1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Jeremy Irons: "Porażki uczą więcej niż sukcesy"

Jeremy Irons: "Porażki uczą więcej niż sukcesy"

Jeremy Irons, fot. BEW PHOTO
Jeremy Irons, fot. BEW PHOTO
W życiu zawodowym nie boi się ryzykować. W tym pozaekranowym nie wstydzi się swoich nałogów. Pełen sprzeczności i dystansu do sławy Jeremy Irons opowiada Marioli Wiktor o tym, co naprawdę jest ważne.

Z pochodzenia i wyglądu jesteś klasycznym Anglikiem. Masz nawet własny zamek. Kupiłeś go przed laty w Irlandii w West Cork.
Tak, liczy sobie 600 lat. Już od 300 lat straszył w okolicy jako historyczna ruina. Jest jednak przepięknie położony na zboczu nad oceanem i nosi w sobie ślady wspaniałej przeszłości. Ocalało aż 110 miniaturowych wieżyczek, ale od XVII wieku nikt tu nie mieszkał. Zachwyciłem się, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem to miejsce. Gdy nie udało mi się nikogo zainteresować ratowaniem zamku, postanowiłem sam go kupić. Dzięki temu przetrwał. Zamierzałem go odrestaurować i udostępniać do zwiedzania oraz uprawiania w pobliżu żeglarstwa i jazdy konnej. Pieniądze za bilety miały zasilać kasę fundacji. Niestety, ciągle walczę z konserwatorem i biurokratycznymi przepisami, ale wierzę, że w końcu się uda. Z pewnością nie kupiłem go dlatego, by w nim zamieszkać, nie mam ambicji arystokratycznych. Nie przyjąłem nawet rekomendacji do tytułu szlacheckiego. Wyobrażasz sobie spędzenie w takim zamku zimy, kiedy wiesz, że aby ogrzać cały budynek, musisz czekać kilka dni? Nikt przy zdrowych zmysłach by tego nie wytrzymał. Razem z Sinead (żona aktora – przyp. red.) i trzema naszymi psami mieszkamy w zwykłym wiejskim domu w Cork, jakich pełno w okolicy. Za domem mamy małą stajnię dla koni. To mi zdecydowanie bardziej odpowiada. Zamek pochłania na razie mnóstwo pieniędzy i zmusił mnie do intensywnego grania.

Po tylu latach robisz to już głównie dla pieniędzy czy granie sprawia ci jeszcze radość?
U Davida Lyncha nie gra się dla pieniędzy. W sumie ten zamek kosztował mnie o wiele więcej, niż jest wart, ale ja też zawsze byłem opłacany lepiej, niż na to zasługiwałem (śmiech). Praca w amerykańskich filmach, produkowanych przez duże wytwórnie czy studia, pozwalała i nadal pozwala mi wieść dość wygodne życie. Nigdy nie musiałem, jak w teatrze, zatrudniać się na cały sezon. Dla mnie to ważne, bo nie jestem systematyczny i lubię mieć dużo wolnego czasu. W ogóle jestem strasznym leniem. Mogę na przykład kilka dni leżeć w łóżku, czytać książki i oglądać filmy na DVD. I wcale nie zerkam nerwowo na telefon, czy zadzwoni. Zdaję sobie jednak sprawę, że jestem uprzywilejowany. Większość aktorów nie ma takiego luksusu. Kiedy jednak telefon dzwoni a scenariusz mnie wciąga, to nie pytam o gażę. To nie jest najważniejsze. Wiesz, co mnie ciągle rajcuje w tym zawodzie? Że jednego dnia mogę zagrać mordercę, a drugiego – pedofila, po czym zmyć charakteryzację i bezkarnie wyjechać z planu do domu na kolację. Tak po prostu!

„Czerwona jaskółka” to jedna z twoich ostatnich superprodukcji...
Za udział w kinie popularnym lepiej płacą, dlatego przyjmuję takie role. Poza tym nigdy nie chciałem być kojarzony tylko z kinem niszowym, artystycznym, tak samo jak z image'em amanta, w który próbowano mnie wtłoczyć. Zawsze lubiłem iść pod prąd oczekiwań. Na pewno nigdy nie byłem i nie jestem typem flegmatycznego Anglika. Uwielbiam burzyć reguły i zasady, prowokować, zadawać pytania o naszą moralność, kodeks wartości.

Zagrałeś polskiego robotnika u Jerzego Skolimowskiego.
W filmie „Fucha” stałem się Polakiem i mówiłem po polsku. Co prawda to były nader skąpe kwestie, ale jednak. Nie miałem wtedy możliwości przyjazdu do Polski ani warunków, by nauczyć się polskiego. Zapisywałem sobie fonetycznie to, co mówił Skolimowski. Potem pisałem sobie to na ścianach. Macie strasznie trudny język. Tylko nie proś, bym coś powiedział…

Zgoda, nie będę. Zastanawiam się, z czego bierze się u ciebie ta przekora, kurs pod prąd?
Bo ja wiem? Może z tego, że zawsze jestem niezadowolony. Myślę, że gdyby było inaczej, to dopiero byłoby ze mną źle! Uważam, że porażki uczą nas dużo więcej niż sukcesy. Dlatego nie boję się ryzykować. Zawsze wolałem szokować, poruszać emocje albo przynajmniej testować aktorski warsztat, a to jest możliwe tylko wtedy, gdy podejmuje się wyzwania. Kilka lat temu postanowiłem zaskoczyć wszystkich i zagrać w kinie akcji w „Szklanej Pułapce 3” obok Bruce’a Willisa. Tak jak mówiłem, nie chcę być postrzegany tylko jako specjalista od skomplikowanych wewnętrznie facetów.

Przed laty zdecydowałeś się zagrać w filmie Davida Lyncha „Inland Empire”. Niektórzy uważali, że to zawodowe samobójstwo...
Chciałem spróbować czegoś nowego. Ten długi, trzygodzinny film jest jak wielki abstrakcyjny obraz Jacksona Pollocka. Stajesz przed nim kompletnie zaskoczony. Obraz jest niezwykły, ale bardzo trudno dostrzec jego ideę, myśl, przekaz. Podobnie jest z tym filmem. Nie wiadomo, o czym dokładnie on jest. Gram w nim reżysera, który próbuje zrealizować film, ale w jakimś momencie wszystko wymyka mu się spod kontroli. W dodatku David ma zwyczaj dopisywania lub zmieniania scen na dzień przed ujęciem, w którym grasz, bez podawania powodów. W związku z tym aktor nie wie, w jakim kierunku ma się rozwijać jego postać. Nie zna całego scenariusza i kontekstu. To mi się wtedy spodobało.

