1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. 5 najbardziej kultowych filmów Alfreda Hitchcocka

5 najbardziej kultowych filmów Alfreda Hitchcocka

Anthony Perkins jako Norman Bates. Kadr z filmu
Anthony Perkins jako Norman Bates. Kadr z filmu "Psychoza" (reż. Alfred Hitchcock, 1960). (Fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Ojciec horroru, mistrz suspensu, specjalista od kina grozy - tak nazywano Alfreda Hitchcocka. Uwielbiał prowokować i wprowadzać widza w konsternację. Jego filmy wyznaczyły nową erę w rozwoju światowej kinematografii, ale też dostarczyły licznych traum grającym w nich aktorom. Dziś mija 40. rocznica śmierci wybitnego reżysera. Zajrzyjmy zatem w głąb jego szalonego umysłu... 

Ojciec horroru, mistrz suspensu, specjalista od kina grozy - tak nazywano Alfreda Hitchcocka. Uwielbiał prowokować i wprowadzać widza w konsternację. Jego filmy wyznaczyły nową erę w rozwoju światowej kinematografii, ale też dostarczyły licznych traum grającym w nich aktorom. Dziś mija 40. rocznica śmierci wybitnego reżysera. Zajrzyjmy zatem w głąb jego szalonego umysłu... 

"Psychoza" (1960)

Oparty na powieści Roberta Blocha film "Psychoza" to ważna produkcja nie tylko z punktu widzenia dorobku Alfreda Hitchcocka, ale przede wszystkim całej światowej kinematografii. Premiera filmu w 1960 roku wywołała absolutny szał wśród publiczności. Kolejki do kin tworzyły się od wczesnego rana, a podczas seansów wielokrotnie interweniowała policja. Film otrzymał cztery nominacje do Oscara (w tym dla najlepszego reżysera), a kultową scenę zabójstwa pod prysznicem okrzyknięto w 2004 roku "najwspanialszym momentem w historii kina".

"Ptaki" (1963)

Nagroda Akademii za najlepsze efekty specjalne, siódme miejsce na liście najlepszych thrillerów w historii kina - to robi wrażenie. A rozpoczyna się całkiem niewinnie. Gdy spokojne nadmorskie miasteczko zostaje zaatakowane przez agresywne ptaki, sytuacja zamienia się w prawdziwy koszmar... Film "Ptaki" na motywach krótkiego opowiadania Daphne du Maurier wbija w fotel, utrzymuje napięcie i do dziś stanowi ważny punkt odniesienia dla reżyserów, którzy marzą o tym, aby tak jak Hitchcock straszyć i szokować publiczność.

Kadr z filmu 'Ptaki' (reż. Alfred Hitchcock, 1963). (Fot. BEW PHOTO) Kadr z filmu "Ptaki" (reż. Alfred Hitchcock, 1963). (Fot. BEW PHOTO)

"Okno na podwórze" (1954)

Mocną stroną filmu "Okno na podwórze" jest intrygująca i nieco zagmatwana fabuła - uwięziony na wózku inwalidzkim fotograf obserwuje przez okno sąsiadów, których podejrzewa o zabójstwo żony. W filmowej adaptacji opowiadania Cornella Woolricha, Hitchcock pozostawia jednak widzowi możliwość własnej interpretacji zakończenia - przez to film jest jeszcze bardziej emocjonujący. Na uwagę zasługują również inteligentne dialogi, wyrafinowany humor oraz znakomita gra aktorska.

Kadr z filmu 'Okno na podwórze' (reż. Alfred Hitchcock, 1954). (Fot. BEW PHOTO) Kadr z filmu "Okno na podwórze" (reż. Alfred Hitchcock, 1954). (Fot. BEW PHOTO)

"Zawrót głowy" (1958)

Już sam tytuł filmu wskazuje na to, jak będziecie się czuć po seansie. Znakomity obraz "Zawrót głowy" to odrealniona historia, w której detektyw John "Scottie" Ferguson na prośbę swojego przyjaciela postanawia śledzić jego żonę. Groteskowy klimat, niezliczone innowacje reżyserskie i gra aktorska na wybitnym poziomie (Kim Novak wręcz kipi erotyzmem, a James Stewart genialnie ukazuje przemianę swojej postaci) to główne powody, dla których warto obejrzeć tę produkcję.

Kadr z filmu 'Zawrót głowy' (reż. Alfred Hitchcock, 1958). (Fot. BEW PHOTO) Kadr z filmu "Zawrót głowy" (reż. Alfred Hitchcock, 1958). (Fot. BEW PHOTO)

"Północ-północny zachód" (1959)

Alfred Hitchcock nakręcił również kilka znakomitych filmów szpiegowskich. Jednym z nich jest obraz "Północ-północny zachód", utrzymany w konwencji napięcia, humoru i romansu. Inspiracją dla fabuły była autentyczna historia z okresu II wojny światowej - szpiedzy ścigają kierownika agencji reklamowej, którego omyłkową biorą za osobę z kręgu agencji rządowej. Film otrzymał trzy nominacje do Oscara i odniósł niebywały sukces komercyjny, przynosząc dochód w wysokości ponad 13 milionów dolarów.

Kadr z filmu 'Północ-północny zachód' (reż. Alfred Hitchcock, 1959). (Fot. BEW PHOTO) Kadr z filmu "Północ-północny zachód" (reż. Alfred Hitchcock, 1959). (Fot. BEW PHOTO)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Nomadland" z Oscarem za najlepszy film. O zwycięzcy rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Nomadland" w reżyserii Chloe Zhao. Planowana premiera kinowa: 14 maja. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Czy bezdomność bohaterów dramatu „Nomadland” jest ich świadomą decyzją, czy też pogodzeniem się z wyborem, jaki podjęło za nich życie? O zdobywcy Oscara rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: W moim odczuciu ten film pokazuje przede wszystkim nieoczywistą kobiecość, wychodzącą poza ramy i schematy. Utożsamiam się z główną bohaterką Fern, graną przez cudowną Frances McDormand. To kobieta, która jest w drodze, a jednocześnie jest dokładnie w miejscu, w którym chce być. A ciebie co najmocniej poruszyło w tym filmie? Grażyna Torbicka: Obraz Ameryki widzianej oczyma młodej reżyserki Chloé Zhao, która jest z pochodzenia Chinką i obserwuje społeczeństwo amerykańskie jako osoba z zewnątrz. Inspiracją była reporterska książka Jessiki Bruder. Ja takiej Ameryki w kinie jeszcze nie widziałam. Choć filmów kina drogi były już dziesiątki, to zawsze w tę drogę zabierali nas ludzie młodzi, a tu bohaterowie są właściwie u schyłku życia. Zobaczyłam  ludzi zepchniętych na margines społeczeństwa, a mimo to cieszących się z każdego dnia. Współczesnych nomadów, którzy wyruszyli w drogę, bo stracili pracę. Sprzedali domy, bo nie byli w stanie ich utrzymać, i zamieszkali w kamperach. Zawiedli się na bliskich, przyjaciołach. Łapią sezonowe prace, by zarobić parę groszy i jechać dalej. Tym różnią się od  dawnych wędrowców, koczowników, że tamci przemieszczali się w poszukiwaniu lepszego miejsca do życia, a ci nie chcą wracać do przeszłości, uciekają przed wspomnieniami i rozczarowaniami, jakie przyniosło im życie.  Uciekają też od cywilizacji, bo przeżyli coś, co ich do tego zmusiło.

A ja miałam poczucie, że oni wcale nie uciekają. Że to jest ich wybór. Nawet gdy słyszysz opowiadanie weterana wojny w Wietnamie, który powinien mieć przez państwo zapewnione godne życie w godnym miejscu? Trauma, której doświadczył na wojnie, sprawia, że nie jest w stanie znieść krzyku, hałasu czy wszelkich mocnych dźwięków. Musiał uciec z miasta. To tylko jeden z przykładów.

Nie myślę o nich jako przegranych, tylko pogodzonych z życiem i śmiercią. Nie ma w nich lęku, jest akceptacja strat. Mam wrażenie, że oni żyją prawdziwiej niż niektórzy z nas, dla świętego spokoju wpisujący się w różne schematy i oczekiwania. Masz rację, ale to, że są pogodzeni z sytuacją, w jakiej się znaleźli, nie znaczy, że ta sytuacja jest ich wymarzoną. Mimo że próbują tworzyć społeczność nomadów, to jednocześnie są tak głęboko zranieni, że nie chcą już wchodzić w przyjaźnie czy dłuższe związki. Widać to w relacji Fern (genialna Frances McDormand) i Dave’a (znakomity David Strathairn). Dave proponuje Fern, żeby z nim zamieszkała, ale ona odmawia. Po  wszystkim, co przeszła, zdecydowała: żadnych związków i emocjonalnych uzależnień. To kobieta, która chce żyć z dnia na dzień, w bliskości z naturą. Obserwuje ten nowy dla niej „nomadland“, przygląda się ludziom, słucha ich opowieści, jakby chciała się upewnić, czy to na pewno jest jej miejsce. A my podążamy za nią.

Żałowałaś, że Fern odrzuciła propozycję Dave’a? Ja nie. Ja też nie, ale można się zastanowić, dlaczego to zrobiła. Dave jest bardzo dobrym i  wrażliwym mężczyzną. Fern miała wspaniałego męża, jak wynika z jej opowieści, i mam wrażenie, że nie chce już wiązać się z nikim. Nie miałam wątpliwości, że jej wybór jest słuszny, bo jeśli zdecydowała się na to, że zrywa z dotychczasowym życiem, to musi być konsekwentna. Bardzo ciekawa jest scena, gdy Fern wraca do domu, który opuściła. Nie wiem, jak ty ją  rozumiesz, ale moim zdaniem chce się  upewnić, że życie nomadki to jest teraz jej droga.

Ja w tej scenie poczułam absolutną i uwalniającą wolność! A ja ulgę – zobaczyłam, że rzeczywiście  jest pewna swojego wyboru. Ostatni raz przechodzi przez wszystkie pokoje, jak gdyby odwracała kolejne strony rodzinnego albumu i ostatecznie go zamyka.

Wybiera życie nomady. Bycie tym, kim naprawdę chce być. Jeśli ty wybrałabyś taki styl życia, na co, widzę, masz ochotę, to byłby twój wybór. Tymczasem większość bohaterów, których widzimy w filmowej opowieści, nie ma dokąd wrócić. Nie mają środków do życia, żadnych oszczędności.

A mimo to są wdzięczni za to, co mają. Co widać w scenie rozmowy Fern z synem Dave’a, który ma zupełnie inne podejście do życia. Z jednej strony decydują się na ten krok, nie mając wyjścia. Z drugiej, faktycznie, świadomie uwolnili się od konsumpcyjnych pragnień. Tymczasem my żyjemy w emocjonalnym szantażu, uzależnieni od wielu rzeczy, które uważamy za niezbędne do życia, zaciągamy kredyty i już jesteśmy w pułapce – o tym też jest mowa w filmie.

Pamiętasz wykład, który dał guru tej społeczności? Mówił: „Uświadomiliście sobie, że waszym tyranem jest dolar. Daliście się zepchnąć w ślepy zaułek pod tytułem praca i pieniądze”. Współcześni nomadowie próbują się od tego uwolnić, zejść do minimum swoich potrzeb. I to jest piękne, bo pokazuje, gdzie leży istota człowieczeństwa. W relacjach pomiędzy nimi, w uśmiechu i życiu blisko natury.

My też dzisiaj wybudzamy się ze snu. Wielu ogranicza koszty życia do minimum. Tak tylko ci się wydaje. Bo żyjesz w ciepłym, ogrzewanym mieszkaniu, masz gdzie spać. To minimum jest dużo, dużo dalej...

A jednak wyszliśmy na chwilę z tego pędu za konsumpcją. Bo sytuacja pandemii nas do tego zmusiła, ale czy rzeczywiście jesteśmy wolni od chęci posiadania? Fern zapytana przez młodą dziewczynę, czy to prawda, że jest bezdomna („homeless“), odpowiada, że tak by tego nie nazwała, że raczej jest bez domu („houseless“ ), bezmiejscowa, ale nie bezdomna.

Czuję, że jestem wewnętrzną nomadką. A ty? Dla mnie dom jest tam, gdzie są moi bliscy. Fern straciła bliskich, pracę i nie ma już czego szukać w tym miejscu, w którym żyła. Ona dom ma w sobie.

Bardzo podoba mi się to, że nie ma w tym filmie mowy o tym, czy Fern ma lub miała kiedykolwiek dzieci. Czyli jednak można w ten sposób pokazać bohaterkę! Kobiecość tutaj nie jest definiowana przez rodzinę i dzieci, tylko poprzez relację z innymi ludźmi, ze światem, otwartość na jego piękno, ale też na siebie. Gdyby mąż Fern nadal żył i mieliby pracę, może ona nigdy nie zdecydowałaby się na ten krok... Przez chwilę zastanawiałam się, czy w którymś z kamperów, które widzimy na ekranie, żyje jakaś rodzina. Doszłam do wniosku, że każda z tych osób mieszka w pojedynkę. A jednocześnie spotykają się, żeby pobyć razem wspólnie przy ognisku, pięknie też żegnali i wspominali znajomych nomadów, gdy ktoś z nich przeszedł na tę drugą stronę.

Dla mnie „Nomadland” to terapia spokojem. Spokojem, który odczuwamy, gdy jesteśmy pewni tego, co robimy i kim jesteśmy. Wtedy wiemy, że idziemy właściwą drogą. Fern jest dla mnie nauczycielką życia, ona już wie, o co w nim chodzi. Tak, zgadzam się, tylko ci ludzie musieli wcześniej zapłacić bardzo wysoką cenę za to, żeby pójść tą drogą. Dlatego, znów to powiem, nie są dla mnie szczęśliwymi nomadami. Być może życie w drodze jest naszą przyszłością. Zamknięte hotele, restauracje, bary, podróżowanie w grupie staje się niebezpieczne. A można przecież wsiąść w kamper i wyruszyć przed siebie. Już kilka lat temu rozważaliśmy z mężem taki sposób na zwiedzanie Europy. Gdy byliśmy młodsi, chcieliśmy szybciej i więcej zobaczyć, a teraz może wolniej, ale za to dostrzec więcej szczegółów. A to one są najważniejsze.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki "Dwa Brzegi" w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996-2016 autorka cyklu "Kocham Kino" TVP2. 

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program "Kocham Kino" TVP2. 

[newsletterbox]

  1. Kultura

"Nomadland", McDormand, Hopkins - poznajcie laureatów tegorocznych Oscarów

Tegoroczna gala należała do pochodzącej z Chin reżyserki Chloe Zhao. Jej film „Nomadland” wyróżniono trzema statuetkami – w kategorii najlepszy film, najlepsza reżyseria i najlepsza aktorka pierwszoplanowa (Frances McDormand). (Fot. Pool/Reuters/Forum)
Tegoroczna gala należała do pochodzącej z Chin reżyserki Chloe Zhao. Jej film „Nomadland” wyróżniono trzema statuetkami – w kategorii najlepszy film, najlepsza reżyseria i najlepsza aktorka pierwszoplanowa (Frances McDormand). (Fot. Pool/Reuters/Forum)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Pierwsze w historii pandemiczne Oscary za nami. Kameralna gala rozdania najważniejszych nagród filmowych odbyła się dziś w nocy. Prezentujemy pełną listę tegorocznych zwycięzców. 

To była gala zupełnie inna niż wszystkie. Dziś w nocy Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej po raz 93. przyznała Oscary, najważniejsze i najbardziej prestiżowe na świecie nagrody filmowe. Uroczysta gala odbyła się równolegle w hollywoodzkim Dolby Theatre oraz na dworcu kolejowych Union Station w Los Angeles, oczywiście w reżimie sanitarnym. Ponadto, podobnie jak w latach ubiegłych, nie było jednego prowadzącego, a statuetki przekazywali laureatom zwycięzcy z zeszłego roku.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez The Academy (@theacademy)

W kwestii wyników było różnorodnie, jednak bez większych zaskoczeń, a wszelkie wcześniejsze przewidywania okazały się trafne. Najlepszym filmem okazał się "Nomadland" w reżyserii Chloé Zhao. Przejmująca historia 60-letniej kobiety, która po utracie całego dobytku życia rusza w świat w poszukiwaniu sezonowych prac, od wielu miesięcy wskazywana była przez krytyków i recenzentów jako faworyt tegorocznej gali. Film doceniono również statuetką dla reżyserki (to drugi przypadek w historii, kiedy Oscara w tej kategorii odebrała kobieta) oraz aktorki pierwszoplanowej. Tu nagrodę Akademii - trzecią w swojej karierze - otrzymała Frances McDormand, którą wyróżniono wcześniej za role w "Fargo" i "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri". Odbierając statuetkę wygłosiła żywiołowe przemówienie. - Obejrzyjcie nasz film na największym możliwym ekranie, a pewnego dnia weźcie, wszystkich których znacie, zabierzcie ich do kina, tak aby w ramię w ramię siedzieć w ciemności i obejrzeć każdy film, który został tutaj przedstawiony - powiedziała ze sceny.

Najlepszym aktorem pierwszoplanowym okazał się natomiast Anthony Hopkins. W ten sposób stał się najstarszym zdobywcą Oscara w dziejach. 83-letni aktor nie pojawił się jednak na gali, a statuetkę za rolę w filmie "Ojciec" Floriana Zellera odebrał w jego imieniu Joaquin Phoenix, ubiegłoroczny laureat nagrody w tej kategorii. Co więcej, jest to drugi Oscar w w karierze Hopkinsa - poprzednio Akademia wyróżniła go za rolę w filmie "Milczenie owiec" (1991). Film "Ojciec" doceniony został także za scenariusz adaptowany.

Po raz kolejny okazało się również, że ilość nominacji nie koniecznie przekłada się na ostateczny wynik. Dziesięciokrotnie (sic!) nominowany "Mank" Davida Finchera opuścił galę z zaledwie dwoma statuetkami - za zdjęcia i scenografię. Podobnie jak filmy "Judas and the Black Messiah" i "Sound of Metal", które otrzymały po sześć nominacji. Poniżej prezentujemy pełną listę laureatów.

Oscary 2021 - pełna lista laureatów

Film: „Nomadland” Reżyser: Chloe Zhao („Nomadland”) Aktorka: Frances McDormand („Nomadland”) Aktor: Anthony Hopkins („Ojciec”) Aktorka drugoplanowa: Youn Yuh-jung ("Minari") Aktor drugoplanowy: Daniel Kaluyya („Judas and the Black Messiah”) Scenariusz oryginalny: „Obiecująca. Młoda. Kobieta.” Scenariusz adaptowany: „Ojciec” Animacja: „Co w duszy gra” Film międzynarodowy: „Na rauszu” Dokument: „Czego nauczyła mnie ośmiornica” Zdjęcia: „Mank” Muzyka: „Co w duszy gra” Piosenka: „Fight For You” („Judas and the Black Messiah”) Efekty specjalne: „Tenet” Charakteryzacja: „Ma Rainey: Matka bluesa” Scenografia: „Mank” Kostiumy: „Ma Rainey: Matka bluesa” Montaż: „Sound of Metal” Dźwięk: „Sound of Metal” Film krótkometrażowy: „Two Distant Strangers” Krótkometrażowy dokument: „Colette” Krótkometrażowa animacja: „Jakby coś, kocham was”

  1. Kultura

Frances McDormand. Niech żyje normalność

- Nie jestem typem okładkowym - wyznaje Frances McDormand. Aktorka unika sesji zdjęciowych i woli, aby dziennikarze ilustrowali materiały o niej kadrami z filmów. Na zdjęciu: na planie nominowanego do Oscara dramatu
- Nie jestem typem okładkowym - wyznaje Frances McDormand. Aktorka unika sesji zdjęciowych i woli, aby dziennikarze ilustrowali materiały o niej kadrami z filmów. Na zdjęciu: na planie nominowanego do Oscara dramatu "Nomadland". (Fot. BEW Photo)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Ma talent, charyzmę i własne zdanie, którego konsekwentnie się trzyma. Nominowana do Oscara Frances McDormand nieustannie inspiruje i zachwyca. Jej wyjątkowość polega na tym, że jest całkowicie zwyczajna, na ekranie natomiast - staje się nadzwyczajna. A to naprawdę rzadko spotykane, szczególnie w Fabryce Snów.

Zacznijmy od tego: Frances McDormand NIE JEST gwiazdą. Na pewno nie taką, która wpisuje się w hollywoodzkie wzorce i wymogi. Nie pojawia się na okładkach kolorowych magazynów, praktycznie nie udziela wywiadów, nie jest bohaterką skandali ani kimś, o kim się plotkuje. Nie znajdziemy jej nawet w mediach społecznościowych. Konsekwentnie odmawia rozdawania autografów i nie pozuje do selfie ("nie po to zostałam aktorką, żeby robiono mi zdjęcia" - podkreśla). Nie ubiera się u projektantów, nie jest twarzą znanych marek, nie nosi makijażu, ani nie robi operacji plastycznych. Jednak biorąc pod uwagę talent - jest gwiazdą pierwszoligową, świecącą jaśniej niż może się to wydawać na pierwszy rzut oka.

Pochwała normalności

Zrobiła zawrotną karierę, którą zbudowała nie na wyglądzie seksbomby i skandalach, lecz talencie i charakterze. W filmografii Frances McDormand widnieje ponad 60 tytułów, a to całkiem pokaźny dorobek artystyczny. Jej półki natomiast wręcz uginają się pod ciężarem nagród, których ma około 70, w tym Potrójną Aktorską Koronę, czyli Oscara (za film "Fargo"), Emmy (za miniserial "Olive Kitteridge") i Tony (za spektakl "Good People"). Takim osiągnięciem mogą pochwalić się tylko nieliczni, m.in. Maggie Smith, Jessica Lange, Al Pacino, Jeremy Irons i Geoffrey Rush. Doskonale zna swoje miejsce w branży, ale jest też świadoma tego kim jest, jak wygląda i czego potrzebuje. - Jestem aktorką charakterystyczną i to jest moja przewaga. Nie muszę się prężyć, napinać, specjalnie walczyć o wygląd i tego typu sprawy. Nie potrzebuję też ciągłych hołdów, komplementów, nie mam w sobie potrzeby akceptacji, potwierdzania własnej wartości, w tym sensie nie jestem chyba aktorką, bo przecież aktorstwo rzekomo tym się karmi. Ja nie muszę. Ja jestem najedzona - mówi o sobie.

Rozkręcać się i święcić największe triumfy zaczęła dopiero, gdy osiągnęła dojrzałość, a ostatnie lata należą do najlepszych w jej karierze. Dziś ma 63 lat, dwa Oscary na koncie (za "Fargo" i "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri") i wcale nie zamierza zwalniać tempa. Trzecią statuetkę ma szansę zdobyć za kreację w filmie "Nomadland"W czym zatem tkwi jej sekret? Jest zwyczajna, taka jak my, a mimo wszystko jedyna w swoim rodzaju. I choć osiągnęła aktorski prestiż, sukces nie zawrócił jej w głowie. Zawsze zachowuje profesjonalizm i szacunek do wykonywanego zawodu. Poza tym, nic więcej nie musi robić. Wystarczy, że skupia się na swojej pracy i stara się wykonywać ją jak najlepiej potrafi. Po zejściu z planu filmowego wraca do normalnego życia - sprząta, gotuje, ogląda filmy, czyta książki. Trudno jej nie podziwiać.

https://www.youtube.com/watch?v=mRuj-HbTY6Q

Życie wypisane na twarzy

– Byłam za stara, za młoda, za gruba, za chuda, za wysoka, za niska, za blond, za ciemna, ale wiedziałam, że pewnego dnia będą potrzebowali kogoś innego. I postanowiłam być naprawdę dobra właśnie w tym: w byciu kimś innym – zdradziła w rozmowie z „New York Timesem”. Frances McDormand od lat podąża własną drogą wybierając nietypowe wyzwania aktorskie, dzięki którym może pokazać na czym polega prawdziwa siła kobiet. - Moje role są w zasadzie podobne do siebie. Podobne pod tym względem, że pokazuję bohaterki, które są, uogólnijmy to, niehollywoodzkie - podkreśla. Najczęściej gra postacie mocno stąpające po ziemi, mające własne zdanie i niedbające o opinię innych. Swoimi kreacjami pokazuje nam, że jest dokładnie taka jak my. Miewa złe dni, gorsze momenty. Bywa wkurzona, zmęczona, czasem zapłacze. To właśnie najbardziej zbliża ją do widza.

Ma tupet i zawsze buntuje się przeciwko temu, co próbowano jej narzucać. Jeśli na coś nie ma ochoty, po prostu tego nie robi. Gdy zaczynała karierę, jeden z agentów castingowych powiedział jej, że powinna nosić makijaż i nauczyć się chodzić w szpilkach. Co na to Frances? „No way!”. Do dziś robi to tylko wtedy, kiedy musi. Nawet odbierając nagrody czy promując filmy na festiwalach nie jest pomalowana. Ceni naturalność, bo chce, aby na jej twarzy było widać całą gamę emocji: smutek, radość, wstyd, uśmiech. – To jestem ja. Tak obudziłam się z rana. Tak wyglądam. Na twarzy wypisane jest twoje życie – mówi.

Zarówno w życiu, jak i w filmie Frances McDormand wybiera naturalność i autentyczność. Nie przepada za makijażem, a swoją twarz nazywa 'mapą'. Nie zależy jej też na tym, aby za wszelką cenę zachować wieczną młodość. (Fot. materiały prasowe) Zarówno w życiu, jak i w filmie Frances McDormand wybiera naturalność i autentyczność. Nie przepada za makijażem, a swoją twarz nazywa "mapą". Nie zależy jej też na tym, aby za wszelką cenę zachować wieczną młodość. (Fot. materiały prasowe)

– Piękno to także niezależność, własne poglądy, to czar, niewynikający z tak zwanych kobiecych atrybutów, ale z godności, świadomości, oczytania – wyznaje. Nie ubiera się też u topowych projektantów. Na co dzień preferuje szeroko pojęty normcore – wygodną odzież, która ma być komfortowa, a nie efektowna. Nosi więc to, co lubi i w czym czuje się dobrze. Najczęściej są to luźne dżinsy, bawełniana koszulka, workowata tunika i trampki. Gdy trafiła na listę najlepiej ubranych kobiet w show-biznesie uznała to za „dziwny, choć umiarkowanie udany żart". Jej wybory są często nieco ekscentryczne i mało gustowne, ale czy to ważne, jeśli ma się taki talent?

W poszukiwaniu kształtu

Frances przyszła na świat w 1957 roku w Chicago jako dziecko samotnej matki. Można się zatem domyśleć, że jej dzieciństwo nie należało do najłatwiejszych – nigdy nie poznała biologicznych rodziców, a gdy miała rok została adoptowana przez parę Kanadyjczyków: pastora protestanckiego Kościoła Chrystusowego Vernona McDormanda i jego żonę, pielęgniarkę i recepcjonistkę Noreen. To oni nadali jej imiona Frances Louise (urodziła się jako Cynthia Ann Smith) i wychowali na przedmieściach Pittsburga.

Jako nastolatka uwielbiała czytać i grać w szkolnych przedstawieniach. Wtedy właśnie zainteresowała się aktorstwem. Później były kolejne amatorskie występy i decyzja o studiach w Yale School of Drama, gdzie zdobyła prawdziwe doświadczenie sceniczne. Długo nie musiała czekać, aby móc je w pełni wykorzystać. Pierwsze okazje pojawiły się tuż po odebraniu dyplomu. Najpierw zaczęła grywać na deskach teatru, z którym zresztą związana jest do dziś, a następnie wzięła udział w nowojorskim castingu do neo-noirowego kryminału "Śmiertelnie proste" (1984) w reżyserii debiutujących braci Coen, Joela i Ethana. Był to kawał mocnego i bezkompromisowego kina, które trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. McDormand, choć nigdy wcześniej nie stała przed kamerą, postanowiła zaryzykować. Jak się później okazało – słusznie, bo wywarła bardzo dobre wrażenie.

Pierwotnie w roli Abby bracia Coen widzieli Holly Hunter, z którą McDormand dzieliła akademik na studiach. Ta stwierdziła jednak, że Frances bardziej pasuje do roli i poleciła ją reżyserom. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/ Forum) Pierwotnie w roli Abby bracia Coen widzieli Holly Hunter, z którą McDormand dzieliła akademik na studiach. Ta stwierdziła jednak, że Frances bardziej pasuje do roli i poleciła ją reżyserom. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/ Forum)

Gdy zaproszono ją na kolejną próbę tekstu, tym razem z innymi aktorami, ku zaskoczeniu filmowców odpowiedziała, że nie może, bo jej chłopak gra w operze mydlanej i musi zobaczyć, jak sobie poradził. - Nikt tak nie mówi, gdy stara się o pracę – zauważył słusznie Joel. – Ale uznaliśmy, że to jest właśnie ktoś, kogo potrzebujemy - dodał. Całe szczęście udało się umówić na inny termin. I tak Frances zagrała Abby, niewierną żonę głównego bohatera. Chociaż można odnieść wrażenie, że wcale nie grała. Po prostu była obecna na ekranie. Jednak to właśnie tę obecność najbardziej zapamiętano. Frances nie musi robić wiele, by zachwycać. Wystarczy, że jest. I to stanowi jej największą siłę.

Wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że uzdolnieni bracia Coen staną się ważnym odnośnikiem nie tylko w karierze, ale przede wszystkim w życiu osobistym McDormand. Dla starszego z nich, Joela, Frances zostawiła chłopaka z telenoweli, natomiast przyjaźń, która zrodziła się między nimi na planie szybko przekształciła się w związek, a następnie trwające do dziś małżeństwo. Tak zaczęła się ich wspólna droga. W 1995 roku adoptowali chłopca z Paragwaju, zamieszkali na Manhattanie, a dziś żyją spokojnie na prowincji, z dala od blasku fleszy, ponad wszystko ceniąc sobie prywatność.

Frances McDormand i Joel Coen są małżeństwem od 1984 roku, żyją z dala od Hollywood i wiodą całkiem normalne życie. (Fot. Tony Gentile/Reuters/Forum) Frances McDormand i Joel Coen są małżeństwem od 1984 roku, żyją z dala od Hollywood i wiodą całkiem normalne życie. (Fot. Tony Gentile/Reuters/Forum)

Po roli w filmie "Śmiertelnie proste" kariera McDormand nabrała rozpędu. Na horyzoncie pojawiły się kolejne ciekawe wyzwania – filmowe, ale i telewizyjne. Drugoplanowe role w serialach „Posterunek przy Hill Street” czy „Strefa mroku” nie zaspokajały jednak apetytu Frances, która ciągle szukała czegoś innego, wyjątkowego, jedynego w swoim rodzaju. W końcu zauważył ją Alan Parker. Za rolę maltretowanej żony brutalnego szeryfa w jego głośnym filmie „Missisipi w ogniu” (1988) McDormand otrzymała pierwszą nominację do Oscara. Kolejne dwie zapewniły jej kreacje w filmach "U progu sławy" (2000) i "Daleka północ" (2005). Szerokie pole do popisu dawała jej również dalsza współpraca zawodowa z mężem, który przyznaje, że zawsze pisze scenariusze z myślą o żonie. Ta wydawałoby się komfortowa sytuacja nie gwarantuje jednak aktorce głównych ról, czego najlepszym przykładem są filmy „Arizona Junior” (1987) czy „Ścieżka strachu” (1990). I choć Frances wystąpiła w wielu filmach braci Coen, to najważniejsze w swojej karierze role - zwłaszcza w ostatnich latach - stworzyła u innych twórców, a umiejętne korzystanie z przywileju bycia żoną znanego reżysera sprawiło, że nigdy nie dała się zaszufladkować jako aktorka grająca tylko u męża.

Szukając swojego kształtu i miejsca w aktorstwie zaliczyła kilka mniej udanych występów. Oczy otworzyła jej rola w krwawej komedii kryminalnej "Fargo" (1996). Od teraz doskonale wiedziała jaka ma być. Wyrazista kreacja Marge Gunderson, nieustępliwej ciężarnej policjantki, zapewniła jej pierwszego Oscara. Co ciekawe, McDormand wcale nie gra tam pierwszych skrzypiec. Mimo to, jej postać jest tak charyzmatyczna, że dziennikarze i fani do dziś pytają ją o „Fargo”. – Przynajmniej trzy razy w tygodniu ktoś na ulicy podchodzi do mnie i opowiada o "Fargo" albo, przechodząc obok, powtarza dialogi – zdradziła McDormand w 2014 roku na antenie radia PRI. Mimo to, kojarzenie z jedną postacią zupełnie jej nie przeszkadza.

Rola ciężarnej policjantki Marge w filmie braci Coen przyniosła Frances McDormand pierwszego Oscara. (Fot. RDA/Rue des Archives/Forum) Rola ciężarnej policjantki Marge w filmie braci Coen przyniosła Frances McDormand pierwszego Oscara. (Fot. RDA/Rue des Archives/Forum)

Kobiety też potrafią namieszać

Niewątpliwym przełomem w jej karierze okazał się miniserial "Olive Kitteridge" (2014) w reżyserii Lisy Cholodenko. Zrealizowany na podstawie nagrodzonej Pulitzerem prozy Elisabeth Strout obraz zachwycił krytykę i widzów. Frances zagrała w nim skromną emerytowaną nauczycielkę matematyki, która znajduje się na duchowym bezdrożu – boryka się z depresją, codziennością i własnymi emocjami. Mąż aktorki, Joel Coen, zdefiniował tę postać jako „żeński odpowiednik Brudnego Harry’ego”.

Miniserial HBO „Olive Kitteridge” udowodnił, że dojrzałe kobiety też potrafią wywołać wiele zamieszania w branży filmowej. (Fot. materiały prasowe) Miniserial HBO „Olive Kitteridge” udowodnił, że dojrzałe kobiety też potrafią wywołać wiele zamieszania w branży filmowej. (Fot. materiały prasowe)

Dlaczego serial okazał się przełomem? Zafascynowana bez reszty powieścią Strout McDormand nabyła do niej prawa filmowe i po raz pierwszy w karierze spróbowała swoich sił jako producentka. Projektem szybko zainteresowała się scenarzystka Jane Anderson, reżyserka Lisa Cholodenko, z którą Frances pracowała przy filmie "Na wzgórzach Hollywood" (2002), a także stacja HBO. Później poszło z górki. W efekcie serial wyróżniono licznymi nagrodami – łącznie było ich około 30. Jednak to nie trofea mają tu największe znaczenie. "Olive Kitteridge” dowiódł przede wszystkim, że widzowie nie tylko uwielbiają dojrzałe bohaterki, ale też doceniają produkcje, które traktują je w normalny, ludzki sposób. A to wielki krok ku zmianie postrzegania kobiet w kinie. Niedługo po premierze serialu sama Frances ogłosiła publicznie, że nie chce już grać kobiet będących jedynie ozdobnikami facetów. Teraz szuka postaci samodzielnych i niezależnych. Najlepiej głównych ról. "Tych drugoplanowych nagrałam się już wystarczająco" - oznajmiła. Wkrótce jej życzenie się spełniło.

Ważną postacią dla Frances okazała się Mildred Hayes z "Trzech billboardów za Ebbing, Missouri" (2017) Martina McDonagha. Film opowiada o wciekłej z rozpaczy samotnej matce, która po tragicznej śmierci córki decyduje się zawalczyć o sprawiedliwość. Bezradna kobieta postanawia tak długo prześladować lokalną policję, aż ta znajdzie gwałciciela i mordercę jej dziecka. Wynajmuje tytułowe billboardy i umieszcza na nich napisy mające nakłonić policjantów do większego zaangażowania w sprawę. – Pokochałam ten scenariusz po pierwszym czytaniu – wspomina Frances. – Mildred jest niesamowita – dodaje. Widzowie też ją polubili, choć wcale nie była kochana i sympatyczna.

Mildred Hayes z 'Trzech billboardów za Ebbing, Missour' to jedna z najciekawszych kobiecych bohaterek we współczesnym kinie. (Fot. Fox Searchlight/Planet/Forum) Mildred Hayes z "Trzech billboardów za Ebbing, Missour" to jedna z najciekawszych kobiecych bohaterek we współczesnym kinie. (Fot. Fox Searchlight/Planet/Forum)

Kreacja zapewniła aktorce drugiego Oscara. Odbierając nagrodę Frances wygłosiła płomienną mowę: "Chciałabym, żeby wszystkie nominowane dziś kobiety wstały. Panie i panowie, pamiętajcie o nas, zapraszajcie nas do swoich biur i rozmawiajcie z nami o finansowaniu naszych projektów". Rola przyniosła jej również Złoty Glob, nagrodę BAFTA oraz mnóstwo innych statuetek przyznawanych przez amerykańskie stowarzyszenia krytyków i recenzentów.

https://www.youtube.com/watch?v=4gU6CpQk6BE

Wciąż na fali

Typowany jako faworyt tegorocznych Oscarów dramat „Nomadland” powstał tak naprawdę dzięki Frances McDormand. Aktorka nie tylko zagrała w nim główną rolę, ale również dołożyła swoją cegiełkę jako współproducentka. A wszystko zaczęło się od głośnego reportażu literackiego Jessiki Bruder. Autorka spisała w nim historie ludzi, którzy określają się mianem „bezmiejscowych”. W wyniku ekonomicznej zapaści większość z nich straciło cały dorobek życia i zamieszkało w kamperach, które odtąd stały się ich nowym domem. – Zakochałam się w tej książce, a ponieważ od dawna przygotowywałam się do myśli, że chcę również produkować filmy, ruszyłam do boju – wyznaje aktorka. Pierwszym krokiem było znalezienie reżysera, a w zasadzie reżyserki (Frances bardzo zależało na tym, aby była to kobieta). Wybór padł na pochodzącą z Chin Chloé Zhao, która nie tylko podjęła się wyreżyserowania filmu, ale przygotowała też scenariusz, a nawet zaangażowała się w produkcję i montaż.

Chloé Zhao i Frances McDormand na planie nominowanego do Oscara filmu 'Nomadland'. (Fot. BEW Photo) Chloé Zhao i Frances McDormand na planie nominowanego do Oscara filmu "Nomadland". (Fot. BEW Photo)

McDormand zagrała w nim 60-letnią Fern, która zmuszona jest opuścić rodzinną Nevadę, gdy zamknięta zostaje fabryka płyt gipsowych, jedyna szansa na pracę dla ludzi w jej wieku. Bohaterka nie zastanawiając się długo, pakuje cały dobytek do starego vana, i rusza w trasę w poszukiwaniu sezonowych prac. Na szlaku poznaje ludzi takich jak ona - współczesnych nomadów, którzy uczą Fern jak żyć w pozbawionej najprostszych wygód rzeczywistości. Co ważne, w ich rolę wcielili się autentyczni bohaterowie książki Bruder.

Film okazał się strzałem w dziesiątkę. Złoty Lew w Wenecji, nagroda publiczności w Toronto, później kolejne wyróżnienia, nominacje i nagrody. Na brawa zasługują oczywiście doskonały scenariusz i znakomita reżyseria, jednak najbardziej zachwyca tu Frances McDormand, przed którą kolejna szansa na Oscara. Jeśli go zdobędzie, co według krytyków jest w zasadzie pewne, będzie to trzecia statuetka Akademii Filmowej w jej karierze, a sama aktorka wyrówna wynik Meryl Streep, Jacka Nicholsona, Daniela Day-Lewisa, Ingrid Bergman i Waltera Brennana. To chyba najlepiej świadczy o tym, że 63-letnia Fran jest wciąż na fali.

  1. Kultura

Nowa platforma VOD z klasyką kina - kuratorem Tomasz Raczek

W ofercie nowej platformy Entclick znalazł się m.in. legendarny film Luisa Bunuela
W ofercie nowej platformy Entclick znalazł się m.in. legendarny film Luisa Bunuela "Piękność dnia" z Catherine Deneuve w roli głównej. (Fot. Paris Film/Entertainment Pictures/Forum)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Kinomaniacy czekali na taki serwis od dawna. W ubiegłym tygodniu ruszyła nowa platforma VOD Entclick, na której obejrzymy zrekonstruowane cyfrowo klasyki kina z lat 70., 80, i 90. O selekcję kultowych tytułów zadba kurator serwisu Tomasz Raczek.

Kultowe filmy, legendarni twórcy, wielcy aktorzy i autentyczne emocje. Nowy serwis VOD Entclick to wyspa prawdziwej filmowej rozrywki - znajdziemy tam całą masę klasycznych tytułów z lat 70., 80. i 90. Świeżo uruchomiona platforma zachwyca jednak nie tylko wyszukanym repertuarem, ale również jakością udostępnianych filmów (każdy z nich obejrzeć można w technologii HD i 4K). Na premierową ofertę serwisu składa się aż 50 kultowych pozycji, jednak z każdym tygodniem będzie ona uaktualniana o pięć nowych tytułów - część z nich będzie dostępna jedynie w Entclick.

Kuratorem serwisu został Tomasz Raczek. "Jako kurator Entclicka będę uważnie dobierał kolejne licencje. Nasza oferta skierowana jest do osób z wyrobionym gustem filmowym. To miejsce, które szanuje czas i nie zmusza do scrollowania w nadziei na znalezienie czegoś wartościowego. Czuję, że "Perły z lamusa" wracają! Wiem, co powiedziałby teraz Zygmunt Kałużyński: Szkoda, że tego nie dożyłem!" – mówi Tomasz Raczek.

"Entclick.com jest miejscem dla miłośników rasowego kina arthousowego, szukających nowych doznań artystycznych. Miejscem dla fanów klasycznych obrazów w doskonałej jakości, szukających treści do tej pory trudno dostępnych. Serwis jest odpowiedzią na poszukiwania czegoś więcej niż tylko filmu jako "zapełniacza" wieczoru" – dodaje właściciel serwisu Jacek Bednarz.

https://www.youtube.com/watch?v=OYB02rqWSSY

Oferta platformy podzielona została na pięć kategorii. "Alfabet zbrodni" to zbiór filmów o detektywach, bandytach i seryjnych mordercach. "Mistrzowie kampu" z kolei gromadzą produkcje tak złe, że aż dobre. Kategoria "W szponach zła" zaprasza na spotkanie z kinem grozy, natomiast "Ludzkie historie" przedstawią emocjonujące tytuły, które poruszą nawet najtwardszych widzów. Znalazło się miejsce również na autorską kategorię Tomasza Raczka, "Tomasz Raczek poleca". Na dobry początek kurator serwisu wybrał kultowy debiut braci Coen - "Śmiertelnie proste" oraz legendarny film Luisa Bunuela "Piękność dnia".

Wśród 50 pozycji dostępnych na platformie znajdziemy również takie tytuły jak: "Pogarda" Jeana-Luca Godarda, "Czerwony smok" Michaela Manna, "Mgła" Johna Carpentera, "Harry Angel" Alana Parkera, "Producenci" Mela Brooksa, "Widmo wolności" Luisa Bunuela oraz "Ran" Akiry Kurosawy. W ofercie nie brakuje też produkcji z udziałem największych gwiazd ekranu: Sylvestra Stallone ("Osadzony"), Ala Pacino ("Serpico"), Arnolda Schwarzeneggera ("Czerwona gorączka"), Louisa de Funesa ("Wielkie wakacje"), Christophera Lamberta ("Nieśmiertelny"), Mickey'a Rourke ("Przystojniak"), Alaina Delona ("Glina"). Każdy tytuł dostępny jest z polskojęzycznymi napisami. Cena wypożyczenia filmu na 3 dni wynosi 10 zł.

  1. Kultura

Olivia Colman - aktorka o filmach "The Crown", "Faworyta" i innych rolach

Olivia Colman ma na koncie Oscara za rolę w filmie
Olivia Colman ma na koncie Oscara za rolę w filmie "Faworyta". (Fot. BEW)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Na ekranie jest niekwestionowaną królową. I nie chodzi tylko o obsypaną nagrodami rolę Anny Stuart w „Faworycie” czy o jej Elżbietę II z serialu „The Crown”. Za to prywatnie Olivia Colman sprawia zupełnie inne wrażenie. Spontaniczna, otwarta, nieco roztargniona, autentycznie skromna. Bez przerwy żartuje, a jakikolwiek komplement natychmiast zbywa, żywo gestykulując.

Aktorką zostałaś, bo… Nie byłam zbyt dobra w niczym innym. Nie wyróżniałam się wśród rówieśników, nie byłam dobrą uczennicą, ale w wieku 16 lat zagrałam w szkolnej sztuce. Spodobało mi się, choć nigdy bym nie pomyślała, że kiedyś zostanę aktorką. Mama pielęgniarka, ojciec geodeta – nikt, kogo znałam, nigdy nie występował na scenie. Miałam więc zostać nauczycielką. Dość, jak zakładam, przeciętną.

Chyba się nie doceniasz. Wiem o co najmniej kilku twoich młodzieńczych talentach. Na przykład o twojej pasji motoryzacyjnej. [śmiech] Tak, samochody. Mieszkaliśmy w odległym rejonie Norfolku i nauczyłam się jeździć po polu jako 12-latka. Dużo podróżowałam z mamą jej małym samochodem, bez którego nie mogłaby jeździć do pacjentów w swoim rewirze. Z kolei mój ojciec był entuzjastą motoryzacji, więc w toalecie było pełno magazynów o tematyce samochodowej. Lubiłam je przeglądać. Kiedy uczyłam się w szkole nauczycielskiej w Cambridge, dojeżdżałam tam moim pierwszym autem. To był czerwony morris. Rajdowe prawo jazdy zrobiłam w wieku 16 lat. Byłam dobrym pilotem. Lubiłam też… sprzątać. Naprawdę! Kiedy zrezygnowałam ze szkolenia dla nauczycieli, podjęłam się sprzątania tylko po to, żeby zarobić trochę pieniędzy. Wiem, że ludzie zwykle mówią, jak bardzo nienawidzą robić coś takiego nawet dla pieniędzy, ale ja autentycznie kochałam to zajęcie. Uwielbiam czyścić listwy przypodłogowe i tego typu trudno dostępne miejsca. To była czysta satysfakcja z pracy. Mogłabym nadal to robić, gdyby nie to wszystko.

I to mówi ekranowa królowa, wielokrotna monarchini… Kiedyś jakiś dziennikarz z „Daily Telegraph” napisał, że nie nadaję się do ról królowych, bo mam wyraźnie… lewicową twarz. Jednak, jak widać, to mnie nie zdetronizowało [śmiech]. To, kim jestem w życiu prywatnym, ma się nijak do tego, kogo gram.

Olivia Colman w roli królowej Elżbiety II w serialu 'The Crown'. (Fot. BEW) Olivia Colman w roli królowej Elżbiety II w serialu "The Crown". (Fot. BEW)

A jednak w wywiadach nie ukrywasz, że miałaś problem z tym, że o ile królowa Anna z „Faworyty” jest postacią historyczną, z XVII wieku, o tyle Elżbieta II z „The Crown” jest już osobą żyjącą i miłościwie panującą. Podkreślałaś, że to było wyjątkowo stresujące, musiałaś też przejść specjalne szkolenie. Myślę, że najtrudniejszą rzeczą jest odgrywanie prawdziwej, żyjącej osoby. W trzecim sezonie „The Crown” gram królową Elżbietę II w latach 60., czyli jeszcze zanim się urodziłam. Tu było mi trochę łatwiej. Stres pojawił się w związku z sezonem czwartym, który rozpoczyna się pod koniec lat 70., a więc obejmuje stosunkowo niedawną historię Windsorów. Wielu ludzi na świecie pamięta jeszcze te czasy i każdy ma swoje własne wyobrażenie na temat tego, jaka jest brytyjska monarchini prywatnie, za zamkniętymi drzwiami pałacu. Na tym zresztą polega nasza fascynacja, obsesja na punkcie życia koronowanych głów. Wiedziałam, że będę porównywana do oryginału. Musiałam się nauczyć inaczej mówić, poruszać, bo usłyszałam, że chodzę jak farmerka. Przy stole trenowałam siedzenie z łokciami trzymanymi przy sobie i z prostymi plecami. Nie tyle obawiałam się reakcji samej królowej Elżbiety II na moją kreację – szanuję zresztą monarchinię, wiele przeszła, jestem jej fanką – ile tego, czy zdołam przejąć pałeczkę po Claire Foy, która zagrała młodszą królową w dwóch pierwszych sezonach. Claire była zjawiskowa, głupio byłoby to schrzanić!

Czy Elżbieta II przyjęła cię na audiencji? Byłam jedynie na krótkim spotkaniu na imprezie brytyjskiego przemysłu filmowego. To nie było nawet spotkanie, raczej rząd ludzi ściskających dłonie i dygających. Nie wiedziałam nawet, że Elżbieta II tam będzie. Wszyscy nagle znaleźliśmy się w kolejce i nie mogłam ustalić jej przyczyny. Potem wyjrzałam za róg i zobaczyłam królową i księcia Filipa. Setki ludzi chciało podejść, przedstawić się. Królowa też musiała stać przez cały ten czas, uśmiechając się. Właściwie to współczuję jej tego braku prywatności. Dygnęłam przed nią, uścisnęłam dłoń księcia. Nie było nawet czasu na rozmowę. Następnie udałam się do jednej z 78 łazienek pałacu Buckingham, żeby wziąć na pamiątkę rolkę papieru toaletowego.

Słucham?! To w końcu nie byle jaka rolka [śmiech]!

Lubię w tobie i kilku innych aktorkach brytyjskich, które osiągnęły sukces w dojrzałym wieku i zarazem mocno stąpają po ziemi, ten rodzaj nonszalancji wobec konwencjonalnych i oczekiwanych w środowisku filmowym zachowań. Nie zapomnę nigdy, jak odbierałaś Oscara za „Faworytę”… Pewnie chodzi ci o to, że pokazałam język do kamery? No cóż… emocje wzięły górę. Kiedy usłyszałam swoje nazwisko, myślałam, że się przesłyszałam. Wstałam z miejsca, ale słowo daję, do końca nie byłam pewna, czy o mnie chodzi. Zapadłabym się pod ziemię ze wstydu, gdyby okazało się, że to jednak nie dla mnie był ten Oscar. No więc zaczęłam iść w stronę sceny, cały czas zatrzymując się i odwracając do widowni, aby nabrać pewności siebie. Kiedy już tam dotarłam, a statuetka wylądowała w moich rękach, wykrztusiłam, że to przezabawne, a potem zwróciłam się do wszystkich dziewczynek, które ćwiczą oscarowe kwestie przed telewizorem: „Nigdy nie wiecie, co się może wydarzyć!”. No a kiedy wreszcie na prompterze ukazał się komunikat: „proszę kończyć”, machnęłam ręką, pokazałam do kamery język i spokojnie skończyłam mowę dziękczynną.

Rola królowej Anny w filmie Faworyta przyniosła Olivii Colman Oscara i wiele innych nagród. (Fot. BEW) Rola królowej Anny w filmie Faworyta przyniosła Olivii Colman Oscara i wiele innych nagród. (Fot. BEW)

Oscar zmienił wiele w twoim życiu? Udzielałam kiedyś wywiadu dla „Vogue’a” – przyjęłam dziennikarza w wystawnym pałacu w otoczeniu służby, antyków i pięknych przedmiotów. Powiedziałam, że tak wygląda codzienność aktorek po zdobyciu Oscara [śmiech]. A co!

A już bardziej serio, palma mi raczej nie odbiła. Mam swoje lata, poza tym wiele zawdzięczam mojej rodzinie. Moje dzieci [dwóch synów w wieku 15 i 13 lat oraz 5-letnia córka – przyp. red.] oraz mąż [producent Ed Sinclair – przyp. red.] przyjęli tę nagrodę dość chłodno. I dobrze. Rodzina stawia mnie do pionu. Postaraliśmy się o to, żeby Oscary, inne nagrody i czerwone dywany nie były czymś dominującym w naszym życiu. Dzieci wiedzą, że mama ma pracę, którą uwielbia. Że czasem zakłada dziwne suknie i wyjeżdża na kilka tygodni, ale zawsze wraca i jest przede wszystkim ich mamą. Tą, która piecze ciasta, smaży omlety, pierze, sprząta, a czasem pomaga odrabiać lekcje.

Olivia Colman: Palma mi raczej nie odbiła. Mam swoje lata, poza tym wiele zawdzięczam mojej rodzinie. (Fot. BEW) Olivia Colman: Palma mi raczej nie odbiła. Mam swoje lata, poza tym wiele zawdzięczam mojej rodzinie. (Fot. BEW)

Wyglądasz na osobę wciąż onieśmieloną swoją sławą. Tęsknię za anonimowością, za chodzeniem do pubu. To naprawdę dziwne, kiedy ludzie dookoła dobrze znają twoją twarz, ale ty nie znasz ich. A przecież rozmowa z przypadkowo spotkanymi ludźmi jest jedną z radości życia. Zamiast tego wciąż odbieram nagrody. To oczywiście ekscytujące, ale stresuje mnie wbijanie się w niewygodne kiecki i buty na szpilkach na te wszystkie gale. Nie tylko Oscary, ale Złote Globy, BAFT-y. Trzeba bardzo na siebie uważać podczas tych wszystkich ceremonii. Musisz lepiej się zachowywać, bo ludzie naprawdę cię zauważają. Tymczasem ja nie lubię zamieszania wokół siebie. Najswobodniej, najlepiej czuję się w domu. Zawsze pierwsza opuszczam przyjęcia i jadę do siebie. Zakładam rozciągnięty sweter, ciepłe kolorowe skarpety i zaparzam sobie dobrej angielskiej herbaty. Jest wygodnie, przytulnie, swojsko.

Kiedy cię obserwuję, dostrzegam w tobie nie tylko bezpośredniość i ciepło w kontaktach z ludźmi, lecz także twoją żywiołowość. I tak sobie myślę, że granie Elżbiety II, która nie okazuje uczuć, musiało być dla ciebie dodatkowym wyzwaniem. Zawsze byłam ambitna i lubiłam wyzwania. Moja Elżbieta była bardzo powściągliwa, chłodna, ale nie była też całkiem pozbawiona emocji. Grałam oczami, twarzą, drobnymi gestami, ciałem. To dla aktora bardzo ożywcze doświadczenie. Ukrywanie emocji jest obowiązkiem monarchini. Publicznie musi być silna. Oczywiście zagranie królowej Anny w „Faworycie”, postaci nieokiełznanej, było dla mnie o wiele łatwiejsze, ponieważ sama jestem osobą bardzo emocjonalną. Jeśli ktoś jest smutny, od razu wybucham płaczem. Dobrze mi się grało także nieukrywającą emocji policjantkę w serialu „Broadchurch”, która uczestnicząc w śledztwie, przeżywa własny dramat. Jej uczuciowość jest bardzo ważna, ma być zniuansowana, a jednocześnie ma łatwo udzielać się widzom.

Mnie bardzo poruszyła twoja Angela Burr w serialu „Nocny recepcjonista” w reżyserii Susanne Bier. Zagrałaś szefową jednej z agencji brytyjskiego wywiadu, która na pierwszy rzut oka w niczym nie przypomina osoby zajmującej się rozpracowywaniem bezwzględnych handlarzy bronią. Taka zwyczajna kobieta i na dodatek jeszcze w zaawansowanej ciąży! Zupełnie jak policjantka z „Fargo”. Wspominam o tym, bo sama spodziewałam się wtedy dziecka i to, że powołałam się na Frances McDormand z „Fargo”, pomogło mi przekonać Susanne Bier, żeby mnie zaangażowała. Grunt to kamuflaż – nikt się nie spodziewa, że kobieta w ciąży może ścigać terrorystów.

Królowe królowymi, ale ty jesteś też mistrzynią odgrywania kobiet, które spotykamy na ulicach każdego dnia. Bohaterek codzienności. Na ich miejscu mogłaby być każda z nas. Zawsze powtarzam w wywiadach, że prawdziwą sobą jestem w dżinsach i swetrze z plamą po czymś, co właśnie zjadłam. Dla mnie bardziej zawstydzające jest starać się wyglądać dobrze. Myślę, że miałam szczęście, że wybierano mnie do takich ról, bo wielu aktorom branża nie pozwala się starzeć. Moje bohaterki na ogół nie kryją się z tym, ile mają lat, nie udają kogoś, kim nie są, mają odwagę mówić, co czują i myślą.

Ty mówisz o dżinsach i poplamionym swetrze, a ja nie mogę zapomnieć o twoim kostiumie i charakteryzacji z „Faworyty”. Nadal mam te kreacje w głowie. Wygląd królowej Anny był dla mnie kluczem do wejścia w tę postać. Zapuściłam długie włosy i znacznie przytyłam. Yorgos [Lanthimos, reżyser filmu – przyp. red.] powiedział, że królowa Anna jest duża, ociężała. On sam tak naprawdę nie lubi makijażu i chciał, żebym wyglądała naturalnie, co wcale nie oznaczało, że charakteryzatorka nie miała nic do roboty. Przeciwnie. Charakteryzacja zaczynała się o godzinie 3.45 rano. Nasza specjalistka od włosów i makijażu Nadia Stacey była doskonała we wszystkim, co stworzyła. Anna nie miała wyglądać ładnie ani być miła, i to było wyzwalające i genialne. W dodatku w połowie filmu moja bohaterka dostaje udaru. To było całkiem ciekawe wyzwanie, zmusić lewą stronę mojej twarzy do ruchu, podczas gdy prawa pozostawała nieruchoma.

Ta postać cię zafascynowała? Podobało mi się, że co pięć minut wpadała w inny nastrój. To marzenie aktora – Anna jest zepsuta i histeryczna, wrażliwa i okrutna. Mogłam oczywiście pokazać ją jako karykaturę, ale chciałam, żeby publiczność jej współczuła. Jej życie naznaczone było wieloma tragediami, roniła lub rodziła martwe dzieci co najmniej 12 razy, a kolejne czworo umarło przed ukończeniem drugiego roku życia. Chorowała. Dla mnie jasne było, dlaczego była tak nieszczęśliwa, mało pewna siebie, dziecinna… I może trudno w to uwierzyć, ale dla mnie był to najbardziej zabawny film, nad którym pracowałam. Wszyscy dużo chichotaliśmy na planie. Wcześniej podczas prób zaprzyjaźniłam się z Rachel W­eisz i Emmą Stone. Reżyser zorganizował dla nas serie fizycznych aktywności. Trzymałyśmy się za ręce, szarpałyśmy się i przewracałyśmy. Byłyśmy jak banda dzieciaków, ale w tym szaleństwie była metoda. Yorgos wiedział, że tak rozluźnione zrobimy na planie wszystko. I tak było. Czułam się komfortowo. Instynktownie weszłam w skórę Anny, w jej zmienne nastroje, ekstremalne zachowania, w jej podatność na manipulacje.

Co jest dla ciebie ważne w byciu aktorką? Wierzę, że oprócz szczęścia jednym z najważniejszych aspektów w tym zawodzie jest bycie bezproblemową i dogadywanie się z innymi. A w filmach, w których gram, cenię przede wszystkim dobre dialogi i… wygodne buty. Tak, buty. Nie mogą mnie rozpraszać na planie odciski, obtarcia, dyskomfort chodzenia. Nie mam na to czasu.

Kiedy pod koniec 2017 roku ogłoszono, że Olivia Colman przejmie rolę królowej Elżbiety w „The Crown”, twoje nazwisko było znane niemal wyłącznie wśród fanów brytyjskich seriali. Co było właściwie punktem zwrotnym w twojej karierze? Pamiętam, że już po premierze i po tym, jak Yorgos powiedział, że nie zrobiłby „Faworyty” beze mnie, z ciekawości spytałam go, gdzie o mnie usłyszał. No więc zwrócił na mnie uwagę, oglądając „Tyranozaura”, film Paddy’ego Considine’a z 2011 roku, w którym gram maltretowaną przez męża żonę, walczącą o godność i o uwolnienie się z tej chorobliwej relacji. To była moja pierwsza dramatyczna rola po latach grania w komediach i serialach na małym ekranie. Ale jeśli pytasz mnie o mój osobisty punkt zwrotny, to był też czas, kiedy przez lata nie miałam co grać i tonęliśmy z Edem w długach. Dzięki temu doceniam to, co mam teraz.

Wszystko wskazuje na to, że twoja kariera dopiero nabiera rozpędu. Jeszcze niedawno zakłady bukmacherskie typowały cię jako jedną z pretendentek do roli… Bonda po odejściu Daniela Craiga. Bierzesz takie spekulacje na serio? Nie, na pewno nie zostanie nim kobieta. Być może Tom Hardy, ale i to chyba nie jest jeszcze zdecydowane. Zresztą moje potrzeby, jeśli chodzi o historie szpiegowskie, całkowicie zaspokoił „Nocny recepcjonista”[śmiech]. W końcu pracowałam w osławionym MI6, jak Judy Dench, grająca szefową agenta 007.

Cały czas czekamy na datę kinowej premiery filmu „Ojciec”, w którym z Anthonym Hopkinsem gracie córkę i bliskiego śmierci ojca. To kolejny w twoim dorobku tytuł z wielkimi szansami na oscarowe nominacje. Jestem ciekawa, czy już czujesz się twórczo spełniona, a może jest ci jeszcze coś potrzebne do aktorskiego spełnienia? Czas mi sprzyja. Podobnie jak fakt, że nie jestem piękna. Gram coraz poważniejsze i ciekawsze role. To wielka radość i szczęście. Nie myślę o tym, co dalej. Cieszę się tym, co jest.

W filmie 'Ojciec' Olivia Colman partneruje Anthony'emu Hopkinsowi. Spekuluje się, że za tę kreację otrzyma drugiego Oscara. (Fot. BEW) W filmie "Ojciec" Olivia Colman partneruje Anthony'emu Hopkinsowi. Spekuluje się, że za tę kreację otrzyma drugiego Oscara. (Fot. BEW)

Olivia Colman, ur. w 1974 roku. Popularność przyniosły jej programy komediowe w brytyjskiej telewizji. Uznanie zdobyła za rolę w dramacie „Tyranozaur” (2011). Zagrała także w serialach „Broadchurch”, „Fleabag” i „Nocny recepcjonista”. W 2017 roku za kreację w tym ostatnim dostała Złoty Glob. W trzecim i czwartym sezonie serialowego przeboju Netflixa „The Crown” wcieliła się w postać królowej Elżbiety II. W 2019 roku jej kolejna rola królowej, tym razem w „Faworycie”, została uhonorowana między innymi Oscarem dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Ostatnio wystąpiła w filmie „Ojciec”.