fbpx

Mela Muter – wielka postać kobieca współczesnego malarstwa

Mela Muter - wielka postać kobieca współczesnego malarstwa
Mela Muter w swojej pracowni w Paryżu, 1966. (Fot. Keystone Pictures USA/Zuma Press/Forum)

Malarka bardziej polska czy francuska? Na pewno nie brakowało jej silnej artystycznej osobowości. „Droga Przyjaciółko – pisał do niej poeta Rainer Maria Rilke – z pewnością pewnego dnia zrobi Pani mój portret, mimo że mam wstręt do pozowania, do ściągania ostatniej skóry, która jest powłoką naszej widzialnej powierzchni. Jakże nie ustąpić przed Pani temperamentem!”.

Miała 24 lata, kiedy namalowała swój pierwszy duży wizerunek zatytułowany „Autoportret w świetle księżyca”. Drobna, smukła, ciemnooka, z zaróżowionymi policzkami, w białej sukni. W tym delikatnym dziewczęciu krył się jednak mocny charakter i determinacja. Już za kilka lat znany francuski poeta i krytyk sztuki André Salmon napisze, że „wspaniale przysłużyła się malarstwu polskiemu poprzez najbardziej świadome, jak tylko można sobie wyobrazić, potwierdzenie swojej własnej osobowości”. Na potwierdzenie jej osiągnięć jest długa lista wystaw, nagród i nazwisk sławnych ludzi, którzy przychodzili jej pozować. W dwudziestoleciu międzywojennym należała do towarzyskiej i intelektualnej elity Paryża, a przez jej pracownię przewinęły się znakomitości epoki. Sławę przyniosły jej również wzruszające sceny macierzyństwa, martwe natury, pejzaże Hiszpanii, małe portowe wioski rybackie Bretanii, gaje oliwne. A jednak po wojnie, na wpół ślepa z powodu katarakty, żyła w zapomnieniu, a dziesiątki jej płócien walało się w składzie węgla na przedmieściu Paryża.

Szkicownik

W okazałym mieszkaniu Zuzanny i Fabiana Klingslandów w kamienicy na warszawskim Lesznie spotykali się młodzi pisarze, poeci, artyści, krąg liberalnych, dobrze wykształconych Żydów. Fabian Klingsland, znany przemysłowiec i kupiec, właściciel domu handlowego przy Marszałkowskiej 129, miał słabość do literatury i sztuk pięknych. Chętnie mecenasował licznym pięknoduchom – wspierał Reymonta, Staffa, Kasprowicza. Na portrecie z 1907 roku pędzla jego córki Meli Muter siedzi spokojny, poważny 70-letni pan o siwej brodzie i jasnych, błękitnych oczach. Ten portret musiał być zwieńczeniem jego artystycznych aspiracji. Kupiec Fabian był dumny z dzieci, które spełniły jego marzenia o świecie sztuki dalekim od dusznego światka ksiąg handlowych. Syn Zygmunt został cenionym krytykiem sztuki i dyplomatą – radcą ambasady polskiej w Paryżu. Córka była utalentowaną malarką.

Maria Melania urodziła się 26 kwietnia 1876 roku. Uchodziła za małą intelektualistkę – maturę w gimnazjum rosyjskim zdała z odznaczeniem, prywatnie uczyła się rysunku i gry na fortepianie. Długo nie mogła się zdecydować, czy wybrać muzykę, czy sztukę, bo wybitni profesorowie przepowiadali jej karierę pianistki. Ale kiedy odkładała nuty, zaraz sięgała po szkicownik. Godzinami przesiadywała w kuchni, gdzie malowała dwie ubogie dziewczynki, które schodami dla służby przychodziły do eleganckiego domu po miskę ciepłej zupy i kilka kopiejek. Ostatecznie Mela postanowiła poświęcić się malarstwu. A ponieważ wstęp do Akademii Sztuk Pięknych mieli wówczas tylko mężczyźni, studiowała przez kilka miesięcy w prywatnej Szkole Rysunku i Malarstwa dla Kobiet profesora Miłosza Kotarbińskiego. Potem po wyjeździe do Paryża w 1901 roku na krótko trafi na zajęcia do Académie Colarossi i Académie de la Grande Chaumière. Ale i tak do końca życia będzie podkreślać, że jest samoukiem. I chyba rzeczywiście tak było.

Mela Muter - wielka postać kobieca współczesnego malarstwa
Mela Muter, „Portret kobiety w białej sukni”. (Fot. Jankilevitsch Collection)

Paryż, moja miłość

„Rozkoszna wydawała mi się zawsze opowiastka o umizgach niewiernego Michała Mutermilcha, narzeczonego Meli Klingsland, przyszłej malarki Meli Muter – pisze Joanna Olczak-Ronikier w książce „W ogrodzie pamięci”. – Michał ogromnie ją kochał, zresztą z wzajemnością. A jednak podczas któregoś z wieczorków towarzyskich u rodziców Meli po kryjomu wsunął w rękę mojej przyszłej babki bilecik. Ach, słodkie, niewinne czasy. Poczuła się znieważona. Była przecież najbliższą przyjaciółką jego narzeczonej. Za kogo ją uważał, łamiąc tak brutalnie zasady przyzwoitości?

Ponoć Mela podarła ostentacyjnie karteczkę na drobne kawałki. A jednak się jej nie pozbyła. Skrawki włożyła ukradkiem do torebki, a po powrocie do domu złożyła puzzle w jedną całość. Ujawnił się miłosny wiersz, który musiał zrobić na niej wrażenie, bo zapamiętała słowa na zawsze.

Olczak-Ronikier dodaje, że Mela „czasem dawała się uprosić i troszkę zawstydzona, troszkę dumna, powtarzała głośno poetyckie wyznanie sprzed lat. Wiarołomca niedługo potem ożenił się z Melą, zamieszkali w Paryżu i parę lat później się rozwiedli. Ona zasłynęła jako bardzo dobra malarka. On zmienił nazwisko na Merle i został komunistą”.

17 maja 1899 roku w warszawskiej synagodze na Tłomackiem stanęli pod ślubnym baldachimem Melania Klingsland i Michał Mutermilch, krytyk sztuki. Niedługo potem urodził się ich jedyny syn Andrzej.

Ale Mela ma też inną miłość: „To Paryż dał mi wszystkie elementy, które składają się na moją sztukę – mówiła po latach w jednym z wywiadów. – Tu odnalazłam nawet mój słowiański charakter, którego w Polsce nawet bym zapewne nie zauważyła, a który tu wszyscy chętnie zauważają w moich płótnach. I w tym jest, jak sądzę, wielka siła Paryża; wszystkie przeróżne surowce, jakie przywozimy tu ze sobą, ulegają tu wzmocnieniu i przetapiają się w jednolity stop, rodzaj solidnego i jednorodnego metalu”. Była zauroczona miastem, które jest „tak wielorakie, tak bogate, że każdy jego mieszkaniec ma swój Paryż, Paryż dla siebie”. Odkrywała Francję krok po kroku. Podczas pierwszych wakacji w Bretanii poznała malarzy z École de Pont-Aven, zaprzyjaźnia się z Władysławem Ślewińskim. Już w 1902 roku zaczęła wystawiać w Polsce i we Francji. Była najstarsza z polskich twórców École de Paris i jako pierwsza z nich zamieszkała nad Sekwaną, przyjmując obywatelstwo francuskie. Inspirowało ja malarstwo Cézanne’a, van Gogha, artystów z Pont-Aven skupionych wokół Paula Gauguina, ale wypracowała własny mocny styl – jej obrazy chwalił m.in. Henri Matisse.

„Wraz z Luizą Hervieu i Marie Laurencin Mela Muter jest jedną z wielkich postaci kobiecych współczesnego malarstwa. Twórczość Luizy jest wyrazem namiętności, Marii – wdzięku i delikatności, zaś Meli – niezmąconej i olśniewającej siły” – pisali krytycy.

Siły i odwagi, także w opowiadaniu o sobie. W tle malowanego w 1903 roku portretu Leopolda Staffa umieściła gipsową twarz muzy i nadała jej własne rysy. Taka maska to był wówczas czytelny symbol zmysłowej i niespełnionej miłości. Kilka miesięcy później przedstawiła męża i ukochanego pochylonych nad partią szachów. Leopolda Staffa znała z czasów kulturalnych wieczorków w rodzinnym domu. Ale romans nawiązali dopiero w Paryżu. Sądząc choćby po tych malarskich motywach, Mela raczej nie starała się utrzymać ich związku w tajemnicy. Chciała odejść od męża, marzyła o życiu ze Staffem. Symboliczna, pełna napięcia „Gra w szachy” miała pewnie rozstrzygnąć o losach trójkąta. Do mediacji rodzice Meli nakłonili zaprzyjaźnionego z rodziną Jana Kasprowicza, który rozsądnie zalecał bohaterom dramatu „sześć miesięcy zastanowienia w samotności”. Na pamiątkę po mężu i kochanku zostały jej obrazy, bo i małżeństwo nie przetrwało kryzysu, i romans ze Staffem się skończył.

Mela Muter - wielka postać kobieca współczesnego malarstwa
Mela Muter, „Dwa wieki”. (Fot. Jankilevitsch Collection)

Żałoba

Jest 40-letnią rozwódką, kiedy poznaje Raymonda Lefebvre’a. Wkrótce ze sobą zamieszkają. Spotkali się wiosną 1917 roku na jednym ze spotkań socjalistów. On – młodszy od niej o 15 lat pisarz i dziennikarz – ma głowę pełną lewicowych idei. Lefebvre pochodził ze starego arystokratycznego rodu, ale przeżycia pierwszej wojny światowej zmieniły go w pacyfistę, a następnie komunistę. Przy okazji mocno podupadł na zdrowiu. Mela pielęgnowała chorego na gruźlicę przyjaciela, jeździła z nim na kuracje do sanatoriów. Zaangażowała się w działalność polityczną i społeczną, robiła pacyfistyczne ilustracje dla lewicowej prasy, weszła w krąg pisarzy i socjalistów sympatyzujących ze „związkiem intelektualistów całego świata”, powszechnie nazywanym Międzynarodówką Myśli. 7 sierpnia 1920 roku Lefebvre wyjeżdża do Moskwy na kongres III Międzynarodówki. Mela w tym czasie maluje piękne leśne pejzaże w Aumont na Lazurowym Wybrzeżu i czeka na wieści. Dopiero po kilku miesiącach do Paryża dociera wiadomość, że Lefebvre wraz z towarzyszami zginął w niewyjaśnionych okolicznościach na Morzu Białym koło Murmańska. Dzisiaj wiadomo, że statek, którym płynął, został zatopiony na rozkaz Stalina.

Dla Meli to tragiczny okres żałoby: w tym samym czasie umiera jej ojciec, niedługo potem syn Andrzej, który zmarł nagle w kąpieli. Już wcześniej dużo czytała na temat religii, a teraz załamana utratą najbliższych szuka pocieszenia i postanawia przejść na katolicyzm. Na rodziców chrzestnych poprosiła Lili i Władysława Reymontów.

Bardzo dotknie ją też śmierć Rilkego. Widzieli się zaledwie kilka razy, ale po tej przyjaźni pozostał plik listów i dedykowane Meli wiersze. Od dawna znała i podziwiała jego poezje, ale spotkali się dopiero wiosną 1925 roku na podwieczorku muzycznym u znajomej pani Dubost, której salon skupiał znakomitości epoki. Już następnego dnia Rilke wysłał do niej pierwszy „z tych listów tak drogocennych, tak pięknych we wszystkich swych aspektach”. Poeta był już wtedy chory na białaczkę i większość czasu spędzał na kuracjach w sanatoriach lub w swojej samotnej baszcie w Château de Muzot w pięknej dolinie w Alpach Walijskich, ale korespondowali ze sobą regularnie. „Zdradzę panu – pisała Mela – ja także tęsknię za kultem przyjaźni, zupełnie sponiewieranym od czasu wojny, a tak cennym…”. Rilke umiera 29 grudnia 1926 roku w sanatorium w Szwajcarii. Tego samego dnia Mela przesyła mu z Paryża kwiaty. Zasuszony bukiet trafi do berneńskiego muzeum poety. Do końca życia będzie żałować, że nie namalowała jego portretu. Zdążyła mu tylko napisać: „Och, jakże żałuję, że nie poprosiłam pana o kilka seansów pozowania w czasie, kiedy Pan tu był! Nie śmiałam zabierać panu tak cennego czasu. Ale potem zobaczyłam reprodukcje kiepskiego Pana portretu i to wzbudziło we mnie chęć zrobienia lepszego – namalowania Pana, Pańskiej twarzy, całej rasy, którą widać w pańskiej sylwetce. W czasie następnej wizyty w Paryżu niech się Pan strzeże mojej palety!”.

Lata mijają, Mela Muter jest coraz starsza. Drugą wojnę światową przetrwała w Awinionie, ucząc rysunku. Po wojnie w Polsce przez wiele dziesięcioleci będzie traktowana po macoszemu, pozostając w cieniu innych polskich malarzy związanych z École de Paris. W Paryżu w 1953 roku zorganizowano jej pierwszą retrospektywę w Cercle Volney. Ale trudno mówić tu o blasku sławy, w jej życiu dominowała samotność.

Mela Muter - wielka postać kobieca współczesnego malarstwa
Mela Muter, „Portret Henryka Sienkiewicza”. (Fot. Jankilevitsch Collection)

Kobieta z portretu. Ostatni akt tej historii

„Jak tylko sięgam wspomnieniami – pisał artysta i kolekcjoner sztuki Bolesław Nawrocki – w moim rodzinnym domu znajdował się przyciągający szczególnie moją uwagę portret pięknej kobiety w kapeluszu ozdobionym piórami, wykonany przez mojego ojca w Paryżu w 1903 roku. Już jako dziecko byłem zafascynowany tym właśnie obrazem. Mój ojciec wyjaśnił mi, że była to jego sąsiadka z paryskiego osiedla artystów 65 Boulevard Arago, gdzie znajdowała się jego paryska pracownia […]. Obraz ten cudownie ocalał ze zniszczeń ostatniej wojny światowej, nie został skradziony przez nazistów jak wiele innych wspaniałych płócien należących do moich rodziców. […] Grałem na fortepianie i wpatrywałem się w tę piękną nieznajomą, w której byłem prawie zakochany […]. Zadawałem sobie często pytanie, czy piękność przedstawiona na moim ulubionym płótnie przeżyła okropności ostatniej wojny? Nie marzyłem wtedy, że uda mi się ją spotkać”.

Nawrocki spotkał kobietę z portretu w 1956 roku, gdy jako stypendysta przyjechał do Paryża. Mieszkała teraz w odległej XIII dzielnicy, w ciasnej wilgotnej pracowni. Swoją modernistyczną willę przy rue Vaugirard, zaprojektowaną przez Perreta, wynajęła w czasie wojny Jeanowi Dubuffetowi – wówczas handlarzowi winem i zbożem, który później zasłynął jako twórca art brut. Potem latami starała się o eksmisję Dubuffeta, sama wegetując w nędznych warunkach. Pomoc i opieka Nawrockiego okazały się nieocenione – odnalazł i uporządkował jej prace niszczejące w magazynie z opałem, namówił do pisania pamiętników, do podpisania starych obrazów i z zapałem zaczął gromadzić kolekcję jej prac. Starsza pani przejdzie operację katarakty, odzyska wzrok i sporo ze swojej dawnej siły.

„Pomimo swych wówczas 82 lat życia, jej twarz zachowała ślady urzekającej piękności – wspominał na 11 lat przed śmiercią Meli Muter Nawrocki. – Mieszkając w tym okresie w Paryżu, stosunkowo blisko atelier artystki, mogłem ją często odwiedzać, robić dla niej zakupy żywności na targu usytuowanym przy słynnej ulicy Mouffetard […]. Muter wprowadzała mnie w zaczarowany świat paryskiej cyganerii. Opowiadała mi niezwykle barwnie po polsku o swych kolegach z École de Paris, zwłaszcza polskiego pochodzenia, ciesząc się, że ma okazję odświeżyć znajomość ojczystego języka, którego nie zapomniała pomimo ponad 60-letniego pobytu za granicą”.

Pewnie miło jej było powrócić do minionych czasów, przypomnieć sobie, jak na koniec występu w słynnej szopce Towarzystwa Artystów Polskich w Paryżu w 1912 roku mówiła o sobie:

Ja jestem piękna Mela
Z bulwaru Montparnasse
Muza, co rozaniela
Najzłośliwszego z was…

Korzystałam m.in. z: „W ogrodzie pamięci” Joanny Olczak-Ronikier, wyd. Znak, Kraków 2001; „Mela Muter. Kolekcja Bolesława i Liny Nawrockich” – katalogu wystawy w Muzeum Narodowym w Warszawie (1993); „Mela Muter. Malarstwo/Peinture” pod red. Mirosława A. Supruniuka, Muzeum Uniwersyteckie w Toruniu (2010).

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.