1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. W Krzywym Zwierciadle - felietony Macieja Stuhra

W Krzywym Zwierciadle - felietony Macieja Stuhra

fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe
Subtelny i wyrafinowany humor w najlepszym wydaniu! Cenne refleksje i znakomite puenty...

[embed]http://youtu.be/zPVzTbeUVMc[/embed]

„W Krzywym Zwierciadle″ to książka, w której znakomity aktor objawia swój kolejny talent: literacki. Świat oczyma Macieja Stuhra może wydawać się światem odbitym w krzywym zwierciadle – ale bez wątpienia wart jest poznania.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Dolina niesamowitości" - ważny głos kobiety prosto z serca Doliny Krzemowej

"Dolina niesamowitości" to debiut książkowy Anny Wiener. (Fot. materiały prasowe)
Zagłębie hi-tech, bogactwo, dominacja, elitarni programiści i drinki w godzinach pracy - czy gdzieś pomiędzy tym jest szczęście? Z każdym kolejnym zdaniem książki "Dolina niesamowitości" próbujemy je znaleźć. A prowadzi nas w tym jej główna bohaterka, która z literacką wrażliwością szuka swojego miejsca w świecie technologii. 

Anna Wiener - wiecznie spłukana, pozbawiona perspektyw na rozwój zawodowy, szukająca sensu życia dwudziestokilkulatka - rzuca pracę w branży wydawniczej i skuszona obietnicami cyfrowego raju przeprowadza się z Nowego Jorku do San Francisco. Tam szybko znajduje zatrudnienie w start-upie big data, w samym sercu Doliny Krzemowej: w świecie fantasmagorycznych ekstrawagancji, olśniewających sukcesów oraz młodych, rzutkich przedsiębiorców spragnionych władzy, chwały i wielkich pieniędzy.

To właśnie w tym czasie na Zachodnim Wybrzeżu zachodzi ogromna zmiana kulturowa - ośrodek zaawansowanych technologii, rywalizując z Wall Street, w zawrotnym tempie przeobraża się w centrum bogactwa i dominacji. O pracy w zagłębiu hi-tech marzy prawie każdy. Lecz spomiędzy firmowych wypadów na narty, drinków w godzinach pracy, elitarnych klubów programistów i ścisłych wymogów korporacyjnej lojalności wyłania się też całkiem inny obraz Doliny Krzemowej: bezlitośnie bogacącej się kosztem bezpiecznej przyszłości, którą rzekomo buduje.

"Dolina niesamowitości" to opowieść o żmudnej drodze bohaterki do dojrzałości, a także portret dopiero co minionej epoki. Wnikliwa opowieść ku przestrodze, a przy tym szczere, pełne zwariowanego humoru i emocji świadectwo szumnej i lekkomyślnej kultury start-upów w czasach rozbuchanych ambicji, niekontrolowanego nadzoru, gigantycznych majątków i nabierającej rozmachu władzy politycznej. Wiener po mistrzowsku obnaża transformację branży tech z samozwańczego zbawiciela świata w zagrażające światowej demokracji narzędzie, a pod jej piórem (a raczej klawiaturą Maca) wielki przemysł informatyczny otrzymuje ludzką twarz, często wykrzywioną grymasem przestrachu i poczucia obcości.

Pojęcie "dolina niesamowitości" ("uncanny valley") to określenie używane do opisania stanu nieprzyjemnej dezorientacji towarzyszącej człowiekowi przy kontakcie z obiektem do złudzenia przypominającym osobę, lecz w sposób oczywisty nie będącym człowiekiem. Weiner w swoich przejmujących zapiskach przedstawia najbardziej zaawansowane technologie oraz to, co się dzieje na ich styku z człowiekiem. Choć może jednak bardziej z "ludzkim czynnikiem wykonawczym", bo Anna Weiner nie jest bowiem żadną menadżerką informatycznego imperium, a po prostu szeregową pracownicą start-upu.

"Dolina niesamowitości" to fascynujące i niespotykane dotąd ujęcie tematu - do tej pory Dolinę Krzemową mieliśmy szansę poznać raczej ze wspomnień wszechmocnych szefów oraz podręczników pisanych przez mężczyzn. Tu w końcu słyszymy ważny głos kobiety.

Anna Wiener jest stałą współpracowniczką czasopisma "The New Yorker", na którego łamach publikuje artykuły poświęcone Dolinie Krzemowej, kulturze start-upów i nowym technologiom. Jej felietony ukazywały się także w "The New York Times Magazine" "The Atlantic", "New York", "The New Republic", "Harper’s", "n+1". To właśnie w tym ostatnim piśmie ukazał się jej znakomity artykuł: "Uncanny Valley. I would say more, but I signed an NDA", który spotkał się z olbrzymim oddźwiękiem w sieci i stał się podstawą "Doliny niesamowitości". Mieszka w San Francisco. "Dolina niesamowitości" to jej książkowy debiut.

Anna Wiener, 'Dolina niesamowitości', Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe) Anna Wiener, "Dolina niesamowitości", Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Opowieść o kobietach silnych jak wilczyce. Wywiad z Adrianną Trzepiotą, autorką książki "Zwilczona"

Adrianna Trzepiota. (Fot. Joanna Nicewicz)
Adrianna Trzepiota. (Fot. Joanna Nicewicz)
- Każda forma sztuki jest jak mała autoterapia, chcemy ją uprawiać, bo kontakt z nią wyzwala w nas dobro, daje upust złym emocjom, jest odskocznią od problemów - mówi powieściopisarka Adrianna Trzepiota. 30 września ukaże się wznowiona wersja jej debiutu literackiego "Zwilczona". Autorka zdradziła nam, co kryje się pod "Zwilczoną", jakie są źródła jej literackich i życiowych inspiracji oraz skąd w jej twórczości tyle mistycyzmu. 

