Mógłbym więcej: wywiad z Antonim Pawlickim

Mógłbym więcej: wywiad z Antonim Pawlickim
materiały prasowe film PAPUSZA

Po premierze „Papuszy”, w której zagrał Jerzego Ficowskiego, Antoni Pawlicki opowiada o tym, dokąd ucieka, by złapać swój rytm i co sprawia, że czasem chce zostać gdzieś na dłużej.
ANTONI PAWLICKI: No to w czym mogę pomóc?

Nie wiem, jak żyć. Może jako autorytet mi pomożesz?

Ale ja się nie uważam za autorytet.

Autorytecik?

W żadnej mierze.

A kto to jest autorytet?

Ktoś z ogromnym doświadczeniem, kto osiągnął coś, na czym mogę się wzorować, być w to zapatrzony. Mogę powiedzieć, że dla mnie autorytet to Jan Paweł II… W aktorstwie – Robert de Niro. Jako reżyser – Paul Greengrass, Joanna i Krzysztof Krauze. Ale też John McGuinness – gość, który 19 razy wygrał na wyspie Man TT International Race – najszybszy wyścig motocyklowy… A ja? Nigdy nie pomyślałbym, że mogę być autorytetem w jakiejś dziedzinie, ponieważ w żadnej nie osiągnąłem jeszcze poziomu jakiejkolwiek doskonałości w sposób dla mnie satysfakcjonujący. Myślę, że mógłbym więcej od siebie wymagać.

Masz poczucie wiecznie nieodrobionych lekcji?

Nie, ja te lekcje odrabiam, ale mam poczucie, że mógłbym robić to jeszcze pilniej i w każdym niedoskonałym, według mnie, drobiazgu upatruję winy w swoim lenistwie, niedociśniętej dyscyplinie, odpuszczeniu sobie.

Lekcję do „Papuszy” jednak odrobiłeś wzorowo. To podróż kilkadziesiąt lat wstecz. Jaka była?

Daleka i niezwykle interesująca – do świata, którego już nie ma. Słyszałem, że jeszcze we Francji zdarzają się czasem tabory, ale tu u nas dawno już zniknęły.

Czy wcześniej miałeś w głowie jakikolwiek stereotyp Roma, który przełamałeś dzięki temu filmowi?

Nie. Nawet Cyganka nigdy mnie na ulicy nie zaczepiła. Nie miałem więc żadnej wyrobionej opinii, oprócz jakiejś wiedzy ogólnej. Wiadomo, że w powszechnym obiegu funkcjonuje opinia, że Cyganie kradną, ale to akurat jest prawda (śmiech). Jednak teraz wiem, że nie wszyscy i nie wszędzie. Oni mają zasady – ponieważ uważają gadjów, czyli obcych, nas, za istoty gorsze, nie widzą absolutnie nic złego w tym, żeby nas czasem okraść. Wręcz przeciwnie: jest to dla nich okazja do okazania swego sprytu i przedsiębiorczości. Ale co innego robią w swoim kręgu albo gdy się z nimi zaprzyjaźnisz – wtedy stajesz się ziomem, którego traktują z szacunkiem.

Wiedzę o Romach zdobywałem, czytając książki Ficowskiego, rozmawiając z naszymi konsultantami, przede wszystkim z Jackiem Milewskim, również tłumaczem, byłym dyrektorem jedynej szkoły dla dzieci romskich w Polsce. Poznałem się z Cyganami, którzy grali w „Papuszy”. Było ich około 300, z czego na planie non stop 30. Pojechaliśmy do Olsztyna, do wybranych klanów, przywieźliśmy wódkę, zamieszkaliśmy z nimi i zawarliśmy przyjaźń. Bo oni są otwarci, niezwykle gościnni, pomocni.

W tym momencie odczarowujesz zły stereotyp.

Zmierzenie się z poezją Ficowskiego, z dramatem Paupszy, z Krauzami – to wszystko było dla mnie bardzo ważne, ale mam wrażenie, że jednak spotkanie z Cyganami okazało się największą „wartością dodaną”. To ludzie o kompletnie innym poczuciu wartości, potrzebach, odmiennym spojrzeniu na życie. Mają coś do jedzenia, kobiety, gorzałę, miejsce do schronienia, ładny widok, towarzystwo, po co im reszta? Rozmawiają, jedzą, śpiewają, tańczą, cieszą się, że mogą sobie spojrzeć w oczy i powiedzieć: „stary, ty gadasz głupoty” albo: „mądry jesteś”, i już. Są całkowicie wyzuci z tego, o czym mówiłem na początku – z tej chęci samodyscypliny. Przy nich można zapomnieć o tym całym pędzie, o tym, że można mieć jeszcze tamto, zdobyć to, skonsumować coś ponad.

Są pierwowzorami antyglobalistów?

Mają swoją historię, poza systemem, który – zresztą na ich własne życzenie – w ogóle ich nie uwzględnia. Cywilizacja europejska ma z nimi problem. Obecna sytuacja na Słowacji czy na Węgrzech, gdzie w „gettach” mieszka 300 tysięcy Cyganów, doprowadzi do tego, że za 20 lat będą to drugie Bałkany, jeśli Unia Europejska wciąż nie odkryje, że w środku swego terytorium ma szybko wzrastającą narodowość, która wymaga natychmiastowej edukacji. Mało tego, Cyganów trzeba do niej ciągle i uporczywie namawiać, bo oni mają w sobie pewien rodzaj autodestrukcji. Nie chcą uczyć się pisać, bo to jest, ich zdaniem, zło zarezerwowane dla gadjów, więc nie zapisują nawet własnego alfabetu. I dziś jest to język mówiony, który zanika, bo mieszkając np. w Polsce, Cyganie zapominają o pewnych słowach, wypierając je polskimi. Na tym przykładzie można zobaczyć każdy aspekt ich kultury, bo cywilizacja ma taką siłę, że za chwilę rozjedzie ich walcem Internetu, narkotyków, patologii. „Papusza” jest więc również filmem kulturoznawczym, obrazem prawdziwego cygańskiego życia i dziełem językoznawczym – my tam mówimy językiem Cyganów z lat 50., który był inny niż dzisiaj.

No właśnie, czy po tym wszystkim długo otrząsałeś się z Ficowskiego?

Nie. Ficowski był we mnie, a ja byłem w nim z przerwami przez 14 miesięcy. Nie chodzi o to, że jestem zmęczony, znużony, zirytowany, ale najzwyczajniej w świecie było to pewne nagięcie mojej osobowości w jego stronę, wykrojenie i uwypuklenie jednego kawałka siebie i zamrożenie innych. Gdy kończyliśmy „Papuszę”, ja już po prostu chciałem założyć swoje sportowe buty, dresy, bejsbolówkę. Wsiąść na motor, pójść na trening, zrobić coś, czego na pewno nie robił Ficowski. Tak już mam. Ale gdy po paru miesiącach oglądam film na premierze, i to jest już trochę poza mną, bardzo się wzruszam. Bawi mnie też, gdy pewne filmowe historie się na siebie nakładają. Pamiętam, gdy na premierę „Big Love” przyszedłem, będąc już Ficowskim, czyli wyglądając jak on, i dziennikarze trochę się zdziwili. Najgorzej jest, jak się jakąś dziewczynę pozna, gdy jest się np. Ficowskim, a potem… ale w te tematy nie wchodźmy (śmiech).

Zaraz, zaraz, niedawno w pewnym magazynie wszystko o tym powiedziałeś, a teraz nie?

Wrobiłem się w to trochę (śmiech), ale już za późno.

No dobrze, a czy między kolejnymi rolami jest coś stałego?

Rodzina jest moim jedynym stałym elementem. Poza tym żyję od projektu do projektu, od wkrętu do wkrętu, od roli do roli. Taki zawód pokochałem. Pracuję przez kilka, kilkanaście miesięcy, ale za to później mam mnóstwo wolnego czasu i…

…wchodzisz na lodowiec.

Tak, albo robię sobie jakąś inną zajawkę, w której to ja jestem reżyserem, scenarzystą i operatorem. Dużo podróżuję. Z grubsza wymyślam, co chcę robić i w jakim kierunku się udam, ale nie rezerwuję wszędzie hoteli. Zawsze otwieram się na opcję, że jeśli gdzieś będzie fajnie, to zostanę tam dłużej.

A co może cię zatrzymać?

Zatrzymała mnie Gruzja. Bo jeśli znasz jednego Gruzina, to znasz już wszystkich Gruzinów i jeden wysyła cię do drugiego. Za każdym razem jesteś wspaniale ugoszczony, siedzisz w jakiejś chacie między winnicami, jesz to zajebiste jedzenie, oni biesiadują…

Zatrzymała nas też wieś na Syberii, nad Bajkałem, do której trzeba dopłynąć łodzią. 12 domów, ludzie żyjący z tego, co wyhodują, krowy, świnie, warzywa, zero zasięgu komórkowego.

No właśnie, czasem uciekasz też do klasztoru Benedyktynów.

W natłoku różnych zajęć i doświadczeń miewam czasami problem z zatrzymaniem się i ułożeniem wszystkiego w głowie. Znalazłem takie miejsce, 300 km stąd, gdzie mogę pobyć parę dni i wejść w rytm, który sprawia, że nagle słyszysz swoje myśli, skupiasz się na nich, możesz je rozebrać, poukładać. Abstrahując od doznań religijnych, bo wiadomo, że się tam również modlę, to najbardziej ciągnie mnie ten stały rytm. Przed zdjęciami do „Papuszy” spędziłem tam cztery dni. Wstawanie o świcie, medytacja, modlitwy, posiłki spożywane w skupieniu. Pomogło.

W Warszawie nie ma rytmu? Dzień bywa nocą, a noc dniem?

Tak, Warszawa żyje całą dobę. Nie jest łatwa. Nawet Saska Kępa stała się już strasznie hałaśliwa i trochę zmanierowna. Choć zakochałem się w tej dzielnicy i kupiłem tu mieszkanie, to zawsze, gdy wracałem z Łodzi ze zdjęć do „Komisarza Alexa”, trochę się temu dziwiłem. Łódź jest miastem charakternym, niekolorowym, mało ładnym, niebezpiecznym. Tam trzeba mieć naprawdę oczy dookoła głowy. I gdy już stamtąd na tę swoją Kępę wracałem, myślałem sobie, patrząc na tutejszych ludzi w ładnych fryzurach i modnych płaszczykach: „O, jakbyście do tej Łodzi pojechali, to od razu by was skroili” (śmiech). Ale nie oceniam tego.

A jakim byłeś dzieciakiem na Ursynowie, gdzie się wychowałeś?

Byliśmy z bratem trochę izolowani od ursynowskiego środowiska. Moi rodzice żyli w przekonaniu, co nie było do końca prawdą, że są otoczeni przez samych napływowych prostaków i w związku z tym nie można nas puszczać na podwórko i trzeba wozić nas do dobrej szkoły na Stegny. Czasem jednak się na to podwórko wychodziło…

I co się tam robiło?

Klasyka. Pierwsza wódka, pierwszy joint, hip-hop rodzący się właśnie wtedy, dookoła gangsterka. Pamiętam raz, idę w glanach, bojówkach, długich włosach i zaczepia mnie niejaki Pizza. Trochę mnie pobił, ale nie do końca, bo się wybroniłem. Nie sprał mnie więc tak, jak chciał, i w jego głowie, na której miał wytatuowanego pająka, coś pozostało chyba jakieś takie niezałatwione. Potem dowiedziałem się, że przy okazji tej akcji zgubił sygnet i że szuka mnie wkurwiony, a do tego ma klamkę.

Dziś możesz już chyba wyjawić, w której piaskownicy zakopałeś sygnet i któremu Cyganowi po latach go sprzedałeś?

Nie mam i nie miałem nigdy żadnego sygnetu. To nie mój styl.

Antoni Pawlicki, 30-latek, warszawiak, aktor. Za debiut w filmie „Z odzysku” został nagrodzony na festiwalach filmowych w Bratysławie, Salonikach, we Wrześni i Koszalinie. Zagrał m.in. w „Katyniu”, „Big Love” oraz serialach „Czas Honoru” czy „Kapitan Alex”. W filmie „Papusza” zagrał Jerzego Ficowskiego.

WARTO PRZECZYTAĆ

„Czas honoru. Pożegnanie z Warszawą” Jarosława Sokoła, trzeci tom książki na podstawie scenariusza do bijącego rekordy popularności serialu „Czas honoru”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze