fbpx

Filip Springer: Opowieści w Grltz

Filip Springer: Smutek na Gocławiu

Nie mogłem uwierzyć w to wszystko o czym mówił Max. Siedzieliśmy w knajpie po polskiej stronie, bo tam taniej, piliśmy piwo, a on z premedytacją i niewinną miną opowiadał mi historie o mieście przeciętym granicą.
Wiedział, że gdy już wszystkie mi opowie, nie będę miał wyboru i kiedyś tu wrócę. Podobało mi się, że nazwę tego miasta wypowiadał tak, jakby nie było w niej samogłosek.

Nie przytoczę żadnej z nich, nie jestem szalony. Zachowam dla siebie, wpiszę do czarnego zeszytu, będą czekały na lepszy czas. Max to wie, jest cierpliwy.

Kelnerka była nieuprzejma, dwie minuty przed dziesiątą powiedziała, że już zamykają, że mamy kończyć. Mówiłem do niej po polsku, odpowiadała mi po niemiecku. Max mówił po niemiecku, ale wtedy mówiła po polsku. Skończyliśmy i wyszliśmy w wilgotną noc, popatrzeć na niemiecką stronę. W stojących nad rzeką kamienicach paliło się światło. Dwie wieże kościoła majaczyły niewyraźnie na tle zachmurzonego nieba. Dookoła nie było nikogo.

Dzień później wstałem wcześniej. Chciałem złapać taksówkę na polskim brzegu, do Niemiec nie wolno im wjeżdżać. Bo granicy teoretycznie nie ma ale tak naprawdę jest. Gdy w 2010 roku Nysą szła z głębi Dolnego Śląska powódź, Polacy w amoku układali worki, ale żadnemu nie przyszło do głowy by zadzwonić na drugą stronę i powiedzieć, że sytuacja jest naprawdę poważna.

– Stałem po naszej stronie i patrzyłem na to zdumiony – wspomina Max.

No więc, zanim wsiadłem do tej taksówki, postanowiłem jeszcze raz przejść się po mieście. Podobał mi się ten ich mały rynek, ciasne uliczki, kolorowe domki i wysprzątane chodniki. Było pusto i trochę padało. Tylko piekarnie były otwarte. Zauważyłem, że w ogóle nie pachniało od nich pieczywem. To było dziwne. Potem uświadomiłem sobie, że w ogóle tam nie pachniało. Jakby Grltz straciło zapach. Może to przez zimne powietrze albo unoszącą się w nim wilgoć.

Przy głównych ulicach stały ładne, wyremontowane kamienice, wysokie na pięć pięter. Mieszkania są tu podobno tanie jak barszcz, można kupić i żyć. Ale Grltz i tak się wyludnia. Wiele z tych kamienic stoi pustych. W parterach straszyły zasunięte rolety sklepów i zakładów. Były przykurzone i podniszczone. Jakby od ich zatrzaśnięcia nikt się nimi nie interesował. Tylko czas robił tu swoje. To było naturalne. Jakby obumarłe komórki marniały i niepostrzeżenie odpadały od żyjącego organizmu. Nie było w tym żadnej gwałtowności.

Łaziłem bez celu po pustych ulicach, odwlekając chwilę, w której będę musiał przejść na tamtą stronę, wrócić do siebie. Z wysokiego brzegu widziałem czekającą tam na mnie taksówkę. Ale zrobiło się późno, w końcu musiałem już iść. Kroki dudniły o drewno mostu. Bałem się, że wszystkich obudzę. Taksiarz stał oparty o maskę i palił papierosa. Przypomniałem sobie, co o tym moście mówił mi Max. Gdy przechodzą go Polacy, mówią, że idą na Stare Miasto. Gdy robią to Niemcy mówią, że idą do Polski.