości języka.

Zebrane przez niego obserwacje, uzupełnione własnymi poszukiwaniami (zrodzonym z fascynacji historią półwyspu i, przyznaję, także serialami) posłużyły mi do stworzenia krótkiego poradnika na temat dobrego życia po koreańsku.

Lekcja pierwsza: sztuka adaptacji

To ona pozwoliła zachować Koreańczykom swoją tożsamość przez wieki, mimo regularnych inwazji sąsiadów i silnych wpływów amerykańskich po II wojnie światowej. Dla osób wychowanych w zachodniej kulturze, gdzie promuje się indywidualizm, nunchi, czyli dosłownie „miara oka” – określenie na koreańską inteligencję emocjonalną, może być mało intuicyjne. Opiera się bowiem głównie na adaptowaniu do zastanej sytuacji.

Do najważniejszych zasad nunchi należy umiejętność czytania między wierszami, uważne słuchanie zamiast zalewania rozmówcy gradem pytań, przestrzeganie reguł zachowania i obserwowanie całości kontekstu z otwartym umysłem. Na przykład w Korei Południowej żadnemu sprzedawcy nie przyszłoby do głowy zapytać, czy klient chce torebkę – każda rzecz pakowana jest prawie jak na prezent – ale już w koreańskim sklepie w Warszawie takie pytanie pada, bo ekspedienci zaobserwowali, że u nas często z reklamówek rezygnujemy. To dość przyziemna sprawa, ale wynika właśnie z nunchi. Warto się w nim ćwiczyć, bo tzw. bystre nunchi zapewnia dobre relacje, a te przynoszą korzyści niezależnie od szerokości geograficznej.

Republika Korei to prawie połowa górzystego wąskiego półwyspu otoczonego morzem, zamieszkanego przez ponad 50 mln ludzi wybuchowych, wylewnych i serdecznych. (Fot. iStock)Republika Korei to prawie połowa górzystego wąskiego półwyspu otoczonego morzem, zamieszkanego przez ponad 50 mln ludzi wybuchowych, wylewnych i serdecznych. (Fot. iStock)

Lekcja druga: poczucie wspólnoty

W Korei Południowej już od małego uczy się dzieci zwracania z szacunkiem do innych. W języku przyjmuje to postać dość skomplikowanych do opanowania przez obcokrajowców formuł grzecznościowych (uzależnionych przede wszystkim od wieku i statusu społecznego), na co dzień sprowadza się do zasady „nie jesteś sam”.

Stąd właśnie bierze się cały szereg zachowań, na przykład związanych z biesiadowaniem, w którym jak w soczewce skupiają się obyczaje. Choćby ten, że na koreański stół zwyczajowo, przynajmniej w sytuacjach nieformalnych, trafia szereg dań w małych miseczkach. Stawiane są na środku, jednak nikt nie nakłada sobie porcji na swój talerz z ryżem, a za każdym razem sięga pałeczkami po odrobinę potrawy. To „jedzenie z jednej miski” bierze się właśnie z poczucia wspólnotowości – dla kogoś mogłoby zabraknąć, więc jak mogę troszczyć się tylko o to, żeby się samemu najeść?

Wspólnotowość mieszkańców Korei Południowej wyraża się w spontanicznych propozycjach wyjścia na miasto, którym często towarzyszy hasło 'ja stawiam'. (Fot. iStock)Wspólnotowość mieszkańców Korei Południowej wyraża się w spontanicznych propozycjach wyjścia na miasto, którym często towarzyszy hasło "ja stawiam". (Fot. iStock)

Ta sama perspektywa ujawnia się m.in. w komplementowaniu posiłku, co Marcin Jacoby ilustruje przykładem z życia domowego. „Gdy żona ugotuje coś dobrego, w Europie naturalnym zwyczajem byłoby powiedzenie czegoś w rodzaju: Dziękuję, było pyszne!, czyli: JA dziękuję, bo MNIE to smakowało. W Korei Południowej bardziej naturalne będzie powiedzenie: Ojej, ale się napracowałaś, czyli: TY musiałaś ciężko pracować, żeby przygotować coś dobrego. Przejawia się w tym myślenie relacyjne, zawsze o tej drugiej osobie”.

Wspólnotowość, a właściwie towarzyskość wyraża się także w spontanicznych propozycjach wyjścia na miasto, którym często towarzyszy hasło „dziś ja stawiam”. Nikogo to nie dziwi, w Koreańczykach nie rodzi też potrzeby rewanżu. Owszem, innym razem płaci ktoś inny, ale nie ma to nic wspólnego z wyliczeniem co do grosza. Znajoma opowiadała mi, że kiedy jako stażystka świeżo po studiach czekała na pierwszą wypłatę, mogła zaprosić kolegów z pracy tylko na lody, ale i tak wszyscy się dobrze bawili. Jeśli jednak zaproszonym jest obcokrajowiec, może dojść do nieporozumienia.

W zbiorze artykułów, które ukazały się pod tytułem „Struktura świadomości Koreańczyków”, koreański dziennikarz Lee Gyutae opisuje swój wyjazd na safari z parą Amerykanów, podczas którego zapłacił za lunch całej trójki. Koreańskim zwyczajem – wyjaśnia. W dalszej drodze jego towarzysze początkowo prosili kierowcę o częste przystanki na kawę, owoce czy przekąskę, a po pewnym czasie to się zmieniło. Obserwując ich postawę, Gyutae uświadomił sobie, że chcieli zrewanżować mu się za gościnę, a gdy tylko suma wydatków podczas tych krótkich przerw – za każdym razem to oni zapraszali – osiągnęła koszt lunchu, poczuli, że spełnili swój obowiązek. Nieświadomi tego, że zachowanie dziennikarza było spontaniczne, a ich poprawność tylko sprawiła mu przykrość.

Lekcja trzecia: eklektyzm

Kuchnia koreańska od kilku lat cieszy się rosnącym zainteresowaniem poza krajem pochodzenia, i to nie tylko w Stanach Zjednoczonych, co mogłoby wynikać z dużej grupy imigrantów, ale nawet w Polsce. To raczej światowy trend towarzyszący zainteresowaniu K-popem, K-dramą, K-beauty i innym elementom kultury życia codziennego eksportowanym na wszystkie kontynenty. I mimo że kuchnia koreańska za granicą ma raczej formę popularną, to zachowuje swój rdzeń, czyli mix smaków (szczerze mówiąc przede wszystkim ostrych).

Kultura mieszania, jak wyjaśnia Marcin Jacoby, wiąże się z ceremoniami ku czci przodków, którym składano potrawy ofiarne, ale Koreańczycy zaadaptowali ją do wszystkich sfer życia. Zatem choć współczesność zwłaszcza w wielkich miastach (w samym Seulu mieszka dziś ponad 9,5 mln osób, a w drugiej co do wielkości aglomeracji Pusan – prawie 3,5 mln) bardzo silnie naznaczona jest wpływami amerykańskimi: zapożyczenia językowe, marki ubrań czy sieciówki kawowe, nie oznacza to odrzucenia własnych obyczajów. Głównym elementem kuchni jest w dalszym ciągu kimchi, czyli kiszonki z warzyw; na uroczystościach rodzinnych, zwłaszcza ślubach, wiele osób pojawia się w tradycyjnych strojach, tzw. hanbokach, i liczni mieszkańcy Korei Południowej niezależnie od wyznania zwracają się o pomoc do szamanek.

Koreańczyków już od małego uczy się szacunku do innych. W uproszczeniu sprowadza się to do zasady 'nie jesteś sam', co przejawia się m.in. w jedzeniu z przysłowiowej jednej miski. (Fot. iStock)Koreańczyków już od małego uczy się szacunku do innych. W uproszczeniu sprowadza się to do zasady "nie jesteś sam", co przejawia się m.in. w jedzeniu z przysłowiowej jednej miski. (Fot. iStock)

Lekcja czwarta: trening schludności

O ile wiele zagranicznych obyczajów trudno jest bezpośrednio implementować, bo trzeba by zmian systemowych czy wcześniejszej edukacji społecznej, to już bycie schludnym nie wymaga niczego poza dobrą wolą. (Terapeuci alarmują wprawdzie, że tzw. trening czystości zabija w nas kontakt z ciałem i odczuwanie emocji, ale wierzę, że higienę można sobie przyswoić w mniej inwazyjny sposób). Koreańskim symbolem schludności są publiczne łaźnie, podzielone na kilka stref, w tym ostatnią wypoczynkową, która bywa, że staje się noclegownią. Nie tylko dla backpackersów, ale – jak zauważyłam w kilku serialach – także dla okresowo pozbawionych domu Koreańczyków. Co ciekawe, zamiłowanie do higieny łączy się z powszechnym w koreańskim społeczeństwie brakiem genu wywołującego nieprzyjemny zapach potu. Przeprowadzone na uniwersytecie w Bristolu badanie wskazuje, że ma go mniej niż promil mieszkańców półwyspu. I dla porównania: ok. 98 proc. mieszkańców Europy...

  1. Psychologia

Ojciec i syn. Kiedy nadchodzi czas na oczyszczającą rozmowę o przeszłości?

Ojcowie często nie mówią otwarcie o pragnieniu miłości i akceptacji. Szukają kontaktu, odwołując się do synowskiego obowiązku troszczenia się o starego ojca, do poczucia winy. A synowi trudno rozpoznać te sygnały jako wyraz chęci zbliżenia się. (Fot. iStock)
Ojcowie często nie mówią otwarcie o pragnieniu miłości i akceptacji. Szukają kontaktu, odwołując się do synowskiego obowiązku troszczenia się o starego ojca, do poczucia winy. A synowi trudno rozpoznać te sygnały jako wyraz chęci zbliżenia się. (Fot. iStock)
Porządkujące, oczyszczające rozmowy o przeszłości z ojcem to najlepsze, co syn może zrobić dla siebie. To także szansa dla ojca. I dla całego systemu rodzinnego. W ten sposób mężczyźni przełamują pokoleniową falę niezrozumienia, chłodu i obcości między ojcami i synami – mówi Benedykt Peczko w rozmowie z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.

Przyjaciel opowiadał mi o przełomowym momencie w jego dorosłej relacji z ojcem. Otóż oglądał z synkiem „Czterech pancernych i psa”, ten odcinek, gdy Janek odnajduje ojca i idą tak do siebie wzdłuż brzegu morza. I wtedy właśnie mój przyjaciel wybuchnął płaczem, zaczął szlochać, co nie zdarzyło się nigdy w trakcie jego dorosłego życia. Gdy ochłonął, uświadomił sobie, jak bardzo tęskni za ojcem. Pamiętał dwie sceny z tatą z dzieciństwa, a potem już go nie było, mama niechętnie go wspominała. Niedawno odnalazł ojca.
Pogratulować. Ten mężczyzna zrobił coś bardzo ważnego dla siebie, swojego syna i przyszłych pokoleń mężczyzn. Zwracając się do ojca, zaakceptował przeszłość. Zaakceptował niedoskonałość ojca, a poprzez to także własną niedoskonałość. Nie wstydził się emocji. Nazwał je i pozwolił, aby nim pokierowały.

Czasem ojciec czeka na rozmowę z synem całe życie. Czeka, aż syn powie: „Tato, może nie wszystko było super, ale starałeś się, byłeś dobrym ojcem, dziękuję ci”. Robert Bly, autor „Żelaznego Jana”, twierdzi, że większość mężczyzn umiera w poczuciu, że nie sprawdzili się jako ludzie i jako ojcowie. Dorosły syn ma moc, by uspokoić sumienie ojca.
Ojcowie czekają na to, ale raczej nieświadomie. Szukają sposobności, aby odbudować kontakt z dorosłym synem. Robią to niezgrabnie, na przykład prosząc, aby syn załatwił im coś w urzędzie. Ojciec nie mówi otwarcie o pragnieniu miłości i akceptacji. Szuka kontaktu, odwołując się do synowskiego obowiązku troszczenia się o starego ojca, do poczucia winy: „Nie przyjeżdżasz, nie dzwonisz…”. Synowi trudno rozpoznać te sygnały jako wyraz chęci zbliżenia się. Dlatego zbywa ojca: „Wiesz, jaki jestem zajęty”. A gdyby tak spytał: „Stęskniłeś się za mną, tato? Chciałbyś się spotkać, porozmawiać? Spotkajmy się”. To mógłby być dobry początek rozmowy.

Z kolei gdy synowie chcą się zbliżyć – bo np. obejrzeli poruszający film – ojciec jest przerażony! To jest autentyczna historia: Syn dzwoni do ojca i mówi: „Tato, ostatnio myślałem, co dla mnie zrobiłeś, i chcę ci podziękować. Kocham cię…”. A ojciec na to: „Dobrze się czujesz?”.
Albo: „Mów od razu, czego potrzebujesz!”, albo: „Bądź mężczyzną! Widzę, że się rozklejasz”. Ojcowie, którzy przez całe życie odcinali się od swoich uczuć, nie są w stanie przyjąć uczuć syna.

Jak miałaby wyglądać rozmowa między ojcem a synem po latach milczenia, zdawkowych powitań i pożegnań, chłodu i obojętności?
Trzeba uporządkować i oczyścić przeszłość. Syn nazywa i wyraża uczucia, jakie żywi do ojca. Mówi, jak zapamiętał dzieciństwo, jak się czuł jako dziecko, co przeżywał i czego doświadczał, i jak to wpłynęło na jego dorosłe decyzje i wybory.

Wielu ojców stosowało i stosuje wobec synów przemoc psychiczną, emocjonalną, a nierzadko fizyczną. Jak o tym mówić bez gniewu, wściekłości czy lęku?
Mówić o tym, jak trudno mówić: „Jeszcze dziś czuję paraliżujący lęk, gdy przypominam sobie, jak musiałem przed tobą uciekać, drżałem już w momencie, gdy słyszałem twój pijany bełkot za drzwiami po nocy. Bardzo cierpiałem i chcę, żebyś o tym wiedział. Ciągle jestem wściekły, gdy pomyślę, co działo się w domu. Potrzebuję ci o tym powiedzieć i jestem pewny, że ty potrzebujesz usłyszeć. Nie oskarżam cię, nie oczekuję, żebyś mnie przepraszał, tylko żebyś wysłuchał”.

Ojcowie w takich sytuacjach zaprzeczają, bronią się, atakują, oskarżają syna o niewdzięczność.
Jednak stało się – syn powiedział, a ojciec usłyszał. Ten przekaz nie ginie. Ojciec nie jest na tyle silny i dojrzały, żeby spokojnie przyjąć słowa syna, ale na głębszym poziomie czuje ulgę, gdy to, co ukryte, zostaje nazwane. Synowi łatwiej wtedy zaakceptować ojca takim, jaki był i jaki jest. I relacja między nimi pomału się zmienia – jest prawdziwsza, bardziej bezpośrednia.

Raczej nie ma co liczyć na to, że ojciec się otworzy, przyzna do błędów, powie: „Tak mi przykro, synu, że cię opuściłem, że byłem przyczyną twojego cierpienia”. Taka reakcja wymagałaby sporej samoświadomości, a przede wszystkim akceptacji swojej niedoskonałości. Ojcowie często wpadają w pułapkę doskonałości. Nie wiedzą, że przyznanie się do błędu wobec syna i najbliższych jest wyrazem siły. To jest cecha wojownika.

Ojcowie nie mogą się pogodzić z tak jawną niesprawiedliwością, przecież się starali, żeby syn miał wszystko, wyszedł na ludzi.
Syn może wtedy powiedzieć: Doceniam to, jestem wdzięczny, ale zabrakło mi tego i tego. Dobrze, żeby przed rozmową z ojcem poznał jego historię, dzieciństwo, młodość; dowiedział się, jakim presjom i ograniczeniom podlegał. Gdy syn poznaje szerszy – rodzinny, społeczny, polityczny – kontekst życia ojca, zaczyna postrzegać go nie tylko jako sprawcę cierpienia, ale także jako ofiarę, a to wiele zmienia.

Gdy zagłębiamy się w historię życia naszych ojców, uświadamiamy sobie, że oni także – jak każdy – na swój sposób dążyli do szczęścia. Mogli robić to w opaczny sposób, który niósł cierpienie, ale my także fundujemy sobie i innym rozmaite odmiany cierpienia. W czym jesteśmy lepsi?

Gdzie miałaby się odbyć rozmowa z ojcem?
Rozmów może być kilka. Można wracać do różnych wątków z przeszłości. Gdzie? Na pewno w cichym, spokojnym miejscu. Można zaprosić ojca do siebie, na długi spacer, na ryby. To może być też rozmowa przy okazji wspólnego malowania mieszkania, prac w ogrodzie. Gdy jest więcej czasu, można zabrać ojca na kilka dni do miejsc jego dzieciństwa. Już samo bycie razem jest budujące i integrujące.

Czytałam o mężczyźnie, który zabrał ojca do lasu i powiedział: „Nie wrócimy, dopóki się nie rozmówimy!”. Inny zamknął na klucz drzwi szpitalnego pokoju, w którym ojciec leżał, i oznajmił: „Teraz cię mam!”.
Mężczyźni bywają zdumieni tym, że gdy odważą się wyrazić gniew i wściekłość wobec ojca, to pod tymi uczuciami odnajdują smutek i żal; a gdy wypłynie smutek, zostaje już tylko miłość. Spontanicznie zaczyna napływać mnóstwo ciepłych uczuć, wspomnienia dobrych chwil z ojcem: gdy uczył jeździć na rowerze, otulał kurtką, czytał do snu.

Jeden z mężczyzn, wiedząc, że będziemy rozmawiać na ten temat, zapytał, co zrobić, gdy ojca nie ma i nigdy nie było w życiu syna.
Napisać list. Jeśli zasiadamy do pisania z pustką w głowie, to właśnie tak zacząć: „Czuję pustkę. Nie wiem, o czym pisać…”. Potem podążać za tym, co się pojawia, co odczuwamy. Pozwolić popłynąć opowieści. Gdy list jest gotowy, odczytać go na głos, wyobrażając sobie ojca, który to słyszy. Takich listów można napisać na przestrzeni miesięcy czy lat kilka. Można je spalić, zakopać, wrzucić do rzeki. Podobnie postępujemy w przypadku, gdy ojciec nie żyje. Wyobrażamy sobie, że siedzi naprzeciwko i słucha. Możemy mówić też do zdjęcia.

To wydaje się proste. Jednak bezpośrednia rozmowa z zamkniętym emocjonalnie ojcem, gniewnym i nieszczęśliwym, to jak zderzenie z lodową ścianą. Dlaczego mężczyzna miałby podjąć to wyzwanie?
Ponieważ to najlepsze, co może dla siebie zrobić. Jeśli za tym nie pójdzie, będzie nosić w sobie ciężar, a to pochłania mnóstwo energii i komplikuje życie. Szczera rozmowa z ojcem to także szansa dla ojca na przyjęcie odciętych części siebie; niewykluczone, że z niej skorzysta.

Co dzieje się w życiu mężczyzny, który nie skonfrontował się z ojcem?
Przenosi relację z ojcem na relacje z innymi mężczyznami. W kontakcie z mężczyznami starszymi czuje lęk i napięcie. Widać to na przykład w pracy. Bardzo często młodzi menedżerowie zachowują się bezwzględnie wobec starszych mężczyzn, dokonują cięć kadrowych. Mówi się wtedy, że starsi mają nawyki, których nie sposób wykorzenić, że korporacji potrzebna jest świeża krew. Miałem takiego klienta: na szczęście zanim zwolnił dobrego fachowca, zorientował się, że widzi w nim ojca, wobec którego nie wyraził lęku, złości i rozpaczy, i że chęć zwolnienia go jest podświadomą zemstą na ojcu.

Czy mężczyzna może być dobrym liderem, szefem czy przywódcą, gdy w środku jest zrozpaczonym, smutnym chłopcem? Gdy nie podjęliśmy próby konfrontacji z autorytetem ojca, to tak, jakby chłopiec w nas ciągle nie mógł dorosnąć. Czy może być szefem ktoś, kto nie dorósł? Mężczyzna ma poczucie, że jest słaby, nie poradził sobie, nie wyraził swoich uczuć i potrzeb, uległ. Ale nie pokazuje tego, stara się być silny, chodzi na siłownię, żegluje, jeździ na nartach, gra w tenisa. Zachowanie tych pozorów wymaga potwornego wysiłku. Niemożliwe, aby taki mężczyzna mógł czerpać z pracy radość i satysfakcję. Z pewnością czerpie różne gratyfikacje, finansowe, prestiżowe, towarzyskie. Może dążyć do kariery – menedżerskiej, naukowej czy artystycznej – jednak trudno mu poczuć się spełnionym człowiekiem. Rola lidera wymaga umiejętności emocjonalnych. Cele, strategie, techniki kreatywności są ważne, jednak najważniejsze jest to, co dzieje się między ludźmi. Lider, który nie radzi sobie z emocjami, pogarsza sytuację w firmie.

Mężczyzna, który nie skonfrontował się z własnym ojcem, boi się być ojcem. Niejednokrotnie spotykałem młodych mężczyzn, którzy nie mogli się zdeklarować w tym względzie, co w końcu doprowadzało do rozpadu ich związków z kobietami. To były dramatyczne sytuacje, ponieważ kochali te kobiety. Jednak tak sabotowali temat małżeństwa i rodzicielstwa, że kobiety w końcu były zmuszone podjąć decyzję o rozstaniu.