fbpx

Filip Springer: Miłość w Pile

Filip Springer: Smutek na Gocławiu

Rzadko jeżdżę na północ. Jakoś tak wychodzi, że zwykle na zachód albo południe. Nie umiem zliczyć ile razy byłem w Katowicach czy Krakowie, ale wiem dokładnie, że Gdańsk odwiedziłem pięć razy. Ale oprócz miast jest jeszcze to wszystko pomiędzy. Tam nie bywam prawie w ogóle i kompletnie nie wiem dlaczego.
A zatem północ. Poznań, szaro, kawa na dworcu i muffin w piekarni obok. Osobowy do Piły jest taki jak kiedyś: odrapany, śmierdzący, z nieszczelnymi oknami. Telepie się na rozjazdach, kawa wylewa się na spodnie, muffin toczy się po brudnej podłodze. Nie będzie łatwo. 100 kilometrów, dwie godziny.

W Obornikach na stacji nadal jest dziurawy dach. Był już taki 15 lat temu, nic się od tamtego czasu nie zmieniło. W Parkowie na peronie rośnie trawa, w Rogoźnie jest pusto, nikt nie wsiada i nikt nie wysiada. Czasem robię zdjęcia przez brudne okno, ale z reguły tylko patrzę. Na dworcu w Pile znudzona kioskarka obserwuje, jak szukam wyjścia.

– Może gazetkę – mówi od niechcenia gdy pytam o drogę.

Na upstrzonym reklamami dworcowym majdanie czeka już taksówka, stara Dacia z zatartym paskiem klinowym, bo piszczy niemiłosiernie. Kierowca jest uprzejmy i zaciekawiony, gdy podaję mu adres, mówi tylko:

– Amore! – i rusza z piskiem.

– Ładna rzecz – dodaje po chwili, a mi przypomina się tamta jesień i Grybów w Beskidzie Niskim. Chodziłem po miasteczku i pytałem mieszkańców, dlaczego pomalowali swoje domy na wściekły róż. I jeden z nich zabrał mnie na tył tej swojej różowej rapsodii i pokazał całą gromadkę gipsowych figur. Czego tam nie było! Papieże, żaby, krasnale, bociany. Ustawione starannie nad sztuczną sadzawką, po której pływały plastikowe kaczki. Patrząc na to wszystko z dumą powiedział:

– Ładna rzecz, prawda?

No więc jedziemy przez tę Piłę, a taksiarz opowiada mi o eldorado, jakie mają tu szkoły jazdy i miejscowy ośrodek egzaminowania kierowców. Po Pile łatwo się jeździ, nie ma zbyt wiele trudnych skrzyżowań, więc walą tu wszyscy ci, którym nie poszczęściło się w Szczecinie, Poznaniu, Bydgoszczy i Bóg wie gdzie jeszcze. Na drodze same „elki”. Proszę, żeby mnie wysadził trochę wcześniej, płacę, wysiadam. Z wnętrza auta słyszę jeszcze tylko jego „Amore!”. A potem odjeżdża. Będę go słyszał jeszcze przez dłuższą chwilę.

Idę. Trochę się denerwuję, widziałem tylko jedno zdjęcie, z satelity mogłem obejrzeć tylko w znacznym oddaleniu. Może więc wcale nie być spektakularnie. Ale już widzę z daleka i jest, będzie, ekstaza. Amore!

Dookoła znajdują się: blaszak z warsztatem wymiany opon, pusty plac po jakimś wyburzonym budynku, budynek z lat pięćdziesiątych, dwa nowe bloki postawione przez dewelopera. Bohaterem tej przestrzeni jest jednak miłość. Taka przez duże M. Jestem wobec tego bezradny, nie umiem tego opisać, potrafię się tylko zachwycić, wciągnąć zimne powietrze w płuca i patrzeć tak długo, aż odklei mi się w oku siatkówka. To jeden z tych momentów, w których słowo jest bezużyteczne, a obraz jedynym ratunkiem. Chodzę więc dookoła i robię zdjęcia. I tylko żałuję, że nikogo nie mam tu ze sobą, albo że nikt mnie nie zaczepi i nie zapyta, po co tak się gapię, po co te zdjęcia, czy nie chcę aby w mordę. Bo ja bym wtedy temu komuś pokazał, o tam, i spróbował o tej miłości opowiedzieć. I pewnie by mi się nie udało, więc patrzylibyśmy w końcu w milczeniu.