1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura

Pojednanie z Marusią – rozmawiamy z autorem książki o Poli Raksie

Krzysztof Tomasik, autor książki „Poli Raksy twarz” (Fot. Marcos Rodriguez Velo/Enter The Room; materiały prasowe)
Całkowicie wycofała się z życia publicznego dwie dekady temu. Wcześniej było wiele okresów, kiedy nie mogła przejść spokojnie ulicą, aż tak była popularna. O Poli Raksie, fenomenie i osobie, opowiada Krzysztof Tomasik, autor poświęcone jej książki.

Pola Raksa wreszcie przerywa milczenie!”. Taka była moja pierwsza myśl, kiedy usłyszałam o premierze Twojej książki. Ty, szykując się do pisania, miałeś nadzieję, że Twoja bohaterka jednak zgodzi się mówić?
Jeśli mam być szczery, to nie, nie miałem większych nadziei. Założenie było takie, że oczywiście trzeba spróbować nawiązać kontakt, ale byłem świadomy, jak niewielka jest szansa, że się jednak uda. No bo właściwie dlaczego Pola Raksa miałaby nagle zmienić zdanie, skoro tak konsekwentnie milczy przez ostatnie 20 lat? Akurat teraz, akurat dla mnie? Aż tak w swój czar nie wierzę [śmiech].

Myślę zresztą, że wydawnictwo zwróciło się w sprawie tej książki właśnie do mnie między innymi dlatego, że kiedyś napisałem „Seksbomby PRL-u”. Wtedy też nie rozmawiałem z opisywanymi bohaterkami, za co byłem przez niektórych krytykowany. Do każdego projektu trzeba mieć autorską metodę, ja przy „Seksbombach…” uznałem, że materiałów źródłowych jest mnóstwo i że wolę perspektywę tamtych czasów. Pamięć ludzka jest jednak zawodna, rozmówcy, wspominając, przenoszą w swoich wypowiedziach współczesne słownictwo, wiedzę, mentalność – to nieuniknione. Tamta koncepcja zaprocentowała tutaj. Wiadomo było, że mogę to zrobić – napisać książkę o Poli Raksie bez jej udziału. O fenomenie aktorskim i o tym, co było wokół. Potraktowałem to jako warsztatowe wyzwanie, musiałem się tylko pilnować, żeby nie stracić bohaterki z oczu. To dlatego wymyśliłem wprowadzenie jej komentarzy ze starych wywiadów, co sprawia, że głos Poli Raksy jest w książce obecny.

A kiedy Raksa ostatecznie milknie? Z jak dużą dokładnością jesteś w stanie wskazać ten moment?
W roku 2002 następuje zamknięcie magazynu „Rzeczpospolitej”, dla którego pisała felietony o modzie. To ten moment. Mam wrażenie, że decyzję o całkowitym wycofaniu się z życia publicznego było jej podjąć tym łatwiej, że już od pewnego czasu nie mieszkała w Warszawie, przeniosła się na wieś, do Kałuszyna. Nawet bliskim znajomym, którzy próbowali się do niej po 2002 roku dobić, to się nie udawało. Paradoks polega na tym, że chwilę wcześniej, a więc wraz z latami 90., skończyła się dekada największej aktywności medialnej Raksy – tej niezwiązanej z zawodem aktorki, tylko z popularnością i sławą. Występy telewizyjne, bywanie na przyjęciach. Pojawia się na przykład jako specjalna gwiazda na festiwalu w Gdyni, występuje w reklamie telewizyjnej, wychodzi na scenę w czasie koncertu zespołu Perfect, kiedy padają słynne słowa z przeboju „Autobiografia” [„Za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał” – przyp. red.].
Jeszcze w 1999 roku projektuje stroje do recitalu Ewy Błaszczyk, bo i taki epizod, kiedy projektuje ubrania, ma w swoim życiorysie. A rok później godzi się na udział w nagraniach rozmów, które znalazły się w dodatkach do wydania DVD pierwszych czterech odcinków serialu „Czterej pancerni i pies”.

Czyli obalasz mit, który jest powielany w wielu poświęconych jej artykułach, że zawsze była niechętna mediom i skryta?
To absolutnie nieprawda. Miewała okresy dużej otwartości na media, na przykład właśnie wtedy, kiedy zaczęła karierę projektantki mody i w ciągu zaledwie miesiąca miała trzy duże wywiady dla „Urody”, „Sceny” i „Mody”. Fotografowała się w zaprojektowanych przez siebie strojach, wpuszczała dziennikarzy z Polskiej Kroniki Filmowej do Galerii Grażyny Hase, gdzie debiutowała, wpuszczała ich też do swojego domu.

A potem nagle nic.
Ponoć chwilę wcześniej mówiła znajomym, że kończy z tym blichtrem, filmowym życiem, show-biznesem. Oczywiście podobnie deklarowało wiele innych znanych osób, z tą różnicą, że mało kto tak konsekwentnie się swojej decyzji trzymał. Jakbym miał szukać jakichkolwiek analogii w Polsce, największe podobieństwo widzę z wycofaniem się Ewy Demarczyk, ale to już muzyka, nie kino. Żadnej innej polskiej gwiazdy filmowej tego formatu co Raksa, która by tak definitywnie zamilkła, nie widzę.

Ze Zbigniewem Cybulskim w filmie „Ich dzień powszedni” (Fot. Filmoteka Narodowa Instytut Audiowizualny)

Mówimy o końcu kariery, a może przypomnijmy początki, czyli rok 1960, bar mleczny we Wrocławiu, do którego wpadają dwie wyglądające jak zmokłe kury dziewczyny.
Jest kilka wersji tej opowieści. W jednej z nich Pola Raksa wraca z koleżanką z basenu, w innej – wpadają do baru mlecznego, żeby się w nim schronić, ponieważ zaczyna padać deszcz. W środku siedzi fotoreporter, który akurat przyjechał szukać dziewczyn do sesji zdjęciowej. I tak studentka pierwszego roku polonistyki trafia do środka – a nie, jak mówiła w kilku wywiadach sama Raksa, na okładkę – pisma „Dookoła Świata”, po czym materiał ten wypatruje reżyserka Maria Kaniewska, która proponuje zdjęcia próbne, a potem obsadza Raksę w „Szatanie z siódmej klasy”.

Myślę, że fotograf z „Dookoła Świata”, widząc dziewczynę z tak onieśmielającą urodą, mógł przeczuwać, że czeka ją kariera. Do tego to imię i nazwisko – zupełnie jak pseudonim artystyczny.

Mam też inne spostrzeżenie. Jestem przekonany, że ta historia mogła się wydarzyć tylko wtedy, na przełomie lat 50. i 60. Właśnie do władzy doszedł Gomułka, zaczęła się polityczna odwilż. To poluzowanie śruby wiązało się z większą swobodą obyczajową. Mamy koniec ery socrealizmu, pojawia się tygodnik „Polityka”…

I „Zwierciadło”!
Zgodzono się także na pierwsze powojenne wybory Miss Polonii, czyli na burżuazyjną rozrywkę, która dziś może nam się wydawać mizoginiczna, ale wtedy była jedną z niewielu okazji, kiedy jawnie można było celebrować urodę, młodość, co po pruderyjnym okresie stalinizmu było przełomowe. Przemiany w Polsce spotkały się ze zmianami za granicą. Mówimy o czasach wielkiego sukcesu Brigitte Bardot po premierze filmu „I Bóg stworzył kobietę”. Oczywiście trudno porównywać ten film z „Szatanem z siódmej klasy”, ale na pewno był to czas szukania pięknych amatorek, które mogłyby zaistnieć w kinie.

Wspomniana już książka „Seksbomby PRL-u” pokazuje, jak łatwo było w środowisku filmowym o pretekst do przedmiotowego traktowania aktorek. Ten problem dotyczył też Raksy?
Trzeba by było ją zapytać, czy nie czuła się traktowana przedmiotowo, ale z mojej perspektywy miała świetne warunki do tego, żeby bezpiecznie przebrnąć przez pierwsze lata kariery. Zaczęła od roli w produkcji właściwie dla dzieci, poza tym została odkryta przez reżyserkę. U Kaniewskiej zagrała w sumie aż w czterech filmach, w ogóle grała sporo u reżyserek, których przecież wtedy było jak na lekarstwo. Po niezapomnianej „Beacie” Anny Sokołowskiej została mianowana idolką młodych ludzi, stała się symbolem lat 60., dziewczyny cięły się i czesały „na Beatę”.

Kadr z filmu „Beata” (Fot. Filmoteka Narodowa Instytut Audiowizualny)

Jeśli ogląda się pierwsze jej role, widać podobieństwo: gra bardzo młode dziewczyny albo bez życia seksualnego, albo z życiem seksualnym jedynie domyślnym. Do tego nawiązuje też tytuł mojej książki. „Poli Raksy twarz” to oczywiście cytat z „Autobiografii” Perfectu, ale też to właśnie twarz, nie figura czy odważne sceny, zadecydowała o jej rozpoznawalności. Przecież nawet „Czterej pancerni i pies” – serial familijny – jest kontynuacją tej linii.

Osobnym wątkiem jest powszechne w tamtych czasach dyscyplinowanie młodych dziewczyn. Z jednej strony plebiscyty, zatrudnianie amatorek „po warunkach”, z drugiej – usadzanie, grożenie palcem, żeby nie przesadzały z tym podobaniem się i uwodzeniem. Beata Tyszkiewicz – także jedna z tych dziewczyn, które w latach 60. trafiły na plan filmowy – wyleciała ze szkoły średniej, bo zagrała Klarę w ekranizacji „Zemsty”. Najwyraźniej uznano, że plan filmowy to nie miejsce dla nastolatki.

Tymczasem u Poli Raksy wszystko było „tak, jak być powinno”, spełniała wszystkie wymogi „porządnej dziewczyny” aspirującej do bycia aktorką. Pierwsza rola i pierwszy sukces, przenosiny z polonistyki do szkoły filmowej, publiczne deklaracje, że się uczy i to nie pora na granie w filmach, śmieszne o tyle, że Raksa – w przeciwieństwie do wielu jej współczesnych – na studiach bardzo dużo grała. Co nie było takie oczywiste – wiecznie z tym były problemy, żeby wypuszczać studentki na plan. Potem teatr, telewizja, małżeństwo, macierzyństwo. Wiem nawet, kiedy to się zmieniło, kiedy przestała spełniać te wszystkie oczekiwania, kiedy zyskała wyrazistszy głos. Tak między 1971 a 1975 rokiem – nagle potrafiła w wywiadzie powiedzieć, że żałuje, że grała tak dużo. Wymienia filmy, których się nie wstydzi, z komentarzem, że reszta jest nieważna, że to jakieś wprawki. Może to po prostu kwestia dojrzałości? Ale też lata 70. są już w zupełnie innym klimacie. Szuka się „brudu”, to przychodzi ze Stanów, gdzie królują filmy pozbawione blichtru, w Polsce za chwilę pojawi się kino moralnego niepokoju.

Rola Marusi w serialu „Czterej pancerni i pies” – jaki to moment w jej życiu?
Przede wszystkim Poli Raksie wydaje się, że Marusia to nie rola dla niej. Uważa, że nie obroni tej bohaterki, bo po przeczytaniu scenariusza jej nie lubi. Rosyjska dziewczyna odbija Polce jej polskiego chłopaka? Bała się, że widzowie ją znienawidzą, a miała już taką sytuację – po tym, jak zagrała niedoszłą morderczynię w serialu „Kapitan Sowa na tropie”, została zasypana listami z apelami w duchu: „Nie chcemy cię oglądać w takim świetle”. To podwójne wiązanie – publiczność, która daje ci miłość, a z drugiej strony wymaga, pokazuje, czego nie chce oglądać.

W końcu Raksa trafia do obsady i na mały ekran jako Marusia, ale też bardzo ważne jest, jak wiele się wydarzyło przed. Ma już wtedy 25 lat, skończone studia, za sobą role u Hasa, Wajdy, wyjazd na festiwal w Cannes, gdzie „Popioły” były w konkursie głównym. Jest mężatką – jeszcze nie urodził się jej syn, który przyszedł na świat rok po emisji serialu – mieszka w Łodzi i już wtedy cieszy się popularnością w Związku Radzieckim. Rozpędzona kariera. A i tak „Czterej pancerni…” przyćmili wszystko.

Ze Zbigniewem Cybulskim w filmie „Ich dzień powszedni” (Fot. Filmoteka Narodowa Instytut Audiowizualny)

15 milionów widzów podczas emisji pierwszych odcinków. Zdarzało się, że na spotkaniach z publicznością milicja musiała ewakuować aktorów, żeby nie staranował ich tłum.
Powstają kluby miłośników „Pancernych”, do tego także kluby samej Marusi. Wtedy Pola Raksa zapewnia jeszcze, że lubi ten serial, ale w latach 70. pojawia się pewne zniecierpliwienie. Jak to możliwe, że to szaleństwo się nie kończy, a przeciwnie, właściwie się nasila? Cokolwiek by zrobiła, kolejne pokolenie nazywa ją Marusią, wciąż jest w cieniu tej postaci. W końcu przyznaje, że jej nienawidzi. Symboliczne pojednanie to dopiero rok 2000, czyli jedna z ostatnich publicznych aktywności Raksy, kiedy to opowiada o „Czterech pancernych…” z okazji wydania na DVD. Najwyraźniej dochodzi do wniosku, że w tym fenomenie coś musi być, że przecież tyle osób nie może się mylić.

Z powodu Marusi nie mogła spokojnie przejść ulicą. A media? Mocno interesowały się jej życiem prywatnym i związkami?
W latach 60., 70. czy 80. – w ogóle. Musimy mieć świadomość kontekstu. Nie było internetu, plotkarskich portali ani plotkarskiej prasy. Po rozwodzie z operatorem Andrzejem Kostenką Pola Raksa w wywiadach już nigdy nie mówiła wprost o swoich partnerach. Ona się nie ukrywała, po prostu o tym oficjalnie nie mówiła. Była na przykład w 1973 roku na festiwalu filmowym w Łagowie z reżyserem Markiem Piwowskim i funkcjonowali tam jako para, ale o tym nie informowano mediów. Dlatego śmieszy mnie, kiedy czytam, że jej romansem z Bogusławem Lindą żyła cała Polska. Nie żyła, bo w ogóle o tym nie wiedziała. Choćby dlatego, że w stanie wojennym były inne problemy i tematy. Ten wątek wypłynął dopiero w latach 90. wraz z pojawieniem się takich czasopism jak „Życie na Gorąco” i coraz większym zainteresowaniem prywatnym życiem gwiazd.

Myślisz o swojej bohaterce jako o silnej osobowości?
Raksa miała charakterek i akurat wszyscy moi rozmówcy to podkreślali. Ceniono ją za błyskotliwość, usłyszałem, że w kinie nie do końca potrafiono oddać, jak interesującą była osobowością, nie potrafiono tego w pełni wykorzystać. Tę siłę widać w konsekwencji, z jaką milczy. Jej relacje pokazują, że lubiła wyzwania. Trudno ocenić, na ile to było świadome, a na ile instynktowne, ale mam przekonanie, że jeśli ktoś wiąże się z Piwowskim, Lindą, Żuławskim – to ma w sobie gotowość do konfrontacji z dominującym charakterem. A więc tak, myślę o niej jako o silnej osobie.

Czy mogę zapytać, jak to możliwe, że jako dziecko nie bawiłeś się w „Czterech pancernych…”? Także dorastałam w latach 80. i myślałam, że wszyscy się bawili w Janka, Marusię i Szarika.
Ja się na ten fenomen nie złapałem, nigdy nie byłem wielkim zwolennikiem tego serialu, a już tym bardziej zabawy. W zerówce oglądałem „Niewolnicę Isaurę”, „Powrót do Edenu”, w podstawówce czytałem Jackie Collins „Żony z Hollywood”. To były moje ówczesne fascynacje – jak widzisz, zupełnie niewojenne i zupełnie nie dla dzieci. W pokoju miałem pocztówki i plakaty ulubionych aktorek: Kaliny Jędrusik, Marilyn Monroe, Brigitte Bardot, Grażyny Szapołowskiej, Katarzyny Figury, Liz Taylor. Mam ten background, znam te historie, są ze mną od dawna. Mnie w ogóle zabawy chłopackie, heteryckie nie bardzo zajmowały, uważałem, że nie ma nic nudniejszego niż piłka nożna.

W dwóch swoich książkach – cenionych „Gejerelu” i „Homobiografiach” – zajmowałeś się tematem wychodzenia z szafy, zakłamywania historii, zabierałeś głos w sprawie. Masz wrażenie, że w przypadku biografii Poli Raksy również jest tu jakaś ważna sprawa do obronienia?
Tym, co łączy te książki, jest raczej idea – szczególnie mi bliska – ocalenia od zapomnienia. Jeśli nie będziemy tych historii opowiadać, one będą ginąć. Nie jest tak, że ktoś jest po prostu sławny. Weźmy Kalinę Jędrusik – gdyby od razu po jej śmierci nie znalazło się kilka osób, które jej legendę podtrzymywały, nie wiadomo, czy dzisiaj nie byłaby w takiej sytuacji jak inne aktorki z jej pokolenia, wówczas uważane za wybitniejsze, a dzisiaj w dużej mierze zapomniane.

Milczenie Poli Raksy uważasz za poddanie się? Postrzegasz je w kategorii porażki?
Na pewno jestem ostatnią osobą, która by taką decyzję trywializowała. Słyszałem od niektórych swoich rozmówców: „Wiadomo, piękna kobieta, chciała, żeby ją taką zapamiętano”. A ja myślę, że to coś głębszego. Takich decyzji nie tłumaczy się jednym czynnikiem. Widzę to jako wybór innej drogi, który – nawet jeśli niespotykany, z krótką tradycją w Polsce – jest absolutnie uprawniony. Piszę o tym w zakończeniu książki: czy w związku z wycofaniem się z życia publicznego Polę Raksę ominęło tyle wybitnych ról, które by jeszcze zagrała? Mam wątpliwości.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze