1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Monika Kuszyńska: Bitwa z losem

Monika Kuszyńska: Bitwa z losem

</a>
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Nikogo nie udaje, nic nie musi, ale czasem lubi porwać się na coś, czego do tej pory się bała. Monika Kuszyńska opowiada, jak zaczęła cieszyć się z małych rzeczy, otworzyła na miłość i nabrała pewności siebie.

Objawienie zeszłego roku?

Tylko jedno?! To był dla mnie bardzo intensywny rok. Zwłaszcza zawodowo. Dostałam propozycję wzięcia udziału w programie „Bitwa na głosy”, wystąpiłam na festiwalu w Opolu, wzięłam udział w reklamie. Jedyne, co planowałam na 2012 rok, to było wydanie płyty „Ocalona”. Udało mi się nią zamknąć i podsumować kilka ostatnich lat. Wróciłam do koncertowania. Gdy spoglądam wstecz, to myślę, że wszystkie te wydarzenia wymagały ode mnie wiele odwagi.

I znalazła ją pani w sobie?

Wszystko zaczęło się od „Bitwy…”. Miałam wiele oporów, nie czułam się na siłach, by wziąć udział w tak dużym przedsięwzięciu, ale kiedy zaryzykowałam, okazało się, że daję radę. I w kontakcie z kamerami w ogromnym studio, i w kontakcie z tak liczną publicznością… Wolę kameralne spotkania, zarówno prywatnie, jak i zawodowo. Rozmowy sam na sam, niewiele szumu dookoła. Bałam się też trudności technicznych, związanych chociażby z przemieszczaniem się… Niepotrzebnie. Urzekło mnie to, że wielu osobom chciało się dołożyć starań, żeby zapewnić mi komfort. Ludzie są o wiele bardziej chętni, by zmieniać rzeczywistość, niż nam się wydaje. Mnie dało to ogromną siłę. I pociągnęło inne wydarzenia. Na przykład występ w Opolu. Wydawało mi się, że to będzie ogromny stres, a była radość. A potem reklama. I ja w roli modelki.

To było dla pani trudne?

Tak. Od jakiegoś czasu jestem postrzegana głównie jako osoba poruszająca się na wózku. Moja kobiecość zeszła więc niejako na drugi plan. Tu miałam szansę na niej się skupić i spojrzeć inaczej na swoje ciało, na swoje możliwości w zakresie, który – jak myślałam – już mnie nie dotyczy.

Akceptuje pani swoje ciało, to, jak teraz wygląda?

Teraz tak, choć nie zawsze tak było. Tuż po wypadku moje ciało wydawało mi się obce. Nad niektórymi rzeczami nie miałam kontroli, co rodziło poczucie bezsilności i frustrację. Ale musiałam odnaleźć się w tej sytuacji, pozbierać wszystkie fragmenty w całość. Na pewno o wiele szybciej doszłam do siebie psychicznie, zapomniałam jednak o swojej kobiecości. Akceptacja wyglądu trwała długo, i przedsięwzięcia, o których wspominałam, bardzo się do niej przyczyniły. Dostawałam też wiele sygnałów z zewnątrz, że świetnie wyglądam, i to podnosiło mnie na duchu. Nie jesteśmy do końca samowystarczalni, by czuć się świetnie w swoim ciele, bez czyjejś aprobaty.

A nie ma pani wrażenia, że dotyczy to głównie kobiet?

Nie, coraz częściej obserwuję to także u mężczyzn. Społeczeństwo, media kreują dość jednolity obraz tego, jak ma wyglądać dziś atrakcyjny człowiek. Na szczęście od czasu do czasu pojawia się ktoś, kto wyłamuje się z tych schematów, i to mnie zawsze cieszy. Bo wybija nas z takiego sztampowego patrzenia na drugą osobę. W ogóle wizerunek wydaje się teraz ważniejszy niż to, co w środku. Ale może dopiero gdy człowiek przeżyje coś trudnego, potrafi dostrzec, co jest istotne. Kiedy mówię, że wygląd nie jest najważniejszy, to dlatego, że tego doświadczyłam. Nie namawiam, by przestać o siebie dbać, ale żeby zachować zdrowe proporcje. Gdy patrzę z perspektywy czasu na siebie – dwudziestoparoletnią dziewczynę, której niczego zewnętrznie nie brakowało – to widzę, jak mimo to byłam pełna kompleksów. Wszyscy dążymy do jakiejś chorej perfekcji, która nie istnieje. Jeśli mogę mówić o dobrych stronach moich doświadczeń ostatnich lat, to byłoby to właśnie nabranie dystansu do samej siebie. Łatwiej się wtedy żyje.

Złapanie takiego dystansu zajmuje chyba lata?

Tak, to były lata i długotrwały proces. Moja sytuacja była dosyć ekstremalna, zmusiła mnie do przepracowania wielu rzeczy. Ale jak powiedzieć młodej, atrakcyjnej kobiecie, żeby przestała mieć kompleksy? Nie wiem. Może po prostu czas robi swoje i do pewnych rzeczy musimy dojrzeć. Bo żeby żyło nam się dobrze, wszystko musi być spójne. Ciało powinno korelować z tym, co mamy w głowie. Często spotykam kobiety, których wygląd nie odpowiada obecnie przyjętym kanonom, ale które mimo to świetnie się ze sobą czują, i obserwuję, jak dzięki temu inni świetnie się czują z nimi.

Bo ludzie myślą o tobie to, co ty sama o sobie myślisz…

Oczywiście, że tak. Obserwuję to na swoim przykładzie. Często ludzie pytają mnie o to, jak osoby pełnosprawne traktują niepełnosprawnych, ale myślę, że ważniejsze jest to, jak niepełnosprawni sami traktują siebie. Bo często zamykają się w domach i stronią od ludzi. Mają przeświadczenie, że są nieakceptowani i dyskryminowani, a to wszystko siedzi w ich głowach. Ja wychodzę do ludzi i zapominam, że jestem na wózku. I jestem przekonana, że wszyscy, którzy mają ze mną kontakt, też o tym szybko zapominają. Ale musiałam do tego dorosnąć, a raczej życie mnie do tego zmusiło. Na samym początku mojej tak zwanej kariery powiedziano mi, że najważniejszy jest mój wizerunek, nawet chyba ważniejszy niż to, jak śpiewam. Szybko zaczęto mi proponować rozbierane sesje i na kilka takich propozycji się zgodziłam. Bo myślałam, że po prostu show-biznes rządzi się takimi prawami. Teraz wiem, że zawsze można odmówić. Wtedy jednak uległam presji. Byłam u szczytu popularności, a jednocześnie czułam się bardzo nieszczęśliwa.

Paradoksalnie wypadek stał się szansą na to, by odnaleźć szczęście?

Po wypadku to, z czego byłam do tej pory dumna, czyli mój wygląd, było w totalnej rozsypce. Dlatego musiałam odnaleźć w sobie coś innego, co mogę dać światu i sobie, inne zalety. Bo jeśli nie, to będę bez żadnej wartości. Zaczęłam szukać w sobie powodów do lubienia. Właściwie było to bardzo cenne doświadczenie, bo odkryłam kilka naprawdę fajnych rzeczy.

Co na przykład?

Że jestem optymistką. Nie jakąś szaloną i niepoprawną, dużo w tym realizmu. Było to o tyle ciekawe, że nigdy nie myślałam o sobie w takich kategoriach. Druga fajna rzecz, jaką odkryłam w sobie, to była otwartość na ludzi. Wcześniej weszłam w jakiś zupełnie mi obcy kanał braku zaufania do innych, podejrzliwości. Uległam jakiemuś dziwnemu przeświadczeniu, że ponieważ jestem sławna, to każdy będzie mnie chciał wykorzystać. Teraz zupełnie tak nie myślę. Nie patrzę na siebie jedynie przez pryzmat swojej pracy. Jestem już tak inna, w wielu tego słowa znaczeniach, że to, że jestem rozpoznawalna, nie dodaje mi ani animuszu, ani niepewności. Zrozumiałam, że wszystko jest jakąś wypadkową energii, która z nas wypływa. Pewnie, że nie zawsze dobrze trafiamy, ale generalnie to, co dajemy, do nas wraca. Codziennie tego doświadczam. Zaskoczyła mnie też moja pogoda ducha. Kiedyś bywałam smutna, ale myślałam, że wynika to z mojego charakteru, a to był po prostu mój wybór. Teraz postanowiłam wybrać inaczej.

Odkryła pani również jakieś mniej przyjemne cechy?

Okazało się, że jestem bardzo tolerancyjna w stosunku do swoich wad (śmiech). Owszem, wymagam w sprawach zawodowych, ale prywatnie sobie i innym często odpuszczam. Już nie chcę zmieniać innych. Przez ostatnie lata moje życie było dość monotonne, ale nauczyłam się w tym funkcjonować, przestałam na siłę szukać fajerwerków, zamiast tego cieszę się z drobiazgów.

Słyszałam, że nasze czasy są trudne dla introwertyków, promuje się ekstrawertyzm. Pani do której grupy bliżej?

Na pewno do introwertyzmu. Jestem domatorką, lubię posiedzieć z przyjaciółmi, posłuchać muzyki, upiec ciasto. Ale nie zawsze to w sobie akceptowałam. Wiedziałam jedno: chcę śpiewać, nie zastanawiałam się, jak, z kim, gdzie. I trafiłam do środowiska, w którym wszystko musiało być takie „hej!”. Przez dłuższy czas walczyłam ze sobą i w pewnym stopniu na siłę robiłam z siebie ekstrawertyczkę, bo myślałam, że to jest po prostu coś, co można i trzeba wypracować. Pamiętam, jak często czułam się niezręcznie, dziwnie, nie sobą. I myślę, że inni to wyczuwali. Kiedyś myślałam, że to ze mną jest coś nie tak, że może nie nadaję się do śpiewania. Dzisiaj jestem dużo bardziej sobą, niż byłam kilkanaście lat temu. A jeżeli mimo wszystko dam się „wmanewrować” w coś, do czego nie jestem przekonana, to szybko się wycofuję. Już nic nie muszę. Ja do tego dojrzałam, ale pewnie niektórzy się z tym rodzą. A może wszystko zależy od wychowania?

Jakim była pani dzieckiem?

Byłam dosyć dziwnym miksem. Raz chłopczycą, co wszędzie wlezie i rządzi całą grupą, a zaraz potem się wycofywałam do swojej samotni. Moja mama, osoba wysoce introwertyczna, wychowywała mnie w duchu skromności i pokory, co w zderzeniu z show-biznesem było dla mnie dużym szokiem.

Ale to mama miała ostatecznie rację?

Udało mi się wypośrodkować między tym, czego mnie uczono, a tym, co sama odkryłam. Nie chodzi o to, żeby się wywyższać, ale zbytnią skromność i zaniżanie swoich talentów postrzegam jako wadę. Trzeba znać swoją wartość! Moja mama jest świetną krawcową, wkłada w pracę całe serce, ale nigdy nie powie, że coś, co uszyła, jest dobre. Miałam to po niej. Musiałam nauczyć się czerpać radość ze swoich dokonań, z uśmiechem przyjmować komplementy.

Czego nauczył panią tata?

Tata jest totalnym przeciwieństwem mamy, może stąd ten miks we mnie (śmiech). Dusza towarzystwa. Zawsze podobało mi się w nim to, że umiał rozmawiać o problemach i nie chował urazy. Choć mieliśmy kilka spięć, zwykle szybko się godziliśmy. Też szybko odpuszczam. W przeciwieństwie do mojego męża, choć on twierdzi, że nie jest pamiętliwy, tylko po prostu ma dobrą pamięć (śmiech). Ja daję ludziom na początku duży kredyt zaufania, czasem się zawodzę. Kuba natomiast od razu mówi, gdy ktoś mu się nie podoba, a potem to się zwykle sprawdza.

Ma pani problem, by kończyć pewne znajomości?

Może to zabrzmi dziwnie, ale mój wypadek w pewien sposób naturalnie rozwiązał tę kwestię. Zweryfikował niektóre znajomości. Odciął pewien rozdział mojego życia dosyć brutalnie, ale skutecznie. Dzisiaj postrzegam to jako zaletę. Bo przebywanie z kimś w takim stanie, w jakim wtedy byłam, to bardzo intymna relacja. Nie każdego chciałam dopuścić do siebie i w sumie poczułam ulgę, że niektórzy nie czuli się na siłach, by mnie odwiedzić. Na szczęście kilka osób trwało przy mnie wiernie, bo sama nie dałabym rady.

I pojawiła się miłość. Szczęście można spotkać na dnie nieszczęścia?

Ja już nie byłam wtedy na dnie, już się od niego odbiłam. I myślę, że dlatego nam się udało. Bo gdy jesteś na dnie, masz w sobie dużo złej energii, smutku, złości, nie jesteś otwarta na to, co dobre. Prędzej przyciągniesz czyjeś nieszczęście niż szczęście. Ja wtedy miałam wokół siebie dużo pozytywnych, ciepłych ludzi. Jako kobieta nie czułam się jeszcze na tyle pewnie, by myśleć, że mogę się podobać mężczyznom. Dlatego nasz związek zaczął się właśnie od przyjaźni. W ogóle przyjaźń mnie wtedy pochłaniała, była moim odkryciem. Wcześniej nie miałam takich szczerych, głębokich relacji. W sumie nawet myślałam, że to mi wystarczy. Nie wiedziałam, jak moje życie dalej się potoczy, czy jeszcze z kimś będę. Oczywiście miałam momenty, gdy płakałam, że nikt mnie nie chce, ale głównie redefiniowałam na własny użytek pojęcie miłości. Zrozumiałam, że ona nie ogranicza się tylko do relacji męsko-damskiej czy partnerskiej, że można kochać swoich przyjaciół, ale też świat, który nas otacza. To, że się w sobie z Kubą zakochaliśmy, zaskoczyło mnie, ale chyba było naturalną konsekwencją mojego dojrzewania. Zresztą podczas pobytu w szpitalu byłam świadkiem wielu pięknych historii miłosnych, aż sama zachodziłam w głowę, co to musi być za uczucie, że on na przykład jest w śpiączce, a ona przy nim siedzi już trzeci rok. Albo mają chore dziecko, ale przechodzą przez to wspólnie, z ogromnym szacunkiem i zaufaniem. Na co dzień nie widzimy, ile tragedii rozgrywa się wokół nas, jak wiele z nich generuje tyle miłości i tak zbliża ludzi, że tylko podziwiać i wzruszać się. W każdej chwili naszego życia, nawet najbardziej mrocznej, możemy być kochani, ale to wszystko musi najpierw wyjść od nas.

Ma pani poczucie swojego rodzaju misji w związku z tym, czego pani doświadczyła? Że jako osoba publiczna może pani mówić głośniej o pewnych rzeczach?

Trochę mam. Choć przyznaję, że na początku tego unikałam, miałam wrażenie, że inni pokładają we mnie zbyt wiele nadziei, które mogę zawieść. Prawda jest taka, że jeśli zabieram głos na przykład w sprawie niepełnosprawności, to robię to przede wszystkim dla siebie. Nie czuję się przytłoczona ciężarem społecznych oczekiwań. Zrozumiałam, że nie trzeba być jakimś mentorem, żeby mówić o pewnych sprawach. Czasem opowieść o własnym doświadczeniu daje o wiele więcej. Pamiętam, jak trafiłam na wywiad z Jaśkiem Melą, niesamowitym, mądrym, pozytywnym chłopakiem, który się nie poddaje i realizuje swoje pasje. Pomyślałam, że też tak chcę. I teraz w pewien sposób odwdzięczam się jemu i wielu innym osobom, które spotkałam na swojej drodze i które dały mi nadzieję. Ale nie wszystkie informacje, jakie pojawiają się na mój temat w mediach, są prawdziwe. Jak ta o eksperymentalnej terapii, dzięki której niedługo znowu będę chodzić. Owszem, poddałam się jej kilka lat temu, ale nie przyniosła żadnych rezultatów. Co nie zmienia faktu, że ufam w postęp medycyny. Zdaję sobie sprawę, że moja historia budzi zainteresowanie, dlatego też uważam, że jestem osobą, która przez samo pojawienie się na scenie na wózku może coś zrobić na rzecz integracji.

A zaraz potem zjeżdża ze sceny, i do domu?

Mieszkamy na wsi, blisko natury. Lubimy zapraszać przyjaciół albo po prostu siedzieć w domu, rozmawiać, nic wielkiego. Nam wystarczy.

Monika Kuszyńska, ur. w 1980 roku w Łodzi. Piosenkarka, autorka tekstów. Największą popularność zdobyła jako wokalistka zespołu Varius Manx, z którym nagrała trzy płyty: „Eta”, „Eno” i „Emi”. Ich piosenka „Moje Eldorado” otrzymała Grand Prix na Festiwalu Krajów Nadbałtyckich. W 2006 roku podczas trasy koncertowej zespołu Monika Kuszyńska uległa ciężkiemu wypadkowi, na skutek którego do dzisiaj jest sparaliżowana od pasa w dół. Na scenę powróciła w 2010 roku, zaś w czerwcu 2012 roku wydała pierwszą solową płytę „Ocalona”. Wzięła też udział w programie TVP2 „Bitwa na głosy”, jako trenerka drużyny z Łodzi. Prywatnie jest żoną saksofonisty Jakuba Raczyńskiego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Co jest wstydliwego w naszej seksualności?" O nowym polskim serialu dla Netflixa rozmawiamy z Małgorzatą Foremniak

Małgorzata Foremniak, fot. materiały prasowe Netflix
Małgorzata Foremniak, fot. materiały prasowe Netflix
Zobacz galerię 3 Zdjęć
"Sexify" to najnowsze dzieło polskich twórców - Kaliny Alabrudzińskiej i Piotra Domalewskiego. Opowiada historię trzech przyjaciółek, które wspólnymi siłami starają się stworzyć wyjątkową aplikację mającą pomóc zaspokoić i zrozumieć potrzeby seksualne rówieśników - przede wszystkim dziewcząt i kobiet. Każda z nich to inna historia, inne problemy i poszukiwanie odpowiedzi na to, co wiąże się z własną seksualnością. 

W tej drodze, którą dziewczyny podjęły pomaga im m.in. matka jednej z nich - Joanna, która stara się przekonać dziewczyny do tego, że odnajdowanie w sobie kobiecości, świadomości własnych potrzeb i upodobań to nie tylko klucz do udanego życia seksualnego, ale przede wszystkim zrozumienie siebie samej i akceptacja własnych pragnień i wyborów życiowych. W rolę Joanny wcieliła się znana polska aktorka - Małgorzata Foremniak, którą zapytaliśmy o to, o czym tak naprawdę opowiada "Sexify".

fot. materiały prasowe Netflix fot. materiały prasowe Netflix

„Sexify” to opowieść o trzech dziewczynach, które decydują się stworzyć innowacyjną aplikację pozwalającą odkrywać i zaspokajać seksualne potrzeby – zwłaszcza kobiet. Czy serial, który tak wiele mówi o odkrywaniu kobiecej siły oraz własnej seksualności jest potrzebny, zwłaszcza że tak wiele mówi się, że jest to nadal temat pomijany, na punkcie którym kobiety są dyskryminowane? MF:  Pomysł głównych bohaterek na aplikację  może stać się bardzo  pomocny w poszukiwaniu własnej seksualności. Joanna – postać, którą gram, uczy w swojej Akademii Uważności, aby kobiety odkrywały same siebie jak mapę. Nie tylko mapę ciała, ale także mapę emocji, potrzeb, wrażliwości, bo są to obszary dla wielu kobiet wciąż nieznane.

Kiedyś o sprawach tak intymnych, zwłaszcza w kontekście osiągania przyjemności seksualnej przez kobiety nie mówiło się wcale bądź w znikomym stopniu. Kobiety nie miały zbyt wielu możliwości poznania, zrozumienia tego, co dzieje się z ich ciałem, co daje im satysfakcję seksualną. Czy dalej jest to temat kontrowersyjny, czy miała Pani poczucie, że bierze udział w kontrowersyjnym serialu? MF: Nie miałam takiego poczucia. To dobrze, że taki serial powstał. Z jednej strony żyjemy w świecie przepełnionym technologią, przesiąkamy nią. Z drugiej, często ta technologia odcina nas od prawdziwych siebie. Zapominamy w tym pędzie o naszych potrzebach, o potrzebach naszego ciała, o naszych uczuciach. Przewrotne jest to, że aplikacja którą tworzą bohaterki może pomoc kobietom przybliżyć się do ich wewnętrznego świata poprzez odkrywanie swojej  prawdziwej natury.

Czy "Sexify" może wpłynąć np. na zmianę patrzenia na potrzebę edukacji seksualnej w Polsce? MF: Może nie tyle edukacji, co myślenia o seksualności. Wbrew pozorom serialowa rozrywka może być dobrym źródłem spojrzenia na ten temat z rożnej perspektywy. Mówienie o seksualności jest bardzo ważne dla każdego młodego człowieka, który wkracza w dorosłość. "Sexify" swoją formą w naturalny i życiowy sposób może otworzyć pole do rozmowy czy refleksji.

W serialu gra Pani Joannę, matkę Moniki, która przeżywa dość ciężki okres w życiu, pomimo młodego wieku. Co okazało się największym wyzwaniem podczas tworzenia postaci Joanny? MF: Wyzwaniem to za dużo powiedziane, ale pewną trudność stanowił dla mnie wątek kursu Akademii Uważności, którą prowadzi moja postać. Nie chciałam przekraczać pewnych granic. Zastanawialiśmy się wspólnie, jak to zrobić, żeby to było ciepłe, organiczne, przyjazne. Chciałam, żeby te sceny były lekkie, bo w lekkości więcej widzimy, więcej możemy. Mam nadzieje, że tak się stało.

fot. materiały prasowe Netflix fot. materiały prasowe Netflix

Serial "Sexify" będzie dostępny na platformie Netflix od 28 kwietnia 2021 r.

  1. Kultura

Anthony Hopkins w nowym filmie "Wirtuoz. Pojedynek zabójców" - zwiastun i data premiery

Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie
Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie "Wirtuoz. Pojedynek morderców". (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

Jest opanowany, skrupulatny i działa z morderczą precyzją. Wirtuoz to bezimienny zabójca na zlecenie, który od swojego mentora otrzymuje najtrudniejsze zadanie w dotychczasowej karierze. Musi wytropić i zabić zbuntowanego zabójcę, nie wie jednak, kto jest jego celem. Zna tylko czas i miejsce, gdzie będzie mógł spotkać swoją przyszłą ofiarę. Co zrobi, kiedy na jego drodze stanie piękna kobieta? Czy wytropi cel i idealnie wykona zadanie?

W rolach głównych występują: Anthony Hopkins („Milczenie owiec”), Anson Mount („Non-Stop”), Abbie Cornish („Jestem Bogiem”), Eddie Marsan („Dżentelmeni”). Za reżyserię odpowiada Nick Stagliano („Good Day For It”), który jest także współscenarzystą i producentem filmu.

https://www.youtube.com/watch?v=qWcW4vFHNfs&feature=youtu.be

- Mentor jest silną postacią. To co mi się najbardziej spodobało to prostota. Nick Stagliano w bardzo prosty sposób ułożył scenariusz. Nie przereżyserował go na papierze. Czasami trzeba przedzierać się przez scenariusze z ogromną liczbą wskazówek scenicznych. Ten z kolei był bardzo klarowny i napisany wprost – mówi Anthony Hopkins.

- Od zawsze fascynowało mnie, jaki wpływ na nas, ludzi, ma poczucie winy. Dlatego postanowiłem stworzyć  historię, w której główny bohater, będący w rzeczywistości złym człowiekiem, staje w obliczu poczucia winy, sumienia, współczucia i emocji, które zaczynają przejmować nad nim władzę – dodaje reżyser Nick Stagliano.

Film dostępny będzie od 5 maja na platformach VOD: ipla, vod.pl, Orange VOD, premiery Canal+, platforma CANAL+, Chili, PLAY NOW, Multimedia GO, mojeekino.pl, e-kinopodbaranami, TVP VOD, Vectra i UPC Polska.

  1. Kultura

Płyty miesiąca - nowości muzyczne

Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Dobrej muzyki nigdy za dużo. Wieczór z dobrą płytą to idealny sposób na relaks. W tym  miesiącu polecamy kilka nowości, które mogą wzbogacić waszą płytotekę.

Zaskoczenie

Pat Metheny „Road To The Sun”

Pat Metheny wydał już kilkadziesiąt płyt (za które dostał aż 20 nagród Grammy), ale takiej w swojej dyskografii jeszcze nie miał. Własne kompozycje powierzył bowiem pięciu innym gitarzystom: czterem weteranom z Los Angeles Guitar Quartet oraz gwiazdorowi filharmonicznych sal – Jasonowi Vieaux. Sam materiał to dwie kilkuczęściowe suity, którym zdecydowanie bliżej do muzyki kameralnej niż jazzu. Równie zaskakujący, co interesujący debiut Metheny’ego w nowej roli.

Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner

Sprawdzona formuła

Mogwai „As The Love Continues”

Szkockie Mogwai od ćwierć wieku nagrywa na przemian nowe płyty studyjne i soundtracki (ostatnio do serialu „Zero Zero Zero”). Niespecjalnie zmienia się też jego muzyka. Wciąż może ona służyć za definicję post-rocka: cicho, głośniej, kulminacja, znów cicho, powtórz. Ale jak słusznie zauważają sami Szkoci, gdy ten gatunek podbijał muzyczny rynek, wielu obecnych słuchaczy jeszcze nie było na świecie. A starszym fanom ta formuła i tak nigdy się nie znudzi.

Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS

Lekcja muzyki

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”

Trzy lata temu pewien szwedzki producent udał się do rybackiej wioski w Senegalu, by nagrać improwizacje tamtejszych muzyków. Później materiał szlifował z nimi zdalnie. Teraz możemy posłuchać efektów tej przygody w wykonaniu ponad 20 muzyków, dla których afrykański jazz, blues, dub i pieśni sufickie są jak „różne gatunki ryb pływające w tym samym oceanie”. Usłyszymy tu też chór dziecięcy, bo ta płyta to jedno wielkie wezwanie, żeby edukować i uwrażliwiać przez sztukę.

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds

Żywiołowo

Julia Stone „Sixty Summers”

Julia Stone tym razem bez brata, za to w innym doborowym towarzystwie. Australijska gwiazda folku nie przestaje muzykować z bratem pod szyldem Angus & Julia Stone, jednak po długiej przerwie od solowej kariery postanowiła przejrzeć dziesiątki swoich próbnych nagrań z ostatnich lat i wybrać tuzin najlepszych. Nie robiła tego sama, bo współproducentką nowej płyty jest mistrzyni pogmatwanych piosenek Annie Erin Clark, znana jako St. Vincent, a wśród gości pojawiają się Matt Berninger oraz Bryce Dessner z zespołu The National. Wspólnymi siłami pomogli Stone oderwać się od akustycznych łagodności – choć ich tu rzecz jasna nie brakuje – i popróbować syntezatorowego popu czy funku. Żywiołem Stone pozostaje jednak scena. Warto więc zajrzeć także na jej kanał YouTube, na którym opublikowała cały koncert z premierowym materiałem. Przy okazji zbierała fundusze dla poszkodowanych przez pandemię muzyków.

Julia Stone „Sixty Summers”, Warner Julia Stone „Sixty Summers”, Warner

  1. Kultura

Krystyna Janda promuje czytanie poezji

W ramach projketu
W ramach projketu "Poezja" Krystyna Janda przedstawi swoją interpretację poezji francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. (Fot. Adam Kłosiński)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Trwa projekt „Poezja”, czyli cykl spotkań online, podczas których znani aktorzy przedstawiają swoje interpretacje wierszy wybitnych poetów. W tym tygodniu Krystyna Janda zmierzy się z poezją francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. 

Trwa projekt „Poezja”, czyli cykl spotkań online, podczas których znani aktorzy przedstawiają swoje interpretacje wierszy wybitnych poetów. W tym tygodniu Krystyna Janda zmierzy się z poezją francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. 

W ramach projektu "Poezja" powstaje seria transmisji online, podczas których znani aktorzy interpretują wiersze  światowych poetów. Projekt, podobnie jak sama poezja, ma mieć wymiar międzynarodowy. Wiersze czytać będą znane osobistości, a transmisje będą nadawane z różnych krajów. Projekt ma na celu popularyzację czytania literatury, w szczególności poezji.

- „Poezja” w nazwie projektu występuje samotnie, bez dodatków, co jeszcze bardziej uwydatnia jej siłę. Jednocześnie poezja może mieć inne znaczenie w zależności od odbiorcy. Z poezją można mieć kontakt powierzchowny lub bardzo intymny, może wywoływać śmiech lub rozpacz, zawsze jednak ma ona efekt wyzwalający, pozwalając odkrywać i lepiej zrozumieć nas samych i otaczający nas świat. Poezja to wolność sama w sobie, jednak bez aktywnego udziału odbiorcy traci swoją wyzwalającą moc. Poezję trzeba więc najpierw uwolnić poprzez jej czytanie, aby mogła ona odwdzięczyć się odbiorcy tym samym - czytamy na stronie internetowej organizatora akcji, Galerii Pure Egoism.

Do tej pory w projekcie wzięli udział: Jan Peszek, który zaprezentował wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego oraz Janusz Andrzejewski, w interpretacji wierszy Marcina Barana. Transmisje można obejrzeć na profilu facebookowym Galerii Pure Egoism.

Gościem kolejnej transmisji będzie aktorka, reżyserka i pisarka Krystyna Janda. W środę 28 kwietnia 2021 o godz. 17:00 aktorka zaprezentuje wiersze Guillaume’a Apollinaire’a, francuskiego poety awangardowego, autora prozy i esejów. Urodzony w 1880 roku we Włoszech Guillaume Apollinaire przyjaźnił się z Picassem, pisał dla niego wiersze, uważając kubistyczne obrazy malarza za idealne dopełnienie własnych idei. Twórczość Apollinaire’a sytuuje się na granicy słowa i obrazu, formy jego wierszy mają kształt, który, obok treści, również jest nośnikiem znaczenia. Ta wyjątkowa forma działa na wyobraźnię, ma charakter figuratywny.

W najbliższą środę o godz. 17:00 zapraszamy na rozmowę z Krystyną Jandą, podczas której zaprezentujemy wiersze...

Opublikowany przez PURE ƎGOISM Piątek, 23 kwietnia 2021

 

Spotkanie i rozmowę z Krystyną Jandą poprowadzi Krzysztof Maruszewski, właściciel Galerii Pure Egoism oraz prezes Stilnovisti, partnera projektu „Poezja”. Transmisja na żywo wydarzenia rozpocznie się w środę 28 kwietnia, o godz. 17:00 na profilu Facebook Galerii Pure Egoism.

  1. Kultura

Galeria Zwierciadła - Czarodziej Henryka Strenga

Obraz „Czarodziej przy zielonej skale” wśród innych prac można oglądać na wystawie „Henryk Streng/Marek Włodarski i modernizm żydowsko-polski” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, która ma potrwać do 9 maja.
Obraz „Czarodziej przy zielonej skale” wśród innych prac można oglądać na wystawie „Henryk Streng/Marek Włodarski i modernizm żydowsko-polski” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, która ma potrwać do 9 maja.
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Przed wojną Henryk Streng, po niej – Marek Włodarski. Powiedzieć, że to malarz zupełnie zapomniany, jest przesadą. Ale zdecydowanie był dotąd za słabo znany.

Kiedy malował „Czarodzieja przy zielonej skale”, miał 27 lat i wyrastał już na jedną z najciekawszych postaci sztuki nowoczesnej międzywojennego Lwowa. Niedawno wrócił do rodzinnego miasta z Paryża. Studiował tam u kubisty Fernanda Légera, poznał się także z papieżem surrealizmu Andrém Bretonem.

Wpływy jednego i drugiego widoczne są w „Czarodzieju...”, ale jeszcze wyraźniej daje jednak o sobie znać oryginalna indywidualność Henryka Strenga (1903–1960). Jako polski Żyd mieszkający w wieloetnicznym Lwowie przyzwyczajony był do czerpania z wielu źródeł i łączenia różnorodnych inspiracji. Angażował się politycznie po lewej stronie, ale jednocześnie przyjaźnił z wizjonerem Brunonem Schulzem. W sztuce interesował go realizm, ale zarazem fascynowała możliwość jego przekroczenia w stronę metafizyki, a nawet abstrakcji.

W czasie drugiej wojny światowej był świadkiem unicestwiania wielo­kulturowego świata, którego był obywatelem, przez dwa totalitaryzmy: hitlerowski i stalinowski. Uczestniczył w kampanii wrześniowej jako żołnierz. Później jako Żyd musiał się ukrywać – dosłownie – za szafą u swojej przyszłej żony, malarki Janiny Brosch. W 1944 roku oboje przedostali się ze Lwowa do Warszawy, zdążyli akurat na powstanie, podczas którego artysta został aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym Stutthof. Przeżył cudem, ale nie jako Henryk Streng, lecz Marek Włodarski. Przybrał to nazwisko jeszcze w latach okupacji i po wojnie przy nim pozostał. Jak wielu ocalonych z Holokaustu uznał, że jego dawną tożsamość przekreśliła Zagłada. Rodzona córka Marka Włodarskiego, polskiego malarza z komunistycznej Warszawy, miała 24 lata, kiedy dowiedziała się, że był kiedyś ktoś taki jak Henryk Streng, żydowski artysta z przedwojennego Lwowa.

Powojenny artysta Marek Włodarski to malarz co najmniej równie ciekawy jak Streng – i jednocześnie nie tyle niedoceniony, ile słabo znany. Powiedzieć, że Streng /Włodarski to postać zapomniana, byłoby przesadą. Na to był to zbyt tęgi malarz. Fakty jednak są takie, że po drugiej wojnie światowej nie odbyła się żadna indywidualna wystawa artysty. Ani za jego życia, ani później. Aż do teraz, bo zakrojoną na szeroką skalę prezentację Henryka Strenga/Marka Włodarskiego przygotowało Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Całe szczęście, że jej otwarcie zbiegło się z poluzowaniem epidemicznych obostrzeń. Najmniej znany z najwybitniejszych polskich modernistów ma teraz nie tylko pokaz, lecz także publiczność, na którą bez wątpienia zasługuje.