W pani twórczości często przewija się motyw kobiet – kobiecości, kobiecej siły i mądrości. Czy to właśnie z nas, kobiet, czerpie pani inspiracje?
Tak. Uważam, że to właśnie kobiety stoją na granicy natury pośredniczącej, są łączniczkami pomiędzy światem bardziej duchowym a zwykłym, ziemskim. Zawsze fascynowało mnie pytanie o to, gdzie dokładnie przechodzi granica pomiędzy tymi światami. Czy przechodzimy ją już w chwilach nagłych olśnień, podejmując kluczowe dla nas decyzje zgodnie z tym, co mówi nam intuicja, a może na szpitalnym łóżku, kiedy wydajemy na świat potomstwo? Z jednej strony stąpamy twardo po ziemi, dbając o życie rodzinnie i zawodowe, z drugiej potrafimy czerpać wiedzę i mądrość z przeszłych pokoleń, prababć, babć, ciotek, matek.

Jakie kobiety ceni pani szczególnie? Kiedy kobiety odkrywają swoją wewnętrzną siłę nie ma dla nich rzeczy niemożliwych. Uwielbiam czytać i zagłębiać się w biografie znanych lub mniej znanych kobiet, które na przekór całemu światu potrafiły odmienić swój los, często za spełnienie swoich pasji musiały zapłacić wysoką cenę. Helena Rubenstein, matka metafory, że nie ma kobiet brzydkich są tylko zaniedbane, która poświęciła życie szukając piękna. Niesamowita Halina Birenbaum, ocalona z Holocaustu. Fanny Mendelson, siostra znanego Feliksa Mendelsona, której wybrane muzyczne dzieła sławny brat wydawał pod swoim nazwiskiem. Kobiety zawsze mnie inspirowały, bo mają ogromną moc, muszą tylko się na nią odważyć.

Dlaczego zaczęła pani pisać?
Zawsze chciałam pisać, ale nigdy nie miałam na to odwagi. Bałam się opinii publicznej, krytyki ze strony rodziny, znajomych. Pisanie wierszy i innych, krótkich form literackich już od małego dziecka było dla mnie ważne, aż pewnego dnia, będąc już dorosłą kobietą, gdzieś przeczytałam, że tak samo jak rodzice nadają nam imiona, my jako dorośli ludzie powinniśmy sami nadać sobie swoje drugie imię, bo któż nas lepiej zna? Imiona mogą być różne: tancerka, śpiewaczka, malarka, fotografka, matka, kucharka… Jest w nas tyle imion, ile naszych potrzeb i jak już znajdziemy odpowiednie to musimy być tym, co ono określa. Ja w wieku 23 lat nadałam sobie nowe imię - Adrianna pisarka - i nie było już innego wyjścia. Gdybym pisała do szuflady i nie przełamała strachu przed krytyką, to imię mogłoby się ode mnie odkleić.

Chyba jakoś tak to się właśnie zaczęło, a nie było łatwo, bo mojej pierwszej książki nie chciało wydać żadne wydawnictwo. Jedno postawiło ultimatum, że jak usunę z powieści wilczycę (która jest głównym trzonem) i przerobię fabułę na zwykły romans, to książka pojawi się na rynku. Oczywiście nie zgodziłam się, ale to była trudna decyzja, straciłam wtedy mocno wiarę w siebie. Jednak nie poddałam się, moje drugie imię do czegoś w końcu zobowiązuje. Jeżeli ja nie będę wierzyła w swoją twórczość dostatecznie mocno, to przecież nikt w nią nie uwierzy.

W książkach subtelnie przemyca pani samą siebie. Czy to celowy zabieg literacki, by zaciekawić czytelników i dać im możliwość odszukiwania w poszczególnych bohaterach Adrianny Trzepioty, czy może po prostu łatwiej pisze się bazując na własnych cechach i doświadczeniach?
Uważam, że każdy pisarz w swoich książkach pisze też trochę o sobie. Bez względu na gatunek literacki, którym się posługuje. Każda forma sztuki jest jak mała autoterapia, chcemy ją uprawiać, bo kontakt z nią wyzwala w nas dobro, daje upust złym emocjom, jest odskocznią od problemów. Dzięki niej możemy wrócić do „domu duszy”, jak mawia nieoceniona Clarissa Pinkola Estés, czyli do miejsca źródła, wewnętrznego świata, który daje harmonię i chwilowe ukojenie. Uprawianie sztuki jest jak wehikuł czasu, który przenosi nas w miejsce dostępne jedynie zmysłom. Miejsce, które przywraca równowagę. Dużo trudniej pisze się bazując na własnych doświadczeniach, bo to jest tak jakby obdzierało się swoje życie z intymności. Dobrze jest więc zostawić czytelnika z pewnym niedosytem informacyjnym. Balansowanie pomiędzy granicą tajemnicy i prawdy jest bardzo przyjemne.

„Zwilczona” to pani debiut literacki, który teraz, po pięciu latach, doczekał się wznowienia. Jaka historia kryje się za tą książką?
Po urodzeniu dziecka zostałam rzucona na głęboką wodę - pracowałam na pół etatu, kończyłam zaocznie studia, zajmowałam się maleńkim dzieckiem i byłam tak wycieńczona tymi wszystkim obowiązkami, że czułam się jakbym miała przeszło sto lat. Jak patrzyłam na swoje odbicie w lustrze nie widziałam w nim młodej kobiety, a zmęczoną życiem staruszkę. Stawałam się całkowicie wyblakła. Teraz wiem, że wtedy byłam bardzo nieszczęśliwa. Chciałam coś w sobie zmienić, jednak zupełnie nie wiedziałam co. Wtedy w ręce wpadła mi książka „Biegnąca z Wilkami”, wyżej już wymienionej C.P. Estés, w której przeczytałam wiele mądrych słów. Autorka porównywała kobiety do wolnych i dzikich wilczyc, które jeśli nie mogą biec przed siebie z powodu zranionej łapy, są w stanie ją sobie odgryźć, byle tylko nie stać w miejscu. Jeśli są zmęczone połogiem, to proszą inne wilczyce ze swojej watahy do opieki nad małymi, a same udają się na samotny odpoczynek, który może trwać nawet pół dnia. Czy to nie piękne? To są przecież dzikie zwierzęta, które zaprogramowała natura, nie człowiek.

Jak pani, jako autorka, zmieniła się przez te pięć lat?
Bardzo. Z kruchej dziewczynki stałam się pewną siebie kobietą. Poruszyłam niebo i ziemię, żeby wydać moje książki, a w tej branży nie miałam żadnych znajomości. Potrafiłam jeździć od wydawnictwa do wydawnictwa z wydrukowaną książką i próbować umawiać się na spotkania. Kiedy miałam chwile kryzysu dobrze wiedziałam, że jeżeli sama nie będę wierzyła w celowość tego co robię, to nikt w to nie uwierzy.

W każdej z moich książek obecne są wilki bądź symbol wilka jako duchowego przewodnika. Tak mocno zaczęłam wierzyć w ich zbawczą misję, że zaczęły być widoczne również w moim życiu. Jak mam jakiś problem do rozwikłania bądź nie wiem jaką podjąć decyzję, to przypadkiem pojawiają się w moim otoczeniu i odbieram je jako znak i już wtedy wiem co robić. Stałam się bardziej ufna, zaczęłam dostrzegać życiowe znaki. Łatwiej się żyje idąc po ich ścieżce.

W pani twórczości kobiecość, tajemniczość i cały wachlarz emocji spotyka się z… mistycyzmem. Skąd wziął się pomysł na takie połączenie?
To nie jest pomysł. To ścisła obserwacja życia. Stąpając twardo po ziemi mówimy czasem, że przydarzyło nam się coś niezwykłego. Przyśniła nam się rozmowa z babcią, która dwa dni później zmarła, pomyśleliśmy o kimś i on nagle do nas zadzwonił, podjęliśmy decyzję zgodnie z wolą intuicji, czyli nagłego niepohamowanego czucia sercem, a nie rozumu. To taki realizm magiczny dnia powszedniego. Każdego z nas dotyka transcendentna i bliżej nieokreślona, ponadrzeczywista siła. Nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć sobie pewnych zjawisk, które wydarzają się dookoła nas. Czasem mówimy, że to zwykły przypadek. Ja uważam, że to nie jest przypadek, kiedy dwoje kochanków po dwudziestu latach rozłąki spotyka się w tym samym samolocie, lecącym do Indii. To los chce dać im drugą szansę i tylko od nich zależy jak ją wykorzystają.

Obecnie pracuje pani nad kolejną, piątą już książką. Jaką opowieść podaruje pani swoim czytelnikom tym razem?
Na pewno będzie magiczna i symboliczna, zanurzona w baśniowy świat trzech sióstr -  czarownic. Każda z kobiet będzie miła inny talent, a jedna z nich będzie musiała wyruszyć w bardzo długą i niebezpieczną podróż, żeby ów talent w sobie odnaleźć. Pomimo tego, że pierwszy raz tak mocno zanurzę się w świat fantasy, to moje bohaterki będą bardzo mocno przypominały ziemskie kobiety. Będą tak samo jak one się starzały, rodziły dzieci, pragnęły spełnienia. Mam nadzieję, że nie zawiodę. A jeżeli znajdzie się wśród moich czytelników choć jeden, który pod wpływem mojej twórczości postanowi odważyć się na to, żeby coś w swoim życiu zmienić, to już będzie dla mnie znak, że moja praca nie jest bezowocna. Każdy z nas ma w sobie ogromne światło mocy. Trzeba się tylko na nie otworzyć.

Wznowiona wersja powieści "Zwilczona" Adrianny Trzepioty będzie dostępna w księgarniach od 30 września. 

Adrianna Trzepiota, 'Zwilczona', Wydawnictwo Świat Książki Adrianna Trzepiota, "Zwilczona", Wydawnictwo Świat Książki

  1. Kultura

Książki na powitanie jesieni

W ciepłe jesienne dni relaks z książką w parku to czysta przyjemność. (Fot. Getty Images)
W ciepłe jesienne dni relaks z książką w parku to czysta przyjemność. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Idzie jesień, najlepsza pora dla miłośników czytania. Oto kilka nowości, które polecamy na pierwsze dni sezonu z książką pod kocem.

Idzie jesień, najlepsza pora dla miłośników czytania. Oto kilka nowości, które polecamy na pierwsze dni sezonu z książką pod kocem.

Poczuć miłość

Michelle Marly „Mademoiselle Coco. Miłość zaklęta w zapachu”, Marginesy.

W tej inspirowanej faktami opowieści Coco Chanel jeśli już kocha, to na zabój, obsesyjnie, z pasją. Chanel No. 5 zna z nazwy chyba każdy. Mało kto wie, że perfum o zbliżonym zapachu używała caryca Katarzyna. Coco Chanel wyczuła tę woń na chustce, którą podarował jej, jako prezent od serca, książę Dymitr Pawłowicz. Wspomniane perfumy od dawna były niedostępne, więc Coco – już wówczas ikona stylu – próbowała je odtworzyć, ale też nadać im własny charakter. To o zapachu, a o niej? W książce poznajemy Gabrielle Bonheur Chanel najpierw jako klasztorną wychowankę, osieroconą przez matkę i porzuconą przez ojca. A potem przez kochanka, który zginął tragicznie, zanim zdecydował, czy zostawi dla niej rodzinę. Ta trauma nadała życiu Coco inny bieg. Niezależnie od tego, kogo i co kochała, jej pasja zawsze nosiła znamiona obsesji. Ale nie próżności. „Za duży nakład pracy i za mały efekt”, mówiła o tym, co robi. Dziś wiemy, jak bardzo się myliła.

materiały prasowe materiały prasowe

 

Śmiertelnie ważne

Caitlin Doughty „Kiedy umrę, zjesz mnie, kocie?”, Otwarte.

Wiecie, czym zajmuje się koroner i co to są katakumby? Świetnie, bo to już więcej niż większość śmiertelników wie na temat umierania – uważa Caitlin Doughty, najsłynniejsza właścicielka domu pogrzebowego, blogerka i youtuberka. Jej książka to… hm… przewodnik po śmierci. Który podsuwa wniosek, że nie ma głupich pytań o śmierć, bo umieranie to naturalna sprawa. Dowiadujemy się więc na przykład, czy wolno nam zachować ciała bliskich i co się dzieje ze zwierzętami pochowanymi w ogródku. Albo czy gdy umieramy z głupią miną, to już nam taka zostanie.

Książki na powitanie jesieni Książki na powitanie jesieni

O ojcach i synach

Salvatore Scibona „Każdy”, Znak.

Siedmioletni chłopiec zostaje sam na lotnisku w Hamburgu. Nie odzywa się. Czytelnik wie, że porzucił go ojciec. Elroy nie poczuwał się do roli taty, a gdy dostał taką szansę – zrezygnował. Dlaczego? By połączyć te niteczki, Scibiona cofa nas z 2010 r. w lata 60., na front wojny w Wietnamie. Czy relacja Elroya z jego własnym ojcem odcisnęła na nim taki ślad? O tym jest ta książka: o ojcach, synach, wojnie, która ciągle gdzieś się toczy. O miłości i jej braku. Gęsta powieść, ważny amerykański autor (zresztą polsko-włoskiego pochodzenia) i zaskakujący finał.

materiały prasowe materiały prasowe

Połączenia

Hanna Krall „Synapsy Marii H.”, Wydawnictwo Literackie.

Nowa książka mistrzyni polskiego reportażu to niezwykły portret dwóch kobiet. Marii Twardokęs-Hrabowskiej, opozycjonistki PRL, matki syna z autyzmem. Oraz jej teściowej Marii Hrabowskiej, pamiętającej drugą wojnę i współczesne akty terroru, jak ten na World Trade Center w Nowym Jorku. Przeszłość miesza się obu Mariom H. z teraźniejszością, dlatego wspomnień nie można być pewnym, a w nowym świecie trudno się odnaleźć. U Krall jak u Carla Rovellego, fizyka, którego jedna z bohaterek czyta: „Jesteśmy historią samych siebie”.

materiały prasowe materiały prasowe

  1. Kultura

Kryminały na końcówkę lata

Polecamy 5 kryminałów na końcówkę lata. (Fot. iStock)
Polecamy 5 kryminałów na końcówkę lata. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Nie ma nic lepszego niż mrożąca krew w żyłach lektura w upalny dzień. Na chłodny i deszczowy też się nadaje, bo podnosi temperaturę otoczenia. Nie wiem, jak wytłumaczyć to zjawisko, kryminał jest po prostu dobry na każdą pogodę!

A że pogoda nam ostatnio dopisuje, zdążyłam przeczytać kilka świetnych, dwa dobre i jeden zupełnie przyzwoity. Oto, co polecam najbardziej:

Jean-François Parot „Tajemnica Białych Płaszczy”, „Człowiek z ołowiem w brzuchu”, wyd. Czarna Owca

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Moje odkrycie tego lata. Cykl książek francuskiego dyplomanty, zajmującego się historią XVIII wieku, doczekał się już serialowej adaptacji. Zanim jednak ją obejrzycie, koniecznie sięgnijcie po dwa pierwsze tomy, które są już dostępne na polskim rynku. Choć początki mogą być trudne, bo przyzwyczajeni do mrocznych skandynawskich klimatów współczesności będziecie zmuszeni przenieść się w dość odległą przeszłość, to gwarantuję, że Paryż pod panowaniem Ludwika XV wciągnie was bez reszty. Wszystko za sprawą młodego i przystojnego (tak, rzuca się to w oczy nawet podczas lektury!) Nicolasa Le Flocha, który opuszcza rodzinną Bretanię, by służyć u pana de Sartine’a, szefa policji, odpowiedzialnego za prowadzenie tajnych misji na zlecenie samego króla. Oczami Le Flocha obserwujemy zarówno wykwintne salony, jak i przybytki rozpusty czy najpodlejsze miejsca na mapie miasta. Przy okazji poznając ciekawe smaczki (dosłownie) i ciekawostki, których nie szczędzi nam autor, ewidentnie rozmiłowany w obyczajowości, ale i kuchni tamtych czasów. Fascynacja nie przesłania mu jednak pełnego obrazu epoki, często podkreśla bowiem nierówności społeczne, ale też uwypukla jawną niesprawiedliwość, jak słynną sprawę Damiensa, żołnierza, który w desperacji uderzył Ludwika XV niegroźnym nożykiem (by przypomnieć mu o jego obowiązkach, jak sam wyznał), za co został skazany na potworne tortury i publiczną egzekucję, której lektura nawet dziś wywołuje dreszcz przerażenia i ból całego ciała.

Na naszych oczach młody Le Floch nie tylko kształtuje swoją tożsamość i dorasta, ale też staje się coraz lepszym śledczym, a pod koniec pierwszego tomu nawet komisarzem w Châtelet, dzielnicy Paryża. Jego dedukcję pochwaliłby sam Sherlock Holmes, a elegancję rozwiązywania zagadek – najpewniej także Herkules Poirot. Ja zaś chciałabym pochwalić Jeana-Françoisa Parota za to, że tak świetnie przywołał klimat ukochanych filmów mojego dzieciństwa – tych spod znaku płaszcza i szpady.

Agatha Christie „A.B.C”, Wydawnictwo Dolnośląskie

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Inne wspomnienie mojego dzieciństwa to książki Agathy Christie. Dowodem na to, że się wcale nie starzeją (no, może odrobinę), jest nie tylko seria ich ponownych adaptacji – na październikową premierę czeka kolejny film w reżyserii Kennetha Branagh – „Śmierć na Nilu” – ale też fakt, że za lekturę jej kryminałów biorą się kolejne pokolenia, jak chociażby pewna znana mi rezolutna 12-latka. Tym bardziej cieszy, że Wydawnictwo Dolnośląskie postanowiło kilka z nich wydać w nowej, bardzo przyjemnej dla oka oprawie.

Zdecydowanie polecam przeczytać je właśnie w tym wydaniu. Ja wybrałam do ponownej lektury „A.B.C.”, czyli jedną z bardziej znanych spraw Herkulesa Poirot, genialnego Belga z wypomadowanymi wąsami i kilkoma innymi dziwactwami. Tym razem mamy przypadek nadzwyczaj ciekawy. Otóż wszystko wskazuje na to, że morderca wybiera swoje ofiary według kolejnych liter alfabetu, bo poza tym nic ich ze sobą nie łączy. Policyjny psycholog wprawdzie podejrzewa u niego tzw. kompleks alfabetyczny (węszę tu lekką kpinę ze strony autorki z nadal kiełkującego wtedy zawodu psychologa), ale Poirot widzi w tym raczej sprytnie zaplanowaną intrygę. Christie jak zwykle zwodzi nas i popycha na fałszywe tropy, serwując całą serię nudnawych scenek, które potem okazują się pełne ważnych wskazówek, a wszystko po to, byśmy sami uruchomili szare komórki, bo jak miała w zwyczaju, zawsze dawała czytelnikom te same wskazówki, jakie miał detektyw. Zresztą, pisząc pierwszy kryminał, założyła się ze znajomym, że uda jej się ta trudna sztuka, że pomimo jasnych tropów, tak skomplikuje fabułę, że odgadnięcie rozwiązania zagadki stanie się prawie niemożliwe. Temu, kto odgadnie prawdziwego zabójce, należą się zatem wielkie brawa.

M. L. Longworth „Morderstwo na Île Sordou”, wyd. Smak Słowa

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Pisałam już kiedyś o serii współczesnych kryminałów z samego serca Prowancji – miasteczka Aix-en-Provence, autorstwa Mary Lou Longworth. Z radością więc sięgnęłam po kolejny, czwarty z kolei i iście wakacyjny tom. Znani już fanom cyklu bohaterowie, czyli snobistyczny prokurator z tajemnicą z przeszłości oraz jego ukochana, seksowna wykładowczyni na uniwersytecie, jadą tym razem na zasłużony letni odpoczynek. Plan jest prosty: od rana dobre jedzenie, wino, lektury, spacery oraz inne rozkosze cielesne. Zero pracy. Jednak życie ma inne plany. W efekcie w trakcie ich turnusu w luksusowym hotelu na rajskiej (acz fikcyjnej) wyspie u wybrzeży Marsylii – Sordou dochodzi do morderstwa. Zostaje zabity popularny, choć już nieco przebrzmiały francuski gwiazdor. Nikt za nim specjalnie nie przepadał, ale też nikt nie wydaje się mieć żadnego powodu, by go zabić. No, może poza żoną i jego pasierbem, bo jak policyjne doświadczenie mówi, zwykle zbrodnie rozgrywają się w najbliższym rodzinnym kręgu. Antione Verlaque nie zadowala się tym rozwiązaniem i – jakżeby inaczej – zaczyna zgłębiać przeszłość aktora. Zaś Marine Bonnet, razem z przyjaciółką Sylwie – poznaje bliżej pozostałych uczestników turnusu. A że policja dla dobra śledztwa uniemożliwia opuszczenie wyspy – wszyscy patrzą na siebie lekko podejrzanie. Ponieważ jedzenie jest tak dobre, a wszyscy tak sympatyczni, nikt specjalnie nie chce psuć tej cudownej atmosfery. W końcu trzeba będzie jednak wskazać winnego… Lektura „Morderstwa…” sprawi, że nawet jeśli właśnie wróciliście z wakacji, zatęsknicie za kolejnymi.

Jørn Lier Horst, Thomas Enger, „Punkt zero”, wyd. Smak Słowa

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Dwaj autorzy poczytnych kryminałów tym razem połączyli siły i stworzyli wspólne dzieło. Co więcej, chyba zanosi się na jego kontynuację... Jeśli wyczekiwaliście na polecenie skandynawskiego kryminału, wreszcie się doczekaliście. „Punkt zero” ma dwoje autorów, ale też dwoje bohaterów. Doświadczonego policjanta Alexandra Blixa oraz początkującą dziennikarkę Emmę Ramm, których – co ważne – nie połączy romans. Oboje będą się starali rozwikłać zagadkę szeregu śmierci wśród norweskich celebrytów. Za co tak nienawidzi ich zabójca, że tak okrutnie karze ich za ich chęć sławy i niskie morale? Kto będzie następny i czy uda im się powstrzymać rozwój wypadków? Oto pytania, jakie zadają sobie Blix i Ramm. Z kolei czytelnik dorzuci do tego jeszcze jedno: Co tak naprawdę łączy tych dwoje? A raczej: z jakiego powodu Blix ma słabość do młodej dziewczyny? Widać w tej książce solidną robotę oraz życiowe i zawodowe doświadczenie autorów: śledcze i dziennikarskie. Ciekawie się rozwija i trzyma w napięciu, zaostrzając apetyt na kolejną część.

Alex Kava, „Złowrogie niebo”, wyd. Harper Collins Polska

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Nie jest to może najlepsza książka Alex Kavy ani najlepszy kryminał, ale z pewnością spodoba się fanom cyklu o Ryderze Creedzie i Maggie O’Dell. Kava sprawnie buduje intrygę, wprowadzając bohaterkę, Francine, która przypadkowo staje się świadkiem zabójstwa swojego kolegi. Właśnie rozmawiał z nią przez kamerkę w swoim smartfonie i rozgorączkowany donosił, że wpadł na trop ogromnego przekrętu w firmie należącej do jednego z klientów ich agencji reklamowej, kiedy podeszło do niego dwóch mężczyzn i… go zastrzeliło. Francine widziała twarz jednego z ich, ale i on ją widział. Tak zaczyna się wielka ucieczka i pościg. Pomóc Francine może tylko agentka FBI – Maggie O’Dell, a miejscem, w którym mają się spotkać, jest pewna restauracja w Alabamie, do której obie muszą dojechać na czas. I w tym miejscu książka zmienia tory, nagle bowiem większym niebezpieczeństwem niż bezwzględni mordercy może okazać się wędrujące właśnie po południowych stanach tornado. Kava przyznaje się w posłowiu, że zawsze chciała napisać książkę, która ukaże ogrom i niebezpieczeństwo żywiołu, jakim jest trąba powietrzna, zjawisko typowe dla klimatu USA i co roku zbierające żniwo wśród dobytków i żyć jego obywateli. Ku swojemu zdziwieniu zauważamy, że zamiast obgryzać paznokcie w oczekiwaniu na to, czy Francine uda się zbiec prześladowcom czy nie, z zapartym tchem przyglądamy się pracy innego bohatera książki, Rydera Creeda, który wraz ze swoją specjalnie przeszkoloną suczką wyszukuje ofiar tornada pod gruzami czy zawalonymi pniami drzew. I okazuje się to nawet ciekawe.

  1. Kultura

Ukobiecanie – rozmowa z Wandą Hagedorn, autorką najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory i decyzje. One nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są – mówi Wanda Hagedorn, autorka „Totalnie nie nostalgii” i „Twarzy, brzucha, głowy”, najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce.

Kiedy umawiałyśmy się na wywiad, w mejlu do pani napisałam „wszyscy nasi rozmówcy”. Od razu pani zareagowała: „Mam nadzieję, że rozmówczynie także”, upominając się o uwzględnienie kobiet w użytej przeze mnie liczbie mnogiej. Sporo się ostatnimi czasy zmieniło, coraz częściej stosujemy w języku polskim feminatywy, mówiąc: „lekarka, rektorka, reżyserka”. Dla pani, jak rozumiem, to dopiero początek zmian, jakie powinny zajść?
Nie tylko dla mnie jest to ważne, w wielu krajach toczy się batalia o „przepisanie” języka. To oczywiście trudny projekt – wymyślić język, który by odzwierciedlał nową genderową rzeczywistość, byłby kompletnie inkluzywny, nie wykluczał nas, kobiet. Wiem, że taka kampania jest teraz w Polsce – żeby mówić „psycholożka”, „naukowczyni”, „antropolożka” – i zdaję sobie sprawę, że te „nowe” żeńskie rzeczowniki brzmią na początku dziwnie, nawet niezdarnie, wydają się za długie, ale jestem pewna, że wkrótce wszyscy do nich przywykną. Pomijanie kobiet w języku kreuje dziurę językową, przyczynia się do naszej niewidoczności w sferze publicznej, jest uwłaczające i obraźliwe.

Ktoś mógłby się spierać, że przecież to tylko słowa, niewinne formy gramatyczne, które dość powszechnie uważa się za neutralne.
Pani mówi „uważa się”, a ja pytam, kto uważa? Rodzaj męski nie jest neutralny, a już na pewno nie jest niewinny. Odzwierciedla seksistowską historię i tradycję dozorowaną przez mężczyzn. Dzisiaj, ponieważ role kobiet w społeczeństwie i polityce zmieniły się diametralnie, uważanie męskich form gramatycznych za neutralne fałszuje rzeczywistość.

Pani debiutancką „Totalnie nie nostalgię” uznano za jeden z najlepszych polskich komiksów obyczajowych minionej dekady. Także „Twarz, brzuch, głowa” wywołuje w Polsce sporo zamieszania. Tymczasem pani od ponad trzech dekad mieszka w Australii, od lat pracuje w organizacjach pozarządowych. Jak to się stało, że zajęła się pani pisaniem, i dlaczego wybór padł akurat na komiks?
Moja praca w Australii była bardzo bliska tego, co chciałam zawsze w życiu robić: sektor NGO dawał mi poczucie, że przyczyniam się do sprawiedliwszego świata, do wyrównywania ludzkich szans. Natomiast moim pierwszym i najsilniejszym pragnieniem było pragnienie tworzenia. Zawsze chciałam pisać, robić filmy, teatr. Kiedy przyjechaliśmy do Australii, nie mogłam tego robić, bo musieliśmy się tutaj z Markiem, moim partnerem, zorganizować życiowo i utrzymać, a praca twórcza, jak wiadomo, zabiera dużo czasu, a daje niewiele dochodu. Pracowaliśmy oboje na pełny etat, mieliśmy dzieci w szkole podstawowej. Niemniej wiedziałam, że prędzej czy później uda mi się wrócić do tworzenia. Przymierzałam się na przykład do robienia teatru ulicznego w Melbourne z młodzieżą sudańską, ale ten projekt nie wyszedł.

Dlaczego wybrałam komiks? Bo trafiłam na Alison Bechdel [autorkę powieści graficznych „Fun Home” i „Jesteś moją matką?” – przyp. red.]. Odnalazłam się w jej komiksach, znalazłam podobieństwa do własnych doświadczeń. Zachwyciły mnie jej czarny humor i autoironia. To Bechdel zainspirowała mnie do napisania „Totalnie nie nostalgii”. Wiedziałam oczywiście, że komiksu sama nie narysuję, ale na pewno dam radę napisać scenariusz. Będę musiała zaprosić rysowniczkę albo rysownika do współpracy i cały projekt będzie jeszcze większą frajdą.

Przy pierwszym tytule pracowała pani z Jackiem Frąsiem. Przy drugim – z Olą Szmidą. Płeć Oli miała znaczenie?
Tak. Wierzę, że wspieranie siostrzeństwa w każdej sferze życia jest niezwykle ważne, zwłaszcza na rynku pracy, gdzie wciąż mamy niewyrównaną sytuację genderową. Poza tym komiks był przez długi czas domeną mężczyzn, więc najwyższa pora, żeby stał się też domeną kobiet.

A Jacek też miał być kobietą [śmiech]. Zanim zaczęliśmy współpracę, długo szukałam rysowniczki w Polsce, ale mi się nie powiodło. Kiedy w końcu ktoś polecił mi Jacka Frąsia i zobaczyłam jego rysunki – spodobały mi się szczególnie ilustracje w „Glinnie” – zdecydowałam się zaprosić go do współpracy. Olę znalazłam w czasie o wiele krótszym. Miałam szczęście. Bardzo się cieszyłam, że zgodziła się na współpracę i że jest z nowego, młodszego pokolenia, już popeerelowskiego.

Skąd się wzięło „ukobiecanie”? Ukute przez panią słowo klucz, które przewija się przez cały komiks „Twarz, brzuch, głowa”.
Chodzi o nawiązanie do znanego powiedzenia Simone de Beauvoir: „Nie rodzimy się kobietami – stajemy się nimi”. Chciałam to całe stwierdzenie zawrzeć w jednym słowie, żeby łatwiej mi było operować nim w tekście, a jednocześ­nie, żeby sugerowało sprawców całego procesu, czyli ukobiecaczy, zawierało premedytację i intencję. „Stawanie się kobietą” brzmiało zbyt biernie. Kto ukobieca? My siebie czy ktoś nas? „Ukobiecanie” w komiksie opisuje proceder wtłaczania kobiet w kaftan kobiecości według przepisu patriarchalnego. Proceder, który wciąż się niestety odbywa na masową i globalną skalę – system mówi nam, co mamy robić, jak się zachowywać, jak wyglądać, wyznacza się nam „kobiece” role i limity.

Jedna z pierwszych scen w pani komiksie „Twarz, brzuch, głowa”: siedzi pani wygodnie w fotelu w salonie fryzjerskim. Z głośników sączy się muzyka, wszyscy naokoło uśmiechnięci, łącznie z panią. Jest miło, ale za moment nie będzie już tak miło.
Bardzo lubiłam ten salon, był pełen życia, kolorowy, stylowy. Po wyjściu z niego z nowymi, błyszczącymi włosami zawsze czułam się lepiej. Jak te włosy – odnowiona i kolorowa. W tej scenie z komiksu opowiadam o szczególnie podniecającym momencie: dostałam właśnie doskonałą pracę, wchodziłam w nowy etap zawodowy i życiowy. Tym bardziej szokujący był „wstrząs”, którego doznałam w moim ulubionym salonie fryzjerskim.

Kolorystka dobiera dla pani odcień „intensywny imbir” i zagaja rozmowę. Od słowa do słowa, w końcu z jej ust pada TO pytanie: „Czy ma pani już wnuki?”. Pierwsza pani myśl?
Wnuki?! A więc widzi mnie jako babcię. Kobietę w wieku babci. Starszą kobietę. Nie byłam przygotowana na to nagłe, nowe znaczenie mojej osoby. Zaczęła się gonitwa myśli – cały ten ciąg skojarzeń związanych ze społeczną stygmatyzacją starszych kobiet. Na przykład stygmatyzujące angielskie słowo granny. Niewidoczność, przezroczystość starszych kobiet... Wszystko to pojawiło mi się w tamtym momencie w głowie, wywołując panikę. Doszła do tego podświadoma trwoga śmierci, z którą kojarzy się starość, strach przed przemijaniem i przed wszystkim, z czym przemijanie się kojarzy. Setki myśli w jednym krótkim momencie.

Po powrocie do domu zaczęłam szukać wsparcia w feministycznych tekstach. Zawsze to robię w krytycznych momentach – porównuję moje doświadczenia z doświadczeniami autorek feministek. Stanęłam przed półką i wyciągnęłam „Starość”, w której Simone de Beauvoir opisuje, jak jeden z jej amerykańskich studentów w rozmowie z kolegą przyznał, że bardzo mu się podobał jej wykład, dodając: „Był doskonały, ale nie zdawałem sobie sprawy, że ona jest już starą kobietą”. Ów kolega powtórzył to de Beauvoir: „Tak panią nazwał, madame. An old woman”. De Beauvoir, oburzona, wykorzystała tę obserwację do opisania pojawiającej się w nas nagle obcej osoby, z którą same się nie identyfikujemy, a którą widzą w nas inni.

I właśnie pani, świadoma siebie, oczytana feministka, w obliczu przemijania decyduje się – czego jesteśmy świadkami w „Twarzy, brzuchu, głowie” – na środek zaradczy w postaci botoksu, a potem wampirzego liftingu. Wbrew temu, przed czym Susan Sontag, którą cytuje pani w komiksie, ostrzegała, pisząc: „Wmawiają nam, że nieustanne korygowanie i naprawianie twarzy jest moralnym obowiązkiem kobiet [...]”.
Z jednej strony była Sontag, która napisała to w latach 70. Tymczasem nadeszły lata 90. i zaczęła się trzecia fala feminizmu. Jej głównym założeniem było: „Każda decyzja kobiety o sobie jest z natury rzeczy feministyczna”, a jej heroinami zostały takie ikony popu, jak: Madonna, Oprah Winfrey, bohaterki serialu „Seks w wielkim mieście”. Feminizm trzeciej fali dał mi triumfalne przyzwolenie odmładzania twarzy botoksem, i to w sekrecie. W komiksie opisuję to z ironią, ponieważ „dyscyplinując” twarz, byłam w konflikcie sama ze sobą.

A dzisiaj?
Dzisiaj uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory. Albo kolaborujemy z systemem, albo nie. Wiem, że wiele kobiet się ze mną nie zgodzi, choćby feministki trzeciej fali, ale uważam, że decyzja, żeby wkłuwać sobie igły w twarz i torturować się na wiele innych sposobów, płacąc jeszcze za to niemałe pieniądze, wynika z poddania się presji i opresji. Nasze decyzje nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są.

Czyli nigdy więcej nie zrobiłaby sobie pani zabiegu?
Absolutnie nie. Przeszłam już przez to doświadczenie, sięgnęłam jego granicy, zrozumiałam, na czym polega, nazwałam je „zdradą siebie” i „zdradą twarzy”, i wyartykułowałam je w komiksie. Żadnych więcej zabiegów, upiększań, przycinań. Ale na brzuch nadal spoglądam krytycznie. Sprawdzam go w lustrach, oknach wystawowych, a po ukończeniu każdego biegu mam nadzieję, że się zmniejszył [śmiech]. Odruchu „zwalczania brzucha” już się chyba nie pozbędę.

„Wciągnijcie brzuchy”, mówi uwieczniony w pani komiksie wujek, kiedy jako dziewczynka pozuje pani z siostrami do zdjęcia. A z pani ukochanych książek dla dzieci ilustrowanych przez Szancera spoglądają śliczne, obowiązkowo wiotkie i „bezbrzuszne” królewny i księżniczki. Buntowała się pani wtedy przeciwko tylu różnym rzeczom, dlaczego nie przeciwko temu?
Bunt był we mnie istotnie od dziecka. Wychowywałyśmy się z siostrami w dysfunkcyjnej rodzinie, w ciągłym strachu przed ojcem opresorem, cierpiąc i współczując mamie. To naturalnie budziło mój opór. Dlaczego nie buntowałam się przeciwko opresji ciała? Bo jako dziecko nie byłam jej jeszcze świadoma. „Dbanie o wygląd” było dokuczliwe, był to niekwestionowany obowiązek kobiet i dziewczynek, wszystkie wiedziałyśmy, że musimy się wciąż odchudzać, upiększać, wybielać piegi, przyciemniać rzęsy i ubierać w kamuflujące tuszę sukienki. Ale do buntu przeciw temu musiałam dorosnąć. Zrozumieć, na czym opresja kobiecego ciała polega, dlaczego jest groźna, kto ją uprawia. Sformułować to sobie i wyartykułować.

Kiedy została pani świadomą feministką?
Mogę odpowiedzieć bardzo dokładnie: w Australii w 1988 roku. W Polsce moje myślenie było zdominowane sytuacją, jaka panowała w kraju, opresją polityczną, życiem za żelazną kurtyną bez możliwości wyjazdu, rozwoju, bez perspektyw. Sprawa wolności politycznej była dla wszystkich najważniejsza, sprawa wolności genderowej nie pojawiła się jeszcze na moim wewnętrznym radarze. Jedyną feministyczną książką, którą pamiętam z tego czasu, jest „Własny pokój” Virginii Woolf.

Kiedy w 1987 roku wyemigrowaliśmy z Markiem i naszymi dziećmi do Australii, znaleźliśmy się w innym społeczeństwie. Kwestia równouprawnienia kobiet i feminizm były częścią mainstreamowej kultury. Wszystkie uniwersytety oferowały kierunek women’s studies. W Australii ruch feministyczny nie funkcjonował jako ideologia, był bardzo praktyczny. Żywy i obecny w polityce, w szkołach, na uniwersytetach, w mediach, w sztuce. Był integralną częścią debat społecznych. Okulary genderowe same mi więc wsiadły na nos, nie musiałam ich nawet zakładać. Dzięki nim zobaczyłam nagle na nowo moje dzieciństwo, młodość, PRL, zrozumiałam, jak perfidnie i bezkarnie funkcjonuje system patriarchalny, jak mężczyznom wszystko uchodzi na sucho.

Dzięki swoim komiksom patrzy pani na przeszłość z dystansem czy raczej wspomnienia zamienione w kadry nadal wywołują w pani emocje?
Żeby móc zanalizować i zinterpretować opisywane doświadczenia z dzisiejszej perspektywy, muszę mieć do nich dystans. Jednocześnie w momencie, kiedy do nich wracam i opisuję je, wywołują we mnie emocje. Te same, co w przeszłości, i nowe, jest to nieuniknione. Bardzo często muszę przerywać wtedy pisanie i się uspokajać.

Oglądając narysowane już plansze, patrzę na nie pod kątem estetyki: stylu, kreski, ekspresji, dynamiki rysunku, w jaki sposób wyrażają znaczenia, które próbuję przekazać. Ola Szmida mówiła w naszych wywiadach o „Twarzy, brzuchu, głowie”, że ona właściwie rysowała Wandę jako siebie. I ja to widzę – Wanda z komiksu bardzo często nie jest do mnie podobna, jest Olą albo po prostu kobietą. Bardzo mi się ten zabieg podoba.

Pisząc, mierzy się pani z dylematem, do jakiego stopnia się obnażyć?
Nie, to słowo nie pasuje do moich intencji w pisaniu. Gabriela Zapolska już dawno zdefiniowała strach przed „obnażaniem” jako dulszczyznę. Od dawna stosuję feministyczną zasadę, że to, co osobiste, jest polityczne, a więc moje doświadczenia ukazują nie tylko mnie, ale politykę społeczną i kulturową wobec mnie jako przedmiotu opresji i kontroli. Żeby to pokazać w tekście, nie można niczego przemilczać, ukrywać, zatajać.

Oba moje komiksy są bardzo osobiste, tyle że skupiają się na różnych okresach mojego życia. „Totalnie nie nostalgia” mówi o dzieciństwie i doświadczeniach mojej rodziny, w „Twarzy, brzuchu, głowie” opowiadam o doświadczeniach dojrzałej kobiety. Jeśli chodzi o „obnażanie” członków mojej rodziny w „Totalnie nie nostalgii”, przed rozpoczęciem pisania odbyłam długie rozmowy z moimi siostrami i z mamą. Mama miała najpierw opory, ale kiedy opowiedziałam jej dokładnie cały zamysł komiksu, zgodziła się być bohaterką mojej opowieści. Wszystkie moje siostry uczestniczyły w całym procesie tworzenia i to było dla nas doświadczenie katartyczne. Z ojcem nie utrzymuję kontaktu i nawet mi nie przyszło do głowy prosić go o zgodę. W komiksie nie obnażyłam go, tylko wyoutowałam jako sprawcę przemocy, ukobiecacza, narcystycznego patriarchę.

Dopiero co była premiera „Twarzy, brzucha, głowy”, a pani – jak słyszę – już pracuje nad czymś nowym.
Pracuję nad projektem komiksu, który ze względu na swoją specyfikę będzie skierowany do australijskiej publiczności. Jestem dopiero na wstępnym etapie, mam plan scenariusza. Teraz muszę wyjechać do jakiejś samotni, żeby się odizolować i zacząć pisać.

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu.