fbpx

Promised Land, Gus van Sant – recenzja

Promised Land
ITI Cinema

Kino społeczne z romansem w tle: Gus van Sant spełnia swój obowiązek obywatelski, pamiętając o wartościach rozrywkowych. W „Promised Land” porusza kontrowersyjny temat eksploatacji złóż gazu łupkowego.

Promised Land
ITI Cinema/więcej w galerii

Chcąc upewnić się, że film trafi do szerokiej widowni, postawił na prostotę przekazu, ulegając pokusie powiedzenia „całej prawdy” o niemoralnych działaniach wielkich korporacji.

Ten film Gus van Sant mógł nakręcić wszędzie, choćby w Polsce. Oto pracownicy wielkiego koncernu paliwowego (Matt Damon i Frances McDormand) przyjeżdżają na prowincję z ewangelią dobrobytu: zamienią nędzę w bogactwo, wybudują drogi, zapewnią mieszkańcom emeryturę na poziomie szwajcarskim i przyszłość dzieciom, a nawet dzieciom ich dzieci – wystarczy podpisać zgodę na wydobycie gazu łupkowego. W głoszeniu dobrej nowiny przeszkadza im aktywista organizacji ekologicznej (John Krasinski), który ruszy z kontrkampanią, strasząc lokalną społeczność wizją apokaliptycznych skutków wydobycia gazu łupkowego: zanieczyszczenia, choroby, śmierć. Gdzie leży prawda?

„Promised Land” ma mnóstwo plusów; dobrze się rozpoczyna, sprawia wrażenie filmu inteligentnego, grającego z oczekiwaniami widza. W dodatku w scenariuszu znalazła się zaskakująca przewrotka. Gra aktorska jest na dobrym, równym poziomie, a Damon i McDorman stworzyli przekonujący duet ludzi takich samych jak my – pracują z oddaniem dla firmy, ale nie wiedzą, że są częścią układanki, której celu i logiki woleliby nie znać. Van Sant stopniuje napięcie, przedstawiając kolejne etapy dochodzenia bohaterów do „prawdy”, tyle że całość ma wymowę taniego moralitetu z czarno-białą wizją świata, podszytą lękiem rodem z teorii spiskowej. Wszystko po to, żeby stwierdzić: wielkie korporacje prowadzą makiaweliczną grę i korzystają ze wszystkich środków, także tych moralnie nagannych, aby osiągnąć cel. Od reżysera wielkiego formatu – a Gus van Sant jest takim reżyserem – wymagam bardziej wnikliwego podejścia do drażliwego tematu, zwłaszcza, że kontury jego krytyki wygładza wątek romansowy, doklejony na siłę i bez wyczucia.

„Promised Land” opowiada o konflikcie interesów, ale summa summarum, opowiada się po jednej stronie, rzuca oskarżeniami jak brukowiec. Van Sant wkłada szpilę w wielkie korporacje, jednak nakłucie jest płytkie i bezbolesne, dlatego o filmie zapomina się po wyjściu z kina.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze