1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Nominacje do Fryderyków 2019 ogłoszone

Nominacje do Fryderyków 2019 ogłoszone

screenshot Youtube @DawidPodsiadlo
screenshot Youtube @DawidPodsiadlo
Jedne z najważniejszych polskich nagród przyznawanych w dziedzinie muzyki Fryderyki, w tym roku rozdane zostaną już 25 raz!

Gala wręczenia statuetek wyjątkowo odbędzie się w innym niż dotychczas miejscu. Nową lokalizacją będą Katowice i to właśnie na Górnym Śląsku dowiemy się, kto w tym roku otrzyma tytuł najlepszego wykonawcy roku 2019.

Zeszłoroczna edycja Fryderyków była ogromnym sukcesem dla młodych artystów. Aż dwie statuetki zdobyła Daria Zawiałow, choć nie bez echa przeszły także nagrody dla Taco Hemingwaya i Korteza. W tym roku Zawiałow i Filip Szcześniak znany pod pseudonimem Taco Hemingway także mają szanse na statuetki, choć najwięcej nominacji (bo aż 10!) otrzymał Dawid Podsiadło.

W tegorocznej edycji nagród Fryderyk zarejestrowano 1 257 zgłoszeń albumów, singli i teledysków, ale to właśnie Ci wokaliści mają szanse na najważniejszą polską nagrodę muzyczną 2019 roku. Oto nominowani w najważniejszych kategoriach:

Nominacje w kategorii muzyka rozrywkowa:

Album Roku Pop Paweł Domagała - "1984" Kasia Kowalska - "AYA" Zbigniew Wodecki - "Dobrze, że jesteś" Dawid Podsiadło - "Małomiasteczkowy" Lanberry - "miXtura"

Album Roku Pop Alternatywny Barbara Wrońska - "Dom z ognia" Pablopavo i Ludziki - "Marginal" Mela Koteluk - "Migawka" The Dumplings - "Raj" Kasia Lins - "Wiersz ostatni"

Album Roku Alternatywa NOSOWSKA - "BASTA" BOKKA - "Life On Planet B" Król - "Przewijanie na podglądzie" Marysia Starosta - "Ślubu nie będzie" Arek Jakubik - "Szatan na Kabatach"

Album Roku Hip Hop Abradab - "048" Taco Hemingway - "Café Belga" PRO8L3M - "Ground Zero Mixtape" Taconafide - "Soma 0,5 mg" O.S.T.R. - "W drodze po szczęście"

Fonograficzny Debiut Roku BARANOVSKI Pola Rise Roksana Węgiel Tęskno Tulia

Autor Roku  Dawid Podsiadło Kasia Lins Katarzyna Nosowska Team autorski: Krzysztof Zalewski / Dawid Podsiadło Team autorski: Patryk Kumór / Michał Pietrzak / Dominic Buczkowski-Wojtaszek / Jan Bielecki

Kompozytor Roku Barbara Wrońska Team kompozytorski: Dawid Podsiadło / Bartosz Dziedzic Team kompozytorski: Dominic Buczkowski-Wojtaszek / Patryk Kumór / Małgorzata Uściłowska Team kompozytorski: Krzysztof Zalewski / Dawid Podsiadło / Aleksander Świerkot / Marcin Macuk Team kompozytorski: Patryk Kumór / Michał Pietrzak / Dominic Buczkowski-Wojtaszek / Jan Bielecki

Utwór Roku Dawid Podsiadło - "Małomiasteczkowy" Michał Szczygieł - "Nic tu po mnie" Daria Zawiałow - "Nie dobiję się do ciebie" Lanberry - "Nie ma mnie" "Początek" - Męskie Granie Orkiestra 2018 (Kortez, Podsiadło, Zalewski)

Teledysk Roku Natalia Nykiel - "Łuny" Dawid Podsiadło - "Małomiasteczkowy" NOSOWSKA - "Nagasaki" "Początek" - Męskie Granie Orkiestra 2018 (Kortez, Podsiadło, Zalewski) Zuza Jabłońska ft. Jan-Rapowanie & Siles - "Powiedz mi to w twarz"

Najlepsza Oprawa Graficzna Kasia Kowalska - "AYA" NOSOWSKA - "Basta" Dawid Podsiadło - "Małomiasteczkowy" Lanberry - "miXtura" The Dumplings - "Raj"

Najlepszy Album Zagraniczny Lady Gaga, Bradley Cooper - "A Star Is Born" Greta Van Fleet - "Anthem of the Peaceful Army" Zaz - "Effet Miroir" Paul McCartney - "Egypt Station" Justin Timberlake - "Man Of The Woods"

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

#hot16challenge2 - szesnaście wersów na szczytny cel

Screen YouTube: Dawid Podsiadło #hot16challenge2
Screen YouTube: Dawid Podsiadło #hot16challenge2
O tym, że moc Internetu jest ogromna wiadomo nie od dziś. Przekonali się o tym również polscy artyści, którzy w ciągu ostatnich dni zebrali przeszło milion złotych na walkę z koronawirusem.

Wyzwanie #hot16challenge powstało w 2014 roku z inicjatywy znanego rapera, Karola Poziemskiego. Muzyk znany fanom rapu jako Solar postanowił zmierzyć się na wersy z kolegami z branży. Wyzwanie polegało na nagraniu 16-wersowej zwrotki na dowolny temat i do dowolnej muzyki oraz nominowaniu kolejnych artystów, którzy mają 72 godziny na zrealizowanie zadania i wyznaczenie kolejnych uczestników muzycznej zabawy.

Po kilku latach akcja wróciła, i to ze zdwojoną siłą. Poruszony obecną sytuacją związaną z pandemią Solar powołał do życia #hot16challenge2. Tym razem jednak przyjmujący wyzwanie nie tylko walczą na rymy, ale mierzą się również z koronawirusem. Akcji towarzyszy bowiem zbiórka na stronie siepomaga.pl, dzięki której można wpłacać pieniądze na pomoc dla służby zdrowia. Wysokość wpłaty jest oczywiście dowolna. Nominacja do wyzwania stała się więc nie tylko symbolicznym rzuceniem rękawicy na ringu artystycznym, ale też zachętą do realnego wsparcia lekarzy i szpitali walczących z pandemią. 

Do udziału w zbiórce chciałbym zachęcić nie tylko nominowanych, ale i wszystkich słuchaczy. Możesz wpłacić pieniądze na zbiórkę którą stworzyłem, ale jeśli wolisz wesprzeć inaczej – napisał pod swoim filmem Solar.

Charytatywna edycja wyzwania błyskawicznie stała się hitem sieci, wychodząc poza granice sceny hiphopowej. Oprócz znanych raperów takich jak O.S.T.R, Taco Hemingway, Quebonafide czy Pezet wyzwanie podjęli także przedstawiciele innych gatunków muzycznych. Swoją interpretację „szesnastki” (wraz z darowizną) zaprezentowali m.in. Dawid Podsiadło, Brodka, Nosowska, Krzysztof Zalewski, Daria Zawiałow, Margaret, Paulina Przybysz, Igor Herbut, Fisz i Artur Andrus.

Celem akcji było zebranie miliona złotych. Ku zaskoczeniu wszystkich udało się to osiągnąć w niecały tydzień. Dziś, po dwóch tygodniach od rozpoczęcia wyzwania przez Solara, na koncie fundacji siepomaga.pl widnieje kwota przeszło 1,5 miliona złotych. Ponadto z każdym kolejnym dniem licznik zwiększa się o kolejne setki tysięcy złotych, a do akcji wciąż włączają się kolejni artyści.

Zbiórka dostępna jest pod adresem siepomaga.pl/hot16challenge Akcję śledzić można na stronie hot16challenge.network

Artyści, którzy podjęli wyzwanie #hot16challenge2

Dawid Podsiadło, który otrzymał nominację od duetu Taconafide nagrał utwór w charakterystycznym dla siebie stylu. Swój podziw dla służby zdrowia wyraził słowami: "Chciałbym zaznaczyć, że podziwiam lekarzy, wszystkie medyczne siły, stojące na straży".

Brodka postawiła na zabawę słowem i skomentowała obecną sytuację w kraju. Choć artystka nie zajmuje się rapem na co dzień, internauci zgodnie przyznali, że poradziła sobie znakomicie.

Wyzwanie podjęła też Katarzyna Nosowska, która nagrała utwór ze znanym producentem muzycznym, Foxem. Artyści współpracowali ze sobą już wcześniej, chociażby przy ostatniej płycie wokalistki.

Po opublikowaniu utworu przez Darię Zawiałow zachwyceni nowym wcieleniem artystki fani poprosili ją o nagranie całej płyty w podobnym klimacie. W realizacji "szesnastki" pomógł wokalistce producent muzyczny Michał Kush.

Margaret oprócz tego, że świetnie śpiewa, jest również doskonałą raperką. Udowodniła to swoim ostatnim albumem zatytułowanym "Gaja Hornby". Swoją "szesnastkę" wzbogaciła refrenem piosenki Cher, "Bang Bang (My Baby Shot Me Down)".

Igor Herbut, wokalista zespołu LemON, otrzymał dominację od Pawła Domagały. Artysta sam napisał tekst i skomponował muzykę, a podczas nagrania towarzyszył mu kilkumiesięczny synek, Kai.

Wyzwaniu #hot16challenge2 stawili też czoła bracia Waglewscy, którzy nominację otrzymali od Taco Hemingwaya. Zwrotkę napisał Fisz, a muzykę do niej skomponował Emade.

  1. Kultura

Taco Hemingway - poeta Millenialsów

Taco Hemingway, Ilustracja: Arobal
Taco Hemingway, Ilustracja: Arobal
Wywiady? Nie udziela. Nagrody? Nie odbiera. Nie zapowiada premier swoich płyt, ale kiedy wrzuca do sieci nowy album, serwery rozgrzewają się do czerwoności. Taco Hemingway – raper, poeta Milenialsów.

Skacowany wiecznie, rozdarty i „nieposklejany” wciąż. Smutny, porzucony, samotny. Dryfuje po nocnej Warszawie, obserwuje miasto i ludzi. Składa obrazy w poetycką opowieść i snuje ją na zgrabnych muzycznych podkładach tworzonych głównie przez jego kumpla z liceum Rumaka. Tyle. Ale to wystarczyło, by Taco Hemingway został głosem Milenialsów, „pokolenia, które nie ma nic do powiedzenia”, i jednym z nielicznych polskich muzyków, których fani potrafią zapełnić wielkie areny. I chyba jedynym polskim raperem, którego teksty znają też ludzie dwa razy od niego starsi.

Wrzuca płyty do sieci kiedy chce, często nocą. Każdy może ich słuchać, może też pobrać za darmo albo odpalić w serwisie streamingowym. Nie robi wielkich akcji promocyjnych, nie lansuje się w mediach, nie odbiera przyznawanych mu przez branżę nagród. Wywiady z nim można policzyć na palcach jednej ręki, a i tak wszystkie pochodzą z czasów, gdy Taco Hemingway dopiero wchodził do szerokiego muzycznego obiegu. Premiery kolejnych epek i albumów zazwyczaj zaskakują nawet jego fanów, ale i tak w chwilę po publikacji do czerwoności grzeją się serwery. Nie urodził się w proletariackim blokowisku, nie epatuje dziarami i biżuterią, nie nosi hiphopowego mundurka, tylko zwykłe T-shirty, kraciaste koszule, wąskie spodnie, prochowiec. Wszystko no logo. Wygląda jak każdy, a przynajmniej jak większość bywalców modnych warszawskich miejsc. Prekariacki everyman. W 2017 roku był drugim najczęściej słuchanym u nas (pierwsze miejsce zajął Ed Sheeran, trzecie – jedna druga najnowszego projektu Taconafide, czyli Quebonafide) artystą na Spotifyu. Nie tylko polskim, w ogóle artystą.

Korporap

Mówi się, że jego kawałki to hip-hop dla tych, którzy hip-hopu nie słuchają, że robi taki korporap dla korpoludków i o nich. Jego „Następna stacja” – poetycki zapis podróży warszawskim metrem – latem 2015 roku wdarła się na listę przebojów Trójki i tygodniami trzymała podium. Tak zwani prawdziwi raperzy i co bardziej ortodoksyjni recenzenci wytykają mu braki warsztatowe, niedoskonały i zmanierowany flow (czyli sposób wyśpiewywania rymów) czy lekką wadę wymowy. I co z tego? Ostatnie dwa sezony należą do Taco Hemingwaya – czyli Fifiego, Filipa Szcześniaka. Ten też będzie jego. Najnowsza płyta nagrana do spółki z niezwykle popularnym raperem Quebonafide zdobyła platynę już w przedsprzedaży. Trasa ją promująca, a są to głównie wielkie areny, została wyprzedana na pniu. Refren „tylko pić, jeść, spać, jak Tamagotchi” (prawie 28 mln wyświetleń na YouTube w miesiąc) podśpiewują tacy, którzy nigdy nie zapamiętali albo nawet i nie słyszeli ani jednej linijki Fisza, O.S.T.R.-y, a nawet Rycha Pei czy Popka. Takiego zjawiska nie tylko w polskim hip-hopie, ale w ogóle w rodzimej muzyce dotąd nie było.

Zaczęło się w metrze

„Jarzyna miał urodziny, pojechałem na Młociny Rano kac dopiero przyszedł, gdy mijałem Wawrzyszew Stale pijany, mijam Stare Bielany Stale nabuzowany, w starych ubraniach, stale zaspany Jakbym był religijny, tobym poszedł na spowiedź Ale mam kłopoty z Bogiem, myślę, widząc Słodowiec […]”.

Podmiot liryczny, którego – jak uczą w szkole – nie należy mylić z autorem, choć ma mnóstwo jego rysów, rymuje o swojej prywatnej odysei następującej po urodzinowej imprezie u kumpla, w której kolejnymi interwałami są wyliczane nazwy stacji. W tle słychać nagrane z jego głośników zapowiedzi lektora z charakterystycznym przedniojęzykowym „ł”, odgłos zasuwających się drzwi wagonu. Słuchając, czujemy się, jakbyśmy byli wewnątrz, jechali razem z nim. Widzieli, jak leżąc, pokonuje Warszawę z góry na dół, z prawej strony na lewą. Plastycznie opisuje kacowe obolenie towarzyszące nocnemu powrotowi z kolejnej imprezy. O tym mieście przeciętym rzeką na pół i jego mieszkańcach już dawno nikt nie rymował tak doskonale i nie odtworzył jego obrazu z perspektywy pogubionego, rozciągającego w nieskończoność podróż między dzieciństwem a dorosłością prekariatu – urodzonych w wolnej Polsce dzisiaj dwudziestoparolatków na śmieciówkach:

„W tym pokoleniu, na umowie-zleceniu Nie gada się o przyszłości i ZUS-ie, ubezpieczeniu Ci ludzie nie chcą gadać o wpłatach na lokatach premium I polityce/Tych pozycji raczej nie mamy w menu (ale, ale) idę na balet i żyję wspaniale”.

Taco mówi o nich z lekkim dystansem i wielkim zrozumieniem. W końcu jest jednym z nich:

„Mam dwadzieścia parę lat, moje plany giną Kręcę się po mieście z wiecznie zblazowaną miną Mózg jak karabin, mógłby zabić kogoś, zgładzić myślą Ciągle w pogoni za tą straszną liczbą Czyli sześć zer”.

On jak inni próbuje rozpaczliwie pogodzić życie za mniej niż dwa tysie z życiem, o którym marzą: podróżami, wolnością, realizowaniem własnych pomysłów i pracą dla siebie, nie dla korporacji. Sześć zer załatwiłoby problem rozdarcia między potrzebą zarabiania na życie a życiem.

Torpeda Taco

– Taco to było coś kompletnie nowego w polskim hip-hopie. Już jego „Trójkąt warszawski” z końca 2014 roku zapowiadał wyjątkowy talent. On nie ględził tylko o sobie, jak większość raperów. Mówił rzeczy ważne i prawdziwe o całym pokoleniu i to go od początku wyróżniało. A o parę miesięcy późniejsza „Umowa o dzieło” miała już wszystkie zadatki na hit: świetne teksty i przyzwoite podkłady – mówi Hirek Wrona, dziennikarz muzyczny radiowej Trójki. – Chodziłem po radiu z tą epką, pokazywałem wszystkim, gardłowałem, przekonywałem, że trzeba to puścić na antenie. Słyszałem, że nie, że warszawkowa nisza, że nikt tego nie będzie słuchał. W końcu się udało. I co? I wielotygodniowa okupacja szczytu listy przebojów i zainteresowanie, które nawet mnie zaskoczyło. W jakimś sensie czuję się ojcem chrzestnym Taco. Nie Taco w ogóle, tylko tego mainstreamowego – żartuje. – Bo to ja wyciągnąłem jego muzę z internetowej niszy i wprowadziłem do głównego nurtu,  szerokiego obiegu kultury – chwali się.

To rzeczywiście był przełom. Torpeda Taco odpaliła z hukiem, choć tak naprawdę wszystko zaczęło się znacznie wcześniej.

Urodził się 29 lipca 1990 roku w Kairze, gdzie pracowali jego rodzice. Kiedy miał dwa lata, przeprowadzili się z Egiptu do Chin, a w 1996 roku do Polski. Jest dwujęzyczny. Z mamą i siostrą rozmawiał po angielsku, z ojcem po polsku. Skończył w Warszawie prestiżowe liceum im. Mikołaja Kopernika z międzynarodową maturą, później kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Studiował też antropologię na London’s College University.

W 2008 roku wrzucił do sieci dwa parominutowe filmiki, fragmenty „Upadku” z wmontowanymi własnymi absurdalnymi tekstami. Pamiętacie Hitlera, który rozkazuje swojemu sztabowi znalezienie w Warszawie imprezy, wyliczając przy okazji wszystkie ówcześnie modne w stolicy miejscówki i informując o pożarze, który zniszczył kultową Jadłodajnię Filozoficzną? Ten wiral stworzył właśnie Filip Szcześniak. Wkrótce potem dostał dość zaskakujący dowód uznania, a mianowicie propozycję pracy. – Nie tylko Filip przerabiał „Upadek”, ale to właśnie z jego tekstów umieszczanych na zmontowanych kadrach z filmu Olivera Hirschbiegela przebijał ewidentny literacki talent – wspomina Michał Wolniak, wtedy szef agencji Heureka, teraz należącej do amerykańskiego giganta reklamowego VML. – Dotarłem do niego. Był zszokowany i początkowo odrobinę nieufny, jakby trudno mu było uwierzyć, że ktoś odnajduje początkującego studenta i proponuje mu pracę. Zgodził się. Został copywriterem i szło mu bardzo dobrze, naprawdę miał talent. No, kiedy już to robił, bo zawsze miał jakieś swoje zajęcia, projekty, które go pochłaniały – śmieje się Wolniak.

Robotnik słowa

– Fascynował się muzyką, ale którego nastolatka czy dwudziestokilkulatka ona nie kręci? Jego pierwsze próby były po angielsku. Poradziłem mu, by połączył ją ze swoim talentem w kreatywnych tłumaczeniach filmów. Zaczął to robić, z sukcesem – mówi Wolniak. Błyskotliwy i przemyślany okazał się też napisany już w całości po polsku „Trójkąt warszawski”. Sam pomysł na tę epkę był oryginalny. Na polskiej scenie hiphopowej tak zwanych konceptalbumów płyt fabularnych jest jak na lekarstwo. Choć nie był pionierem w tym nurcie, stworzył album wybitny. To fabularnie spójna siedmioodcinkowa opowieść o wciąż zakochanym chłopaku zaliczającym kolejne znane kluby i knajpy w poszukiwaniu swojej eks, o niej i o jakimś Piotrku, dla którego prawdopodobnie narratora „Trójkąta...” zostawiła. Sam autor mówił, że to w sumie sztampowa historia. Zrealizowana jednak w sposób od sztampy daleki. W tle dźwiękowym przewijają się fragmenty starych kronik filmowych, w których porządni obywatele narzekają na hałasy i młodzieżowe libacje („Bo jak się popiją, to łomot, krzyki, wrzaski”).

Wypuszczona niespełna pół roku później „Umowa o dzieło” stała się hitem. Miejski prekariat ma swojego poetę, który trafia we wrażliwość dorastających ludzi i opisuje świat tak, jak oni go widzą:

„Jestem głosem pokolenia, które nie ma nic do powiedzenia. Mimo to relacjonuję wszystko, wszystkie posiedzenia. Każde wyjście, szybkie piwo. Jeszcze szybszą miłość”.

Z ironicznym dystansem pokazuje to „wszystko”, na co on i oni mają jakikolwiek wpływ. I nazywa też ich lęki:

„Znowu dziś w Warszawie wieje wiatr, włosy rozhuśtane jak ten biały dym z marlboro. Znowu dziś się trupem ściele świat, wojna przyjdzie tutaj i od ciebie mnie zabiorą”.

Pan poeta?

Rymowane pejzaże Taco to poezja czy tylko poklejone słowa? Sprawdzamy. – Adam Zagajewski powiedział mi parę lat temu, że w USA biją w tej chwili dwa żywe źródła poezji: jedno na uniwersytetach, drugie – na ulicy, wśród najbardziej uzdolnionych raperów. Taco Hemingway paradoksalnie łączy oba te źródła: niby posługuje się frazą uliczną, ale podszytą znaczną wiedzą o kulturze – mówi publicysta „Newsweeka” Piotr Bratkowski. – Czy w takim razie to poeta, czy tylko hiphopowy nawijacz z większą niż u innych samoświadomością? Pytanie trochę akademickie. Faktem jest, że ma ogromną łatwość budowania oryginalnych metafor i że słuchając go, częściej ma się skojarzenia literackie niż piosenkowe. „Umowa o dzieło” czy „Wosk” przywołują prozę Jakuba Żulczyka; bohater „Marmuru” ma coś z Mannowskiego Hansa Castorpa i trochę z Kafkowskiego Józefa K. Ten chłopak niesamowicie szybko się rozwija, ma też ogromną świadomość własnej przemiany. Nie zdziwiłbym się, gdyby któregoś dnia doszedł do wniosku, że jest już za stary, by jego nawijki brzmiały przekonująco. I wtedy, tak jak Pablopavo, może napisać świetną prozę – mówi Bratkowski.

Nieprzespane noce

Błądzący po zaczynającym się dopiero dorosłym życiu przedstawiciele pokolenia, „które nie ma nic do powiedzenia”, jak rapuje o nim Taco, zostali także bohaterami interesującego i cenionego fabularyzowanego dokumentu „Wszystkie nieprzespane noce” Michała Marczaka. Jego Krzysiek, Michał i Eva są jakby żywcem wyjęci z rymowanych opowieści Filipa Szcześniaka. Idą przez „miasto betonu i pogubionych telefonów” „ścieżką usłaną szklanym szronem iPhone’ów”. Bo „w tym pokoleniu, na umowie-zleceniu/nie gada się o przyszłości i ZUS-ie, ubezpieczeniu”. Marzy się o zarobieniu „sześciu zer”, a częściej na pytanie mamy, czy wysłać przelew, odpowiada się: „Bardzo proszę”. – Przedstawiciele tego pokolenia nie idą do pracy jeszcze na studiach, nie biorą kredytów, które na całe życie wiążą ich z miejscem zamieszkania i bankiem, który dał im pieniądze na jego zakup. Oni chcą się rozwijać, żyć tak, by nie musieć całkowicie rezygnować z marzeń, by nie pracować na kogoś przez całe życie. Zaczynają kumać, że jest bardzo wiele dróg, nie tylko ta, w którą zapędził nas kapitalizm. Dryfują, tworzą własne ekosystemy, po swojemu układają świat – opowiada Marczak. – Czeka nas społeczna rewolucja i to oni ją zaczynają. Coraz bardziej wierzę, że ci długo dryfujący, a przynajmniej wielu z nich, zmienią świat – podkreśla.

Taco już od paru lat świat układa po swojemu i zmienia. Nie podpisał kontraktów reklamowych z odzieżowymi „lejbelami”, jak ma to w zwyczaju większość raperów. Choć miał propozycje już po pierwszych, w porównaniu z dzisiejszą skalą naprawdę niewielkich sukcesach, nie związał się też z żadną dużą wytwórnią, bo kontrakt odebrałby mu wolność. Dołączył za to do hiphopowej stajni Marcina „Tytusa” Grabskiego – właściciela oficyny Asfalt Records. To u niego wydaje swoje płyty. Zaczął w sierpniu 2015 roku od reedycji płyt „Trójkąt warszawski” i „Umowa o dzieło”. Potem w dwa lata (2016–17) wrzucił do sieci cztery płyty. Kolejno: „Marmur”, „Wosk”, „Szprycera”. Pod koniec marca 2018 roku ukazał się pierwszy krążek Taconafide pt. „Soma 0,5 mg”. Podobnie jak poprzednie pojawił się w sieci trochę znienacka, poprzedzony paroma przeciekami i plotkami.

Bo strategia komunikacyjna Taco to nie komunikować. Nie dyskutować z krytykami, czy to, co tworzy, to rap czy nie rap, nie chodzić po czerwonych dywanach, o sobie opowiadać tylko to, co sam chce opowiedzieć. W piosenkach. Konsekwentnie stosuje strategię marketingową przez jej... zaniechanie. Robi muzę, daje ją fanom i każe jej samej się bronić. Albo ktoś ją kupuje, albo nie. – To zaniechanie było raczej świadome, ale to nie był jakiś makiaweliczny plan promocyjny – mówi Michał Wolniak. – Filip to otwarty, szczery artysta. Tak, słyszałem, że teraz wiele osób zarzuca mu przybieranie póz, kreowanie się, takie wyrachowane działania, a to kompletna nieprawda. Gdy media zaczęły się nim interesować, on to zwyczajnie olewał.

Olewał też klasyczny model biznesowy: nagraj, pilnuj, żeby ci nie spiratowali, sprzedaj, zarabiaj. Wrzucanie całych płyt do sieci, czyli w praktyce ich rozdawanie, powoli staje się popularne, ale prawie cztery lata temu, gdy Taco zaczynał, aż tak powszechne nie było. On nadal konsekwentnie tej drogi się trzyma. Psuje rynek, jak twierdzą starzy showbiznesowi wyjadacze?! Bynajmniej. On ten rynek doskonale rozumie. Wie, że się zmienił i walka z trendem nie ma sensu. Zaskakujące może się wydawać to, że ludzie, którzy mogą mieć muzykę za darmo, chcą za nią płacić. – To nie jest zaskakujące. Fani hip-hopu to najbardziej lojalna grupa. Jeśli krążek im się spodoba, kupią go, a potem zapłacą za bilety na koncert i w ten sposób wspierają swego artystę – podkreśla Hirek Wrona.

Sześć zer zarobił szybciej, niż mógł się tego spodziewać. – Widziałem jego próby scenariuszowe i literackie i założę się o dobry koniak, że zobaczymy go w jeszcze innej roli niż rapera – mówi Wolniak.

Nie zakładam się. Czuję, że mogłabym przegrać.

  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.

  1. Kultura

„Łasuch” – recenzja serialu

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)
Bajka, której akcja dzieje się w postapokaliptycznym świecie? Czemu nie, dorośli mają swojego „Mad Maxa”, teraz czas na młodszych widzów.

Świat opanowała pandemia, tym razem jednak nie wystarcza noszenie maseczek, a na horyzoncie nie widać skutecznych szczepionek. Choroba jest śmiertelna i zaraźliwa, więc wybucha chaos. Jedyne obowiązujące teraz prawo, to prawo silniejszego. Niemal w tym samym czasie przydarza się zagadkowy fenomen. Dzieci przychodzące na świat z nieznanych powodów okazują się hybrydami, częściowo ludźmi, a częściowo zwierzętami. Taki jest właśnie bohater tej historii Gus, pół chłopiec, pół jeleń. Wygląda, jak zwykły 10-latek, ale ma jelenie rogi i uszy oraz wyjątkowy węch. Przez pierwsze lata żył z ojcem w głębokiej głuszy, z dala od ludzi i cywilizacji. Teraz jest zmuszony wyruszyć w świat, żeby odnaleźć swoją mamę. A zadanie to niełatwe, bo hybrydy nie cieszą się wśród ludzi popularnością.

Kadr z serialu 'Łasuch'. Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)

„Łasuch” to kolejna po „The End of the Fucking World” frapująca adaptacja komiksu. Choć jego wydawca sugeruje, że lepiej, żeby czytali go dorośli, serial sprawdzi się jako kino familijne, choć w wypadku dzieci w wieku 12 lat i starszych. Odcinki trzymają w napięciu, są świetnie zrealizowane i poruszają aktualnym, ekologicznym przesłaniem.

8-odcinkowy serial „Łasuch” można oglądać na platformie Netflix od 4 czerwca.

  1. Retro

Saganka - Brigitte Bardot literatury

Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Dla jednych była głosem pokolenia lat 50. – Brigitte Bardot literatury. Dla drugich burżujką, „hotelową” egzystencjalistką. „Pomyśl tylko – mówiła krótko przed śmiercią do syna – whisky, ferrari i hazard! Przecież to o wiele bardziej zabawne niż jakieś szydełkowanie, zajmowanie się domem i oszczędzanie. Tak czy owak, byłam pewnie ostatnią osobą, która przekonująco pisała o przyjemnościach”.

Cécile – bohaterkę debiutanckiej powieści „Witaj, smutku” – młodziutka pisarka Françoise Quoirez stworzyła po części na swój obraz i podobieństwo. Nastolatka, dokładnie tak jak ona, ma bogatego tatę i spędza lato na słonecznej Riwierze. Wakacje nie są do końca beztroskie, bo dziewczyna oblała egzaminy, ale tata szczęśliwie wcale nie ma ambicji, żeby córka miała dyplom, stawia na dobrą zabawę. Ambicje ma za to jego nowa narzeczona. Cécile knuje więc intrygę, podsuwa ojcu ponętną byłą kochankę. Tu już nie ma podobieństw: w rzeczywistości Quoirez pochodzi z porządnego mieszczańskiego domu, gdzie hołduje się chrześcijańskim wartościom, matka wychowuje dzieci, ojciec dba o ich dobrobyt i nie dyskutuje z córką przy drinku o romansach. Poza tym Françoise szczerze martwi się, że zawaliła studia na Sorbonie, i częściowo dlatego w godzinach popołudniowej sjesty pisze powieść, chcąc powetować rodzicom rozczarowanie i zaimponować znajomym. „Powiedziałam przyjaciołom, że piszę książkę – wyjaśniała potem – i po prostu musiałam to zrobić”.

Talent niewątpliwy

Pod koniec wakacji powieść była gotowa. Florence Malraux, córka poety André Malraux i przyjaciółka Françoise, poradziła wysłać maszynopis do kilku wydawców. René Julliard był szybki – przeczytał rękopis w nocy, a rano zdecydował się na publikację. W śmiałej opowieści o cynicznej nastolatce, która podczas wakacji przechodzi inicjację seksualną, w dodatku bez miłości, zwietrzył sukces. Podobieństwo autorki do jej bohaterki było niekwestionowanym wabikiem. Kiedy Cécile mówi: „Ideałem wydawało mi się życie bezecne i podłe”, można być niemal pewnym, że to wyznanie samej autorki. Krytycy stwierdzą, że jej postawa jest „odzwierciedleniem nastroju i postawy młodego pokolenia wchodzącego w życie po wielkim szoku wywołanym wojną i rozbiciu starych idei dobra i zła, wartości moralnych, zakazów i tabu”.

„Witaj, smutku” ukazało się we francuskich księgarniach w 1954 roku. Tytuł zaczerpnięty z wiersza Paula Éluarda oddawał nastrój melancholii. Ze względu na dobre imię rodziny autorka przybrała pseudonim Françoise Sagan (od nazwiska jednego z bohaterów „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, ukochanego pisarza młodziutkiej Quoirez). Książka okazała się bestsellerem, przełożono ją na 30 języków i wydano w ponad pięciu milionach egzemplarzy (pierwsze polskie wydanie książkowe ukazało się w roku 1957, ale polscy czytelnicy znali „Witaj, smutku” wcześniej, kiedy to „Przekrój” zaczął drukować powieść w odcinkach, odtąd pisarkę zaczęto u nas pieszczotliwie nazywać Saganką).

„Talent niewątpliwy – oceniali krytycy – ocierający się o geniusz”. François Mauriac, sławny katolicki pisarz, laureat Literackiej Nagrody Nobla, pisał o Françoise z mieszaniną admiracji i zgrozy. Jego określenie „zachwycający mały potwór” przylgnęło do niej jak ulał. W 1957 roku Otto Preminger kręci na podstawie powieści film z jasnowłosą, obciętą na chłopaka Jean Seberg w roli głównej.

Nonszalancja

Mieszanina inteligencji, egoizmu i dziewczyńskiej brawury zjednywały Sagan fanów. Młoda debiutantka stała się ulubienicą intelektualistów z Saint-Germain-des-Prés na czele z Jeanem-Paulem Sartre’em, z którym regularnie jadała obiad w La Closerie des Lilas. Podczas pobytu w USA widywano ją w towarzystwie Trumana Capote’a i aktorki Avy Gardner, a leciwa malarka Tamara Łempicka, gwiazda art déco, gdy spotkała Sagankę na Capri, zaprosiła ją na kolację, kusząc listą znakomitych gości.

– A kogo obchodzi, kto tam będzie? – odparowała Françoise. Spóźniła się kilka godzin. Przyszła „ubrana swobodnie, bosa, z papierosem i kanapką w ręce, została wprowadzona do jadalni, gdzie przystąpiła do jedzenia bardzo spóźnionej kolacji, co wprawiło w zdumienie gospodynię. Mimo takiego stroju i zachowania (co u innych Tamara uznałaby za naganne), Sagan oczarowała zarówno gości, jak i samą malarkę, która uważała, że talent kompensuje wszystko inne”. Image nastolatki w espadrylach i trykotowej koszulce w paski towarzyszył jej nawet, kiedy była już dojrzałą pisarką.

Współcześni mówili, że urzekała wdziękiem Piotrusia Pana, ale jej siostra Suzanne określała to dosadniej, mówiąc, że „była zepsutym, rozpuszczonym bachorem. Przez całe życie cieszyła się całkowitą bezkarnością”.

Średnia z trójki rodzeństwa, przyszła na świat po śmierci brata Maurice’a, który zmarł w niemowlęctwie. Nic dziwnego, że narodziny Françoise rodzice przyjęli jako dar niebios i rozpieszczali ją od kołyski. Wyrosła na chudą, niezbyt ładną nastolatkę, patrzącą butnie spod przydługiej grzywki. Czytała zachłannie Rimbauda, Cocteau, Flauberta, Faulknera, Hemingwaya, Camusa, Fitzgeralda, Malraux, Prousta i Stendhala. „Odkąd nauczyłam się czytać, marzyłam, żeby zostać pisarzem” – wyjaśniała po latach. Na razie po nauce w klasztornej szkole z internatem, gdzie – jak mówiła – ostatecznie straciła wiarę w Boga i jego cuda, zaczęła studiować literaturę, ale zamiast na wykładach przesiadywała w kawiarniach, słuchając jazzu. W towarzystwie ukochanego brata Jacques’a i bandy jego znajomych spędzała czas na piciu i zabawie. I tak jej zostało – z nonszalancją brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało brakować na to funduszy, siadała do pracy. Pisała powieści, biografie, sztuki teatralne, scenariusze filmowe, piosenki, m.in. dla Juliette Greco. Już po sukcesie pierwszych powieści (wydana w 1957 roku książka „Pewien uśmiech” utwierdziła jej pozycję) zarabiała krocie.

„W twoim wieku pieniądze to niebezpieczna sprawa – przestrzegał ojciec. – Wydawaj je”. Wydawała. Jej miłość do luksusowych samochodów była szeroko omawiana przez prasę. „Kto nigdy nie poczuł dreszczu przekraczania prędkości, ten nigdy nie poczuł dreszczu życia” – powiedziała kiedyś. Chociaż wypadku z 1957 roku (prowadziła astona martina) omal nie przypłaciła życiem, nie zrezygnowała z szybkiej jazdy. Kilka miesięcy przeleżała w szpitalu – miała złamaną podstawę czaszki, połamane żebra i miednicę, wgniecioną klatkę piersiową.

Jak uciec przed życiem

To wtedy nauczyła się łagodzić ból morfiną. Z czasem uzależniła się też od kokainy. O nałogach mówiła bez ogródek, ale też podkreślała, że to, co robi, to wyłącznie jej sprawa.

„Nie znam nikogo, kto nie byłby od czegoś uzależniony” – mówiła. W końcu nieraz przemycała piersiówkę dla Sartre’a w czasach, kiedy lekarz kategorycznie zabraniał mu pić. W 1985 roku, towarzysząc w podróży do Kolumbii prezydentowi Francji François Mitterrandowi, przedawkowała kokainę na pokładzie jego samolotu, a kilka lat później została dwukrotnie oskarżona i skazana za posiadanie i przewóz narkotyków. „Przewóz oznacza transport z mojej jadalni do mojej sypialni” – skwitowała. Kiedy podczas rewizji w domu jej własny foksterier pod okiem policjantów dobrał się do torebki swojej pani i wylizywał kokainę, Saganka z właściwą sobie ironią powiedziała: „Widzicie? On też to lubi”.

Kiedy indziej stwierdziła, że „jedynym sposobem na inteligentną ucieczkę przed życiem jest opium”. Chlubiła się prababką Rosjanką i słowiańskimi korzeniami tłumaczyła wszelkie ekstrawaganckie wybryki i słabości. Których było zresztą wiele.

Choćby hazard. Denis Westhoff, syn Saganki, barwnie opowiadał o przyczynach kupna jej domu w Normandii, niedaleko Honfleur: „W 1959 roku moja matka poczuła się zmęczona koniecznością spędzania wakacji w Saint-Tropez, które stało się zbyt popularne i zatłoczone. Szukała spokojniejszego miejsca dla siebie i przyjaciół i wynajęła dom w Normandii na miesiąc, od 8 lipca do 8 sierpnia. Miejsce było niebezpiecznie blisko kasyna w Deauville. Matka i jej przyjaciele: pisarz Bernard Frank i tancerz Jacques Chabot, spędzali przy stole do ruletki całe noce. Przez miesiąc przegrali majątek, ale ostatniej nocy Sagan nieoczekiwanie wygrała 80 tysięcy franków. Zebrała pieniądze i nad ranem pijana wróciła do domu, prosto do łóżka. Kiedy właściciel przyjechał, żeby sprawdzić stan domu, Françoise, zbyt zmęczona i śpiąca, żeby uczestniczyć w inspekcji, zapytała, czy nie chciałby go sprzedać. »Tak« – odpowiedział właściciel. »Za ile?« »Za 80 tysięcy franków«. Matka wyjęła sumę wygraną poprzedniej nocy, kupiła dom i poszła spać”.

Miłość i śmierć

W Normandii poznała swojego drugiego męża – amerykańskiego rzeźbiarza i modela Roberta Westhoffa (pierwsze małżeństwo ze starszym o 20 lat wydawcą Guyem Schoellerem trwało dwa lata, rozwiedli się w 1960 roku). Małżeństwo z Westhoffem też wkrótce się rozpadło. „Kiedy się urodziłem, byli szczęśliwą i kochającą się parą – wspominał rodziców syn Denis. – Żyli w nocy, spali w dzień. Było im razem całkiem dobrze, a rozwiedli się w końcu z praktycznych powodów: on wolał mężczyzn, ona – raczej kobiety”.

Sagan nigdy otwarcie nie przyznała się do biseksualizmu, ale jej związek z projektantką mody Peggy Roche nie był dla nikogo tajemnicą. Spędziły razem prawie 20 lat. Peggy była jej kochanką, opiekunką – pilnowała finansów, trzymała na dystans tłum pasożytów, który otaczał hojną i niefrasobliwą pisarkę. „Moje pieniądze były zawsze »ulotne« i zależało mi na nich jak na czymś, co wchodzi drzwiami i natychmiast wychodzi oknem – pisała Saganka. – I gdyby nawet pod tym oknem jakieś wyciągnięte ręce potrzebowały tych pieniędzy i nań oczekiwały lub gdyby tam były jakieś gigantyczne kasyna gry bądź kosze na śmieci, nie powinno to obchodzić nikogo poza mną”.

Kiedy Peggy umarła w 1991 roku, Sagan była zdruzgotana, bez oparcia w przyjaciółce popadała w coraz to nowe kłopoty. Była zamieszana w głośną aferę koncernu Elf. Za radą kogoś życzliwego sama lokowała tam dochody i namawiała do tego przyjaciół, cały proceder okazał się praniem pieniędzy.

Umierając (bezpośrednim powodem zgonu był zakrzep w płucu), Sagan miała długów na prawie milion euro. Dom w Normandii, rękopisy, obrazy, meble, samochody zostały zlicytowane. Jak domek z kart runęła sceneria świata bogatej burżuazji, która zawsze stanowiła tło jej powieści.

Mówiła, że nie boi się śmierci, że kilka razy była bliska przejścia na drugą stronę i wie, że tam nic nie ma. Zawsze wybierała życie. „Śmierć mnie nie interesuje – pisała – nawet moja własna”.

Korzystałam m.in. z książek: Françoise Sagan „Sara Bernhardt. Śmiech szalony”, Wydawnictwo Artystyczne i Filmowe 1992; Laury Claridge „Tamara Łempicka”, Rebis 2001.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła".