Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Last Christmas

Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Mikołaj imion wiele ma

Mrozy nie odpuszczają. Piękną zimę mamy tej wiosny, chciałoby się rzec i zanucić hit duetu Wham, który przywołałem w tytule. Zresztą ta piosenka chodzi mi po głowie od kilku dni, a to za sprawą radiostacji, które pierwszego kwietnia, niby dla jaj primaaprilisowych, puszczały ją w kółko.
Przed Świętami zacząłem drugi raz czytać Mariusza Szczygła. Książkę podarował mi sam autor, kiedy w lutym 2011 roku gościłem z promocją mojej powieści w Instytucie Reportażu, którego Mariusz jest współtwórcą i współwłaścicielem. Wpis do dzieła brzmi: Hubertowi – żeby zrobił sobie raj, bez względu na kraj. Otóż, ta dedykacja została przez mnie wzięta bardzo poważnie. Nie chciałem Nocy Wielkiej spędzać w piekielnej zadymce śnieżnej, która nawiedziła Wiedeń. Udało się wyruszyć w stronę raju. Raj leży na wyciągnięcie ręki. No, może trochę przesadzam…Raj leży na wyciągnięcie siedemdziesiąt euro z mojego portfela, w celu nabycia paliwa do samochodu. Żeby się tam dostać, trzeba jeszcze dołożyć kilka groszy na austriacką winietę, słoweńską też, oraz osiem kun chorwackich za szesnastokilometrowy odcinek autostrady. Kuny dzielą się na lipy, ale cała ta chorwacka waluta to i tak wielka lipa. Zostawmy aspiracje bankierów bałkańskich.

Rzeczy wracają, choć ludzie próbują uciekać. Na Islandii spędziłem dziesięć lat i każdego kwietnia lepiliśmy bałwanka. Po sześciu latach przerwy zrobiłem to samo,a potem zapakowałem rodzinę do auta. Pięć i pół godziny za kółkiem i już byliśmy w raju. Przechodził z rąk do rąk. Mieli go Włosi, Austriacy, Węgrzy, Jugosławia, a teraz jest częścią Chorwacji. Opatija się zowie. W tym raju było plus 11stopni. Lokalni mówili, że jest zimno, choć nie zauważyłem, żeby zielone palmy pokrywały się soplami lodu, a soczyste trawniki srebrzystym szronem. Więcej, ludzie pili sobie na zewnątrz schłodzone, białe wino. Widziałem też kąpiących się w morzu. No nie, tak ciepło nie było, ale o zakład poszło. W każdym razie fakt kąpieli morskiej odnotowałem.

Kurort pełen był emerytów z różnych krajów i dobrze się między nimi czułem, zwłaszcza że przed wyjazdem najmłodszy syn powiedział, ze jestem bardzo stary, bo urodziłem się wczasach, kiedy nie było internetu. Pokrzepiony tymi ciepłymi i prawdziwymi słowami dziecka udałem się do Cafe Wagner. Usiadłem w ogrodzie zielonym, pełnym kwiecia i drzew egzotycznych i zamówiłem lampkę białego wytrawnego. To wytrawne za dwadzieścia kun było lipą, więc następna lampka była już za kun czterdzieści i pięćdziesiąt lip, i lipą już nie była. I tak sobie siedziałem, siedziałem i piłem, aż bardzo rajsko mi się zrobiło. Rachunek lipny, bo przez samego kelnera zaokrąglony, zapłaciłem i w park ruszyłem.

A w parku biologia mnie dorwała. Więc w psa na chwilę chciałem się zamienić, miejsce ustronne przy pomniczku znalazłem. Uwolnić się chciałem od myśli natrętnych, gdy tabliczkę na pomniczku przeczytałem i popiersie zidentyfikowałem. I rumieńcem wstydu się pokryłem, bo spontanicznym śmigusem klatę Sienkiewicza – pisarza naszego – potraktować ku pokrzepieniu serc i portfeli straży miejskiej, która się właśnie zbliżała w stronę mą, chciałem. Już jestem w Wiedniu. Raj zostawiłem. Za oknem śnieg. Radio milczy. Last Christmas…