fbpx

Maciej Nowak – czy artysta może zamilknąć?

30 lat temu, w proteście przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego, środowisko aktorskie ogłosiło bojkot telewizji. O milczeniu artysty Tomasz Kin rozmawia z Maciejem Nowakiem, dyrektorem Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego.
– Co jako szef Instytutu Teatralnego odpowiesz na pytanie: „czy artysta ma prawo zamilknąć, pozbawiając się leżącej u podstaw zawodu mocy słowa?” Pytam przy okazji rocznicy stanu wojennego i zeszłorocznej tragedii lotniczej.

– Myślę, że nikt nie ma prawa oczekiwać od artystów tego, że zamilkną. To jest wbrew podstawowym zasadom uprawiania jakiejkolwiek twórczości. Ale jeśli artyści chcą zamilknąć, to również nie można im odbierać tego prawa. Decyzja ta musi jednak wyjść od artysty. Jeśli się tak dzieje, to w moim przekonaniu wynika z chęci uszanowania emocji, które są wśród odbiorców i w całym społeczeństwie. Oczywiście rolą artysty jest komentowanie wszystkiego i przerabianie doświadczeń które przynosi los, świat i historia. Są jednak takie momenty, kiedy artysta wie, że jego głos może być nieusłyszany albo może sprowokować jakieś reakcje naruszające godność tej chwili. Osobiście, dziś, prawie półtora roku od tragedii smoleńskiej, myślę sobie, że trzeba w takich chwilach zabierać głos. Sytuacja wówczas była niestety tak napięta, że organizowanie spektakli w dniu w którym odbywają się wielkie uroczystości żałobne, kiedy przez Warszawę jadą co chwilę kondukty żałobne, kiedy ludzie wychodzą na ulicę oddać hołd ciału prezydenta wraz z jego żoną, uruchamianie teatru byłoby przeciw teatrowi i artystom. Myślę, że ci z moich kolegów, którzy zajmują się teatrem ( mam na myśli tych dostatecznie wrażliwych, dostrzegających swoją twórczość w kontekście społecznym), decyzję o zawieszeniu Warszawskich Spotkań Teatralnych zrozumieli. Ale nikt nie ma prawa kneblować artystów, ta decyzja musi należeć do nich samych.

– Dla mnie to zwykła poprawność polityczna, która wywołała efekt domina. Wiele placówek miało wówczas ciekawy repertuar i wcale nie zamierzało milknąć. To przecież teatrum wyobraźni. Gdzie lepiej odreagować i wyciszyć swoje emocje, przed kanałem informacyjnym epatującym cierpieniem?

– Efekt domina to trafne określenie; powiem Ci, że ja na nie liczyłem. Podejmując decyzję w sprawie odwołania Warszawskich Spotkań Teatralnych, mówiłem wprost „jesteśmy instytucją narodową, miejscem, które stwarza standardy dla polskiego teatru”. Miałem nadzieję, że nasza rezygnacja będzie sygnałem dla innych dyrektorów, by w tym tragicznym momencie zastanowili się nad tym, czy chcą swoją sztukę pokazywać.

– Co by się działo, gdybyś tego nie zrobił?

– Moja przyjaciółka przysłała mi bardzo przejmującego sms-a. Napisała, że całkowicie rozumie moją decyzję, bo gdybym jej nie podjął, to w przyszłości nie mógłbym robić Warszawskich Spotkań Teatralnych.

– Zrobiłbyś coś wbrew poprawności politycznej, skazując się na populistyczne potępienie decydentów?

– Raczej nie. Mógłbym za to doprowadzić do bardzo ostrych konfliktów między zwolennikami żałoby a tymi, którzy byli po stronie karnawału. Postanowiłem uciec z tego pola konfliktu, bo nie umiałem go jednoznacznie rozstrzygnąć. Ciągle mówiłem o tym że Warszawskie Spotkania Teatralne mieliśmy rozpocząć w Teatrze Polskim, a tam pod drzwiami był stos kwiatów i płonęły znicze w związku ze śmiercią Janusza Zakrzyńskiego, aktora tego teatru.

– Grał Marszałka Piłsudskiego.

– Tak. I teraz wyobraź sobie tę szarpaninę ze strony tych, którzy chcą wejść na spektakl, i reszty, która chciała przeżywać zadumę.

– Ale artystom o to chodzi – im większe emocje, tym czują się bardziej potrzebni, zauważeni.

– To jasne, że zależy im na tym, by być zauważonym. Ale poza tym, że jesteśmy artystami, jesteśmy obywatelami i powinniśmy mieć empatię dla osób, które są naszym żywicielem – dla widzów.

– Empatia czy pragmatyzm?

– Empatia, która prowadzi do pragmatyzmu. Dziś te emocje wygasły, ułożyło się to wszystko zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy to sobie wyobrażaliśmy. Mamy niemal dwuletnie doświadczenie wszystkich politycznych interesów, które usiłuje się na tej tragedii wygrać. Dziś mogę to bardziej niuansować, ale wtedy miałem poczucie, że następuje pewien rodzaj narodowej komunii, że doświadczamy momentu historycznego, kiedy anioł swoim skrzydłem dotknął nas wszystkich. Ten moment pozostanie w historii Polski i będzie przekazywany jako mit z pokolenia na pokolenie. W takiej chwili zaburzanie tego byłoby według mnie niesłuszne i nieskuteczne. Wygrywalibyśmy wówczas nasze małe ambicje, małą próżność , że oto jednak chcemy się pokazywać. Tych najważniejszych emocji nie było w teatrze, dlatego nie mieliśmy szans, by przy pomocy repertuaru dać społeczeństwu szansę na odreagowanie. A taki argument słyszę ciągle. Myśmy nie byli wtedy na to przygotowani.

– Myślisz, że to znak czasów, że skoro dziennikarze mają w redakcjach czarną kopertę z instrukcjami co robić w obliczu końca świata, artyści tez powinni mieć swój plan awaryjny?

– Wiem, o czym mówisz, bo kiedy prowadziłem dział kulturalny w Gazecie Wyborczej miałem tzw. zimny bufet. Ale w teatrze tak nie będzie – czym innym zajmują się media, a czym innym jest materia artystyczna.

– Teatr obecnie jest przecież bardzo ważnym medium.

– Absolutnie tak. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Zobacz jednak, że teatr przerobił lekcję smoleńską. Przez ostatnie miesiące mamy bardzo wiele premier, które odwołują się zarówno bezpośrednio do tragedii, jak i takich, które wykorzystują materiał zbierany pod pałacem prezydenckim i całą polaryzację społeczną. W końcu na trzeci poziom przeniosło się dyskutowanie z narodowymi emocjami, ponieważ obecnie mamy również wielki wysyp repertuaru romantycznego. W tamtych chwilach reanimowane zostało całe instrumentarium romantyczne. Wszystkie mity polskie, ofiarnicze znowu powróciły. Te premiery wręcz wyrastają z doświadczenia smoleńskiego.

– Zabrakło tego uzasadnienia wtedy. Ale chyba nawet nikt by go nie chciał słuchać…

– Pamiętam, jak kilka dni po wszystkim odbyła się dyskusja w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, poświęcona również mojej decyzji o odwołaniu Spotkań Teatralnych. Jacek Kopciński, redaktor naczelny miesięcznika „Teatr”, wychwycił w pewnym momencie jedno moje zdanie, że teatr po Smoleńsku będzie już inny. Zaczęło się pełne oburzenia dopytywanie: co Pan ma na myśli itd? Wtedy to była moja intuicja, nie do końca wiedziałem, o co chodzi. Ale teraz już widzę, że pewne narzędzia i tematy znowu powróciły na scenę. Świetnie pisze o tym profesor Dariusz Kosiński , autor książki opowiadającej, jak teatr odbija polską duszę (Dariusz Kosiński. Teatra polskie. Historie, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2010). Napisał nowy rozdział do wydanej w zeszłym roku książki, pokazując teatrum roku 2010. Tematy przedstawiające powiązania życia politycznego z duchowym, nasze cierpiętnictwo, naszą mesjańską postawę Chrystusa narodów. Wszystko to odżyło.

– To teraz zróbmy coś co Polacy uwielbiają: pogdybajmy. Ludzie przyszliby do teatru w czasie żałoby?

– Pewnie część by przyszła.

– Czego by oczekiwali?

– Przyszliby, kontestując ten zbiorowy zryw romantyczny, który się odbywał. Jednak będę się upierał, że w tamtym momencie postawa kontestacji była niewłaściwa. Pisałem nawet o tym artykuł, że byłby to wówczas gest klasowy. To jest zbadane przez socjologów. Tragedie mają największe konsekwencje dla klas niższych, dla ludzi, którzy w dużym stopniu żyją cudzymi emocjami, generowanymi przez media. Naukowcy z uniwersytetu w Chicago dowiedli, że po 11 września trauma najdłużej utrzymywała się w środowiskach osób bezrobotnych, bezdomnych, samotnie wychowujących dzieci. Natomiast bardzo szybko z tragedii w Nowym Jorku otrząsnęli się ludzie dobrze sytuowani i klasy wyższe. Tutaj kontestacja tych zbiorowych emocji byłaby takim właśnie gestem klas wyższych. „Niech te babcie i dziadkowie z prowincji przyjeżdzający do stolicy sobie płaczą, a my idziemy zajmować się własną rozrywką, czyli wyrafinowanymi spektaklami”.

– Zakładam, że artyści nie byli tacy zgodni?

– Reagowali rozmaicie. Otrzymałem wspaniałe, przejmujące dla mnie dowody poparcia, ale niektórzy do dziś mają mi za złe, że odebrałem im szanse na zaistnienie w stolicy. Festiwal jest przecież możliwością dla wielu mniejszych teatrów z Polski. Oni nie mogli zrozumieć, że nie było szans na sukces tego festiwalu, kiedy przez kilkanaście dni media były wypełnione relacjami z kolejnych pogrzebów i spekulacjami o przyczynach wypadku. Najzwyczajniej nie byłoby miejsca, żeby przebić się przez ten wielki temat z recenzjami i opiniami na temat prezentacji teatralnych. Te emocje jednak gasną.

– Porozmawiajmy teraz o innym wydarzeniu historycznym, którego mamy zaraz rocznicę, i które równie mocno podzieliło środowisko. Dostrzegasz podobieństwa postaw ludzi z tym, co wydarzyło się po wprowadzeniu stanu wojennego?

– Sytuacja polityczna była kompletnie różna. Ale postawy, które się uaktywniły w środowisku teatralnym, były rzeczywiście dość podobne. Środowisko nie było jednoznaczne i zwarte. Szczęśliwie ci, którzy mieli największy wpływ na opinię środowiskową, przewalczyli postawę bojkotu. Ale była cała masa przeciwników.

– To środowisko Hanuszkiewicza?

– Generalnie środowisko warszawskie , najbardziej obecne w mediach. Ich wycofanie się z telewizji było bardzo znaczące. Ale było wielu artystów z mniejszych ośrodków, którzy tę chwile zamilknięcia części elit środowiskowych wykorzystali dla siebie. Szybko przecież pojawiły się przeniesienia spektakli z małych ośrodków. Nastąpiła ostra polaryzacja. Jednak szczęśliwie ludzie, którzy zrozumieli powagę chwili, zdominowali postawy artystów. Została legenda bojkotu a nie legenda kolaboracji, jak wtedy mówiliśmy.

– Dziś to gwiazdy seriali: Witold Pyrkosz, jeden z braci Damięckich. Kora mówiła mi ostatnio o zachowaniu moralnie nagannym. Tak interpretowałeś zachowanie kolaborantów?

– Nie wiem, czy było to zachowanie moralnie naganne. Gdyby nie było bojkotu, nic by się nie stało. Ten sprzeciw dodał godności środowisku artystów teatru, dzięki czemu na przełomie lat 80. i 90. mogliśmy mocno zaistnieć w świadomości społecznej.

– Ta legenda nie zawsze była wykorzystywana właściwie.

– Niestety to prawda. Mamy jednak za sobą heroiczną przeszłość. Pamiętaj, że oprócz stanu wojennego był jeszcze jeden taki moment, kiedy artyści bojkotowali sytuację w kraju – okupacja. Polska była jedynym w Europie okupowanej przez III Rzeszę, gdzie artyści odmówili pracy w teatrach. We Francji teatry działały przez cały czas. W kraju Związek Artystów Scen Polskich zarządził bojkot teatru. Niemcy nie protestowali przeciw polskiemu życiu teatralnemu, ale wymuszali najbardziej banalny, głupawy i komercyjny repertuar rozrywkowy. Kierownictwo ZASP-u, w tym m.in. ojciec braci Damięckich, zarządzili taką postawę moralną. Aktorki i aktorzy pracowali na budowach i w kawiarniach. Nie chcieli mieć nic wspólnego z tym zaproponowanym przez okupanta obiegiem teatralnym. Zatem z takich trzech gestów: tego najwspanialszego obciążonego największym ryzykiem podczas okupacji, potem w czasie wojennym i po trosze, przy okazji Smoleńska – buduje się pomnik polskiego aktora i aktorki.

– Kim byłby dziś bez tego pomnika?

– Byłby kimś zupełnie innym, mimo że dziś zachowuje się, nie pamiętając o tym ideale. Ludzie nie postrzegają już nas jako tych chowanych za murem cmentarnym. Już nie jesteśmy komediantami, a jeśli nimi jesteśmy, mamy lekkie wyrzuty sumienia, że nasza działalność ogranicza się tylko do tego, a nie szukamy jakichś większych wyzwań artystycznych. Jasne, że nie ma miejsca na heroiczne gesty i autorytety, natomiast wzór istnieje.

– Co dla widza jest tym najważniejszym kryterium ważności wypowiedzi teatralnej, kiedy widzi, cytując Wilhelmiego, że artysta „przypierdolił”?

– Myślę, że to czego oczekujemy od sztuki, czując że „przypierdolili” wtedy, kiedy artyści demaskują fikcje życia społecznego. Ujawniając sytuacje, kiedy jesteśmy wkręcani przez media, władzę. Kiedy stajemy się częścią gier społecznych mających służyć ludziom bogatym czy określonym środowiskom. Ta postawa krytyczna jest w teatrze najsilniejsza. Osobiście tego właśnie oczekuję! Nie znoszę nagminnej w teatrze gry konwencjami i odwoływania się ciągle do tych samych tematów, wątków, które były już poruszane po tysiąckroć.

– Przykład?

– Kwestia mieszczańskiej moralności. Można czy nie można zdradzać żonę? Oto klasyk, banał. Przede wszystkim konwencja, bo wielokrotnie na scenie przerabiana. Szukam nowych obszarów tematycznych. Oglądałem ostatnio „Położnice ze szpitala św. Zofii” – musical przygotowany w teatrze w Chorzowie. Spektakl opowiada o rodzeniu dzieci, połogu.

– Z punktu widzenia tego strasznego szpitala, który na siłę wyciska z kobiet noworodki metodami średniowiecznymi?

– Tak, ale również z punktu widzenia położnej. Wstrząsające było to, że oto weszliśmy w samo sedno tematu, w ogóle przez teatr nie dotykanego.

– Na ten temat jest olbrzymie zapotrzebowanie mediów, stworzył się wręcz rynek.

– Na widowni cudowna wspólnota kobiet, które po raz pierwszy przyszły do teatru, i usłyszały o czymś co absolutnie jest ich. Z ich brzucha i umysłów. Siedziałem obok niesamowicie rozgorączkowanych dziewcząt, które co chwila szeptały, że tak właśnie jest, histerycznie się śmiejąc. Z drugiej strony wspólnota kobiet na scenie, które grając Szekspira czy Czechowa, nie są w stanie dotknąć swoich najbardziej intymnych emocji i ich ujawnić. Chodząc po scenie z wypiętymi brzuchami, zmęczonymi od ciąży kręgosłupami, a potem udając parcie i rozwarcie, przekazywały niezwykłą prawdę. Kobiety na scenie i widowni ,które tak doskonale się porozumiały, odkryły dla teatru nową przestrzeń. Zupełnie nie konwencjonalną, bo używały słów z życia codziennego, których dotąd nigdy nie mogły przenieść na scenę, by stworzyć jakość artystyczną. To chwila, kiedy widzę, że teatr wykonuje właściwą robotę.

– Artysta może kneblować się tylko wtedy, kiedy ta decyzja staje się podjęciem jakiegoś ważnego tematu i samoistnym komentarzem?

– Bardzo trafne słowa. Kneblowanie to najmocniejszy środek wyrazu.