Gwizdać każdy może, trochę lepiej lub gorzej. Ale co z tymi, którzy są w tym prawdziwymi mistrzami? Wiedziona intuicją, którą zaraził mnie John Wilson, na festiwalu Millenium Docs Agains Gravity, wybrałam się na film o kuriozalnym tytule: „Mistrzostwa świata w gwizdaniu”. To, co tak obiecująco zapowiadało kopalnię amerykańskich absurdów, okazało się jednak historią całkiem „na poważnie”, choć przy okazji wyciskającą też łzy śmiechu. Wcale nie na pół gwizdka, a z pełną uważnością reżyser Christopher Nelius opowiada o tym, jak prawdziwa pasja potrafi nas łączyć, a sztuką okazuje się nie to, co powszechnie za sztukę uważane, a to, w czym postanawiamy się doskonalić. Film można obejrzeć na online na platformie Millenium Docs Agains Gravity jeszcze do 1 czerwca.
Bohaterowie „Mistrzostw świata…” mieszkają w różnych szerokościach geograficznych, wykonują różne zawody. Łączy ich pewien zwyczaj, dla jednych irytujący, dla innych niewarty uwagi: nie mogą przestać gwizdać. Dźwięki wydają cichutko, pod nosem śpiesząc, się na autobus lub raczą nimi sąsiadów i okoliczne ptaki ze swojego balkonu, na pełen regulator, wzmacniając decybele mikrofonem. Raz do roku odbywa się wydarzenie, podczas którego wielbiciele gwizdania mogą pobyć „wśród swoich”, podczas którego ich zamiłowanie nie wywołuje pobłażliwego niedowierzania, a jest stawiane na piedestale. Na międzynarodowe zawody Masters of Musical Whistling gwizdacze jeżdżą nie tylko po trofea, a także po jakże przyjemne uczucie akceptacji.
Kadr z filmu „Mistrzostwa świata w gwizdaniu” (Fot. materiały prasowe Millenium Docs Against Gravity
Konstrukcja filmu australijskiego reżysera skojarzyła mi się z „Pianoforte” Jakuba Piątka, w którym udokumentowano przygotowania wybranych uczestników oraz zmagania w rozgrywce Konkursu Chopinowskiego. Prywatne historie przeplatały się z muzycznymi ambicjami, zakulisowe dramaty z tymi rozgrywającymi się na scenie warszawskiej Filharmonii Narodowej. Twórcy „Mistrzostw świata w gwizdaniu” podeszli do zadania z podobną sumiennością, poświęcając swoim bohaterom uwagę, która jest czymś oczywistym w przypadku wirtuozów fortepianu. Tutaj niekoniecznie. Choć nie obyło się bez uszczypliwości, prztyczków w nos i momentów, w których uczestnicy Masters of Musical Whistling, popisują się zaskakującą samoświadomością i autokrytycyzmem wobec swojej niszy, Christopher Nelius traktuje ich z szacunkiem, a nawet podziwem. Gwizdanie to bowiem niełatwa sztuka.
Żeby dać obraz, jak trudne jest zdobycie mistrzowskiego tytułu, krótko wyjaśnię zasady. Każdy z gwizdaczy musi wziąć udział w trzech konkurencjach: z orkiestrą, z własnym akompaniamentem oraz solo z utworem klasycznym. Dopiero suma punktów z tych występów daje wynik ostateczny. Swój udział zgłasza japończyk Yuki, konkursowy weteran i najbardziej pechowy medalista, który zawsze zajmuje miejsca tuż za upragnionym złotem. Jego hiszpańska przyjaciółka Ayna, której perfekcjonizm nie pozwalał do tej pory wystartować w zawodach, mimo że gwizdanie i śpiew ćwiczy namiętnie od lat. Australijka Molly, prawdziwa gwiazda tej mikrospołeczności, występująca z Dr. Dre i gwiżdżąca na ścieżce dźwiękowej filmu „Barbie” (2023). Lauren, aktorka z Nowego Jorku, biegająca z castingu na casting i zarabiająca w barach, która obawia się, czy uda jej się obronić mistrzowski tytuł z przeszłości. Uroczy nauczyciel muzyki z New Jersey, Jay, który nie ma żadnych oczekiwań, po prostu cieszy się udziałem w konkursie, ale przy tym nie rezygnuje ze swojej tajnej broni – lizaków napinających usta. Wśród uczestników jest także Davitt, muzyk do wynajęcia z Los Angeles, który wykorzystuje radosną moc gwizdania, by porozumieć się z pacjentami chorymi na Alzheimera. Podczas seansu ta ekscentryczna zbieranina charakterów nieustannie napełniała mnie ciepłem. Są chodzącym dowodem na to, że tylko szaleńcy są coś warci.
Kadr z filmu „Mistrzostwa świata w gwizdaniu” (Fot. materiały prasowe Millenium Docs Against Gravity)
W „Mistrzostwach…” scenę równoważą kulisy. Nad zawodami, które odbywają się w Hollywood, świątyni (spełnionych i niespełnionych) marzeń, pieczę sprawuje przerażająco energiczna, zabójczo wymagająca Carole Anne Kaufman. „Gwiżdżąca Diwa”, była mistrzyni świata w gwizdaniu, a na co dzień fryzjerka. Dźwiga na swoich barkach spuściznę wyczynowych gwizdaczy i ile sił w płucach (a ma jej spore pokłady) walczy o poważanie w środowisku muzycznym. Wszystko finansuje z własnej kieszeni. Do pomocy werbuje wolontariuszy: lokalsów, osoby, które przychodzą do niej podcinać włosy, zakochanego w niej po uszy (lecz bez wzajemności) Kurta, który wyraża swoją sympatię pracowniczym oddaniem. Jej znajomi godzinami dmuchają balony w kształcie ust, sprawdzają oświetlenie i wystają w zaimprowizowany sklepiku ze słodyczami o zawyżonych cenach, których i tak nikt nie kupuje. Carole przemierza korytarze niewielkiego teatru z siłą huraganu i co chwila sztorcuje swoją załogę, ale oni ciągną dalej, na skraju wycieńczenia, z uśmiechami na ustach. Widzą sens w jej szaleństwie i widzowie kinowi też wkrótce go dostrzegą.
Kadr z filmu „Mistrzostwa świata w gwizdaniu” (Fot. materiały prasowe Millenium Docs Against Gravity
Gwizdanie kojarzy się z radością, ale pod presją konkursu na wierzch wychodzą te trudne emocje. Lauren z niepokojem podpytuje, ile osób oprócz niej zamierza wykonać Arię Królowej Nocy z „Czarodziejskiego fletu”. Niesamowicie wymagający utwór, który miał zaimponować sędziom i przybliżyć ją do zwycięstwa wybrały sobie jeszcze cztery inne osoby. Teraz Lauren musi zmierzyć się ze swoim największym strachem – własną głową. Bezbłędny zazwyczaj Davitt niespodziewanie nie może wydobyć z siebie dźwięku. A biorący w zmaganiach muzycznych wolontariusz Christopher w stresie wraca do alkoholowego nałogu. Na szczęście na posterunku jest gospodyni wydarzenia Carole, gotowa, by pozbierać go do kupy. Najciekawsza jest relacja przyjaciół-rywali, Yuki i Anyi. Pochodzący z Japonii gwizdacz czuje oddech utalentowanej koleżanki na plecach i zdaje sobie sprawę, że to właśnie ona może stanąć między nim, a trofeum, którego jeszcze do niedawna był niemal pewny. Z drugiej strony między dwójką uczestników widać przywiązanie, czułość i szczerą nadzieję na wzajemny sukces. Tytułowe „Mistrzostwa…” mają siłę wspólnotową, łączą zdecydowanie bardziej niż dzielą.
Kadr z filmu „Mistrzostwa świata w gwizdaniu” (Fot. materiały prasowe Millenium Docs Against Gravity
Kamera łapie napięcie na twarzy, łzy na policzkach, błysk rozczarowania pełną niedowierzania ekscytację – elementy rywalizacji znacznie podkręcające stawkę. Ale ekipa dokumentu wchodzi między uczestników przede wszystkim, by dostrzegać gesty solidarności, niecodzienne w dzisiejszym samotnym świecie. Skupiają się na słowach otuchy, przytuleniach, rozmowach, które w pełni zrozumieją tylko wtajemniczeni zapaleńcy. Twórcy podpytują też uczestników konkursu o elementy techniczne gwizdania. Coś co większość ludzi robi odruchowo, bohaterowie rozbierają na czynniki pierwsze. „Mistrzostwa…” stają się zatem eksploracją instrumentu, którego nie nauczyliśmy się doceniać. Nas samych.