Artie Dam na co dzień uczy historii w liceum i jest uwielbiany przez uczniów. Życie dzieli z żoną, w weekendy żegluje po zatoce Massachusetts. Emanuje ciepłem i pogodą ducha, w rzeczywistości jednak zmaga się z narastającym poczuciem osamotnienia, którego nie potrafi zrozumieć. Prezentujemy fragment najnowszej powieści Elizabeth Strout pt. „To, o czym nie mówimy”.
Jak wielu ludzi, Artie i Evie przeżyli tragedię. Dziesięć lat wcześniej, kiedy ich jedyny syn Rob miał siedemnaście lat, jechał nocą samochodem z dziewczyną i samochód się rozbił, a dziewczyna zginęła. Nazywała się Heather Morrison i jej rodzina – co zupełnie naturalne – oszalała z rozpaczy, przez ponad rok próbowała pozwać Roba Dama, to znaczy jego rodziców. Sprawa w końcu zakończyła się ugodą, a Morrisonowie wyprowadzili się z miasta. Ale Rob nigdy już nie był taki jak dawniej.
Artie był z synem przy stole konferencyjnym w kancelarii adwokackiej podczas przesłuchań i oto co zapamiętał: Rob siedział blady, gdy prawnicy go przesłuchiwali. Prawniczka zapytała: „Czy przed wypadkiem doszło do czynności seksualnej?”. Rob zawahał się, cała krew odpłynęła mu z twarzy, aż wreszcie powiedział: „Nie”. A potem spojrzał na ojca. I to spojrzenie sprawiło, że Artie zrozumiał.
Kiedy policja przybyła na miejsce wypadku, Rob miał rozpiętą klamrę paska od dżinsów. Heather nie miała zapiętego pasa bezpieczeństwa i kierownica zgniotła jej klatkę piersiową. Roba uratowały poduszki powietrzne.
Wypadek zmienił oczywiście nie tylko Roba, ale całą rodzinę. Było tak, jakby wszyscy troje spacerowali spokojnie, nieświadomi niczego, szczęśliwi, po trawniku nad wodą i nagle wody oceanu się podniosły, cały świat stał się oceanem, który przytłaczał ich ogromnymi falami, zalewał ich i wciągał w głąb, i wszyscy troje łapali oddech i dławili się wodą. W tamtym roku Evie rozpoczęła szkolenie, żeby zostać terapeutką rodzinną. „Muszę coś zrobić!” – stwierdziła i w oczach Artiego żona stała się o wiele bardziej oschła niż przed wypadkiem; z czasów przed tym strasznym zdarzeniem pamiętał ją jako znacznie cieplejszą osobę. Zajęło to lata, żeby na nowo poukładać relacje, ale w końcu im się udało.
Lecz w miarę upływu lat Rob – który miesiąc przed wypadkiem ukończył liceum – stał się innym człowiekiem. Niegdyś radosny i pełen energii chłopiec (często pływał razem z Artiem na żaglach) zamilkł i na studiach w Cambridge – poszedł do Massachusetts Institute of Technology – nie znalazł sobie przyjaciół. Mieszkał teraz w Somerville, jakąś godzinę od domu rodziców, i pracował jako inżynier oprogramowania dla firmy, która miała kontrakty z Departamentem Obrony. Zarabiał ponad dwukrotnie więcej niż Artie. Dwa lata temu ożenił się z kobietą imieniem Francesca, pianistką koncertową, która występowała w całej Europie; była od niego dziewięć lat starsza. Evie kochała synową, lecz Artie uważał, że jest nieco dziwna, w pewnym sensie nieprzenikniona, a jego syn, jak mu się wydawało, zamknął się głęboko w sobie. Z czasem najgorsze, co mogło się według Artiego wydarzyć, stało się faktem: Rob coraz bardziej oddalał się od niego. Artie wciąż próbował sobie przypomnieć, kiedy to nastąpiło, i czuł, że w ostatnim roku sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu. A jedyne, o czym Artie potrafił myśleć, to o tym zabawnym, szczęśliwym chłopcu, jakim był niegdyś Rob.
Nie było dnia, żeby Artie nie myślał o tym, co się dzieje z synem. Czy to były długofalowe skutki wypadku? Czy może małżeństwo Roba? Co sprawiło, że dystans tak się zwiększył? Artie myślał o tym teraz, jadąc samochodem ze szkoły do domu. Ulice biegły pod dziwnymi kątami i było na nich wiele latarni. Przejeżdżał obok wielkich starych drewnianych domów pomalowanych na głęboki błękit, kasztanowaty brąz lub brudną biel; stały one bardzo blisko starych chodników. Zatrzymał się na znaku stop w dzielnicy, gdzie wznosiły się mniejsze drewniane domy, po czym ruszył ostrożnie. Bardzo się bał potrącić dziecko wracające ze szkoły.
– Nakrzyczałem dziś na klasę – powiedział żonie po jej powrocie z pracy; była teraz terapeutką rodzinną na pełen etat. Zdjęła płaszcz i spojrzała na niego ze zdziwieniem.
– Serio?
Evie miała piękną bujną białą czuprynę – wcześnie posiwiała, przedtem była ruda. Włosy sięgały jej do ramion, a w tym momencie lekko opadły do tyłu, gdy wyjmowała wieszak z szafy.
Opowiedział jej, jak Danny Marino zadrwił z Rhondy Lazarre. Evie nie odezwała się od razu, ale po chwili wygładziła jasnozieloną bluzkę i stwierdziła:
– No to dobrze, Artie. Mam nadzieję, że ten Danny Marino zapamięta to sobie do końca życia.
Artie westchnął i usiadł w salonie.
– Nie wiem.
– Czego nie wiesz? – Evie poszła za nim i zasiadła naprzeciwko w wysłużonym ciemnobrązowym fotelu.
– Nigdy nie krzyczę na uczniów. Ale wydawało mi się… Sam nie wiem, pomyślałem, że tak właśnie należało zrobić. Nie mogłem się powstrzymać. Biedna Rhonda.
– Ja cię popieram. – Evie skinęła głową, a potem opowiedziała mu o ostatniej klientce, o tym, jak matka nie potrafi dogadać się ze swoim nastoletnim dzieckiem.
Artie słuchał, kiwając lekko głową. Evie bardzo poważnie traktowała swoją pracę i Artie podziwiał ją za to. Opowieści o nieszczęściach, które często przynosiła do domu, wymagały z jej strony dystansu, a ten najwyraźniej przychodził jej naturalnie. Była przecież profesjonalistką.
Tego samego wieczoru, w piątek, u Merrillów odbywało się przyjęcie. Anne Merrill od wielu lat uczyła z Artiem w tej samej szkole, a jej mąż prowadził praktykę prawniczą w mieście. Kiedy Artie i Evie się szykowali, Artie poczuł coś w rodzaju podekscytowania – to byli przecież jego starzy znajomi.
– Gotowy? – zapytała Evie, wkładając czarny płaszcz, a on przytaknął i pokazał jej kluczyki do samochodu.
Evie miała figurę nastolatki – płaski brzuch, drobną budowę ciała. Osiągała to jogą i dietą, miała też niezwykłą cerę, zawsze promienną, najróżniejsze kremy nakładała ze skrupulatnością, która wprawiała Artiego w zdumienie. O Artiem nie dało się tego powiedzieć, ponieważ, jak sam uważał, miał typową twarz podstarzałego mężczyzny, pozbawioną jakichkolwiek cech charakterystycznych, nie licząc okularów w drucianych oprawkach. Tyle tylko, że podobnie jak Evie wciąż miał gęste włosy.
Rob zaczął łysieć mniej więcej rok po wypadku, a teraz golił głowę na gładko, był też wysokiego wzrostu, i za każdym razem, gdy Artie go widział, serce znów mu się krajało. Chłopak odziedziczył wzrost po ojcu Evie, który też był wysoki, choć nie aż tak jak Rob.
– No proszę! – zawołała Anne Merrill do Evie, pochylając się, żeby ją uściskać. – Wyglądasz tak samo pięknie jak zawsze. Cześć, Artie!
A on zapytał:
– Anne, czemu mnie nigdy nie mówisz, że ładnie wyglądam?
Anne roześmiała się i lekko pacnęła go w ramię.
– Masz ładne białe skarpetki – odparła figlarnie, a Artie kiwnął głową.
Zawsze nosił białe skarpetki do czarnych dziadkowych (jak je nazywał) adidasów. Na początku ich znajomości Evie kupiła Artiemu jakieś eleganckie skarpetki, ale mu się nie podobały. „Okropne, uciskają mi łydki” – oświadczył. I przez te wszystkie lata nadal nosił białe skarpetki, z wyjątkiem naprawdę szczególnych okazji, a Evie wciąż nie mogła na nie patrzeć.
Dom Merrillów był duży, ludzie przechadzali się po salonie, światła odbijały się od ciemnych szyb, gdy goście podsuwali kieliszki do uzupełnienia.
– Cześć, cześć! – Artie kiwał głową do wielu osób, które ucieszyły się na jego widok.
Ktoś zażartował o drużynie piłki nożnej; pierwszy mecz miał się odbyć w przyszłym tygodniu, ale trener Clark nie był zadowolony z formy zawodników, odpowiedzialnością za co obarczono Artiego, bo nie był już asystentem.
– To moja wina. Boże, jak mogliście w ogóle pomyśleć inaczej? – odpowiedział Artie.
Właśnie włożył do ust kawałek sera, gdy jakaś kobieta się z nim przywitała, a on, unosząc palec i ostentacyjnie przeżuwając, pokazał żartem, że ma pełne usta, podczas gdy jego rozmówczyni czekała z rozbawioną miną.
A jednak godzinę po przyjściu Artie, choć nadal rozmawiał z ludźmi, chciał już wracać do domu. Zagadnął dyrektora szkoły, Hoovera Lakelanda:
– Myślisz, że na tym świecie istnieje wolna wola? – Mówił poważnie, dużo o tym myślał ostatnio, a pytanie zadał Hooverowi w reakcji na ich wcześniejszą rozmowę o sytuacji w Ukrainie, po tym, jak omówili wydarzenia w Izraelu i Strefie Gazy, zbliżające się wybory prezydenckie i to, jak bardzo podzielony jest obecnie ich kraj.
Hoover popatrzył na Artiego – po prostu na niego popatrzył – po czym odwrócił wzrok i powiedział do Patricii Davenport:
– Hej, co słychać?
Gdy wracali i skręcili już na podjazd, Artie się odezwał:
– Zastanawiam się, dlaczego ludzie nigdy nie mówią prawdy.
– Co masz na myśli? – zapytała Evie, wysiadając z samochodu.
– No wiesz. – Artie szedł powoli w stronę bocznego wejścia do domu. Słyszał, jak woda uderza o brzeg, lekki wiatr się nasilił i liście klonu, obok którego przechodził, zadrżały. – Wszyscy wiemy, że córka Davenportów niedawno usunęła ciążę. Wszyscy wiemy, że córka Merrillów jest na odwyku. Dlaczego nikt nie może mówić o tym, co naprawdę się dzieje? I wszyscy wiemy, że Hoover Lakeland ma romans od co najmniej dziesięciu lat, a gdy wspomniałem o wolnej woli, tylko odwrócił wzrok.
– Artie, nie wygłupiaj się. Na przyjęciu nikt nie będzie rozmawiał o aborcji córki ani o swoim romansie. Pomyśl tylko. – Evie przeszła przez drzwi, które Artie przed nią otworzył, i odwróciła się do niego. – Reg zwykł mawiać: „Każdy człowiek jest wyspą”.
– Kto tak mówił?
– Reginald MacDonald. Znasz pewnie to powiedzenie „Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą”. Reg uważał, że to bzdura. Mówił, że wszyscy jesteśmy wyspami.
– Nie rozumiem – przyznał Artie, zdejmując płaszcz.
Evie machnęła ręką.
– Nieważne. Ale o co chodzi z tym twoim dogłębnym zainteresowaniem wolną wolą?
Podała mu swój płaszcz.
– Mówiłem ci, ostatnio jakoś zaprząta mi to myśli. Wszyscy uważamy, że wolna wola istnieje, ale co, jeśli jej nie ma?
Evie westchnęła i lekko potrząsnęła głową.
A Artie, niosąc ich płaszcze do szafy, poczuł, jak znów ogarnia go przygnębienie.