1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Zbigniew Kasprzak – Grunt to zdrowy krytycyzm

Zbigniew Kasprzak – Grunt to zdrowy krytycyzm

Obok Grzegorza Rosińskiego jest najwybitniejszym polskim rysownikiem komiksów. Na rynku frankofońskim odniósł spory sukces, czego dowodem jest nagroda belgijskiej Izby Ekspertów Komiksu za ilustracje do pierwszego albumu serii „Halloween Blues”, u nas dostępnego w wydaniu zbiorczym dzięki wydawnictwu Egmont. Obrazy Zbigniewa Kasprzaka wystawiane są często w francuskich i belgijskich galeriach, oryginały natomiast upiększają wiele prywatnych kolekcji na całym świecie. Niedawno spełnił swoje młodzieńcze marzenie, rysując komiks przedstawiający życie Marylin Monroe. Niebawem historia obrazkowa o ikonie kina ujrzy światło dzienne w Polsce za sprawą wydawnictwa Ongrys. Premiera albumu jest planowana na tegoroczny Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi.

- Wspominałeś w wywiadach, że wychowywałeś się w cieniu Marylin Monroe. Jako jej wielbiciel musisz czuć się szczęściarzem.

- Wielbiciel to może za mocne słowo. Nie jestem w końcu typem fana bez limitów. Rzadko wracam do filmów z Marylin, nie jestem też zbieraczem jej pamiątek. Rzecz jasna mam ciepłe spojrzenie na tą postać i z uwagi na swój wiek to jej mit jeszcze żył. Już jako dzieciak miałem z nią kontakt poprzez zdjęcia w prasie. Oczywiście mówimy o socrealistycznej Polsce. Społeczeństwo nie było zamerykanizowane, a media nie mogły wywyższać na piedestał postaci z tamtego kręgu kulturowego. Niemniej Marylin Monroe była międzynarodowo uznaną aktorką i mówiono o niej nawet w polskich artykułach. Już w podstawówce oglądałem z nią filmy. Ten ideał blond piękności, taki „sexy”, pomimo powierzchowności emanował klasą, był zniewalający dla młodego człowieka. Zresztą on przetrwał u mnie do tej pory. Ponadto postać ta silnie oddziaływała na czasy, w których egzystowała. Proszę spojrzeć na chociażby rysowany przeze mnie „Halloween Blues”, usytuowany w Ameryce lat 50. Dana, zjawa dręcząca swojego męża policjanta i jedna z głównych bohaterek, wyszła częściowo z inspiracji Marylin Monroe. Dlaczego? Bowiem Marylin oderwała się od swojej postaci fizycznej. Z tego też względu stała się mitem. Przestała żyć. Jej śmierć jest nadal kwestią ciągłych spekulacji, zagadek i domniemań. Oczywiście można przyjąć główne podejrzenie, samobójstwo. Ale czy tak było naprawdę? Nigdy się tego nie dowiemy.

- To zresztą fascynująca postać. I jak złożona. Dla jednych słodka idiotka, dla drugich zaś intelektualistka czytająca „Ulisessa” Joyce’a.

- Jak to w najznamienitszych kawałach o blondynkach - duże walory fizyczne i mały rozum. Ani mnie to nie oburza, ani nie buduje pozytywnie w odniesieniu do społeczeństwa i jego stosunku do stereotypów. Myślę, że ona miała wiele wad.

- Jakiego pokroju?

-  To były wady nabyte, wynikające bardziej z skomplikowanego życia, niezawinione. Urazy z dzieciństwa, kompleksy nabyte w specyficznych warunkach. Matka była w końcu schizofreniczką. Widmo choroby psychicznej ciążyło nad nią od dzieciństwa. Często takie choroby są dziedziczone, choć nie zawsze. Proszę zauważyć, że ona właściwie była wychowywana przez przyjaciółkę matki, nawet nie dalszą rodzinę. Jej matka była kompletnie niezdolna do opieki nad dzieckiem ani zapewnienia matczynej miłości. Następną kwestią jest wiecznie nieobecny ojciec. Za nim idzie kompleks mężczyzny, wiecznego przywodziciela. Zadawała się przecież z mężczyznami, którzy nie grzeszyli urodą, ale mieli w sobie charyzmę, inteligencję. Dlatego też mowa o jej skomplikowanym charakterze i wadach. A raczej brakach. Tak, brak jest o wiele lepszym słowem w tym przypadku. Brak to także wada, ale niezawiniona. Wiedziona była przecież chęcią spełnienia, potrzebą zauważenia siebie w oczach mężczyzny w sposób znaczący. Aby ten mężczyzna zobaczył ją taką, jaka chciała być. Wreszcie te wszystkie stereotypy, które imputowano jej w procesie wychowywania…. Nie chcę iść za głęboko w psychoanalizę, ale owa bieda intelektualna, moralna, ale też i materialna paradoksalnie wywyższyła ją na szczyty powodzenia. Stała się obiektem masowej wyobraźni. Dziś to trochę niezrozumiałe, gdyż jesteśmy bardziej zdystansowani. Dużo konsumujemy i szybko zapominamy. Ale w tamtych czasach oglądanie filmów z Marylin mogło kogoś naznaczyć na całe życie.

- Ciekawe, jaka Marylin była w rzeczywistości, a na ile jest sumą naszych wyobrażeń?

-To bardzo dobrze postawiona kwestia. Prawda leży pośrodku.Każdy ma swoją prawdę. My bardzo dużo dopisujemy. Dopisujemy to, co wiemy. Odczucie tego, co wiemy oraz naszą aprecjację, czyli ocenę tego wszystkiego. Dlatego też nie sądzę, by pojawił się na świecie biograf, który zrobiłby stuprocentowo rzetelną robotę wobec Marylin. To jest niemożliwe. Muszą w takiej pracy być zawarte kalki, przypuszczenia, znamiona masowej perspektywy. Posłużyliśmy się nimi zresztą w komiksie. 46 plansz przy takiej postaci to jest mało. A opowiedzieć na nich biografię to karkołomne zadanie. Nie miało sensu opowiadanie całej biografii, więc jest to bardzo cięty, nietypowy scenariusz. Przyznaje, że tylko raz w życiu mogłem sobie wtedy pozwolić mentalnie na taki zabieg, będący wbrew mojej filozofii tworzenia i wbrew temu, co komiks winien sobą reprezentować. Komiks został bowiem wydany w kolekcji „buntownicy” i w niej Marylin występowała jako buntowniczka wobec systemu hollywoodzkiego. Musiała ponieść konsekwencje tego buntu.

- Czyli rysowany przez Ciebie komiks nie jest laurką?

- Właśnie nie. On usiłuje pokazać na tych niewielu stronach tą delikatną, niewinną stronę osobowości Marylin, a z drugiej strony jej buntowniczość. Ona w którymś momencie postanowiła powiedzieć „nie!” systemowi hollywoodzkiemu, przez co filmowi włodarze musieli przyjść do niej i zatrudnić ją na innych zgoła warunkach. Mało kto wie, że kontrakty aktorów w tamtych czasach były beznadziejne. Wtedy dużo światowych sław kina było gorzej opłacanych niż dzisiaj  aktorzy drugoplanowi. Pierwszy kontrakt, który wchodził w standardy statusu gwiazdy i był jej godny, Marylin dostała dopiero na krótko przed śmiercią. Ona nigdy nie zarabiała wielkich pieniędzy. Jej światowa sława, prestiż nigdy nie odzwierciedlały jej statusu majątkowego, ni wyboru ról , i jeszcze mniej możliwości decydowania o swoim życiu. Czuła się narzędziem i z tego powodu też się buntowała. Choćby to jest dowodem na to, że nie była papierową postacią, ani głupiutką blondynką. Oczywiście, że ona żonglowała danymi z góry elementami, oczywiście że ją „wycinano” w trakcie montażu i ona sama musiała wchodzić w ramy narzucanej jej roli. Zmuszano ją do wielu rzeczy, by potem można było zrobić montaż, który pozwalał na stworzenie innego zgoła efektu. Niemniej ten image sprzedawał się najlepiej, bowiem za nim szły pieniądze. I tak jest do dziś. Nie łudźmy się, że sposób, w jaki sprzedają się hollywoodzkie produkcje dzisiaj się zmienił. To nie tyle sprzedaż obrazu, ale również sprzedaż osoby. Niestety, potrzeba skandalu i dopisywania aktorom pewnych cech ażeby lepiej obrócić towarem.

 
- Czy aby na pewno się nie zmienił? W przeciągu ostatnich 20 lat doszło do zmiany widowni w popkulturze. Co więcej, niektórzy mówią, że ona jednak stara się nam coś powiedzieć pod płaszczykiem pustki.

- Tak, ale pod jednym względem. 20-30 lat temu nie było takiej ekspansji Internetu i nie było takich struktur poziomych. Łatwiej było prowadzić widza za rękę. Dzisiaj są dwa obozy. W pierwszym znajdują się  wierni konsumenci ograniczający się jedynie do wchłaniania popkultury i zachwytów, życia w cieniu idoli. Są to młodzi konsumenci często bez wyrobionego gustu, licealiści i młodzież mająca jeszcze prawo myśleć w taki sposób. Te młode pokolenie rozpoczynające inicjację kulturową już w wieku 7, 8 lat przeżywa wraz z swoimi ulubionymi bohaterami pierwsze życiowe doświadczenia – pierwsze miłości, pierwsze sukcesy, pierwsze fantazmy. W drugiej zaś znajduje się widownia, która jest o wiele bardziej krytyczna i porozumiewa się między sobą poprzez blogi, listy dyskusyjne, komunikatory. Wymieniają myśli oraz tworzą oddzielną, niezależną popkulturę. Popkulturę odbioru, w której można odnaleźć rzeczy mogące jeszcze zaskoczyć, pomóc produktowi masowemu albo go całkowicie zniszczyć czy przynajmniej przyblokować. Przypuszczam, że w ciągu następnego 10-lecia będziemy mieli do czynienia z innymi strukturami odbioru rozrywki. Nie zmienia to jednak faktu, że kultura masowa ma się dobrze i będzie się miała lepiej, bowiem takiej ilości, takiej rzeszy konsumentów z niej czerpiących jeszcze nie było w historii. Dzięki tak prostym oraz łatwym formom komunikowania i przesyłania plików można jeszcze bardziej atakować i gnębić samodzielne myślenie. Weźmy przykład „Harry’ego Pottera” czy sagi „Zmierzch”, które są najskrajniejszymi przykładami obrabiania głowy i w dobrym i w złym sensie. Kiedyś te mechanizmy działały powolniej, ale w sposób bardziej trwały, namacalny. W tamtych czasach bowiem trudniej było o krytykę i samodzielne myślenie.

- Dzisiaj dużo się mówi o dyktacie fanów w kulturze masowej. Odczuwasz ją w trakcie rysowania komiksu?

- Czasem próbują wpływać na moje poczynania. Momentami jest to niezdrowe. Z jednej strony jest to wskazane dla autorów, którzy drepczą w kółeczko, zjadając swój własny ogon.Jeżeli ktoś nimi potrząśnie to może to wywołać jakąś ciekawą, twórczą inicjatywę. Z drugiej strony fani chcą zbyt bardzo wchodzić w naszą skórę… ale ogólnie to jest bardzo dobry proces. Nawet jeżeli pewne opinie śmieszą, krzywdzą, są prowokacyjne to pozwalają na szybką reakcją, wytworzenie stanowiska. A trzeba na to reagować natychmiastowo, bowiem jakiś problem czy kwestia może w niedługim czasie urosnąć do rangi lawiny sprzeciwu. Są to rzeczy trudno wymierzalne i trudne do powstrzymania. W ten sposób można kogoś łatwo wynieść, ale też i zniszczyć. Ale jak najbardziej czynna rola odbiorcy i krytyka zarazem to  coś absolutnie nowego, bowiem w dawnych czasach trzeba było pisać listy do redakcji i wysyłać pocztą. Potrzeba było grubego skandalu i niesamowitego głosu sprzeciwu, by zostało to zauważone w redakcjach. Wracając jednak do kwestii fanów to nie sądzę, by dałoby się powstrzymać ich ingerencje. Nawet nie jest to wskazane, gdyż w jakiś sposób relacje autor – fan układają się w o wiele dłuższym procesie dojrzewania. Natomiast wszelkie próby ustanowienia ponadnarodowego cerbera internetowego strzegącego porządku, cenzurującego sieć nie zwalczą tego zjawiska, choć wszelkie znaki na niebie i ziemi pokazują, że powoli takie pomysły przeistaczają się w ciało. W każdym razie ten proces uporządkuje się sam, jeżeli w ludziach będzie potrzeba autocenzury. Owszem, nadmiar wolności prowadzi do anarchii a ona wyzwala w człowieku bardzo niedobre instynkty. Doprowadza do czynienia niefrasobliwych działań. A w człowieku powinien przejawiać się jednak jakiś hamulec moralny, etyczny itd. Z drugiej strony odwoływać się do każdego indywidualnego sumienia to tak jakby urządzać mszę na pustyni i oczekiwać, że kamienie się poruszą. Ogólnie myślę, że z tego nadmiaru, przesytu informacji narodzi się dystans do Internetu. Kto wie, może nawet i znużenie. Bo w tej chwili jesteśmy w epoce zachłystywania, przemęczenia mediami, obiegiem informacji, łączenia ludzi w grupy. To niesie ze sobą wiele dobrego, bo pozwala skrzyknąć wiele set ludzi do akcji. Ale co, jeśli nie mamy wtedy kontroli nad sytuacją w realnym świecie?

- A propos – Słyszałeś o próbach wskrzeszenia Marylin Monroe komputerowo?

- Wyjątkowo nietrafiony pomysł. Oczywiście kino szuka ciągle nowych rozwiązań, ale „odgrzebywanie” Marylin cyfrowo przypomina w rzeczywistości odgrzebywanie trupa. Pozostawmy ją tam, gdzie żyła. Jest tyle do wyeksploatowania z tego, co po sobie pozostawiła, że starczy to na dziesięciolecia. Każdy czas ma swoich bohaterów i oni pozostają wieczni, jeżeli są mocni i wnoszą coś ze sobą do pokolenia. Dla mnie są to bardziej akcje komercjalne, dewiacyjne wręcz. Jeżeli ja nawet robie komiks o niej to chce jej w ten sposób złożyć hołd, a nie wskrzeszać ją by mogła nadal nas bawić i dawać nam rozrywkę, zachowuję umiar. Skoro już jesteśmy przy tym – Artur Miller, ostatni mąż Monroe, przeprosił się z nią w ostatnim rozdziale swego życia. Zanim bowiem zmarł, zdążył napisać książkę zawierającą formę rozliczenia. Tam oddaje jej hołd, a siebie przedstawia w normalnym świetle, czyli dość wątpliwym – manipulatora, wytykającego jej głupotę i wszelkiego innego typu rzeczy mogące rozsadzić związek.

- Czyli Marylin Monroe była typem żony alkoholika. Pozwalała sobą pomiatać i mimo to zostawała z swoim ukochanym mężczyzną.

- Tak, ona niewątpliwie miała coś w sobie z masochistki. Miała wiele wad, które jej w ogóle nie służyły. W niej była zaszczepiona chęć poszukiwania prawdziwego mężczyzny, ale w sensie intelektualnym. Tacy ludzie jak Truman Capote ją intrygowali, a to siłą charakteru, a to osobowością, a to wiedzą. To też świadczy o osobie, o której rozmawiamy, oczywiście nie biorąc pod uwagę znajomości wymuszonych. Co tu dużo mówić, „promocja kanapowa” była wtedy równie aktualna, co i dzisiaj – w Hollywood karierę rozpoczynało się w łóżku albo się ją nie daj boże kończyło. I tak było w życiu Marylin. W komiksie na tym się jednak nie skupiamy. W naszej historii wybraliśmy parę momentów z jej życia, które zadecydowały o jej losach i ją ukształtowały. Ukazaliśmy je w formie retrospekcji, gdy ona jest już na łożu śmierci. Zazwyczaj bowiem , jak mówią ci, którzy „otarli się” o śmierć,  gdy umieramy to całe nasze życie przelatuje nam przed oczami  w formie flash-back’ów. Ten motyw służył moim scenarzystom w konstruowaniu scenariuszy w kolekcji „Buntownicy”, zbudowanych na podstawie ciągu retrospekcji. Jesteśmy więc skonfrontowani w tym wypadku z dokumentem rysowanym, opartym na faktografi i tylko wzbogaconym dywagacjami i odrobiną „ licencia poetica” dla pogłębienia wyrazu tego komiksu.

 
- Agata „Endo” Nowicka wspominała niedawno, że komiksiarzami są w większości faceci, bo łatwiej im odłączyć się od świata.

-Coś w tym jest. Znam parę rysowniczek w tym fachu. To nie jest żadna armia, ale warto podkreślić ich wkład. One emanują kobiecością i jako kobiety są również bardziej odpowiedzialne, ale różni nas od nich kwestia postrzegania świata. One go ujmują w prosty sposób, postrzegają go takim jakim jest, co najwyżej wyciągają z niego to co jest najlepsze, najbardziej wyraziste. Mężczyźni w tym „przemyśle” zawsze byli małymi chłopcami zatopionymi w świecie fantazji, kreującymi swoje wyobrażenia od podstaw. Mężczyznę charakteryzuje często zdolność oderwania się od rzeczywistości, tworzenia abstrakcyjnych światów i akcji, zawodowego śnienia, a gdy jeszcze za to dostaje pieniądze to już w ogóle jest wspaniale. Myślę, że jest to kwestia organicznej chemii. Będąc w szkole miałem spory wpływ na rówieśników. Potem jakoś się zdystansowałem, ale gdzieś tam zakorzeniły się we mnie skłonności przywódcze  i chęć poczucia kontroli  oraz ustanawiania reguł. Ustanawiam je teraz w świecie fantazji rysowanej.

- Rysowanie komiksów to ciężki kawałek chleba?

- Bardzo wymagający i czasochłonny. Szczególnie, gdy ktoś się zajmuje rysunkiem realistycznym. Narysowanie jednego albumu, składającego się z 46 stron, to kwestia roku pracy, a dla niektórych nawet 2-3 lat. Jeżeli jest określona rama czasowa danej opowieści to musze wgłębić się w jej stylistykę, jej unikalny nastrój. W trakcie prac nad „Halloween Blues” musiałem wiedzieć wszystko o amerykańskim modelu życia w latach 50. – jak wyglądały wnętrza, architektura, ubrania, tamtejsze samochody. Nie jest to łatwa praca, ale dająca dużo satysfakcji. Zwłaszcza teraz, gdy na rynku jest przesyt tytułami. We frankofonii rocznie ukazuje się 5,5 tys. tytułów, z czego połowa to są nowości. Z roku na rok wzrasta liczba tytułów, a nie globalna sprzedaż. Cóż – kryzys nadprodukcji. Trudno znać wszystkich twórców komiksów, jest ich naprawdę dużo, wystarczy pojechać na festiwal do Angouleme, żeby się o tym przekonać.

Rysowanie komiksów przypomina wspinaczkę – jest to zmaganie się z samym sobą, potrzeba dyscypliny i umiejętność widzenia i opowiadania językiem graficznym.

- Dobrze Ci się żyje w Brukseli?

- Tak, nie narzekam. Zamieszkałem tam z rodziną 18 lat temu, mając 38 lat i kontrakt wydawniczy w ręku. To przyjazne miejsce (szczególnie dla komiksiarzy), chociaż (mówiąc przesadnie) zarazem kosmopolityczne i prowincjonalne, jak zresztą cała Belgia. W końcu to bardzo mały kraj w którym żyje wiele milionów ludzi, gdzie na największe w Europie zagęszczenie populacji nakłada sie dwukulturowość flamandzka i walońska wzmożona multikulturalizmem Brukseli. Trzeba nauczyć się z tym żyć.

- Na koniec chciałem wrócić do współczesnej kondycji kultury – jak się w niej odnaleźć? Jak przeżyć w rzeczywistości ciągle atakowanej przez obrazy?

- Jest to niewątpliwie trudne, bo wymaga od nas wytworzenia pewnej określonej hierarchii i filtrów, dzięki którym będzie funkcjonować to nasze sito kulturowe. Myślę, że najlepszym na to lekarstwem jest zdrowy krytycyzm. Pozwólmy atakować się tym obrazem, ale jednocześnie zachowajmy dystans wobec niego. Bez tej postawy możemy w łatwy sposób wpaść w kompleks niewiedzy polegający na tym, że  sądzimy iż wraz z przyrostem wchłanianej informacji będziemy mądrzejsi i lepiej zrozumiemy otaczającą nas rzeczywistość, a tymczasem efekt często jest odwrotny. Czujemy sie zagubieni, przytłoczeni nadmiarem, zdezorientowani. Trudność wyboru stawia nas wobec największego problemu dzisiejszej sztuki i kultury – braku systemu czytelnego wartościowania. Możemy w łatwy sposób poddać się popularnym opiniom, które często mijają się z prawdą albo faktami.  Przez ten relatywizm możemy się poczuć jak barany pędzone przez stado cwanych pastuchów. I nie ma w tym nic z teorii spiskowych. Jest to piramida budująca się samoistnie i jedyne, co możemy z tym robić to akceptować to ze zdrowym dystansem. Po części bierze się on ze świadomości, że nie sposób jest być na bieżąco we wszystkich sferach rozrywki. Nie można zwyczajnie nadążyć za całym tym szumem medialnym. W chwili obecnej wydaje się tyle książek, płyt i filmów, komiksów, że dla odbiorcy jest to nie do ogarnięcia, co wymusza wybór ograniczony i bardzo osobisty ale to chyba dobrze, jeśli w ogóle ten wybór ma miejsce.

Wywiad został zrealizowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Egmont.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Musical "Waitress" – premiera w Teatrze Muzycznym ROMA

Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Broadwayowski musical „Waitress” opowiadający o kobiecie, która próbuje wyrwać się z nieudanego małżeństwa, zadebiutuje dziś na deskach Teatru Muzycznego ROMA. Wzruszająca i zabawna opowieść spotkała się z uznaniem publiczności i krytyków na całym świecie. Czy równie ciepło zostanie przyjęta przez polskich widzów?

Premiera musicalu „Waitress” odbyła się na nowojorskim Broadwayu w 2016 roku. Muzykę i teksty piosenek napisała Sara Bareilles, a libretto przygotowała Jessie Nelson (w oparciu o film według scenariusza i w reżyserii Adrienne Shelly). Spektakl przedstawia historię kobiety, która próbuje wyrwać się z toksycznego małżeństwa, odzyskać wolność i możliwość samodzielnego decydowania o własnym losie. Jej historia pokazuje, że „odchodzenie” to bardzo złożony proces, a istotną rolą odgrywają w nim przyjaciele, zapewniający kobiecie wsparcie.

Musical jest bardzo współczesny, nie tylko jeśli chodzi o fantastyczną muzykę, charakterystykę postaci i znakomicie poprowadzoną fabułę, ale także o nadrzędną tematykę. Bo oprócz tego, co dzieje się pomiędzy bohaterami na poziomie zwykłych wydarzeń, jest to spektakl o roli kobiet w dzisiejszym świecie, o ich emancypacji, która cały czas trwa – i o tym, że mają same prawo do decydowania o sobie. Te sprawy są cały czas aktualne, bo, niestety, ciągle nieoczywiste.

Autorki i realizatorki doskonale wiedziały, o czym robią spektakl – bo libretto, muzykę i teksty piosenek napisały dwie kobiety, a kolejne spektakl wyreżyserowały i zrobiły do niego choreografię. Inscenizacja, wydobywając te poważne kwestie, nie skupia się jednak tylko i wyłącznie na nich. Musical koncentruje się na konkretnych postaciach, bo tylko opowiadanie fabuły przez pryzmat indywidualnych doświadczeń ma sens i sprawia, że widz może sam odnieść się do tego, co widzi na scenie.

– Nie chcemy moralizować, osądzać wyborów bohaterów. Niech widzowie dokonają tych ocen sami, jeśli mają na to ochotę. Warto jednak najpierw spojrzeć w głąb własnego „ja” – i dopiero potem oceniać innych. To też jest ważne przesłanie „Waitress”. W tym musicalu sprawy układają się dokładnie tak jak w życiu: chwile złe przeplatają się dobrymi, a uśmiech z momentami załamania. Ale to wszystko do czegoś prowadzi. Jak śpiewa główna bohaterka: „momenty złe zyskują sens, gdy kończą się przemianą”. Właściwie nie oglądamy na scenie bohaterów idealnych, bez skazy. Dlatego historia, którą opowiadamy jest taka prawdziwa – mówi reżyser Wojciech Kępczyński.

Polska premiera musicalu „Waitress” już dziś w Teatrze Muzycznym ROMA.

  1. Kultura

Kino noir – zestawienie najlepszych filmów

„Asfaltowa dżungla” w reżyserii Johna Hustona to jeden z najważniejszych filmów noir. W roli Angeli Phinlay wystąpiła znakomita Marilyn Monroe. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
„Asfaltowa dżungla” w reżyserii Johna Hustona to jeden z najważniejszych filmów noir. W roli Angeli Phinlay wystąpiła znakomita Marilyn Monroe. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
"Wielki sen" z Humphreyem Bogartem, "Gilda" z Ritą Hayworth, "As w potrzasku" z Kirkiem Douglasem, czy "Proszę nie pukać" z Marilyn Monroe to kultowe filmy, które zna prawie każdy. Reprezentują one tzw. kino noir - gatunek, w którym królują czarno-białe kadry, najczęstszym tematem jest zbrodnia, a głównym bohaterem prywatny detektyw z piękną kobietą u swego boku. Zapraszamy na nasz przegląd najlepszych filmów noir.

Kino noir to popularny w latach 40. i 50. XX wieku gatunek w kinie amerykańskim, którego powstanie ściśle wiązało się z atmosferą pesymizmu i niepokoju, jaka zapanowała w Stanach Zjednoczonych wraz z wybuchem II wojny światowej. Sam termin wywodzi się natomiast z francuskiego filmoznawstwa, a po raz pierwszy użyty został w 1946 roku przez krytyka Nino Franka. Historie tzw. „czarnej serii” opierano głównie na klasycznych amerykańskich powieściach kryminalnych. Najczęściej pokazywały one niewyjaśnione zbrodnie, jednak bez moralizowania, happy endów i jasnego podziału na dobro i zło. Głównymi bohaterami zwykle byli prywatni detektywi, przeciętniacy przypadkowo wplątani w świat przestępczy oraz tzw. kobiety fatalne, czyli femme fatale. Najczęściej wybieraną lokacją było natomiast miasto, którego mroczny klimat uzyskiwano za sprawą charakterystycznych środków wizualnych: wyrazistych cieni, mocnych kontrastów i agresywnego montażu.

Najbardziej znanym aktorem kina noir był Humphrey Bogart. Wykształcił on charakterystyczny typ męskiego bohatera – prywatnego detektywa lub przestępcy, cynicznego ironisty i zatroskanego twardziela w prochowcu i z papierosem. Wraz ze swoją żoną Lauren Bacall, która partnerowała mu m.in. w „Wielkim śnie” oraz „Mrocznym przejściu” tworzyli najpopularniejszą parę kina noir, podobnie jak Adrian Ladd oraz Veronica Lake („Pistolet do wynajęcia”, „Błękitna dalia”). Ikoną gatunku stała się również Rita Hayworth („Gilda”, „Dama z Szanghaju”) oraz Jane Greer, kultowa odtwórczyni ról kobiet fatalnych. Innymi znaczącymi aktorami kina noir byli też m.in. James Cagney, Richard Conte, Richard Widmark oraz Robert Mitchum. Do najpopularniejszych filmów noir możemy zaliczyć:

„Sokół maltański” (1941)

Pierwszym w historii filmem noir był „Sokół maltański” w reżyserii debiutującego wówczas Johna Hustona. Grupa podejrzanych osobników nie cofnie się przed niczym, aby zdobyć drogocenny skarb - wysadzoną klejnotami statuetkę sokoła. Detektyw Sam Spade (w tej roli znakomity Humphrey Bogart) za wszelka cenę pragnie dowiedzieć się, dlaczego tak bardzo zależy im na jej zdobyciu - i kto stoi za zamordowaniem jego partnera. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Jerome Cowan, Mary Astor oraz nominowany do Oscara Sydney Greenstreet.

Kadr z filmu „Sokół maltański”. (Fot.  Film Stills/Forum)Kadr z filmu „Sokół maltański”. (Fot. Film Stills/Forum)

„Gilda” (1946)

„Gilda” Charlesa Vidora to jeden z najsłynniejszych filmów w dorobku aktorskim Rity Hayworth. Jego akcja toczy się w Buenos Aires, a głównym bohaterem jest nałogowy hazardzista Johnny Farrell (Glenn Ford), który zatrudnia się w jednym z tamtejszych kasyn. Wszystko komplikuje się, gdy żona przełożonego, piękna Gilda, okazuje się być dawną kochanką Johnny'ego. Produkcję krytykowano za prowincjonalność, utrwalanie szkodliwych stereotypów, a nawet przesadne epatowanie seksualnością Hayworth. Mimo to, film odniósł wielki sukces, a dziś zaliczany jest do klasyki amerykańskiego kina.

Kadr z filmu „Gilda”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Gilda”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Wielki sen” (1946)

Filmowa ekranizacja powieści Raymonda Chandlera „Wielki sen” to klasyk nie tylko kina noir, ale również kina detektywistycznego. Tytuł został dodany do National Film Registry, a także znajduje się na liście arcydzieł magazynu „Empire”. Prywatny detektyw Philip Marlowe zostaje wynajęty przez generała Sternwooda, aby rozwikłać sprawę szantażowania jego córki Carmen, która popadła w długi u księgarza Arthura Geigera. Na pozór rutynowa sprawa prowadzi bohatera do mrocznego półświatka Los Angeles pełnego gangsterów, morderców i zepsutych bogaczy. W rolach głównych wystąpili wspomniani wcześniej Humphrey Bogart i Lauren Bacall.

Kadr z filmu „Wielki sen”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Wielki sen”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Pocałunek śmierci” (1947)

„Pocałunek śmierci” Henry’ego Hathawaya to kolejny klasyczny obraz kina noir. Po nieudanym napadzie na jubilera złodziej zostaje schwytany i odmawia wydania swoich wspólników. Bohater zmienia jednak zdanie, gdy dowiaduje się, że jego żona popełniła samobójstwo. Film był również bardzo udanym debiutem aktorskim Richarda Widmarka, który za drugoplanową rolę psychopatycznego zabójcy otrzymał Złoty Glob oraz nominację do Oscara. Krytycy byli zgodni: aktor stworzył „błyskotliwą kreację, która utrwaliła jego image na wiele lat”.

Kadr z filmu „Pocałunek śmierci”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Pocałunek śmierci”. (Fot. BEW Photo)

„Dama z Szanghaju” (1947)

Kultowa „Dama z Szanghaju” z Orsonem Wellesem po obu stronach kamery opowiada historię marynarza Mike'a O'Hary, który dołącza do rejsu z państwem Bannister, a tym samym zostaje wplątany w morderczą intrygę. Film zaczyna się, gdy Elsa Bannister (Rita Hayworth) zostaje napadnięta przez młodych złodziejaszków podczas spaceru w parku. Gdy pomocy udziela jej Mike, ta proponuje mu, aby zaciągnął się na jacht jej męża. Problem w tym, że na pokładzie przebywa także detektyw Sidney Broome i Grisby, który proponuje O'Harze 5000 dolców za sfingowanie własnej śmierci...

Kadr z filmu „Dama z Szanghaju”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Dama z Szanghaju”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Asfaltowa dżungla” (1950)

Gangsterski klasyk kina noir „Asfaltowa dżungla” polecali niegdyś w kultowym cyklu „Perły z lamusa” Tomasz Raczek i Zygmunt Kałużyński - to chyba najlepsza rekomendacja. Pewien złodziej po wyjściu z więzienia decyduje się na ostatni skok w swej karierze, chcąc ukraść dużą ilość drogocennej biżuterii. W tym celu opracowuje perfekcyjny plan i kompletuje ekipę mającą dokonać rabunku. Jego wspólnicy to kierowca, włamywacz i zabójca, a całe „przedsięwzięcie” ma sfinansować pewien adwokat-bankrut. Wkrótce gangsterzy wpadają jednak w poważne tarapaty. Film wyróżniono m.in. nagrodą na Festiwalu w Wenecji i 4 nominacjami do Oscara.

Kadr z filmu „Asfaltowa dżungla”. (Fot. Mondadori Collection/Universal Images Group/Forum)Kadr z filmu „Asfaltowa dżungla”. (Fot. Mondadori Collection/Universal Images Group/Forum)

”Bulwar zachodzącego słońca” (1950)

Zawierający elementy dramatu, horroru i komedii „Bulwar zachodzącego słońca” Billy'ego Wildera to prawdziwa klasyka gatunku. Film przedstawia historię wygasłej gwiazdy kina niemego, która próbując wrócić na ekran, wiąże się z młodym scenarzystą. Gdy mężczyzna postanawia zakończyć związek, kobieta popada w szaleństwo. Strzela do ukochanego, a moment przybycia policji wykorzystuje jako okazję do swego ostatniego aktorskiego występu. Dogłębnie penetrujący świat show biznesu obraz spodobał się nie tylko widzom, ale również krytyce, o czym najlepiej świadczy 11 nominacji do Oscara oraz 3 statuetki.

Kadr z filmu „Bulwar zachodzącego słońca”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Bulwar zachodzącego słońca”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Nieznajomi z pociągu” (1951)

Oparty na powieści Patricii Highsmith film „Nieznajomi z pociągu” to wciągająca historia, która wgniecie was w fotel. Podczas podróży pociągiem główni bohaterowie, Guy Haines (Farley Granger) i Bruno Anthony (Robert Walker), rozmawiają o pomyśle na zbrodnię doskonałą: jeden zabija wskazaną przez swego wspólnika ofiarę, po czym drugi rewanżuje się podobnie, dzięki czemu nie sposób powiązać zamordowanych ze sprawcami. Po chwili zawierają umowę: żona Guya „w zamian” za ojca Brunona. Film wyreżyserował i wyprodukował mistrz suspensu Alfred Hitchcock.

Kadr z filmu „Nieznajomi z pociągu”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Nieznajomi z pociągu”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„As w potrzasku” (1951)

Fabuła filmu „As w potrzasku” z legendą kina Kirkiem Douglasem w roli głównej powstała na podstawie dwóch autentycznych wydarzeń. Głównym bohaterem jest tu arogancki reporter, który zostaje zatrudniony w niewielkiej redakcji. Kiedy dowiaduje się o wypadku wewnątrz pobliskiej kopalni, postanawia wykorzystać go do własnych celów. Wyreżyserowany, wyprodukowany i napisany przez Billy'ego Wildera obraz zapewnia widzom całą gamę emocji, trzymając w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Jan Sterling, Robert Arthur, Porter Hall i Frank Cady.

Kadr z filmu „As w potrzasku”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)Kadr z filmu „As w potrzasku”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)

„Proszę nie pukać” (1952)

Dramat „Proszę nie pukać” oparty na powieści Charlotte Armstrong przedstawia historię Nell Forbes, która po nieudanej próbie samobójczej trafia do szpitala psychiatrycznego. Niedługo po jego opuszczeniu zostaje zatrudniona jako opiekunka do dziecka przez bogate małżeństwo. Rodzina nie zna jednak przeszłości kobiety, która początkowo nie wzbudza niepokoju swoim zachowaniem, lecz w pewnym momencie zaczyna zagrażać nie tylko sobie, ale też swojej podopiecznej. W rolę Nell wcieliła się Marilyn Monroe - była to pierwsza dramatyczna, i zarazem pierwszoplanowa kreacja aktorki.

Kadr z filmu „Proszę nie pukać”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Proszę nie pukać”. (Fot. BEW Photo)

  1. Retro

Peggy Guggenheim - najsłynniejsza kolekcjonerka sztuki

Peggy Guggenheim w obiektywie Idy Kar, 1952-1953. (Fot. NationalPortraitGalleryLondon/National Portrait Gallery/Forum)
Peggy Guggenheim w obiektywie Idy Kar, 1952-1953. (Fot. NationalPortraitGalleryLondon/National Portrait Gallery/Forum)
W wieku sześćdziesięciu kilku lat opalała się nago na tarasie swojego weneckiego pałacu ku zgorszeniu mieszkańców budynków przy Canale Grande. A kiedy ze sforą tybetańskich terierów i w dziwnych przeciwsłonecznych okularach wychodziła na ulicę, turyści kierowali w nią obiektywy aparatów. Szeptali: „To ona! To Peggy Guggenheim!”.

Była Amerykanką, ale większą część życia spędziła w Europie. Od lat 50. przez jej Palazzo Venier dei Leoni w Wenecji przewijały się tłumy (otwierała pałac dla zwiedzających trzy razy w tygodniu). Ludzie przyjeżdżali zobaczyć słynne obrazy surrealistów, kubistów, ekspresjonistów. W swoim czasie zbiory Peggy należały do najbardziej spójnych kolekcji sztuki współczesnej otwartych dla publiczności. Dzisiaj są cennym nabytkiem fundacji jej wuja Solomona R. Guggenheima. Tej samej, dla której Frank Lloyd Wright zaprojektował słynne nowojorskie Muzeum Guggenheima, a Frank Gehry – hiszpański oddział muzeum w Bilbao.

Współczesny nowojorski marszand Lawrence B. Salander tak podsumował życie Peggy: „Nie sugerujcie się tym, jak wyglądała, z kim spała, jak się ubierała, lecz tym, co uczyniła w swoim zawodzie, którym było kolekcjonowanie i promowanie sztuki nowoczesnej. Gdybym osiągnął połowę tego co ona, uznałbym swoje życie za twórczo spełnione”.

Marmur, poroża i herbatka

Przyszła na świat 26 sierpnia 1898 roku jako druga z trzech córek Florette i Benjamina Guggenheimów. Jej rodzina mieszkała przy Central Parku, w jednej z najlepszych dzielnic Nowego Jorku. Tuż obok swój dom miała m.in. wdowa po 18. prezydencie USA Ulyssesie S. Grancie i klan Rockefellerów.

Rezydencja Guggenheimów w niczym nie ustępowała innym w tej dzielnicy. Dom mieścił w sobie wszystko, co w ówczesnym czasie uchodziło za przejaw luksusu: przeszklone drzwi, szklaną kopułę nad środkową częścią domu (podświetlaną w nocy lampą), fontannę w holu, marmurową klatkę schodową, cieplarnię, salon do organizowania cotygodniowych herbatek, imponującą bibliotekę i wyjątkowy „rodzynek” – salon Ludwika XIV z niezliczonymi lustrami i gobelinami. Pokoje przepełnione były myśliwskimi trofeami ojca, srebrnymi zastawami matki i portretami przodków. Późniejsza fascynacja Peggy abstrakcyjną sztuką nowoczesną stała w jasnej opozycji do estetycznych zamiłowań rodziców, a dom rodzinny nigdy nie kojarzył jej się dobrze.

Zresztą dzieciństwo to chyba najbardziej ponury okres w życiu Peggy. Złożyło się na to kilka czynników – surowe wychowanie, zdystansowani, często kłócący się – głównie o niewierność ojca – rodzice. Peggy nie znosiła rodzinnego piekiełka, buntowała się. Z trzech sióstr to ona była tą „niegrzeczną”. To z nią zawsze były jakieś problemy.

Jako jedyny jasny akcent dzieciństwa wspominała przyjaźń ze starszą o trzy lata siostrą Benitą, która po części zastępowała jej matkę. Benita zmarła w młodym wieku przy próbie urodzenia dziecka. Nikt potem nie zastąpił miejsca siostry w sercu Peggy.

Kochanka

Edukację zakończyła w wieku 18 lat po zaledwie trzech latach spędzonych w prywatnej szkole. Nigdy nie opanowała dobrze ortografii, ale dzięki szkole pokochała literaturę. Być może z miłości do książek (nie musiała przecież pracować) zatrudniła się w awangardowej księgarni Sunwise Turn. Bywali tutaj pisarze tej miary co Francis Scott Fitzgerald, nowojorscy poeci, malarze, wydawcy i przyjaciele artystów. To pierwsze zetknięcie Peggy ze światem artystycznej bohemy. Co zrobić, żeby stać się jego częścią?

Wyjeżdża do Europy. To niezwykle ważna w jej życiu, trwająca niemal prawie dziewięć miesięcy młodzieńcza podróż. Szybko odkrywa, że najbardziej fascynuje ją zwiedzanie rozsianych po europejskich stolicach muzeów ze zbiorami sztuki. Po latach będzie wspominać, jak znawca malarstwa Armand Lowengard zarzucił jej, że pomimo swojego zainteresowania sztuką nie będzie w stanie zrozumieć trudnego dzieła Bernharda Berensona: „Natychmiast kupiłam i przetrawiłam siedmiotomową pracę tego wybitnego krytyka”. Ten drobny epizod nadał kierunek jej dążeniom – zrozumiała, że aby zbliżyć się do cyganerii, musi przemawiać językiem jej przedstawicieli.

Najwięcej czasu spędziła w Paryżu. Montparnasse, z artystami propagującymi świeże idee i pozbywającymi się niewygodnych konwenansów, działał na nią, wówczas 21-letnią dziewczynę, wręcz hipnotycznie. Zresztą nie tylko ze względu na sztukę. W Paryżu zakochuje się w starszym o siedem lat Laurensie Vailu, „królu bohemy”, malarzu i pisarzu, ale też dandysie i hulace. Uczucie nie jest platoniczne. „Wydaje mi się, że Laurence nie miał lekko, bo zażyczyłam sobie wszystkiego, co widziałam na pompejskich freskach” – tak będzie pamiętać ten związek już jako dojrzała kobieta. Młodziutka Peggy odkryła w sobie drugą obok malarstwa pasję, która odbija się na całym jej życiu. Seks. Chętnie podtrzymywała mit dotyczący ilości swoich romansów oraz swojej rozwiązłości. Jej kochankami byli artyści i literaci, w tym znane nazwiska: dramaturg Samuel Beckett, surrealista Yves Tanguy, rzeźbiarz Henry Moore, a być może też – choć biografowie nie są tu jednomyślni – Marcel Duchamp.

Otwarte drzwi

Laurence został jej mężem w 1922 roku. Małżeństwo z nim otworzyło przed Peggy wiele drzwi. Tak jak chciała, stała się częścią świata, do którego aspirowała. Nie zmieniło to jednak faktu, że wszystko ją od tego świata różniło – pozycja społeczna, korzenie rodzinne, sytuacja finansowa. Zwłaszcza ta ostatnia była znacząca.

Szybko zorientowała się, że różnice są tak naprawdę jej atutami. Mogła wykorzystać pieniądze do tego, by utrzymać zainteresowanie swoją osobą, ale też bardziej szlachetnie – by wspierać sztukę. Złośliwi twierdzą, że Peggy „kupiła” sobie miejsce w historii. Trudno jednak zliczyć twórców, którym w dalszych latach pomagała, nie tylko dofinansowując ich, by mogli tworzyć, ale też kupując ich obrazy wtedy, kiedy nikt jeszcze tego nie robił. Znani mężowie Peggy, zarówno Laurence, jak i później Max Ernst, dzięki niej nie martwili się o finanse. Utorowała drogę do kariery Jacksonowi Pollockowi i Williamowi Congdonowi, roztoczyła mecenat nad wieloma młodymi twórcami w Europie i Ameryce.

Skąd wzięła się fortuna rodziny Guggenheimów? Dziadkowie Peggy uciekli z Europy, chcąc uwolnić się przed finansowymi restrykcjami nałożonymi na Żydów. Dotarli do Ameryki w pierwszej połowie XIX wieku. Tutaj w ciągu kilkunastu lat dzięki handlowej smykałce niewiarygodnie się wzbogacili. Imperium Meyera i Barbary Guggenheimów było w swoim czasie jednym z sześciu największych w Ameryce, będąc żywym przykładem ziszczającego się amerykańskiego snu.

Ojciec Peggy radził sobie finansowo gorzej niż reszta jego braci, ale i tak spadek po nim wystarczył córce na rozpoczęcie samodzielnego życia, a pieniądze odziedziczone później po matce – na realizowanie fanaberii związanych ze sztuką oraz na zainwestowanie w galerię, którą w 1938 roku otworzyła w Londynie.

Jeden obraz dziennie

Po swoich przodkach Peggy bez wątpienia odziedziczyła talent do robienia interesów i zamiłowanie do pieniędzy, ale też – co wielokrotnie udowodniła – umiejętność ich utrzymania. Żyłkę do handlu odkryła w sobie w roku 1925, kiedy to udało jej się sprzedać za cenę wielokrotnie przewyższającą oczekiwania przywiezione do Ameryki prace poetki i malarki Miny Loy.

Pierwszego poważnego zakupu dla siebie dokonała jednak dopiero kilkanaście lat później. W 1937 roku weszła w posiadanie jednego z pięciu brązowych odlewów „Głowy i muszli” Jeana Arpa. Zakupione za 300 dolarów dzieło stało się zaczynem dla jej niezwykłej kolekcji. Przy tej transakcji korzystała z doradztwa (przedstawionego jej przed laty przez Vaila) Marcela Duchampa. Duchamp, niezależny klasyk awangardy i swego rodzaju éminence grise, miał ogromny wpływ na estetyczny gust Peggy. Był jej największym mentorem w dziedzinie sztuki nowoczesnej. Często i chętnie korzystała z dobrych doradców. Historyk sztuki Herbert Read stworzył dla niej nawet specjalną listę najbardziej interesujących dzieł. Sama nie była wielką ekspertką, przyznawała się do swojej początkowej ignorancji, umiała jednak słuchać i wyciągać wnioski, nie bała się też ryzykownych posunięć.

Guggenheim Jeune, galeria otwarta przez Peggy w londyńskim West Endzie, prezentowała prace malarzy, których jeszcze nikt w Londynie nie wystawiał. Tutaj swoją pierwszą indywidualną wystawę miał między innymi Wassily Kandinsky. Promowani byli Yves Tanguy, Wolfgang Paalen, Georges Braque, Joan Miró i, oczywiście, Laurence Vail. Konsekwentnie kupowała co najmniej po jednym obrazie z każdej otwieranej przez siebie wystawy, gromadząc w ten sposób coraz ciekawsze, jeszcze nierozpoznawane wtedy dzieła.

Problem w tym, że Guggenheim wyprzedzała swoje czasy. Prowadzenie galerii było zajęciem trudnym i nierentownym. Nikt nie myślał jeszcze o kupowaniu obrazów jako inwestycji. Nabywano je dla przyjemności, ale niewielu było ludzi, którzy mogli sobie na taki luksus pozwolić. Po roku działalności Peggy zamyka deficytowy interes, ale niepowodzenie jej nie zraża. Marzy, żeby stworzyć własne muzeum sztuki współczesnej. I pewnie dopięłaby swego, gdyby planów nie pokrzyżowała jej zbliżająca się wojna. Muzeum nie powstało, ale kwotę 40 tysięcy dolarów, które miała wyłożyć z własnej kieszeni, i tak przeznaczyła na zakup obrazów w Paryżu. Podobno na chwilę przed wybuchem wojny kupowała jeden obraz dziennie.

Nigdy bardziej nie wybałuszyłem oczu

Chroniąc się przed wojenną zawieruchą w Nowym Jorku, udostępniła swój dom wszystkim zainteresowanym sztuką nowoczesną. Odwiedzali ją imigranci z Europy, m.in. Chagall, Léger, Matisse, Breton, marszandzi i hobbyści. Peggy wszystkich uważała za swoich przyjaciół. Dom tętnił życiem, a spontaniczne imprezy, na których czasami pojawiał się tajemniczy doktor serwujący zastrzyki witaminowe (w rzeczywistości amfetaminę), organizowane były nader często. Uzupełniała swoją kolekcję o kolejne dzieła: Klee, de Chirico, Miró, Dalego, Picassa, Mondriana. Wreszcie w roku 1942 przy Zachodniej Pięćdziesiątej Siódmej Ulicy otworzyła kolejną galerię Art of this Century. Zaprojektował ją znany z nowatorskich projektów Frederick John Kiesler. Obrazy zawieszono bez ram, by „uwolnić” sztukę. W sali surrealistów były wklęsłe kauczukowe, a w sali kubistów – płócienne ściany. Sukces! W „New York Sun” znaczący krytyk Henry McBride napisał potem: „Nigdy bardziej nie wybałuszyłem oczu”. Znowu była pionierką – zaprezentowała mistrzów z Europy obok młodych malarzy amerykańskich, a każdy kolejny organizowany przez Peggy pokaz zaskakiwał tematyką. Choćby wystawa prac kobiet – absolutne novum w zdominowanym wówczas przez mężczyzn świecie sztuki.

Ciekawe, że przy całej swojej hojności w sprawach dużej wagi była przeraźliwie skąpa w rzeczach drobnych. Oszczędzała na ogrzewaniu, prądzie, ubraniach. Podobno przez cały rok potrafiła nosić starą czarną spódnicę i zdarte buty z cielęcej skóry. Zapraszając gości na obiad do restauracji, głośno demonstrowała swoje niezadowolenie z racji wysokiego rachunku. Na przyjęciach ograniczała się do serwowania czipsów i rozcieńczonego wina. Gromadzenie choćby najdrobniejszych pieniędzy sprawiało jej wyraźną przyjemność. W swojej nowojorskiej galerii wprowadziła ćwierćdolarową opłatę za wstęp, choć było to w środowisku bardzo źle widziane. Do weneckiego domu wpuszczała co prawda za darmo, ale za katalog, bez którego trudno było oglądać dzieła, trzeba było już płacić.

Przyjemnie jest być ze mną

Nie miała wielu prawdziwych przyjaciół, ale aż do późnej starości zdawała się tego nie zauważać. Jak wspomina marszand i artysta David Porter: „Uwielbiała znajdować się w centrum uwagi, miała potężne ego, jak gdyby mówiła: Dlaczego ludzie mieliby mnie nie lubić? Jestem bogata i seksowna, przyjemnie jest być ze mną”.

W różnych okresach życia sięgała po alkohol. Potrafiła zachowywać się skandalicznie. Pewnego wieczoru odeszła od kolacji, by całkowicie się rozebrać i wrócić do pozostawionych gości okryta tylko przezroczystym płaszczem. Innym razem w napadzie złości zdemolowała ogród i wyrwała rzadkie gatunki roślin. Miała dwóch mężów i trzy poważniejsze związki nieformalne. Nieustannie flirtowała. Zapytana, ilu miała mężów, odpowiadała: „Swoich czy czyichś?”. Być może przelotne romanse utwierdzały ją w przekonaniu, że jest atrakcyjna – miała kompleks z powodu swojego dużego, niekształtnego nosa, o którym malarz Theodoros Seliger powiedział kiedyś: „Nie miała nosa – miała bakłażan”.

Jej związki były burzliwe i niespełnione. Pierwsze małżeństwo rozpadło się po sześciu latach. Podobno w czasie kłótni Laurence wcierał jej dżem we włosy i rzucał w nią czym popadnie, ona zaś nieustannie go prowokowała. Jej związek ze skłonnym do alkoholu pisarzem Johnem Holmesem również nie należał do stabilnych, względnie spokojnie żyła z poetą i wydawcą Douglasem Garmanem. Najwyraźniej potrzebowała jednak pierwiastka nieprzewidywalności, bo po pewnym czasie zaczęła uważać go za nudziarza. Po raz drugi wyszła za mąż w wieku 43 lat, a jej wybrankiem był malarz Max Ernst. Dlaczego on? „Ponieważ jest śliczny, jest znakomitym malarzem i jest sławny”, uzasadniła. Ale i ten związek okazał się nieudany.

W jej zaprzątniętym sztuką życiu nie pozostawało wiele miejsca dla dzieci. Córka Pegeen i syn Sindbad (oboje z pierwszego małżeństwa), mieli słaby kontakt z matką. Peggy, rozwodząc się z Laurence’em, zostawiła kilkuletniego syna pod opieką ojca, zastrzegając sobie jedynie 60 dni w roku na widzenia. Córka Pegeen traktowana była jeszcze chłodniej. W rezultacie przez wiele lat cierpiała na depresję, była uzależniona od leków. Zmarła w wieku 41 lat po przedawkowaniu środków nasennych. Peggy dostała wiadomość o śmierci córki, kiedy mieszkała już w Wenecji (w roku 1962 otrzymała od miasta honorowe obywatelstwo). Czuła się winna jej zaniedbywania, ale odpowiedzialność za tragiczną śmierć zrzuciła na męża Pegeen Ralpha Rumneya. Sama Pegeen za życia otwarcie mówiła o żalu, jaki ma do matki. Zarzucała jej, że kocha sztukę bardziej niż własnego syna i córkę.

Kolekcja to ja

Przy łożu śmierci Peggy Guggenheim był jej syn Sindbad. Umarła w wieku 81 lat, schorowana. Cierpiała na miażdżycę, w dodatku w roku 1979 nastąpił ciąg nieszczęśliwych wypadków: złamała nogę, z powodu której trafiła do szpitala, tam dostała obrzęku płuc, spadła z łóżka i doznała udaru. Odeszła 23 grudnia tego samego roku.

Nigdy nie podarowała nikomu z rodziny nawet najmniejszego płótna. Pragnęła za wszelką cenę utrzymać kolekcję nierozproszoną. Wielokrotnie powtarzała: „Kolekcja to ja”, zdając sobie sprawę, że tylko w ten sposób zapewnia sobie miejsce w historii. Pod koniec życia bała się, że potężna fundacja jej wuja Solomona (nigdy nie utrzymywała z nim bliskich kontaktów ani rodzinnych, ani kolekcjonerskich), której w 1976 roku zdecydowała się powierzyć swoje obrazy, wchłonie jej zbiory.

Tak się nie stało. Kolekcja Peggy jest odrębną całością prezentowaną nadal w weneckim pałacu przekształconym obecnie w muzeum, które dziś przyciąga 300 tysięcy oglądających rocznie.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

Korzystałam m.in. z książek: Antona Gilla „Peggy Guggenheim. Życie uzależnione od sztuki”, Dom Wydawniczy Rebis 2004; oraz Peggy Guggenheim „Out of this Century: Confessions of an Art Addict”, Universe Books 1979.

  1. Kultura

Hipnotyzujący, magiczny, iskrzący dowcipem – „Śniegu już nigdy nie będzie” w kinach od 4 czerwca

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Śniegu już nigdy nie będzie". Na zdjęciu Alec Utgoff. (Fot. materiały prasowe)
„Śniegu już nigdy nie będzie” Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to jeden z najbardziej wyczekiwanych tytułów roku. Prezentowany na międzynarodowych festiwalach film zdążył zachwycić już polskie i międzynarodowe media. Satyryczna opowieść na pograniczu magii i realizmu zabiera widza w wyjątkową podróż w głąb samego siebie.

„Tytułowy śnieg może się wieloznacznie kojarzyć – chociażby ze śmiertelnym żywiołem albo poczuciem bezpieczeństwa, baśniowym powrotem do krainy dzieciństwa. Choć dziś zapewne najbardziej kojarzy się ze zniszczeniem, jakie człowiek wywołał w eko klimacie ziemi, doprowadzając do zmian, przez które śnieg widuje się coraz rzadziej. Bohaterowie naszego filmu, w większości skupieni na własnym, małym, wygodnym świecie, zbyt dużo o tym nie rozmyślają, jednak nie wiedząc czemu zmagają się z poczuciem jakiejś wewnętrznej, duchowej pustki i niezrozumiała tęsknotą za czymś nieokreślonym. Są to różne tęsknoty, za bliskością, dotykiem, seksem, zrozumieniem, wolnością. Są bogaci, syci od strony materialnej, ale głodni duchowo, choć w sposób zupełnie nieuświadomiony. Ich fantazje ogniskują się w jednym – obcym przybyszu, w którym przeglądają się jak w lustrze. On przynosi im wytchnienie. Trudno powiedzieć czy to iluzoryczne, czy prawdziwe doświadczenie, tak jak trudno czasem odróżnić nam własną projekcję od rzeczywistości. Czy magiczny las, do którego przenosi ich przybysz, jest tylko wytworem ich lęków i pragnień, czy istnieje naprawdę. Film nasz, mamy nadzieję, skrywa jakąś tajemnicę, chcieliśmy pobudzić widzów do głębszej refleksji na temat kondycji współczesnego Europejczyka. Zagrać na indywidualnych skojarzeniach, nienachalnie zadać parę pytań, bez tezy i z humorem” – mówią twórcy filmu Małgorzata Szumowska i Michał Englert.

Pewnego mglistego poranka w mieście pojawia się ON – atrakcyjny mężczyzna z prawdziwego, egzotycznego wschodu. Żenia, bo tak brzmi jego imię, ma dar. Jego ręce leczą, a oczy zaglądają w dusze samotnych kobiet. Mężczyzna zatrudnia się jako masażysta na bogatym osiedlu pod miastem. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od „gorszego” świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty. Wkrótce niezwykłe zdolności Żeni odmienią życie każdego z nich.

W obsadzie obok Aleca Utgoffa, ukraińsko-angielskiej gwiazdy netflixowego hitu „Stranger Things” i filmu „Mission: Impossible – Rogue Nation”, wystąpiło znakomite grono cenionych polskich aktorek i aktorów: Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura, Andrzej Chyra, Łukasz Simlat i Krzysztof Czeczot.

  1. Kultura

Seriale prawnicze na Netflix, HBO i nie tylko – co warto obejrzeć? Najlepsze tytuły o prawnikach

Fot. kadr z serialu
Fot. kadr z serialu "Zadzwoń do Saula", BEW
Seriale o prawnikach cieszą się ogromną popularnością wśród widzów na całym świecie. Wciągający świat wymiaru sprawiedliwości to jednak nie tylko konkretne sprawy klientów, ale również wciągające życie prywatne głównych bohaterów, które przyniosło ogromną popularność także naszych rodzimych produkcji prawniczych, takich jak "Magda M.", czy "Prawo Agaty". Które z seriali prawniczych polecamy szczególnie?

”Suits”

Dostępny na platformie Netflix serial o prawnikach „Suits” to jeden z najpopularniejszych i najbardziej docenianych show na świecie. Nie tylko za sprawą występującej w nim Meghan Markle, która nim stała się księżną Sussexu znana była przede wszystkim z roli Rachel, ale przede wszystkim ze względu na inne podejście do stereotypowego świata prawników. „Suits” to historia Mike'a Rossa - młodego, inteligentnego chłopaka, który został wyrzucony z college'u, i który pomimo tego zostaje zatrudniony u jednego z najlepszych nowojorskich prawników Harveya Spectera. Mike posiada wyjątkowe zdolności, w tym m.in. fotograficzną pamięć, która dotychczas umożliwiała mu zdawanie egzaminów za innych studentów, za co zresztą wydalono go z uczelni. Rozpoczynając pracę u Harveya musi jednak udowodnić, że dyplom Harvarda to nie wszystko, co powinien reprezentować sobą dobry prawnik.

„Ally McBeal”

Wśród nieco zapomnianych, ale równie popularnych kilkanaście lat temu seriali o prawnikach znajdziemy także „Ally McBeal” - prawniczkę, która zaczyna pracę w kancelarii, w której pracownikiem jest m.in... jej były chłopak. Serial zyskał miano kultowego dzięki szczególnie ciekawym postaciom - nie tylko samej, nieco postrzelonej Ally, ale również Fisha, Ally czy Elaine, czyli reszcie bohaterów, którzy pojawiają się w serialu. Tytułowa Ally to jednak postać nie tylko zwariowana, za wszelką cenę szukająca szczęścia w miłości, ale też wrażliwa, subtelna i delikatna. „Ally McBeal” to jeden z najlepszych seriali o prawnikach - choć wszyscy są tam zdrowo postrzeleni (prawnicy, sędziowie, klienci), perypetie i niecodzienne problemy bohaterów ogląda się nie tylko z zaciekawieniem, ale i lekką nostalgią za starymi, dobrymi produkcjami z przełomu wieków.

„Orły z Bostonu”

Serial prawniczy o nieco innej fabule niż „Suits”, czy „Ally McBeal” będący spin-offem popularnego „The Practice”. Osią serialu są tu przede wszystkim relacje między bostońskimi prawnikami oraz sprawy, którymi się zajmują poruszające istotne społecznie problemy m.in. prawo do aborcji czy kwestie związane z posiadaniem broni. Poważne, budzące kontrowersje problemy przeplatają się tu ze świetnym poczuciem humoru dwóch głównych bohaterów - Alana Shore'a i Danny'ego Crane'a, którzy często w absurdalny sposób komentują smutną, brutalną rzeczywistość. „Orły z Bostonu” zyskały dużą popularność właśnie dzięki dwóm głównym bohaterom granym przez Jamesa Spadera i Williama Shatnera, którzy uczynili go jednym z najlepszych seriali o prawnikach w historii.

„Sprawa idealna”

Dostępny na HBO GO serial prawniczy „Sprawa idealna” to spin-off równie świetnie przyjętej „Żony idealnej”. W serialu poznajemy niejaką Diane Lockhart, wziętą prawniczkę, która pracuje w prestiżowej kancelarii. Z czasem dołącza do niej chrześnica, którą Diane wprowadza w prawniczy świat. W związku z bankructwem firmy inwestycyjnej ojca dziewczyny dochodzi do przełomowego momentu w życiu Diane, która traci wszelkie oszczędności i pracę. Razem z chrześnicą zmuszone są podjąć pracę w zupełnie innym miejscu. „Sprawa idealna” okrzyknięta została jednym z najciekawszych seriali o prawnikach podobnych do „Suits”, w którym ukazywane są nie tylko same sprawy i batalie sądowe, ale również poruszane ważne i trudne tematy.

„Sposób na morderstwo”

Dostępny na Netflixie serial opowiadający o grupie ambitnych studentów prawa, którzy wraz z wykładowczynią prawa karnego zostają wplątani w sprawę morderstwa. Jednym z powodów, dla których warto sięgnąć po tę produkcję jest rola Violi Davis - niezwykle charyzmatycznej, inteligentnej i porywającej prawniczki i pani profesor, która ostatecznie musi znaleźć sposób na morderstwo, którego sama nie popełniła. Plusem serialu jest duża różnorodność, jeśli chodzi o wątki, bohaterów (jedni są ciekawsi, inni mniej, ale wszyscy odmienni charakterologicznie) i akcję, która trzyma w napięciu aż do samego zakończenia szóstego sezonu.

„Zadzwoń do Saula”

Spin-off genialnego i świetnie ocenianego „Breaking Bad” okrzyknięto jednym z najlepszych seriali o prawnikach, który trzyma w napięciu bardziej niż najmocniejsze filmy Quentina Tarantino. „Zadzwoń do Saula” to opowieść o podrzędnym prawniku Jimmym McGillu, który ima się samych nieciekawych spraw i zleceń. Dopiero z czasem mężczyzna zmienia się w znanego nam z „Breaking Bad” Saula Goodmana, który nie boi się szemranych interesów i problematycznych, nielegalnych spraw. Serial ma w zasadzie dwojakie zadanie - opowiedzenie historii sprzed czasów, w których Walter White zajął się produkcją narkotyków oraz wprowadzenie nas w świat Saula i zrozumienie, jak tworzyła się jego kariera.