fbpx

Do słuchania przy kominku

Eksbeatles uwodzi na płycie pełnej amerykańskich standardów sprzed lat.
Paul McCartney na Stadionie Narodowym – ta wiadomość gruchnęła w polskich mediach jeszcze na długo przed otwarciem długo wyczekiwanej areny Euro 2012. I choć okazała się tylko plotką i nikt jej do tej pory nie potwierdził, udowodniła, że nazwisko eksbeatlesa elektryzuje publiczność tak samo, jak dawniej.

Muzyk, który w czerwcu skończy 70 lat, wydał właśnie kolejną solową płytę w swoim dorobku. „Kisses on the Bottom” to zbiór amerykańskich standardów bluesa i swingu. Album, który – jak twierdzi McCartney – zawsze chciał nagrać, jest hołdem dla czasów, w których piosenki śpiewali wszyscy. Chodzi o utwory, które „pokolenie moich rodziców śpiewało w Nowy Rok. Wyglądało to tak, że przyjeżdżaliśmy my, dzieci. Zwijało się dywany, kobiety siadały w kółku, w rękach trzymały drinki z rumem i ginem. Ktoś grał na pianinie – zwykle był to mój ojciec. Przez całą noc śpiewało się piosenki”. Muzyk chciał na „Kisses on the Bottom” uwiecznić nie tylko dźwięki, ale i klimat tamtych wieczorów.

I to mu się udało. Wykonania McCartneya są niemal kołysankowe. Ciche, przepełnione liryką. W gronie szlagierów wyróżniają się „I’m Gonna Sit Right Down and Write Myself a Letter”, „It’s Only a Paper Moon”, „Always”, „Bye Bye Blackbird”.

Ale McCartney także tworzy, a nie tylko odtwarza. Wśród kompozycji zamieścił także dwa utwory premierowe. „My Valentine” (napisany podczas deszczowych wakacji w Maroku) już zdążyło podbić serca radiosłuchaczy. „Only Our Hearts” ma jeszcze na to czas.

Jedno jest pewne – jeśli McCartney jednak przyjedzie do Polski, repertuarem z „Kisses on the Bottom” zgromadzonej na stadionie publiczności nie porwie. To muzyka kameralna, do słuchania przy kominku, przy akompaniamencie wina. Wielotysięczna widownia lepiej bawić się będzie przy „Hey Jude”. Chwała dla McCartneya, że gra i śpiewa jedno i drugie. Po mistrzowsku.

Paul McCartney „Kisses on the Bottom”, Universal Music Group