Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Z pamiętnika zaników pamięci,czyli jadąc wierszykiem domowym

Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Mikołaj imion wiele ma

Marzyciele, realiści, wyrobnicy i artyści. Kombinatorzy, kolaboranci, dewianci, szkarady i amanci.
Zboczeńcy i porządni – jasnych ustawek głodni. Grubasy i wielcy chudzielcy. Zamknięci, otwarci, łysi i zarośnięci. O lśniących szufladach, błyszczących krawatach. W cylindrach, kabatach. Paluszki w sygnety z targu pchlego. Ę, ą – z nim nie pogadasz kolego. Grafomani. Specjaliści o serc niewieścich. Z zawodu programiści. Niech ich prąd popieści. Samotni w sieci. W bikini odziani. Ich mateczki już nie żyją… Lecz synkowie cacani, dalej na fejsie gniotą bułę. Buła cieszy wydawcę. Buła w zety się zmienia. Są zety, ale niestety – zabrakło sumienia.

Pasażer z samolotu wychodzi. Lotnisko Goleniów we mgle brodzi. Długo w kraju nie był, a przed nim reklama się rozlewa – „Dom nad rozlewiskiem” – więc pyta taksiarza. Po ile taki dom tutaj? Zabrakło komentarza… Gdy do Szczecina dojechał i wykumał czaczę, podskoczył do Empiku. Dobra, kurde, zobaczę, powiedział do siebie i nabył pozycję. Potem przeczytał, spadł z krzesła i wezwali policję. Dwóch mundurowych, pod pachy i za drzwi. Won! Do buzi balonik, a potem schron. Izba wytrzeźwień znaczy się, a nad ranem grzywna. Walę to! Już więcej nie czytam. I do Irlandii powrócił. A gdy swe dziecko z książeczką w rękach zobaczył, bardzo się zasmucił. Ze łzami w oczach poszedł do baru. I wylew go dopadł. Od fajek, od skwaru.

Inny znów czytelnik, z Poznania rodem, wybrał się na wieczorek autorski z żoną, samochodem. Zaprosili pisarza i patriotę. Jaja były straszne potem, bo się okazało, że ten facet z żoną był jego rodziną, i że ten pisarz przed laty zaginął. W beczce śmiechu, gdzieś koło Sącza Starego, czy Nowego… Już teraz nie pamiętam. Wczesny Alzheimer kolego… W każdym razie podczas wieczorku był śmiech i płacz, bo tej jego żonie zwędzili drogi płaszcz. Z kaszmiru, czy tego…No już nie pamiętam. Alzheimer kolego…Lecz po spotkaniu, ten pisarz uwiódł pewną panią, która, jak się potem okazało, była jego nianią. Ten z żoną, najpierw się na twórcę obraził, ale potem mu przebaczył i do tyłka właził, bo autor, który się odnalazł, miał znajomości w magistracie. I załatwił tamtemu robotę, na chacie. Cenzora. To było w czasach Gierka. Albo Kani, albo Jaruzelskiego? Nieważne, kolego. Jedno pamiętam. Jedną rzecz tu wydrążę Ludzie wtedy więcej czytali. I czytali mądrzej!