Zagrałeś reżysera, nie chciałbyś stanąć po drugiej stronie kamery?
Nie, ale mam już za sobą pewne doświadczenia w tej dziedzinie. Zrealizowałem film o Bośni dla telewizji młodzieżowej. Najpierw jednak razem z Sinead przygotowaliśmy dla teatru w Oxfordzie spektakl według scenariusza Holendra Ada de Bonta, który na podstawie wywiadów opisał dramaty bośniackich uchodźców. Widowisko wzbudziło w Oxfordzie ogromne emocje. Wtedy zwrócił się do mnie jeden z producentów BBC, bym przygotował dokument o tragicznych losach holenderskich Bośniaków, argumentując, że młode pokolenie Europejczyków powinno poznać prawdę, odmienną od tego, co oferują nie zawsze obiektywne media.

Założyłeś też fundację „Nadzieja”, która zbiera fundusze na pomoc dla dzieci żyjących w slumsach Kalkuty i innych indyjskich miast.
Wszystko zaczęło się kilka lat temu, kiedy po raz pierwszy pojechałem do Indii. W Kalkucie co prawda nie byłem, ale to, co zobaczyłem w dzielnicach nędzy w Bombaju – a sytuacja w indyjskich miastach jest podobna – wstrząsnęło mną głęboko. Warunki, w jakich żyją żebrzące na ulicach albo pracujące po 16 godzin na dobę dzieci – są nieludzkie. Nie można tego tak zostawić. Myślę, że aktorzy i w ogóle ludzie, którzy zdobyli pewną popularność, są bardziej słuchani niż inni. Trzeba to wykorzystywać i nagłaśniać problem.

Zawsze deklarowałeś, że polityka cię nie interesuje. A jednak całe lata przyjaźniłeś się z Tonym Blairem.
Z tą przyjaźnią to przesada. Poznaliśmy się dawno temu, kiedy Tony był jeszcze liderem laburzystów. Kilka razy zjedliśmy wspólnie obiad. Potem, kiedy został premierem, spotkaliśmy się jeszcze może dwu- lub trzykrotnie, i to wszystko. Niestety, przez te lata bardzo się zmienił. Zgubił gdzieś swój entuzjazm, świeże pomysły, szalone wizje. Myślę, że zdusiła go cała ta biurokratyczna machina. Obawiam się, że do historii Tony przejdzie jako polityk, który wciągnął Wielką Brytanię w wojnę w Iraku i zakazał polowań na lisy.

Podobno nie umiesz udawać. Jakoś ciężko mi w to uwierzyć...
Tak, choć wiem, jak dziwacznie to brzmi w moich ustach. Niektórzy mogą być zszokowani (śmiech). Ale to prawda. Ponieważ nie najlepiej wychodzi mi udawanie na zawołanie, staram się maksymalnie wejść w postać. Dlatego właśnie bardzo szanuję tych wszystkich aktorów, którzy na komendę reżysera potrafią się rozpłakać, szczerze roześmiać, okazać głębokie cierpienie. Ja muszę się bardzo mocno koncentrować, by taki stan osiągnąć i nie dość, że zajmuje mi to dużo czasu, to jeszcze nie zawsze uzyskuję zamierzony efekt. W takich sytuacjach ratunkiem jest improwizacja, ale nie można przecież na niej zbudować całej roli. Może jeszcze bardziej cię zaskoczę, gdy powiem, że tak naprawdę nigdy nie byłem specjalnym pasjonatem aktorstwa. Nie jestem kimś takim jak Al Pacino, który żyje po to, aby grać. Aktorstwo jest sensem jego życia. U mnie jest odwrotnie. Gram po to, aby żyć. A żyję wtedy, kiedy nie pracuję. Byłem już budowlańcem, pracownikiem socjalnym, artystą ulicznym, ogrodnikiem, sprzątałem też domy. To było w czasach, kiedy potrzebowałem pieniędzy na czynsz i opłatę nauki w szkole aktorskiej. Realne, pozazawodowe życie wpływało i wpływa nadal na jakość mojego aktorstwa. Gdybym dziś mieszkał w Hollywood, pewnie zarabiałbym więcej i więcej pracował, ale nie robiłbym tego, co mi się najbardziej podoba.

A co ci się najbardziej podoba?
Nawiązując do początku naszej rozmowy, jak każdy chyba Anglik kocham konie. Mam kilka, czyszczę je, dbam o nie i oczywiście kłusuję po malowniczych wzgórzach Irlandii, kiedy tylko czas mi na to pozwala. W ogóle lubię kontakt z naturą. Z czasem w związku z rozrzuconymi po całym niemal świecie planami filmowymi połknąłem bakcyla podróży. Jednak nie podróżuję jako turysta ani, co gorsza, jako gwiazda filmowa. Uwielbiam nierozpoznany przyjechać do jakiegoś azjatyckiego kraju i całkowicie wtopić się w tłum, żyć życiem lokalnych mieszkańców. Tak było na przykład w Pekinie. Polubiłem pewien styl poznawania kraju i jego kultury poprzez całkowite zaangażowanie zmysłów: dotyku, węchu, smaku. W Pekinie zakochałem się w chińskim jedzeniu spożywanym wprost na ulicy. W podobny sposób zwiedziłem Tajlandię i Malezję. Obecnie najbardziej chciałbym pojechać do Kambodży i zobaczyć na własne oczy świątynię Angkor Wat.

To twoje pasje, a nałogi?
Uważaj, bo o tym mogę godzinami... Lubię palić. Mój lekarz powiedział niedawno, że dzięki papierosom wciąż jestem szczupły, a gdy rzucę, od razu przytyję. Wiem, że to fatalne tłumaczenie, ale już się nie zmienię. Poza tym mam fioła na punkcie skuterów, motocykli i szybkości. Spośród wszystkich motoryzacyjnych cacek, jakie mam, najbardziej jestem dumny z Ducati. To takie Ferrari na dwóch kołach. Jazda nim daje nieprawdopodobne doznania. Lubię też moją małą Hondę 50, którą poruszam się po Londynie. Jeżdżę szybko, ale z piractwem drogowym, które mi zarzucano, to gruba przesada. Lubię poczuć pęd powietrza na policzkach, ale za miastem, na pustej, bocznej drodze. Właśnie w takich okolicznościach jakieś 10 lat temu zatrzymała mnie policja. Wlepili mi mandat. I pewnie na tym wszystko by się skończyło, gdyby nie media, które rozdmuchały całe zdarzenie. Napisano wtedy, że przechodzę kryzys wieku średniego.

A przechodziłeś?
(Śmiech). Całe moje życie od wczesnego dzieciństwa to jeden wielki kryzys... Chociaż jestem teraz spokojniejszy i bardziej pogodzony ze sobą. Nie przeraża mnie starość. Nie mam już w sobie ambicji bycia perfekcyjnym. Nic właściwie nie muszę. Dostałem od życia więcej, niż zasłużyłem: więcej sławy i na pewno więcej kasy. Mam dwóch wspaniałych synów i jestem z kobietą, która akceptuje mnie takim, jaki jestem. Nie mam prawa narzekać na swoje życie.

Z żoną, też aktorką, Sinead Cusack, jesteście razem od ponad 20 lat.
Zdążyła się już do mnie i do moich dziwactw przyzwyczaić... Oboje jesteśmy dość trudnymi ludźmi, dlatego staramy się nie wchodzić sobie w drogę. Dajemy sobie dużo wolności. Mamy własne pasje, kariery, odrębnych przyjaciół, rzadko pracujemy razem. Jeśli chodzi o mnie, to dlatego, że mam nie najlepsze wspomnienia z pierwszego małżeństwa z Julie Hallam. Oboje byliśmy bardzo młodzi, ja miałem zaledwie 21 lat, gdy się pobraliśmy. Teatr, w którym pracowaliśmy, zaoferował nam w prezencie ślubnym cały sezon sztuk, w których graliśmy razem. I to był początek końca. Razem pracowaliśmy, spotykaliśmy się codziennie na próbach a wieczorami na spektaklach, wspólnie mieszkaliśmy, jedliśmy, spaliśmy. To było na dłuższą metę bardzo męczące. Ludzie, nawet jeśli bardzo się kochają, muszą mieć jakiś margines swobody, swoją osobną, nienaruszalną przestrzeń. Sinead też to rozumie. W naszym małżeństwie żadna ze stron nie musi poświęcać swojej kariery bądź pasji dla kariery czy pasji drugiej osoby. A gdy w związku nie ma rywalizacji, można się wspierać i uczyć od siebie. Myślę, że to niezły patent na bycie razem.

Cieszysz się, że twój młodszy syn, Max, jest aktorem?
Na pewno go do tego nie zachęcałem. Przeciwnie. Uczulałem go na to, jak kapryśny to zawód i niewdzięczny, a sława i sukces ulotne. Skoro jednak tak postanowił, to będę go wspierał. Starszy syn, Samuel, także chciał spróbować aktorstwa, co mu się udało. Jednak po jakimś czasie powrócił do swojej pierwszej pasji, czyli fotografii. A ja odetchnąłem! Bo wiem, że świat nie kończy się na kinie, a im jestem starszy, tym bycie aktorem i tak zwana rozpoznawalność coraz mniej mnie bawią. Prawdziwe życie jest gdzie indziej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Kobieta w oknie" – A.J. Finn o chorobie, która stała się impulsem do napisania bestsellerowej powieści

Amy Adams jako Anna Fox w filmie
Amy Adams jako Anna Fox w filmie "Kobieta w oknie". Film dostępny na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe Netflix.
Szalony psychopata okazuje się zabójcą, a agentka z zaburzeniami afektywno dwubiegunowymi wpada na trop szpiega – kino i literatura coraz częściej sięgają po postaci z problemami psychicznymi. Moda czy może wierny opis naszych czasów? Pytamy pisarza A.J. Finna, który przyznaje, że jego własna choroba była impulsem do napisania bestsellerowej „Kobiety w oknie”. 

Czy fakt, że główna bohaterka twojej książki, Anna Fox, ma agorafobię, jak się potem okazuje, wynikającą z depresji, miał dać wsparcie osobom doświadczającym podobnych problemów? Czy może chciałeś przez to podkreślić, że rozmaite schorzenia psychiczne są tak popularne, że praktycznie wszystkich nas dotykają?
Cudownie, że o to pytasz, bo mam dużo do powiedzenia na ten temat (śmiech). Zacznijmy od genezy powstania tej książki i głównej bohaterki. W wieku 21 lat zdiagnozowano u mnie ciężką depresję kliniczną, z którą zmagałem się przez kolejne 15 lat. Przez ten czas byłem w stanie żyć względnie normalnie i na dość dobrym poziomie – udało mi się zrobić doktorat na Oxfordzie, odnosiłem sukcesy, robiłem całkiem obiecującą karierę w branży wydawniczej, tworzyłem satysfakcjonujące związki i utrzymywałem dobre relacje z rodziną i przyjaciółmi. A jednocześnie byłem głęboko nieszczęśliwy. Próbowałem wszystkiego, żeby sobie pomóc, od farmakoterapii po medytację, od hipnoterapii i terapii elektrowstrząsami po ketaminoterapię – ale nic nie zmieniało mojego stanu. Aż pewnego dnia, trzy lata temu, poszedłem na konsultację do nowego psychiatry, bo chciałem zmienić leki. Wysłuchał mojej opowieści o symptomach i dolegliwościach, która trwała około półtorej godziny i pod koniec powiedział: „Nie wydaje mi się, żeby miał pan depresję. Moim zdaniem cierpi pan na pewną odmianę zaburzeń afektywnych dwubiegunowych“. Byłem zaskoczony i początkowo nie zgodziłem się z  jego diagnozą. Powiedziałem, że oglądałem serial „Homeland” i nie widzę podobieństw między moim stanem a stanem Carrie, głównej bohaterki. Odparł, że są różne rodzaje zaburzeń dwubiegunowych i że według niego ja cierpię na odmianę drugą, w której epizody manii nie są tak euforyczne, za to epizody depresji są o wiele głębsze. Wystarczyło sześć tygodni terapii nowymi lekami, bym poczuł się nie tylko lepiej, ale wręcz doznał transformacji. Wtedy postanowiłem, że chciałbym przyjrzeć się moim doświadczeniom, jakoś je opisać.

Nie jest to jednak książka o depresji.
Nie chciałem pisać książki o depresji, bo to by było zbyt dołujące. Nie mam zamiaru rozwodzić się zbyt długo nad gatunkiem, jakim jest thriller psychologiczny, ale w kryminałach czy powieściach detektywistycznych najbardziej pociąga mnie to, że można je odczytywać na dwu różnych poziomach. Pierwszy poziom, dość powierzchowny, to sama zagadka kryminalna. Jeśli jednak zajrzymy pod powierzchnię fabuły, to wejdziemy na drugi poziom i znajdziemy tam o wiele głębsze spostrzeżenia na tematy społeczne, kulturowe czy właśnie psychologiczne. Nie każda powieść kryminalna czy thriller są tak skonstruowane, ale jeśli taka sztuka uda się autorowi, to z pewnością  wywrze duży wpływ na czytelniku, a przynajmniej zawsze wywiera na mnie. Świetnym przykładem jest „Zaginiona dziewczyna“ Gillian Flynn. Z jednej strony to trzymający w napięciu thriller ze znakomitym zwrotem akcji, a z drugiej – dość przerażający portret socjopatki, czyli osoby, która ma ogromne problemy ze swoją kondycją psychiczną i nawiązywaniem relacji. Ta książka chodziła za mną jeszcze długo po tym, gdy skończyłem ją czytać. Zależało mi na napisaniu takiej właśnie powieści, która oferuje więcej zarówno na poziomie intelektualnym, jak i emocjonalnym. Nie jest tylko samą rozrywką. Przy okazji mogłem zgłębić własne podejście do choroby i dać czytelnikom wgląd w świat wewnętrzny osób zmagających się z problemami psychicznymi.

Nie masz wrażenia, że tzw. zdrowe społeczeństwo trochę się ich obawia?
Jako społeczeństwo nie tylko często stygmatyzujemy takie osoby, ale też unikamy z nimi kontaktu. Po pierwsze dlatego, że zwykle nie wiemy, co im powiedzieć, a po drugie, bądźmy szczerzy – ludzie, którzy cierpią na depresję i inne zaburzenia psychiczne nie są zbyt wesołymi kompanami. Amerykańska psychiatra Kay Redfield Jamison, jedna z wiodących specjalistek w dziedzinie zaburzeń dwubiegunowych, na które też sama cierpi, zauważyła, że osoby w depresji są nudnym towarzystwem. Kiedy jesteś w depresji, tracisz umiejętność doprowadzania siebie i innych do śmiechu. Jamison powiedziała – i tu cytuję dosłownie, bo jej słowa wywarły na mnie duże wrażenie: „Kiedy masz depresję, odczuwasz całym sobą, co to znaczy być starym, słabym, brzydkim i nie mieć wiary w to, że w twoim życiu mogłoby się coś zmienić. Brakuje ci gracji, obycia, nawet koordynacji ruchów, czujesz się niezdarny, nieatrakcyjny, wstyd ci, że jesteś sobą”. Takich ludzi się unika i mówię to jako ktoś, kto cierpiał na depresję przez praktycznie całe dorosłe życie. Podsumowując, stworzyłem postać Anny Fox z wielu powodów. Po pierwsze, pragnąłem ukazać wewnętrzny obraz osoby cierpiącej na depresję, jego głębię i wielowymiarowość. Po drugie, chciałem zwrócić uwagę na to, że osoby cierpiące na depresję tak naprawdę nie chcą jej mieć i nawet jeśli Anna ma duże problemy sama ze sobą i widać, że nie radzi sobie z tym, jak wygląda jej życie, to nie znaczy, że nie robi nic, żeby to zmienić. I po trzecie, tak jak zauważyłaś, chciałem dać Annie jakąś sprawczość, przekonanie, że jest w stanie pomagać innym i mieć realny wpływ na świat wokół siebie. Ona próbuje przysłużyć się innym, być przydatna. Świadczy darmową pomoc psychologiczną w Internecie osobom zmagającym się z agorafobią, i stara się pomóc chłopcu z naprzeciwka, który jej zdaniem też ma problemy psychiczne. I choć nie zawsze trafnie lokuje w ludziach swoje zaufanie, to jednak się stara. Przedstawiając taką osobę w roli głównej bohaterki, chciałem wzbudzić u czytelników nie tylko współczucie, ale również zrozumienie i szacunek do niej. Gdybym miał wymienić jedną wartościową rzecz, jaką dała mi depresja, to byłaby to większa empatia. Myślę teraz o wiele więcej o innych ludziach i troszczę się o nich bardziej niż kiedyś. To mnie łączy z Anną.

Może te wszystkie powody, które wymieniłeś, są przyczyną tego, że we współczesnych serialach czy książkach postaci z psychiczną niedoskonałością pojawiają się coraz częściej.
Współczesna popkultura chętnie sięga po takie postaci, bo choć o zdrowiu społecznym nie mówi się jeszcze powszechnie, to jest to temat, który dotyka coraz większej liczby osób, więc staje się coraz bardziej widoczny. Już sam fakt, że dzięki mojej książce mogę zachęcić ludzi do rozmowy na ten temat, że na przykład teraz udzielam wywiadu pismu psychologicznemu, bardzo mnie cieszy. Z drugiej strony z powodu swojej aktualności temat ten jest często wykorzystywany przez popkulturę w sposób zbyt przedmiotowy. Choroba psychiczna staje się dziś atrakcyjnym dodatkiem do głównego bohatera książki czy filmu. Na przykład w  jednej bardzo popularnej książce, też thrillerze psychologicznym, opowiadającej o kobiecie nadużywającej alkoholu, temat alkoholizmu jest użyty jako wytrych fabularny, by uzasadnić, że może czegoś nie pamiętać. W mojej książce bohaterka też nadużywa alkoholu, ale ma bardzo uzasadniony powód, by to robić.

Sama jestem fanką kryminałów i uważam, że na przykład książki Agathy Christie sprawiły, że psychologia postaci i dociekanie, dlaczego człowiek jest w stanie popełnić zbrodnię, zaczęło nas wreszcie interesować.
Ciekawe, że przywołujesz Agathę Christie, bo jako dziecko zaczytywałem się w jej kryminałach, a potem, kiedy pracowałem w branży wydawniczej, nawet wydawałem jej książki. I choć uważam ją za absolutnego geniusza w kwestii budowania fabuły i tworzenia zagadki, to uważam, że była mniej przekonująca, jeśli chodzi o głębokie psychologiczne portrety postaci. Niedawno przeczytałem, jak konstruowała swoje kryminały. Budowała fabułę do przedostatniego rozdziału, po czym zastanawiała się, która z postaci jest najmniej prawdopodobnym mordercą, cofała się i wstawiała w różne fragmenty książki wskazówki, które uprawdopodobniały, że ta osoba jest mordercą… To tylko anegdota, więc nie musi być prawdziwa, przynajmniej mam taką nadzieję (śmiech). Ale trzeba przyznać, że Christie była bardzo zainteresowana problemami zdrowia psychicznego – w kryminale „A..B..C...” jedna z głównych postaci cierpi na coraz bardziej rozwijającą sie fobię społeczną, ale też ma kompleks Edypa. W innej powieści, mojej ulubionej, zabójcą jest młoda dziewczyna i to według mnie bardzo przekonujący opis socjopatki. Obsesyjna miłość, monomania, socjopatia – to były motywy zabójstw w jej książkach i doceniam sposób, w jaki starała się je jak najlepiej przedstawić i wytłumaczyć. Z kolei w jednej z najbardziej popularnych książek – „Morderstwo w Orient Expressie“ – motywem zbrodni stała się długo przeżywana żałoba, co jest błyskotliwą diagnozą psychiczną.

Nie sądzisz jednak, że niektóre współczesne kryminały oddają niedźwiedzią przysługę osobom z problemami psychicznymi? Irytuję się, kiedy oglądam bądź czytam thriller psychologiczny i na końcu odowiaduję się, że zabójcą jest szalony psychopata.
Absolutnie się zgadzam. We współczesnych powieściach zabójca jest psychopatą zwykle dlatego, że to najłatwiejsze rozwiązanie, a nie dlatego, że autor miał potrzebę stworzenia i opisania takiej postaci. To mi przypomina o sytuacji kryzysu AIDS w latach 70. i 80., kiedy bardzo wiele filmów przedstawiało osoby homoseksualne – zarówno kobiety, jak i mężczyzn – jako morderców, tych złych. Na przykład film „Zadanie specjalne” („Cruising“) z Alem Pacino lub „Nagi instynkt” z  Sharon Stone. Odmienność osób homoseksualnych była wykorzystywana jako łatwe wyjście fabularne i proste wytłumaczenie, dlaczego zabijali. Bo byli inni. Zwykle najbardziej się obawiamy osób, które są inne. Kryminały ukazują ten lęk właśnie poprzez obsadzenie takich osób w roli tych, którzy nam zagrażają. Sięgam po tę analogię po to, by ukazać, że osoby homoseksualne też zasługują na nasze zrozumienie i szacunek, dokładnie tak samo jak każda inna osoba w społeczeństwie, i dokładnie tak jak każda osoba cierpiąca na zaburzenia psychiczne. Gdybym miał jakoś wytłumaczyć autorów, którzy stosują takie rozwiązania fabularne, to powiedziałbym, że może bardziej przerażająca jest dla nas myśl, że ktoś miałby popełnić zbrodnię bez żadnego powodu, ale nie jest w porządku zakładanie, że ktoś rzuci się w wir mordowania tylko dlatego, że ma zaburzenia psychiczne. To,  że osoby, które cierpią na psychopatię, są bardzo często opisywane jako potencjalni zabójcy, jest bardzo krzywdzące i niesprawiedliwe, ale też wypacza samą naturę tego zaburzenia. I nie mówię tego po to, by bronić psychopatów, tylko tych, którzy są w ich otoczeniu, którzy są przez nich w jakiś sposób atakowani. Sam pracowałem z kimś, kto potem został zdiagnozowany jako psychopata i ten człowiek nie musiał nikogo zabijać, by osiągnąć to, co chciał, potrafił znaleźć o wiele subtelniejsze i paskudniejsze metody, by zniszczyć komuś życie.

W twojej ksiażce bohaterka często ogląda filmy Alfreda Hitchcocka i kino noir, sam przyznajesz się do fascynacji tym gatunkiem. Co ciekawe, w tych filmach bohaterowie, głównie kobiety, często są „wrabiani“ przez inne osoby w chorobę psychiczną, by uczynić ich mało wiarygodnymi świadkami. I cała ich walka polega na tym, żeby udowodnić, że nie są szaleni, że można ufać temu, co widzą i co słyszą. Twoja bohaterka też o to walczy. Może wszystkie osoby mające problemy ze zdrowiem psychicznym walczą o to samo?
Podobno kiedy Alfred Hitchcock był młodym chłopcem, zdarzyło się, że ponieważ był niegrzeczny, rodzice za karę zabrali go na policję i poprosili policjanta, by zamknął go na parę godzin w celi. Hitchcock do końca życia upierał się, że nie zrobił rzeczy, za którą rodzice tak go ukarali, myślę, że dlatego był tak zafascynowany historiami, w których niewinni ludzie muszą tłumaczyć się z fałszywych oskarżeń. Widać to praktycznie w każdym jego filmie, od „Niewłaściwego człowieka” do „Szału”. Jednym z  powodów, dla których uwielbiam filmy Hitchcocka, kino noir i w ogóle stare filmy, jest to, że centralną rolę zajmowała w nich psychologia postaci. I rzeczywiście, często czarne charaktery wykorzystują problemy lub cechy psychologiczne głównych postaci – na przykład wrażliwość lub niską samoocenę – przeciwko nim samym. W konsekwencji bohaterowie wpadają w coś w rodzaj paranoi czy zaburzenia, co sprawia, że w oczach otoczenia są mniej wiarygodni. Oczywiście to też narzędzie fabularne, bo jeśli bohater od początku do końca filmu ma absolutną pewność, co widział i słyszał, nie jest to takie interesujące dla widza. W filmach „Okno na podwórze” Hitchcocka i „Gasnący płomień” George'a Cukora widzimy postaci, które coraz bardziej zapadają się w swoją paranoję i zaczynają wątpić  w to, czy są wiarygodne, a my razem z nimi. W mojej „Kobiecie w oknie” wykorzystuję to samo narzędzie fabularne, by zrobić suspens i popchnąć do przodu akcję. Nie mam zamiaru udowadniać, że choroba Anny nie ma wpływu na to, jak ona odbiera otaczający świat. Z drugiej strony masz rację, że osoby cierpiące na różne zaburzenia psychiczne są z automatu traktowane jako niewiarygodni świadkowie. To nie jest fair, nie można dyskredytować kogoś tylko dlatego, że cierpi na jakąś chorobę, która sprawia, że nie postrzega otoczenia w 100 procentach tak jak osoby zdrowe. Kolejną grupą, której się nie ufa, wręcz systemowo, i której się nie wierzy, są kobiety. Jak często słyszymy, że kobiety są „histeryczne“? A pamiętajmy, że histeria historycznie była klasyfikowana jako zaburzenie. Pisząc ksiażkę, zastanawiałem się, czy inni bohaterowie bardziej ufaliby i wierzyli Annie, gdyby była mężczyzną. I przykro mi to mówić, ale prawdopodobnie tak.

Czasem w redakcji powtarzamy sobie takie zdanie, że wszyscy jesteśmy wariatami, czyli każdy ma coś: manię, pasję, fobię, kompleks. Czy w naszym współczesnym świecie, w którym mamy tendencję do izolacji i zamykania się w sobie, nie jest to czymś, co nas łączy? Dzięki książkom, takim jak twoja, możemy poczuć się bardziej „połączeni“?
Jednym z  centralnych wątków mojej książki jest właśnie samotność oraz to, jak trudno jest tworzyć relacje z innymi i zostać przez otoczenie przyjętym i zaakceptowanym. Jeszcze zanim zacząłem pisać, wiedziałem, że czytanie jest aktem empatii. I choć zawsze uwielbiałem kryminały, to czytałem je z wyjątkową przyjemnością zwłaszcza kiedy zmagałem się z depresją. Dlatego że mogłem się zidentyfikować z postacią, która zmaga się z różnymi problemami życiowymi i wewnętrznymi, a na koniec wszystko się rozwiązuje w jakiś satysfakcjonujący dla niej sposób, co dawało mi nadzieję. Dlatego też, jak sądzę, ludzie, którzy nie mają w jakimś momencie życia szczęścia w miłości, lubią oglądać komedie romantyczne, bo nie tylko mogą się utożsamić z  główną postacią, ale też uwierzyć, że jest i dla nich nadzieja. Kiedy więc czytamy ksiażkę lub oglądamy film, w którym główna postać jest szalonym psychopatą, i czujemy, że to sztucznie wygenerowany wątek, to nic nam to nie daje. Ale kiedy tego typu problemy są pokazane z empatią i zrozumieniem, pomaga to nawiązać więź z drugim człowiekiem. Nigdy nie byłem w śpiączce, ale niedawno przeczytałem książkę o bohaterze, który jest w śpiączce, co pozwoliło mi nie tylko znaleźć empatię wobec osoby, która tego doświadcza, ale też zrozumieć, czym jest to doświadczenie. Natomiast w ciągu ostatniego roku zrozumiałem, że nie tylko czytanie jest aktem empatii, ale też pisanie.

  1. Kultura

„Lupin” wraca z nowym sezonem

Netflix poinformował, że kolejny sezon serialu
Netflix poinformował, że kolejny sezon serialu "Lupin" będzie miał swoją premierę 11 czerwca. (Fot. materiały prasowe Netflix)
Francuska produkcja biła rekordy popularności na całym świecie. „Lupin”, czyli serial inspirowany przygodami najsłynniejszego dżentelmena-włamywacza z genialnym Omarem Sy w roli głównej, już wkrótce wraca z nowym sezonem.

Pierwsza część francuskiej produkcji liczyła jedynie pięć 45-minutowych odcinków, a jej finał wprost wskazywał na to, że historia nie została jeszcze opowiedziana do końca. Ku uciesze miłośników serialu, a było ich wielu, bo już w niecały miesiąc od premiery obejrzało go przeszło 70 milionów subskrybentów na całym świecie, Netflix właśnie zapowiedział jego kolejną część. Premiera drugiego sezonu serialu „Lupin” ma odbyć się 11 czerwca na platformie Netflix.

„Najbardziej poszukiwany człowiek we Francji” – tak w zwiastunie drugiego sezonu serialu „Lupin” został określony jego główny bohater, Assane Diop. Niezwykle przebiegły, a przy tym szarmancki i wzbudzający sympatię Assane, teraz jest zaślepiony żądzą zemsty na Hubercie Pellegrinim za rozbicie rodziny. Przyparty do muru, musi obmyślić nowy plan, nawet jeśli oznacza to narażenie się na niebezpieczeństwo.

„Lupin” został wyreżyserowany przez Louisa Leterriera ("Iluzja") i Marceli Said ("Narcos: Meksyk"). Nie jest to adaptacja kultowej książki Maurice'a Leblanca o słynnym dżentelmenie-złodzieju Arsenie Lupinie, a jej współczesna wersja. W pierwszym sezonie serialu Diop, w akcie zemsty na zamożnej rodzinie, postanawia przeprowadzić serię spektakularnych skoków inspirowanych dokonaniami swojego ulubionego bohatera literackiego. Mężczyzna pragnie w ten sposób pomścić swojego ojca, który 25 lat został oskarżony o przestępstwo, którego nie popełnił, co doprowadziło go do samobójstwa.

W główną rolę serialu wciela się Omar Sy, znany przede wszystkim ze znakomitej roli w komediodramacie „Nietykalni”. Obok niego grają tam między innymi: Vincent Londez, Ludivine Sagnier, Nicole Garcia, Clotilde Hesme, Soufiane Guerrab, Antoine Gouy, Fargass Assandé i Shirine Boutella.

  1. Kultura

Komedie francuskie - najlepsze produkcje prosto z Francji

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Za jakie grzechy, dobry Boże?". (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ostatnio na łamach naszego portalu pisaliśmy o francuskiej radości życia, która polega m.in. na celebrowaniu małych przyjemności. Trop ten szybko zaprowadził nas do... francuskich komedii. Z tego względu przyglądamy się dziś najlepszym filmom komediowym prosto z Francji. Wybraliśmy tytuły, które bez trudu znajdziecie w polskich serwisach VOD. 

"Jutro będziemy szczęśliwi"

Samuel (Omar Sy) wiedzie beztroskie życie opierające się na przygodnych romansach. Pewnego dnia jego była kochanka Kristin robi mu niespodziankę. „To twoja córka” – mówi i znika. Od tej chwili Samuel staje się pełnoetatowym tatą małej Glorii. O dzieciach nie ma pojęcia, lecz uczucie do dziewczynki dodaje mu sił, aby sprostać wyzwaniom ojcostwa. Sielanka kończy się, gdy Gloria ma 8 lat, a Kristin postanawia ją odzyskać. To świetny film o dojrzewaniu do odpowiedzialności i odkrywaniu, jakimi wartościami warto się kierować.

Film dostępny na player.pl i cineman.pl.

Kadr z filmu 'Jutro będziemy szczęśliwi'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Jutro będziemy szczęśliwi". (Fot. materiały prasowe)

"Rodziny się nie wybiera"

Film "Rodziny się nie wybiera" to najlepszy dowód na to, że Francuzi mają gdzieś poprawność polityczną i uwielbiają żywiołowe komedie pełne kontrowersyjnego humoru. Valentin D. (Dany Boon) jest wychowanym w sierocińcu genialnym projektantem, który swoimi kolekcjami rzuca Paryż i światowy design na kolana. Wszystko zmienia się jednak, gdy o jego istnieniu przypomina sobie jego mieszkająca na północy Francji i posługująca się dziwnym dialektem szalona rodzina, która bez zapowiedzi przyjeżdża do stolicy.

Film dostępny na Netflixie.

Kadr z filmu 'Rodziny się nie wybiera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Rodziny się nie wybiera". (Fot. materiały prasowe)

"Za jakie grzechy, dobry Boże?"

"Za jakie grzechy dobry Boże" to urocza komedia o tym, co czują rodzice, gdy przyszły zięć jest zupełnie nie z ich bajki. I choć film wyreżyserowali Francuzi, to zawarte w niej problemy są bardzo bliskie wielu Polakom. Marie (Chantal Lauby) i Claude (Christian Clavier) to konserwatywni rodzice czterech córek, którzy pragną, aby ich latorośle poślubiły kulturalnych katolików z Francji. W życiu bohaterek pojawiają się jednak czterej zakochani mężczyźni: Żyd, Arab, Chińczyk i chłopak z Czarnej Afryki...

Film dostępny na vod.pl.

Kadr z filmu 'Za jakie grzechy, dobry Boże?'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Za jakie grzechy, dobry Boże?". (Fot. materiały prasowe)

"Nietykalni"

Tego tytułu chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Mało kto jednak wie, że historia przedstawiona w filmie "Nietykalni" zdarzyła się naprawdę. Sparaliżowany na skutek wypadku milioner (François Cluzet) zatrudnia do pomocy i opieki młodego chłopaka z przedmieścia, który właśnie wyszedł z więzienia (Omar Sy). Zderzenie dwóch skrajnie różnych światów daje początek szeregowi niewiarygodnych przygód i przyjaźni, która czyni ich... nietykalnymi! Pozycja obowiązkowa, jeśli chodzi o francuskie produkcje.

Film dostępny na cineman.pl.

Kadr z filmu 'Nietykalni'. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)Kadr z filmu "Nietykalni". (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)

"Czym chata bogata"

"Czym chata bogata" to wybuchowa komedia twórców "Za jakie grzechy, dobry Boże?". Jean-Etienne Fougerole (Christina Clavier), bogaty pisarz-celebryta podczas telewizyjnego programu, promując swoją nową książkę "Czym chata bogata", nieopatrznie zaprasza pod swój dach romską rodzinę. Gdy do jego wspaniałego domu wprowadzą się nowi lokatorzy, cały świat stanie na głowie. Dwie rodziny, dwa światy, różne obyczaje, czy wzajemne uprzedzenia mogą doprowadzić do... wielkiego cygańskiego wesela.

Film dostępny na Netflixie.

Kadr z filmu 'Czym chata bogata'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Czym chata bogata". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Powstaje nowy serial twórców "Dark". W obsadzie zobaczymy polskiego aktora

Kadr z serialu
Kadr z serialu "1899". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Ruszyły prace nad nowym serialem twórców wielokrotnie nagradzanej produkcji "Dark". Serial "1899" będzie międzynarodową, wielojęzyczną opowieścią, a w jego produkcji wykorzystano najnowocześniejsze technologie. 

Netflix oraz Dark Ways, nowo założona spółka producencka, na której czele stanęli Jantje Friese i Baran bo Odar (twórcy niemieckiego serialu "Dark"), ogłosili start prac na planie serialu „1899” – kolejnej produkcji własnej Netflixa. Serial ma być międzynarodową i wielojęzyczną opowieścią, w której nie zabraknie polskiego akcentu. Zagra w nim bowiem Maciej Musiał. Oprócz niego w "1899" zobaczymy: Emily Beecham, Aneurin Barnard, Andreas Pietschmann, Miguel Bernardeau, Lucas Lynggaard T0nnesen, Rosalie Craig, Clara Rosager, Maria Erwolter, Yann Gael, Mathilde Ollivier, Jose Pimentao, Isabella Wei, Gabby Wong, Jonas Bloquet, Fflyn Edwards, Alexandre Willaume i Anton Lesser.

– "1899" ma być serialem prawdziwie europejskim, a jego bohaterowie pochodzący z różnych krajów będą używać ojczystych języków. Jesteśmy dumni z tego, że udało nam się zaprosić do udziału w tym ekscytującym przedsięwzięciu utalentowane osoby z całego świata - mówi scenarzystka, producentka i showrunnerka nowej produkcji, Jantje Friese.

Serial ma być wyjątkowy również ze strony technologicznej. Będzie bowiem kręcony na wybudowanym specjalnie na jego potrzeby wirtualnym planie filmowym. Największy w Europie wirtualny plan filmowy wykorzystujący ekrany LED typu „Volume”  zapewnia twórcom filmowym ogromne możliwości i umożliwia opowiadanie historii w zupełnie nowy, innowacyjny sposób. – „1899’” stał się pionierską produkcją, zarówno w kontekście Niemiec, jak i całego regionu. Stworzona na potrzeby naszego serialu infrastruktura to niezwykle nowoczesna innowacja na niemieckim rynku produkcji filmowej, która może przynieść ogromne kreatywne korzyści filmowcom i innym twórcom na całym świecie - mówi reżyser i producent, Baran bo Odar.

O czym będzie opowiadał serial „1899”? To rozpisana na osiem odcinków historia tajemniczych losów statku z imigrantami, który płynie z Europy do Nowego Jorku. Pasażerowie reprezentują różne środowiska i narodowości, ale wszyscy mają te same marzenia i nadzieję na odmianę losu w nowym stuleciu oraz nowe życie za granicą. Gdy niespodziewanie na otwartym morzu napotykają drugi statek, który od miesięcy uważano za zaginiony, zdarzenia przybierają nieoczekiwany obrót. To, co znajdują na pokładzie drugiego statku, zamieni ich podróż do ziemi obiecanej w przypominającą koszmar łamigłówkę, w której skupiają się tajemnice przeszłości łączące wszystkich bohaterów. Data premiery "1899" na platformie Netflix nie jest jeszcze znana.

  1. Kultura

Nowości Netflixa i HBO idealne na majówkę

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Kobieta w oknie". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Tegoroczna majówka nie będzie należała do najcieplejszych, dlatego wszystkich spragnionych dobrego kina zapraszamy na przegląd najciekawszych nowości, które obejrzycie w tym czasie (i nie tylko) na Netflixie i HBO GO.

"Homeland", sezon 8

Kontynuacja i tym samym finałowy sezon jednego z najlepszych seriali szpiegowskich w historii. Historię niezwykle charyzmatycznej agentki CIA śledzimy już od tak dawna, że ciężko opisać wszystkie kryzysy polityczne, spiski i tajemnice, które odkryła w swojej długiej karierze. Ostatni sezon "Homeland" polecamy nie tylko (takim jak my) oddanym fanom Carrie i Saula Berensona, ale zwłaszcza osobom, które dotychczas omijały "Homeland". Gwarantujemy, że w ciągu całej majówki dotrzecie do 8. sezonu i wspólnie zobaczymy, jak kończy się ta trzymająca w napięciu (i to w każdym sezonie, co zdarza się rzadko!) historia. Sezon ósmy "Homeland" zadebiutuje na platformie 1 maja.

"Tlen"

12 maja na platformie Netflix pojawi się nowy film oryginalny pt. "Tlen". To opowieść o młodej kobiecie (w tej roli znana m.in. z "Bękartów wojny" Mélanie Laurent), która budzi się ze śpiączki w kapsule kriogenicznej. Aby się z niej wydostać nie ma zbyt dużo czasu - musi zrobić to jak najszybciej, ponieważ w kapsule niebawem zabraknie jej tlenu. Jak na razie brzmi to raczej przerażająco i klaustrofobicznie, ale "Tlen" okrzyknięto premierą miesiąca, więc damy mu kredyt zaufania.

"Kobieta w oknie"

Kolejny thriller, który zaprezentuje nam w najbliższych dniach Netflix to "Kobieta w oknie" z główną rolą Amy Adams to opowieść o cierpiącej na agorafobię (lękiem przed przebywaniem w otwartych przestrzeniach) psycholożce dziecięcej, która obserwuje z okna idealną rodzinę mieszkającą po drugiej stronie ulicy. Kobieta przypadkowo staje się świadkiem brutalnej zbrodni, co jeszcze bardziej wpłynie na jej dotychczasowe życie i problemy, z jakimi się zmaga. Film oparty został na książce A. J. Finna z 2018 roku o tym samym tytule.

"Kto zabił Sarę?", sezon 2

Największy hit Netflixa ostatnich miesięcy już powraca z kolejnym sezonem. Meksykański serial, który od tygodni utrzymuje się na szczycie rankingu najchętniej oglądanych produkcji Netflixa opowiadający o tragicznej zbrodni dokonanej na tytułowej Sarze w pierwszym sezonie zostawił nas z wieloma niewiadomymi w zasadzie bezustannie kierując podejrzenia na innego bohatera. W tym sezonie mamy dowiedzieć się więcej i może ostatecznie będziemy mogli odpowiedzieć sobie na nurtujące wszystkich pytanie - kto naprawdę zabił Sarę?

"Boyhood"

Choć na tę produkcję, która pojawi się na Netflixie poczekamy do drugiej połowy miesiąca (premierę na platformie zapowiedziano na 16 maja), w tym wypadku naprawdę warto czekać. "Boyhood" to opowieść o chłopcu, którego losy śledzimy od 5. do 18. roku życia. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że prace nad filmem trwały ponad 12 lat. Reżyser pokazał tu bowiem rzeczywiste dorastanie i wchodzenie w dorosłość, gdzie przez cały czas bohaterów grają ci sami aktorzy. Kto nie widział, warto poczekać.

"Tajemnica Brokeback Mountain"

Tego samego dnia na platformie (16 maja) ukaże się jeden z najlepszych filmów w karierze Jaka Gylenhaalla i Heatha Ledgera - opowieść o rodzącym się uczuciu pomiędzy dwoma mężczyznami, którzy początkowo bronią się przed tym - wówczas wstydliwym, niezrozumiałym dla nich uczuciem. Z biegiem lat każdy z nich znajduje sobie żonę, rodzą im się dzieci, jednak pamięć o ukochanym nie przemija. Poruszający i w pewnym sensie przełomowy film, który w tym roku skończył 16 lat.

"Mare z Easttown"

Nowy serial kryminalny z Kate Winslet w roli głównej od niedawna zadebiutował na platformie HBO GO. I trzeba przyznać, że jest to serial wyjątkowo udany, z ciekawie rozwijającą się fabuła i przede wszystkim - świetną grą, zwłaszcza Winslet. Choć w ciągu pierwszych kilkunastu minut wydaje się powielać znane nam już serialowo schematy - małe miasteczko, każdy się zna od lat, nieszczęśliwe rodziny, w końcu tragiczna zbrodnia - "Mare z Easttown" ogląda się naprawdę z ogromnym zaciekawieniem. Serial doskonale buduje klimat, zagadka staje się coraz cięższa do rozwiązania, a poszczególne postaci tak niejednoznaczne i w sumie dziwaczne, że na kolejne odcinki czeka się z utęsknieniem.

"Rocky"

Na platformę HBO GO w tym miesiącu dodane zostaną wszystkie filmy o legendarnym pięściarzu Rocky'm, w tym m.in. "Rocky", "Rocky II", "Rocky III", "Rocky IV", "Rocky V", "Rocky Balboa", "Creed: Narodziny legendy", "Creed II" oraz dokumentalny "Rocky: 40 lat legendy". Jedno jest pewne - fani Rocky'ego będą mogli urządzić sobie maraton z idolem, reszta nadrobić zaległości klasyki kina.

"Opowieść podręcznej", sezon 4

Kontynuacja kultowego serialu powstałego na podstawie bestsellerowej i nagrodzonej wieloma nagrodami książki Margaret Atwood. W czwartym już sezonie June, jako przywódczyni rebeliantów, staje do walki z Gileadem. I w tym sezonie również przeniesiemy się do brutalnego świata, w którym życie kobiet stało się prawdziwą udręką. Wszystkich fanów serialu nie trzeba zachęcać, ale tym, którzy nie widzieli mocno polecamy.