Filip Springer: Wyspa we Wrocławiu

Filip Springer: Smutek na Gocławiu

Wyspa cud. A właściwie wyspy, cały archipelag cudów. Ilekroć tam jestem nie mogę wyjść z podziwu, że jednak się da, że tak niewiele trzeba. Właściwie nic. I że to działa.

Wieczór, ciepło, chodzę po mieście i patrzę na rzekę bo tu się nie da na nią nie patrzeć. Woda jest wszędzie. „Ponad 100 mostów, niezliczona liczba kanałów, polska Wenecja” – gdzieś przeczytałem. Zawsze mnie to śmieszyło. Nie ma w Polsce Łodzi, Krakowa, Warszawy i Wrocławia. Jest polski Manchester, polski Rzym, polski „Paryż” północy i polska Wenecja. Tylko o Poznaniu coraz częściej się mówi, że jest Rzeszowem zachodu. Choć jak spojrzeć na to, co dzieje się ostatnio w Rzeszowie, to może wcale nie jest to tak pejoratywne, jak chcieliby ci, którzy to określenie ukuli. Ale dziś nie o Poznaniu.

No więc „polska Wenecja” nad Odrą i bez dostępu do morza. Jakiś czas temu rozmawiałem z człowiekiem, który chciał postawić tu dom na wodzie. W powodzi w 1997 roku stracił wszystko i postanowił, że to się nie powtórzy. Jedyną gwarancją było to, że jego nowy dom będzie się unosił wraz z falą powodziową. Zawsze, jak przyjeżdżam tu od strony Poznania, widzę go z pociągu na przystani w Osobowicach. Stoi, przywiązany do nabrzeża, pływające marzenie. K. mówi, że w końcu uda mu się go zacumować gdzieś w centrum, bo o to chodziło. Na razie mu się nie udało, ale K. jest wytrwały, wiem, że w końcu dopnie swego. Urzędnicy go za tę wytrwałość szczerze nienawidzą. Ostatni raz byłem tam kilka miesięcy temu. Staliśmy przy przeszklonej ścianie i patrzeliśmy na wodę. Z tego patrzenia zapomniałem stamtąd wziąć aparatu, musiał mi go później dosyłać pocztą.

Zawsze, jak tu przyjeżdżam, idę więc nad rzekę, bo nie iść się nie da. I zawsze się zachwycam. Bo gdy idę w Poznaniu, Warszawie, Szczecinie i Gdańsku to wpadam na ciszę i często ta cisza aż dzwoni. A tu nie. Kilka lat temu zaprowadzili mnie na Wyspę Piaskową i oniemiałem. Tłum, dziki tłum. Na trawie, na ławkach, na nabrzeżu. Nie było gdzie i jak usiąść, chodziliśmy, szukając skrawka wolnej przestrzeni, ale bezskutecznie. Robiłem zdjęcia, bo nie wierzyłem własnym oczom . Bo nie to, że tłum, było najważniejsze, ale to, że poza wodą i trawą nie było tu nic więcej. Ani jednej knajpy z piwem, żadnej wyżerki, nic. Ludzie przychodzili i przychodzą tu nad rzekę, by nad nią pobyć. W niej samej tkwi wartość. Niektórzy mówią, że jest w tym coś pierwotnego.

No więc idę i dziś, bo w hotelu tylko niemieckie kanały telewizji i jakoś nie chce mi się tego oglądać. Kupuję sobie loda na patyku i oficjalnie rozpoczynam lato. Wiosna mi gdzieś umknęła, podobno trzeba się już do tego przyzwyczajać. Idę na wyspy, oglądam nowe budynki, patrzę na ludzi. Siedzą, rozmawiają głośno, popijają piwo, rozglądając się od czasu do czasu, czy w pobliżu nie ma kogoś, kto by im chciał tego zabronić. Ale na wyspy patrole zapuszczają się chyba rzadziej, przymykają oczy. Wiedzą, że każda wizyta wypełniłaby im bloczki mandatowe. Wyspy są eksterytorialne. Polska Ada Kaleh, albo rzeczywiście Serenissima, choć do niedawna po prostu Breslau nad rzeką Oder.

ZAMÓW

E-WYDANIE
?>