fbpx

Christina robi „bang bang”

Dziewczyńskie piosenki o miłości. Nudy? Niekoniecznie, bo piosenkarka wie, kiedy tupnąć.
Christina Perri to jedna z tych artystek, o których zapewne nigdy dotychczas nie słyszeliście. I nie ma w tym nic dziwnego – Amerykanka jest nawet na rodzimym rynku muzycznym dosyć anonimowa. Jej raczkująca sława ma jeszcze długą drogę do pokonania, by rozkwitnąć także po drugiej stronie Atlantyku. A jednak warto dać pannie Perri szansę.

Skąd wzięła się owa zadziorna 25-latka z gitarą? Amerykanie usłyszeli o niej za sprawą jednego z telewizyjnych programów o tańcu – tak, to fenomen na skalę światową, Amerykanie też potrafią, chcą, tylko, no po prostu tańczą. Perri nie wywijała jednak obertasów – koleżanka pracująca przy produkcji programu zaproponowała, by jedna z par zaprezentowała się przy dźwiękach utworu „Jar of Hearts”. Czy przyniósł on szczęście zawodnikom – nieistotne. Grunt, że w chwilę po zakończeniu programu sprzedano 48 tys. plików ze wspomnianą piosenką.

Potem było już z górki: gościnne występy u Jaya Leno i Conana O’Briena, powrót do „So You Think You Can Dance” w roli muzycznej gwiazdy. Sukces przypieczętowało użyczenie piosenki „Arms” na potrzeby… „Mody na Sukces”. Kolejny singiel trafił na składankę filmową do jednej z części „Zmierzchu”.

Tyle o osiągnięciach urodziwej Christiny, której długogrający album „lovestrong” trafił właśnie do otwartej sprzedaży. Perii proponuje słuchaczom 12 piosenek silnej, samodzielnej dziewczyny, której nie raz życie [czytaj: mężczyźni] dało w kość. Dziś jest mądrzejsza, i choć czasem tęskni, to jednak nie da sobie w kaszę dmuchać. Banał, prawda? Nie pierwszy i nie ostatni. A jednak ów banał jest po pierwsze zupełnie nieszkodliwy, a po drugie – co ważniejsze – całkiem przyjemny. Nie w każdym szukamy przecież nowego Dylana.

Piosenki Perri są melodyjne, rytmiczne, czasem skoczne, czasem bujająco – melancholijne. Delikatny głos przypomina dokonania równie mało znanej w Polsce (a szkoda!) Missy Higgins. Od góry do dołu słychać wpływy innych wojujących wokalistek (Alanis Morissette, ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?), w powietrzu unosi się duch Coldplay. Perri zdecydowanie lepiej radzi sobie przy utworach trochę szybszych, w których akompaniuje sobie sama na gitarze. Tak jest w najlepszym na płycie „Bang bang bang” czy też „Mine”. Są na „lovestrong.” momenty nudniejsze, trochę usypiające, ale wydaje się, że Perri jeszcze nie raz przytupnie. Tak, że i w Europie o niej usłyszymy.

Christina Perri, „lovestrong.”, Warner Music Poland