1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Moda
  4. >
  5. „Jak już mam gdzieś wisieć, to w muzeum”. Historia Jerzego Antkowiaka, legendy PRL-owskiego świata mody

„Jak już mam gdzieś wisieć, to w muzeum”. Historia Jerzego Antkowiaka, legendy PRL-owskiego świata mody

(Fot. Jan Bielecki/East News, Warszawa 12.09.2018, Konferencja Jerzego Antkowiaka nt. Polskiej Mody n/z: Jerzy Antkowiak)
(Fot. Jan Bielecki/East News, Warszawa 12.09.2018, Konferencja Jerzego Antkowiaka nt. Polskiej Mody n/z: Jerzy Antkowiak)
Miał projektować serwisy do kawy, a skończył jako ikona polskiej mody. Jerzy Antkowiak trafił do Mody Polskiej przez przypadek – i przez kolejne czterdzieści lat udowadniał, że intuicja bywa najlepszym kompasem.

Zanim został legendą PRL-owskiej mody, był dzieckiem wojny. Urodził się 18 maja 1935 roku w Wolsztynie – w dniu pogrzebu marszałka Piłsudskiego, co – jak sam żartuje – „nie było dziełem przypadku”. Ojciec spędził pięć lat w niemieckim obozie, a matkę, prowadzącą przed wojną w Wolsztynie sklep z kapeluszami, wraz z synem wysiedlono do rodziny w Mińsku Mazowieckim. To ona utleniała mu włosy i wsadzała do wagonu z napisem Nur für Deutsche, każąc udawać folksdojcza, gdy kursowała z towarem między Mińskiem a Warszawą.

– Byłem dzieckiem, mnie to szalenie ekscytowało. Napięcie, tajemnica, przygoda – przyznawał w rozmowie z „Panią”.

Po powstaniu warszawskim matkę wywieziono do Niemiec, skąd wyjechała do Kanady. Antkowiak nigdy więcej jej nie zobaczył, a gdy po latach wracał z ciotką do rodzinnego Wolsztyna, usłyszał tylko: – Przestań się mazać, bo pomyślą, że prowincja przyjechała.

Do mody Antkowiak trafił przez pomyłkę

Na początku 1961 roku wybrał się na wystawę wzornictwa przemysłowego w Pałacu Kultury i Nauki. Usłyszał muzykę, zobaczył zebrany wokół czegoś tłum i pomyślał, że natrafił na wystawienie zwłok. To był pierwszy w jego życiu pokaz mody. Oszołomiony przepychem, przecisnął się przed oblicze Jadwigi Grabowskiej i skłamał, że od zawsze marzył o projektowaniu ubrań. – A ty, syneczku, co robisz? – zagadnęła go wtedy, jak wspominał w „Vivie”. Odpowiedział, że skończył Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych. – Ale coś masz z modą? – dopytywała. – No, wydział ceramiczny – wyznał, pewny, że na tym rozmowa się skończy. Grabowska jęknęła, ale zaraz się rozpromieniła: akurat szukała kogoś, kto zaprojektuje porcelanowy serwis do kawy dla Ćmielowa, a ceramika, która miała go pogrążyć, okazała się niespodziewanym atutem. Tak zaczęła się jego czterdziestoletnia przygoda z Modą Polską – firmą, którą przez lata współtworzył jako rysownik, projektant i wreszcie kierownik do spraw artystycznych.

Era Antkowiaka w Modzie Polskiej

Kiedy zaczął samodzielnie reżyserować pokazy, zmienił ich atmosferę od pierwszych minut. U pani Jadwigi bywało cicho i elegancko, czasem grał tylko pianista na żywo – on zamiast tego zamawiał klezmerów grających tanga argentyńskie. – Takie ostre wejście mieliśmy – wspominał w rozmowie z „Hiro”. Od początku patrzył w stronę Paryża, a najbardziej na Yves’a Saint Laurenta, „wizjonera z wadą wzroku”, którego kolejne rewolucje – wielkie płaszcze, damskie garnitury ze spodniami, sztuczne futra w neonowych barwach – śledził uważniej niż partyjne wytyczne dotyczące tkanin.

W 1968 roku, jeszcze przed pokazem, jeden z dyrektorów przezornie ostrzegał zespół, że o obnażonym ciele na wybiegu nie może być mowy. Antkowiak zignorował ostrzeżenie i razem z Ireną Biegańską wypuścił na wybieg czarną kolekcję z półprzezroczystą bluzką.

„Byliśmy wówczas zafascynowani półnegliżami prezentowanymi w Paryżu. (...) Chcieliśmy wstrząsnąć naszą modopolską publicznością” – napisał po latach w książce „Antkowiak. Niegrzeczny chłopiec polskiej mody”.

Rok 1970 przyniósł telegram, który mógł odmienić jego karierę. Podczas pokazu w Paryżu tak spodobał się projektantowi Tedowi Lapidusowi, że ten woził go po mieście kabrioletem, krzycząc „Vive la Pologne!”, a później zaprosił do współpracy przy własnej kolekcji, zostawiając mu do dyspozycji atelier, tkaniny i pracowników. Dyrektor Mody Polskiej, trzymając telegram jak gnijący ogryzek jabłka, orzekł krótko: – Zdrajca narodu! Takiego skandalu w Modzie Polskiej nie będzie.

Jego najważniejszym projektem okazała się suknia z prześcieradła

Nie spodziewał się, do czego doprowadzi spontaniczny przypływ kreatywności na studenckim balu przebierańców w Przesiece. – Patrzę, tu jakieś kolombiny, ktoś za Brigitte Bardot, a ktoś z żyrandolem na głowie. A ja zerwałem prześcieradło i udrapowałem je na jej ramieniu, przebierając ją za Indirę Gandhi – opowiadał w „Vivie” o poznaniu przyszłej żony, Danuty Piąty. Mimo zawstydzenia wygrała konkurs na najlepsze przebranie, a on zakochał się od pierwszego wejrzenia w jej śniadej cerze, kruczoczarnych włosach i chłopięcej sylwetce.

To dla niej zaprojektował swoje pierwsze sukienki, a później także suknię ślubną. „Bardzo wstydziliśmy się powiedzieć krawcowej, że panna młoda spodziewa się dziecka. Ta jednak sama się zorientowała i nie komentowała tego. Zaprojektowaliśmy wspólnie suknię, zgodną z modą, spódnica odcięta w pasie, skrojona ze skosu, z pełnego koła” – wspominał w książce „Antkowiak. Niegrzeczny chłopiec polskiej mody”. Pobrali się w 1957 roku, zamieszkali w Komorowie pod Warszawą i doczekali się syna Kajetana, który na prośbę ojca pracował jako model w Modzie Polskiej, oraz córki Dominiki, tancerki baletowej. Byli małżeństwem – jak sam mówił – „jak ogień i woda”, ale spędzili razem ponad sześćdziesiąt lat, aż do jej śmierci kilka lat temu.

Piwnica pełna Mody Polskiej

Gdy w 1998 roku firma zbankrutowała, syndycy zaproponowali mu posadę magazyniera. Odmówił i zamiast tego odkupił od nich cały magazyn – tysiąc ubrań i tysiące szkiców – za równowartość trzech pensji.

– Czy żałuję? Nie. W PRL Moda Polska była wyjątkowa. Gdyby nawet przetrwała, straciłaby wyjątkowość, byłaby odgrzewanym kotletem. Wyglądalibyśmy jak Liberace po liftingu – mówił w „Dużym Formacie”.

Kolekcje trafiły do piwnicy jego domu w Komorowie, gdzie latem wietrzył je w ogrodzie, żeby nie zjadły ich mole. Przypadkowy gość na jego osiemdziesiątych urodzinach, projektant Tomasz Ossoliński, zobaczył ten prywatny skarbiec i nie mógł uwierzyć własnym oczom. Dzięki niemu modopolskie archiwum trafiło na wielką wystawę do Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. Sam tak to podsumował na łamach „Pani”: – Jak już mam gdzieś wisieć, to przynajmniej w muzeum.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE