fbpx

Fragment książki Second Hand Joanny Fabickiej

Fragment książki Second Hand Joanny Fabickiej

Znajome polskie piekiełko, zapita, zabita dechami wieś, gdzie życie toczy się, jakby czas się zatrzymał, a inny świat nie istniał. Magiczną granicą przestrzeni jest Manhattan, jedyny dziesięciopiętrowy blok w okolicy – opisuje w swojej książce Joanna Fabicka. Poniżej fragment jej powieści.
(…)
Z początkiem jesieni ściągają z różnych stron. Garstka ich już została, najbardziej wytrwałych i samotnych. Diabli wiedzą, dlaczego tak upodobali sobie akurat ich pensjonat, bo przecież prezydium skąpi na remont i dawno nikt z „góry” tu nawet nie zajrzał. Mimo to zawsze co roku któreś z nich przyjeżdża. Najpierw dzwoni telefon, a potem wszystkie podwijają rękawy i biorą się do świątecznych porządków, których ani na Boże Narodzenie, ani na Wielkanoc nigdy nie robią. Rusza się nawet Cecylia, choć sprząta tylko jeden pokój, ale siedzi w nim od rana do nocy. Potem zamyka go na klucz, który chowa do woreczka z pończochami. W tym woreczku jest coś jeszcze: stare, pomięte pocztówki z Sewilli, ze słonecznej Andaluzji. Kiedy je czyta, serce twardnieje jej coraz bardziej, aż wreszcie zamienia się w mały, obijający się w piersiach kamyk. Hiszpańska kraina na kolorowych widokówkach sprawia, że świat Cecylii ciemnieje, budzą się dawne wspomnienia i kobieta znów przez kilka dni przeklina swoje życie. Zagraniczny świat, zamknięty w szarym woreczku, jest wszystkim, co zostało po Marii. Ale Marlena nigdy go nie dostanie, nigdy się nawet o nim nie dowie. Cecylia tylko tak może ją ukarać, sprawić, że będzie cierpiała. Za swoje grzechy i grzechy swojej matki.

Femi jest pewna, że ciotka ukrywa w tym pokoju jakąś wielką tajemnicę, bo nigdy nikomu nie pozwala do niego zajrzeć i wpada w prawdziwą furię, kiedy Edzia chce tam ulokować któregoś ze zbłąkanych wędrowców. To jest wyłącznie jej sanktuarium, ziemia okryta klątwą.

Pewnego dnia Femi czeka na przedpołudniową drzemkę ciotki i wykrada jej kluczyk, a potem razem z Jovanką, wezwaną na wypadek czającej się w środku bestii, idą na piętro. Obie, nieprzytomne z napięcia, ze wstrzymanym oddechem pomału uchylają drzwi.

Pokój numer jeden jest całkiem sterylny i bezosobowy, nie różni się niczym od pozostałych czterech. Takie samo łóżko, narzuta w fioletowe irysy, wytarty fotel, stojąca obok niego lampa z wypłowiałym abażurem i mała etażerka. Wrażenie doskonałego ładu i harmonii burzy tylko jedna rzecz: zmięta i przybrudzona szmata wisząca w plastikowym, przezroczystym woreczku na gwoździu obok umywalki. Femi rozwiązuje troczki worka, otwiera go i niepewnie wącha stary ręcznik. Pachnie wilgocią, pleśnią i czymś, co jednak zdecydowanie przebija się na pierwszy plan. To słodkawo-korzenne wspomnienie, tak pierwotne, że Femi aż kręci się w głowie. Nie jest w stanie w żaden sposób zidentyfikować tego zapachu, on nie istnieje w otaczającym ją świecie, ale równocześnie w jakiś magiczny i przedziwny sposób jest jej tak dobrze znany, jakby był częścią jej samej. Jovanka nic z tego nie rozumie, dla niej szmata po prostu śmierdzi, i uważa, że tylko marnują tutaj czas, bo Edzia robi dziś leniwe z cynamonem i jak się pospieszą, to przed powrotem do swojego domu może zdąży jeszcze zjeść drugą porcję. Jednak muszą najpierw poroznosić do pokoi astry – świeżo kradzione z przykościelnego ogrodu.

Do numeru dwa – te najbardziej strzępiaste, białe i lilaróż. Edzia starannie dobrała ich kolor, by nie pobudzał ponad miarę skołatanych nerwów szczególnej lokatorki. Anna zawsze przyjeżdża na miesiąc i nigdy nie wychodzi z pokoju. Zanim się w nim zabarykaduje, uprzedza Cecylię i Edzię, żeby pod żadnym pozorem nie reagowały, ignorując wszelkie sygnały dochodzące zza zamkniętych drzwi. Cecylii przychodzi to z dużą łatwością, ale Edzia, Marlena i Femi cierpią prawdziwe katusze. Nadchodzi dla nich bardzo trudny czas nieprzespanych nocy i burzliwych poranków. Wiele godzin warują przed pokojem numer dwa zespolone z tą kobietą w przedziwnym misterium cierpienia: one po jednej, ona po drugiej stronie drzwi, oddzielne, a jednak razem – współczujące. Bo Anna przyjeżdża tu, by dniami i nocami płakać. Rozdzierająco, żarliwie i tak przejmująco, że naprawdę trudno to wytrzymać. Łka, chlipie, jęczy i wyje. Wali pięściami w drzwi, bluźni, rozwala lustro. Wypuszcza na wolność wściekłą bestię nagromadzonych uczuć, przez cały rok trzymaną za mordę, w kagańcu. Edzia już nie raz się zastanawiała, czy pękniecie w szczytowej ścianie powstało od fizycznych wstrząsów, czy od nadmiaru cierpienia rozwalającego Annę od środka, a pensjonat na zewnątrz. Trwa to około tygodnia, aż pewnego ranka wszystko nagle ucicha. Anna pogodna, z gładką twarzą i perfekcyjnie umalowanymi ustami staje w drzwiach. Daje im suty napiwek, każdą po kolei całuje w usta i wychodzi. Patrzą za nią wszystkie cztery, jak drobi małymi kroczkami w eleganckich skórkowych bucikach i znika za zakrętem. Z walizką w jednej ręce i z bestią na krótkiej smyczy w drugiej.

Pokój numer trzy musi tonąć w purpurowych kwiatach. Stoją na parapecie, przy radiu, na umywalce. Krwiste astry leżą na poduszce i pod łóżkiem, a jeden wetknięty jest nawet w dziurkę od klucza od strony korytarza. Tak sobie życzy Marcello, niezwykły połykacz ognia, którego najlepsze lata dawno porosły mchem. Ale on co roku przybywa tu pełen nadziei, że odzyska dar, utracony nagle i bez ostrzeżenia na dożynkach, kiedy występował przed samym Pierwszym Sekretarzem. Skończyło się kompletną kompromitacją i poparzeniami drugiego stopnia. Od tego czasu nie wziął już do ust niczego łatwopalnego, rzucił papierosy, stał się lękliwy i cierpiał na bezsenność. Tułał się w udręce, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Ani żyć, ani umierać. Kiedy przyjechał tu pierwszy raz i Edzia wstawiła mu do wazonu jesienne kwiaty, popłakał się nad ich soczystym pięknem, a potem wycieńczony zasnął na wiele godzin, po raz pierwszy od długiego czasu. Śnił o wielkich kulach ognia, które wpadały mu wprost do żołądka, o strzelających z oczu błyskawicach i fajerwerkach, którymi żonglował bez lęku i z niezwykłą zręcznością. Odtąd przyjeżdżał tu co roku, by śnić swój najpiękniejszy sen i czekać na odmianę losu. A czekał pokornie i z rzadko spotykaną wiarą. Femi lubiła podglądać, jak rankiem bije słońcu pokłony, biega boso po rżysku i ogryza z kory młode brzózki, bo ponoć właśnie takie mają najwięcej życiodajnej energii. Pewnego dnia Marcello zabiera je wszystkie na łąkę. Idą za nim gęsiego, komentując i śmiejąc się z zażenowania, bo kto to słyszał takie brewerie wyczyniać, jeszcze im kuku na muniu nie odbiło. Ale posłusznie stają w pełnym słońcu, na środku pachnącej późnym latem polany i robią, co każe. Ugięte nogi w rozkroku, ciężar na lewą stopę, prawy łokieć do góry, półpłynny obrót zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Cecylia od razu rymnęła na tyłek, całe szczęście, że butów nie zdjęła, jeszcze czego! To przez krowie placki straciła równowagę, bo zamiast czerpać energię ze słońca, tylko kombinowała, gdzie tu nogę postawić, żeby w gówno nie wpaść. Ale tamte, patrzcie państwo, na bank im odbiło, bo oczy zamknęły, gęby otworzyły i dalej wygibasy z Marcellem Duperellem wyczyniać. Dobrze, że chmura nadciąga, zaraz będzie lać. I faktycznie nie mija moment, a wielka błyskawica rozpruwa niebo, z którego wylewa się cała beczka deszczu. Kobiety zwiewają, gdzie pieprz rośnie, a bosy dziwak podnosi ręce w górę i śmieje się jak wariat. I prawdą jest, że głupi to ma zawsze szczęście, bo piorun tak go pieprznął, że aż się nogami nakrył, a mimo to przeżył. Lecz coś mu się dokumentnie po tym pokitrało, bo od tej chwili mówił na pensjonat Złota Brama, a Edzię, Cecylię, Marlenę i Femi nazywał cudownymi strażniczkami tego magicznego miejsca.

Ostatni bukiet, fioletowy, ląduje pod czwórką. Edzia ma swoją teorię na temat fioletu. Według niej wycisza ciało, by umysł mógł trochę odetchnąć, i tego jej zdaniem najbardziej potrzebuje Beata. Nazwana tak na cześć Beaty Tyszkiewicz, jest zupełnym zaprzeczeniem własnego imienia, bo wszystko w niej aż ugina się pod ciężarem nieszczęścia, którym z nikim nie może się podzielić. Siostry zachodzą w głowę, na co też cierpi ich tajemnicza lokatorka, ale wiedzą tylko tyle, że musi to być jakaś nieznana choroba, najpewniej tropikalna. Twarz pięknej Beaty, tak podobnej do swej eterycznej imienniczki, wykrzywia niezrozumiały ból na przemian z zachwytem i ekstazą. Ból i rozkosz, ból i rozkosz, pierdolca można dostać od samego patrzenia! Porusza się ostrożnie i tak powoli, jakby miała się zaraz rozsypać na kawałki. Każdy gwałtowniejszy ruch przyprawia ją o dreszcze, doprowadza ciało do konwulsji, a oczy po brzegi wypełnia szaleństwem. Femi pamięta, jak nieszczęsna kobieta potknęła się kiedyś o podwinięty dywan i spadła ze schodów. Leciała z jakimś osobliwym stękaniem, stłumionym jękiem, które dziewczynce wydało się fascynujące, ale ciotka Cecylia natychmiast odesłała ją do kuchni. Jednak to właśnie Femi poznała sekret Beaty, gdy przyniosła jej kiedyś tabletki od bólu głowy. Kobieta leżała na łóżku, przy zamkniętym oknie i zaciągniętych zasłonach. Wydawała się spokojna i wyciszona, więc dziewczynka spytała, na co choruje. Beata w pierwszej chwili chciała odgonić ją ręką, ale popatrzyła w pełne szczerej troski oczy dziewczynki i odpowiedziała:

– Natura dała wszystkim kobietom cudowny dar odczuwania rozkoszy, mamy do tego specjalną maszynkę. U mnie się popsuła i nie działa, jak powinna. A kiedy cały czas odczuwasz przyjemność, staje się ona udręką nie do wytrzymania. I nikt tego nie potrafi naprawić – dodała smutno.

Łokieć nieznacznie zsunął jej się z pościeli i Beata opadła na poduszki, wydając z siebie ni to jęk, ni słodkie westchnienie.

Femi niewiele wtedy z tego zrozumiała, ale kiedyś znalazła w jednej książce Marleny opis, który pasował jej do Beaty. Odtąd żyła w ciągłym strachu przed permanentnym orgazmem.

 

*

Z dziesięć lat temu to dopiero się działo! Nie było tygodnia, by nie podjeżdżała dyrektorska wołga i nie wypadali z niej szarzy panowie z nadciśnieniem i teczką ważnych spraw do ukrycia. Przyjęcia były jedno za drugim, aż Cecylia nie nadążała robić kogla-mogla na struny, bo wtedy co wieczór dawała recital. Goście byli z województwa i z powiatu, sami mężczyźni, to oficjalnie. Ale często przychodziły z nimi panie nie pierwszej świeżości i Cecylia trochę miała o nie żal, bo sama była wtedy jeszcze owszem, owszem. Najgorzej wspomina doroczne zjazdy myśliwych. Wódkę pili już od rana, a potem z całym oprzyrządowaniem, strzelbami, sztucerami, pudełkami naboi wsiadali do samochodów i jak weselny orszak gnali zygzakiem w puszczę. Gdy wyjeżdżali, siostry miały jedzenia na kilka miesięcy. Edzia całymi nocami oprawiała zające, sarny, jelenie. Raz trafił się nawet cały dzik, nie do końca jeszcze martwy. Co to się wtedy działo na podwórzu! Jeden przez drugiego celował na oślep, aż musiały w panice z Marleną i roczną Femi uciekać. Dzik był podziurawiony jak sito, ale wciąż jeszcze żył. Leżał na boku i błagalnie patrzył zaskorupiałymi od krwi ślepiami. Nie miał go kto dobić, bo spite towarzystwo przeniosło się na polanę i leżało wokół kotła z bigosem. Edzia zdjęła wtedy kuchenny fartuch i kazała Cecylii nakryć zwierzęciu łeb. Sama poszukała kamienia, przeżegnała się, a potem tak długo uderzała w dzika, aż miała zupełną pewność, że jego głowa nie będzie wisiała jako myśliwskie trofeum na ścianie u żadnego z tych zwyrodnialców.

Z biegiem czasu specjalni goście słani im przez władzę zaczęli się wykruszać. A z dawnych lat został tylko jeden profesor marksizmu-leninizmu i ten był wierny pensjonatowi do końca. Miał na imię Jan, dużo spał, mało jadł i nic nigdy nie mówił. Wydawać by się mogło, że w ogóle niewiele chciał od życia. Zawsze przyjeżdżał we wrześniu i zawsze brał pokój pod piątką, którego okna wychodziły na niewielki sosnowy zagajnik, niezmordowanie atakowany wciąż przez tego samego dzięcioła. Edzia dawała mu dodatkowy koc i stawiała na parapecie rubinowe wrzosy. Choć nie zamienili ze sobą nigdy ani słowa, miała wrażenie, że zna go tak dobrze, jak tylko karlica może znać innego ułomnego, oszpeconego wielkim garbem nieszczęśnika. Gdy przyjeżdżał, Edzia nigdy nie piła. Starała się w kuchni jeszcze bardziej i dbała o niego jak o własne dziecko, przysmakami rekompensując mu ciężki los i pustkę. Bo mimo że Jan nigdy o tym nie wspominał, było widać aż nadto, że jest samotny. Samotność wystawała mu z obsiepanych rękawów znoszonego płaszcza, sterczała zamiast odprutych guzików, rozsiadała się na pogniecionych kołnierzykach koszul, wreszcie kapała z zasznurowanych ust. Kiedy szedł od stacji, wpatrzony w czubki swoich butów, nawet Cecylia widziała, że dźwiga ją na ramionach i że to ciężar ponad jego siły. Wchodził do pokoju i siadał na łóżku, zatopiony w myślach, nieprzytomny, w płaszczu. Ożywiał się tylko wtedy, gdy Edzia przynosiła mu talerz pełen dopiero co usmażonych, połyskujących złoto naleśników z serem, posypanych jeżynami i cukrem pudrem. Czekał, aż biały puch całkiem się na nich rozpuści, a potem jadł je palcami szybko i łakomie, w płaszczu. Chyba nigdy go nie zdejmował. Pewnej jesieni nie przyjechał. Pojawił się dopiero następnego roku. Cóż to była za zmiana! Nie urósł ani nie utył, nie przybyło mu włosów, nie ubyło lat, ale jednak coś się zdarzyło. Szedł wyprostowany, ostrożnie i z wyraźną trudnością, lecz patrzył pewnie przed siebie i nawet z daleka pomachał stojącej w oknie Edzi. Przywitał się. Miał nowy, elegancki prochowiec i jak dawniej go nie zdjął. Edzia klaszcząc w ręce, obeszła go dookoła jak pies i nagle spostrzegła istotę cudownej przemiany. Nie miał garbu! Jan wyznał jej wtedy, że jest świeżo po operacji. Usunął na starość syjamskiego potwora, z tej samej przyczyny, dla której ludzie rodzą się i umierają, popełniają największe głupstwa i dokonują najwspanialszych odkryć, skaczą w przepaść, wspinają się na szczyty, ratują jednych, zabijają drugich, wzniecają wojny, pożary i rewolucje. Z miłości. Jan, już bez nadziei na choćby kapkę szczęścia, nieoczekiwanie się zakochał i postanowił złożyć ofiarę z tego, co mu najbliższe, z czym wzrastał całe życie, co było częścią i istotą jego samego. Zrobił to w tajemnicy przed wybranką i kiedy tylko wyszedł ze szpitala, przyjechał tutaj, by w czułym towarzystwie tak samo jak on przetrąconych kobiet przejść rekonwalescencję. Obie siostry, a nawet Marlena, choć wtedy nie w głowie jej byli inni, wszystkie cieszyły się na tę cudowną odmianę losu, która każdej z nich na osobności, pod osłoną nocy, niosła słodką nadzieję, że i je spotka może jeszcze w życiu coś dobrego.

Następnego ranka, gdy Edzia przyniosła mu kawę z mlekiem i ociekające masłem grzanki, znalazła go na brzegu łóżka. Martwego i w płaszczu.

Dziś mają już innych gości, ale „piątka” zawsze stoi pusta. Bodzio ciągle ma na nią zakusy, bo w małym składziku ze swoim wielkim ego nijak nie może się zmieścić, nawet jak podkurczy nogi. A o tym, by Marlena wzięła go do siebie pod kołdrę, może tylko pomarzyć. Każdego dnia z rozpaczą obserwuje, jak ona przestaje go kochać, co jest strasznym niefartem, bo u niego – to akurat odwrotnie.

Sam nie wie, kiedy to się zaczęło, kiedy gwiezdny pył zaczął opadać z każdym mrugnięciem powieki. Przyjechał ją odwiedzić pierwszy raz i już wtedy wiedział, że zostanie na zawsze. Nie miał zamiaru wracać do domu, do ciasnej klatki raniącej mu skrzydła. Potrzebował większego miasta i wpatrzonych w niego oczu. Na początku spał trochę na dworcu, szwendał się tu i ówdzie, po klatkach schodowych, po strychach i piwnicach. Raz na dole, raz na górze, aż wreszcie zaczepił się w podupadającym kinie. Po krótkim przyuczeniu miał obsługiwać projektor, ale właściwie robił tam wszystko. Przedzierał bilety, sprzątał prezerwatywy z widowni, szorował kible, przywoził i odwoził kopie. Powiedział Marlenie, że jest głównym doradcą kierownika do spraw artystycznych, bo to była jedyna funkcja, do której mógł się przed nią przyznać.

To były dla nich złote czasy! Nocami potajemnie otwierał kino, puszczał Marlenie, co tylko chciała, a ona jak królowa siadała w samym środku siódmego rzędu. Podobno takie miejsce na pokazach swoich filmów zawsze wybierał Akira Kurosawa, bo stamtąd najlepiej widać ekran. Tuż po założeniu szpuli z drugim aktem Bodzio schodził do niej na widownię, siadał dwa krzesła dalej i napawał się jej słodkim profilem, delikatną linią podbródka i karku, zarysem piersi. Ale najbardziej podniecało go to, że w wielkim pomieszczeniu są teraz zupełnie sami i właściwie mógłby z nią zrobić, co tylko zechce.

Tej nocy ma dla niej coś specjalnego. Jest podekscytowany tym bardziej, że Marlena jest ostatnio trochę nieobecna, nie słucha go z dawną uwagą. Bodzio drży z niepokoju za każdym razem, gdy jej myśli zaprząta coś, do czego nie ma dostępu. Wtedy prawie dostaje zawału i musi kłaść się na ziemi, z nogami uniesionymi lekko do góry. Oddycha miarowo, póki światu nie wrócą właściwe proporcje.

Marlena zajęła już swoje stałe miejsce, ale nie daje się nawet choć trochę popieścić. Chłopak próbuje jej dotykać tak, jak lubi, stara się wstrzymać podczas całowania oddech, bo wie, że doprowadza ją do szału, gdy oddycha. Nie jest to łatwe z jego polipami w nosie, ale robi wszystko, by ją uszczęśliwić. Na próżno. Marlena siedzi sztywno i mechanicznie zjada rodzynki. Bodzio wzdycha, wraca do pokoiku kinooperatora – czas na gwóźdź programu. Kosztował go dużo nerwów, musiał nawet podrobić podpis kierownika, ale kiedy wracał z wypożyczonym z Filmoteki Narodowej skarbem, czuł, że dla miłości gotów jest na znacznie więcej. Przewija taśmę do właściwego fragmentu i oto na ekranie Lola Lola wyznaje „jestem tylko po to, aby kochać mnie”. Bodzio patrzy na swoją Marlenę i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Nie mija chwila, a kotłują się na podłodze w seksualnym amoku. Lola już dawno przestała śpiewać, profesor Rath w upokorzeniu wrócił do swojego życia, a Bodzio wciąż pieści piersi dziewczyny. Rozpędzona taśma kręci się na projektorze jeszcze ponad godzinę, uderzając końcówką o obudowę. Gdy chłopak wreszcie sobie o niej przypomni i pobiegnie ją zatrzymać, całe pomieszczenie jest pokryte maciupeńkim confetti z doszczętnie zniszczonej kopii.

Joanna Fabicka, „Second Hand”, Wydawnictwo W.A.B., 2012, Wydanie I, Warszawa 2012

 

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze