fbpx

Elisabeth Moss: Chciałabym, żeby „Opowieść podręcznej” była tylko fantazją

Elisabeth Moss: Chciałabym, żeby „Opowieść podręcznej” była tylko fantazją.
Elisabeth Moss w "Opowieści Podręcznej". (Fot. materiały prasowe Netflix)

Niepozorna? Wystarczy jeden charakterystyczny uśmiech, a już nie sposób jej zapomnieć. Ostatnie kilka lat to dla Elisabeth Moss pasmo zawodowych sukcesów. Sama deklaruje, że zawdzięcza to raczej cierpliwości i konsekwencji niż talentowi: – Dość szybko zorientowałam się, do jakich ról, mimo ambicji, nie powinnam startować. W aktorstwie ważne jest, żeby jak najszybciej przestać się łudzić.

Lubisz horrory?
Uwielbiam [śmiech]. Od zawsze chciałam być w nich tą uciekającą, przerażoną i krzyczącą dziewczyną.

Mam w to uwierzyć?
Oczywiście żartuję. Chociaż naprawdę lubię takie mroczne klimaty.

Dlaczego?
Po prostu lubię brać udział w filmach, które komentują współczesny świat. Tak właśnie odbieram najlepsze horrory. Przypomnij sobie „Lśnienie” Kubricka czy „Egzorcystę” Friedkina – jest w nich o wiele więcej niż tylko to, co widać na powierzchni. Poza tym dla mnie horrory to komfortowa przestrzeń, w której mogę szczerze egzorcyzmować moje emocje. Bohaterki, które w nich gram, inspirują mnie do bycia silniejszą kobietą i orędowniczką spraw, które uważam za ważne. Inna rzecz, że na tych planach, na przykład serialu „Opowieść podręcznej”, odkryłam, że można się całkiem dobrze bawić. Zdarzało się, że w przerwach między ujęciami z Maxem Minghellą [serialowym Nickiem, z którym główna bohaterka kolaboruje i z którym jest uczuciowo związana – przyp. red.] śpiewaliśmy sobie piosenki Taylor Swift. Widzę twoją minę i rozumiem, że dla wielu widzów serial „Opowieść podręcznej” jest trudny do zniesienia, zbyt brutalny. Że nie mogą pogodzić się z traktowaniem kobiet jako reproduktorek, seksualnych niewolnic, pozbawionych jakichkolwiek praw, ale myślę, że równoważymy to innymi elementami. Serial bywa romantyczny, piękny i smutny jednocześnie. To nieprawda, że nie można się na nim śmiać. Ważne, by pozostawać w zgodzie z prawdą tej historii, dalekiej od uproszczonych schematów.

Zaintrygowałaś mnie twierdzeniem, że grane przez ciebie bohaterki pomagają ci w stawaniu się silniejszą kobietą. Myślę, że można to powiedzieć nie tylko o twoich rolach w filmach grozy czy serialu „Opowieść podręcznej”, ale też o ostatnich projektach, w których wzięłaś udział –„Niewidzialnym człowieku” czy „Shirley”. Mylę się?
W „Niewidzialnym człowieku” gram kobietę doprowadzoną do szaleństwa przez mężczyznę, który ją terroryzuje. Chociaż moja bohaterka ciągle powtarza: „Nie jestem szalona”, wszyscy myślą, że naprawdę postradała zmysły. Ten film robi z niewidzialności metaforę… przemocy domowej. To bardzo ważny temat. To, że nie widać, że kobieta jest bita, nie znaczy, że ktoś nie stosuje wobec niej przemocy psychicznej. Zależy mi, żeby ten problem nie był bagatelizowany i żeby kobiety odważyły się o tym mówić.
W „Shirley” gram z kolei – po raz pierwszy w życiu, co było dla mnie sporym wyzwaniem – autentyczną postać, autorkę powieści grozy Shirley Jackson. Żeby przełamać własny strach, zagrałam po prostu moją wersję Shirley. Kobietę silną, już nie ofiarę, ale manipulatorkę, prowokatorkę. To, że Shirley zawodowo zajmuje się pisaniem horrorów, że góruje intelektualnie nad mężczyznami, wprowadza narrację feministyczną. Ta postać to mieszanka szaleństwa, samotności, smutku, rozpaczy i wszystkich tych emocji, w których się odnajduję także prywatnie. Jest we mnie dużo z tej postaci.

Masz już na swoim koncie mocne feministyczne role, choćby te w serialach „Mad Men” i „Tajemnice Laketop”.
Myślę, że po prostu ciągnie mnie do takich bohaterek. Niestety, przyszło nam żyć w świecie zdominowanym przez mężczyzn i zmiana tego modelu jest dużym wyzwaniem.

Stałaś się głosem kobiet walczących o swoje prawa, wspierasz ruch #MeToo. Tymczasem Kościół scjentologiczny, do którego należysz, te wartości odrzuca. Nie ma w tym sprzeczności?
Wiara to kwestia zbyt skomplikowana, by wyjaśnić ją w jednym wywiadzie. Prawda jest taka, że w przeciwieństwie do wielu innych gwiazd, takich jak Tom Cruise czy John Travolta, ja scjentologii nie wybrałam. Moi rodzice, muzycy, należeli do Kościoła scjentologicznego. W naszym domu religia była więc obecna na równi z jam session. Jako dorastająca dziewczyna zdecydowanie częściej słuchałam George’a Gershwina niż Nirvany. A właściwie nie… Nie chcę o tym mówić. Wybacz, ale to moja osobista sprawa. Mówiąc szczerze, mam bardzo małą kontrolę nad tym, co jest moje, prywatne, a co nie. Chciałabym zachować prywatność, choćby w tak niewielkim zakresie, ponieważ w przeciwnym razie naprawdę nie zostanie mi już nic osobistego.

Problem w tym, że scjentologia piętnuje homoseksualizm, a kobietom przypisuje podrzędną rolę.
Nikt nie wytykałby mi hipokryzji, gdybym była katoliczką, prawda? Na Instagramie nakłaniałam do głosowania w wyborach prezydenckich. Nie boję się mówić, że nie po drodze mi z polityką Donalda Trumpa. Podkreślam, że wierzę w wolność – zarówno wolność słowa, jak i wolność kochania, kogo się chce, czy wiary w to, co się chce. Gdy zaczynamy mówić: „nie możesz tak myśleć”, „nie możesz tak mówić” czy „nie możesz w to wierzyć”, rodzą się problemy. Wtedy zaczynasz żyć w Gilead.

„Opowieść podręcznej” nabiera dziś bardzo ostrej wymowy politycznej.
To prawda. Kiedy Margaret Atwood pisała tę powieść w 1985 roku, już wtedy uważała, że jej wizja wcale nie jest nierealna. Chciałabym, żeby „Opowieść…” była tylko fantazją. Niestety, stała się aktualna w czasach prezydentury Trumpa i władzy prawicowych populistów w wielu innych krajach świata. Na naszych oczach powstają patriarchalne fundamentalizmy. W Teksasie prawo antyaborcyjne znów było dyskutowane w senacie. Ten film jest opowieścią feministyczną, choć Atwood woli, żeby mówić o tym jako o historii łamania praw człowieka. Gdyby była facetem, to w ogóle nikt by o feminizmie nie mówił. Tak to już jest, a ja cieszę się, że gram w filmach, które zabierają głos w ważnych sprawach. Życie jest za krótkie, by je marnować i rozmieniać na drobne. Ten film prowokuje dyskusję na temat sytuacji politycznej kobiet w Stanach i na całym świecie.

Przyjmując tę rolę, zdawałaś sobie sprawę, jak wielką bierzesz na siebie odpowiedzialność?
Na planie „Tajemnic Laketop” przeczytałam książkę Margaret Atwood, a potem scenariusz serialu, który mnie zachwycił. Widziałam także wcześniejszą adaptację Volkera Schlöndorffa z Natashą Richardson. Zobaczyłam, że szykuje mi się rola inna niż wszystkie dotychczasowe. To kreacja, o której marzy każda aktorka, bo ta postać niesie w sobie wielką historię. Były jednak trudne sceny. Na przykład ta, w której moja Offred musi oddać swoje ciało Komendantowi. To był gwałt, a nie seks za zgodą obu stron. Pokazaliśmy to w sposób bezduszny, bez erotyki, jako coś wstrętnego. To nie było przyjemne doświadczenie do zagrania ani dla mnie, ani dla Josepha Fiennesa. Narracja „Opowieści podręcznej” prowadzona jest z punktu widzenia Offred. Także dlatego adaptacja książki była dla nas tak dużym wyzwaniem. Stąd liczne zbliżenia mojej twarzy – ujęcia były kręcone z tak bliska, że nie mogłam się ruszyć, inaczej uderzyłabym głową w kamerę.

Przy okazji zadebiutowałaś jako reżyserka. Niedawno zrealizowałaś trzeci odcinek czwartego sezonu.
Jestem podekscytowana, że dostałam tę szansę. Wiele to dla mnie znaczy. Już to, że byłam producentem wykonawczym tego serialu przez ostatnie trzy lata, sprawiało mi wielką frajdę. Mogłam uczyć się od reżyserów na planie. Mam szczęście, że pracujemy z najlepszą obsadą i ekipą na świecie.

Masz za sobą nieprawdopodobnie intensywny czas zawodowy. Dla niektórych izolacja była czasem odpoczynku, dla ciebie, jak słyszałam, raczej źródłem stresu.
Nie popadam w depresję, bo nie mam na to, co się dzieje, żadnego wpływu. Wszyscy moi koledzy aktorzy są w podobnej sytuacji. Na szczęście na festiwalu w Sundance i na Berlinale tuż przed pandemią odbyły się premiery „Shirley”. Przełożony został za to „Kurier francuski z Liberty, Kansas Evening Sun”. Z kolei „Niewidzialny człowiek” miał premierę pod koniec lutego w USA i w Australii, ale nie wszedł do kin w innych krajach. No i przesunięto czwarty sezon „Opowieści podręcznej”. Szczególnie mocno odczułam wpływ koronawirusa na ten serial, bo odpowiadałam tutaj także za produkcję. Każdy chciał wrócić do pracy, ponieważ kochamy to, co robimy, ale są też ludzie, którzy muszą utrzymać swoje rodziny i chronić siebie. Dlatego producenci, moi koledzy, przyczynili się do powstania funduszu dla naszej ekipy. Pieniądze pochodzą z naszych własnych kieszeni. To są dla nas nowe sytuacje, natomiast zdajemy sobie sprawę, że wszyscy jedziemy na jednym wózku.

Podobno kiedy grasz w „Opowieści…”, bardzo trudno ci wygospodarować czas na granie gdzie indziej. Jakim cudem udaje się przyjmować inne propozycje?
Kiedy kręcimy serial, zwykle mam dwa tygodnie wolnego raz na sześć lub siedem miesięcy. Jedną z takich przerw wykorzystałam, żeby zagrać niewielką rolę w „Kurierze francuskim z Liberty…” Wesa Andersona. Pojechałam do Francji i kręciłam dwa dni. Było to surrealistyczne przeżycie. Czułam, jakbym dosłownie wchodziła do filmu Wesa, w świat jego niesamowitej wyobraźni. Nawet poza planem wszyscy aktorzy wyglądali, jakby byli wciąż w filmie Wesa. To było jak dziwny sen. I wszyscy byli dla siebie szalenie mili. Na planie ktoś czytał, ktoś słuchał muzyki, kulturalnie rozmawiano, konsumowano croissanty.

Elisabeth Moss: Chciałabym, żeby „Opowieść podręcznej” była tylko fantazją.
Elisabeth Moss: Czekałam dość długo na swoją szansę, ale byłam cierpliwa i konsekwentna. (Fot. Rich Fury/Getty Images/Gallo Images)

Od dziecka wiedziałaś, że chcesz być aktorką?
Urodziłam się w Los Angeles. Dorastałam w domu, w którym zawsze ceniło się sztukę. Mama grała na harmonijce w zespole bluesowym, a ojciec był menedżerem muzyków. Chciałam zostać profesjonalną tancerką, uczyłam się baletu, ale to aktorstwo okazało się moim przeznaczeniem. Jako siedmiolatka wystąpiłam w serialu „Jackie Collins: Uśmiechy losu”. Grałam od dziecka, ale pierwsze filmy nie przyniosły mi wielkiego uznania widzów. To, co zyskałam, to pewność, że właśnie tą drogą chcę podążać. Sporo wystałam się na castingach, zaliczyłam naprawdę wiele porażek, zagrałam mnóstwo ról drugo- i trzecioplanowych, wystąpiłam w wielu serialach. Czekałam dość długo na swoją szansę, ale byłam cierpliwa i konsekwentna. Nigdy nie powiedziałabym o sobie, że jestem utalentowana, ale te dwie cechy mam na pewno. Dość szybko zorientowałam się także, do jakich ról – mimo ambicji – nie powinnam startować. W aktorstwie jest ważne, żeby jak najszybciej przestać się łudzić.

Twoje życie prywatne jest barwne tak jak serial?
Moje prawdziwe życie jest inne – intensywne, ale poukładane… z małymi przygodami. Przez ostatnie dwa lata pracowałam bez przerwy. Nie lubię odmawiać, bo boję się, że propozycja może się nie powtórzyć. Wynajmuję apartamenty w Hollywood i na Manhattanie, mieszkam z dwoma rudymi kotami o wdzięcznych imionach Ethel i Lucy i pozostaję w bardzo bliskiej relacji z mamą i młodszym bratem. Kiedy kręcę film, całkowicie koncentruję się na pracy. Wieczorem często jadam samotnie kolację w domu i idę spać, żeby wcześnie rano być na planie. Staram się, jak tylko to możliwe, upraszczać rzeczy, brać je takimi, jakie są. Tyle że w moim wykonaniu wygląda to mniej więcej tak: kiedy ogromna ćma wleciała raz do mojej sypialni i usiadła na okładce „Trafnego wyboru” J.K. Rowling, to po prostu wyrzuciłam obie za okno…

Podbijasz Instagram. Jesteś celebrytką?
Nie interesuje mnie życie celebrytki, chciałabym pozostać zwykłą osobą. A nie jest łatwo to osiągnąć, jeśli zaczyna się być coraz bardziej sławnym. Dlatego założyłam konto na Instagramie. Mój profil śledzi prawie 450 tysięcy fanów. Wrzucam zdjęcia z planu, ale zdarza mi się także pokazywać kadry z życia prywatnego. Instagram stał się moją codziennością. Mimo wszystko nadal kiedy widzę się na zdjęciach paparazzich, jak wychodzę z restauracji – jestem zaskoczona. Wydaje mi się to dziwaczne. Myślę wtedy, że widocznie nie było nikogo innego do sfotografowania tej nocy. Natomiast w przeciwieństwie do wielu celebrytów nie zamieszczam na Instagramie zdjęć z wakacji, prywatnych imprez czy płatnej współpracy. Daję tam wyłącznie relacje z planów filmowych, studiów telewizyjnych i branżowych eventów. Od czasu do czasu pojawi się fotka zrobiona na meczu bejsbolowym albo życzenia dla młodszego brata. Zdjęć partnerów nie publikuję.

Kto jeszcze jest na twojej liście marzeń, jeśli chodzi o reżyserów?
Zawsze chciałam pracować z Wesem Andersonem, Martinem Scorsesem i braćmi Coen. Właśnie skreśliłam z listy Wesa, ale chciałabym ponownie z nim współpracować. Wciąż pojawiają się nowi reżyserzy, których podziwiam, jak Jennifer Kent i Alma Har’el. Wierzę, że sporo jeszcze przede mną.

Elisabeth Moss, rocznik 1982. Amerykańska aktorka telewizyjna i filmowa. Popularność przyniosły jej role w serialach „Mad Men”, „Tajemnice Laketop” i „Opowieść podręcznej”. Ostatnio zagrała m.in. w thrillerze „Niewidzialny człowiek” (dostępny na VOD), a także w biograficznym dramacie „Shirley”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze