Nicole Kidman: Mój przepis na sukces

"Kobieta ma prawo poświęcić dla macierzyństwa, co chce, ale może zmienić zdanie." (fot. BEW)

Za genialnym posunięciem, jakim był pomysł na „Wielkie kłamstewka”, stoi ona. W kinie zwykle delikatna, wręcz eteryczna, poza ekranem ma dość siły i determinacji, żeby forsować w branży filmowej nowe standardy.

Jest 2018 rok, wrześniowy poranek, na zegarze piąta, budzik wyrywa Nicole Kidman ze snu. Kolejny dzień zdjęciowy drugiego sezonu „Wielkich kłamstewek” zapowiada się doskonale, a jednak w pewnym momencie Kidman dopadają wątpliwości. – Spałam może pięć godzin, a mimo to miałam energię, chęć do życia i działania. Patrzyłam na siebie w lustrze łazienki i myślałam, jaką jestem szczęściarą, i nagle to wszystko wydało mi się zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Uszczypnęłam się tak mocno, że jeszcze następnego dnia miałam ślad. Ale nie obudziłam się, nie musiałam. Z radości, że to nie jest sen, wyściskałam tego dnia na planie przyjaciółki znacznie mocniej niż zwykle – relacjonuje, kiedy spotykamy się w Kalifornii.

Dwukrotnie prosi, żeby tłumacząc naszą rozmowę na polski, na pewno użyć słowa „przyjaciółki”, nie koleżanki czy aktorki. Zaskakująca prośba, jeśli wziąć pod uwagę, że zawsze podkreśla, że nie tak łatwo nawiązuje głębsze przyjacielskie relacje, w dodatku jest nieśmiała i zawsze pracuje w wielkim skupieniu, przez co czasem ludzie, którzy z nią grają, mają ją za wyniosłą. Zresztą i w naszej rozmowie tłumaczy: – Poznaję mnóstwo nowych ludzi, ale w relacjach jestem wierna jak pies. Nigdy nie zapominam o swoich przyjaciołach. Jak lwica walczę o nich w chwilach kryzysu, nigdy nie wymieniam ich na nowych.

Tym bardziej znaczące są „przyjaciółki”, przy których tak się upiera. Pojawiają się w jej wypowiedziach na temat ekipy „Wielkich kłamstewek” równie często jak hasło „kobieca solidarność”. Nic dziwnego.

Ten serial to pod wieloma względami ewenement. Sześć świetnych aktorek na jednym planie. Sześć równoprawnych, rozbudowanych ról, a do tego historia napisana, wyreżyserowana i wyprodukowana przez kobiety. W nadal zmaskulinizowanej branży filmowej faktycznie można mieć wątpliwości, czy to przypadkiem nie sen. Przyjaciółki, o których mówi Nicole, to ona sama, Reese Witherspoon, Shailene Woodley, Laura Dern i Zoë Kravitz: „piątka z Monterey” [od nazwy malowniczej miejscowości nad oceanem, w której rozgrywa się serial – przyp. red.], czyli pięć mam, które łączy mroczna tajemnica. Teraz do i tak gwiazdorskiej obsady dołączyła jeszcze Meryl Streep.

I chociaż ten sukces, jak każdy, ma wielu ojców (a w tym przypadku matek), nie sposób oprzeć się wrażeniu, że „Wielkie kłamstewka” to jednak przede wszystkim triumf Kidman. Z co najmniej dwóch powodów.

Brakujący element układanki

Triumfem na pewno jest jej rola Celeste. W pierwszym sezonie to porażające studium przemocy domowej. Cała wirtuozeria tkwi w tym, że odkrywamy prawdę wolno i po kawałku. Przecież Celeste i jej mąż to taka ładna para! Pełna pasji i namiętności, wszystkie matki dzieci chodzących do szkoły w Monterey po cichu zazdroszczą chemii, która łączy tych dwoje. I przecież ona nie ustępuje jemu pod względem temperamentu. Naprawdę? Kiedy wreszcie zdajemy sobie sprawę z faktycznej skali problemu, czujemy się dokładnie tak jak bohaterka Kidman, która dotąd żyła w ułudzie i do której prawda z całą mocą dociera w momencie, w którym jest już właściwie na nią za późno.

Niektórzy recenzenci zachwycają się, że to najlepsza rola w karierze Kidman. Nawet jeśli potraktujemy te peany z pewną rezerwą, trafne wydają się oceny, że występ w „Wielkich kłamstewkach” to powrót gwiazdy.

Zresztą ona sama, słynąca z tytanicznej pracy, profesjonalizmu i poświęcenia, przyznaje, że oddała tej roli więcej niż dużo. – Kiedy odgrywaliśmy z Alexandrem Skarsgårdem brutalne sceny między małżonkami – wspomina – uświadomiłam sobie, jak to wygląda w prawdziwym życiu. Co innego czytać o tym, rozmawiać, słuchać, a co innego tego doświadczyć. Skarsgård widział, że źle to znoszę. Był naprawdę kochany, próbował mnie rozbawić na przykład żartem, że wszystko zostaje w rodzinie, bo najpierw poszłam do łóżka na planie „Dogville” z jego ojcem Stellanem, a teraz z nim. Dbał o mój komfort psychiczny, ale mimo wszystko bardzo tę rolę odchorowałam. Pamiętam, że któregoś dnia po powrocie do domu napuściłam pełną wannę wody, weszłam do środka i przez długie godziny płakałam.

Doskonała kreacja aktorska to jedno, ale serial to także sukces Kidman na innym polu. Świetny tytuł w portfolio jej firmy producenckiej – Blossom Films. A przy okazji tworzenie na rynku filmowym nowych standardów. Kidman, zamiast narzekać na sytuację kobiet w branży albo czekać, aż coś się zmieni, wzięła sprawy w swoje ręce. Zainspirowana publiczną debatą o parytetach w Hollywood, założyła sobie, że co półtora roku wyprodukuje film reżyserowany przez kobietę. Po czym sama, co dobrze widać po ultrasfeminizowanej ekipie „Wielkich kłamstewek”, podbiła jeszcze stawkę. Książką Liane Moriarty, na podstawie której powstał serial, interesowała się też Reese Witherspoon, która ma firmę producencką Hello Sunshine. Jednak zamiast toczyć boje, obie panie postanowiły połączyć siły.

Razem z grającymi w filmie aktorkami stworzyły dream team. Nawiązały między sobą wyjątkową, międzypokoleniową więź (najstarsza w tej grupie Streep za chwilę skończy 70 lat, najmłodsza Woodley nie ma jeszcze trzydziestki). Aktorki spotykały się po pracy, wychodziły na miasto, zapraszały się do siebie. Nicole mruży w uśmiechu oczy: – Reese zachowywała się jak nasza matka. Nigdy nie pozwalała nam za nic płacić, po kryjomu regulowała rachunki, a kiedy próbowałyśmy ją przechytrzyć, i tak znajdowała na nas sposób. Shailene była buntowniczką, która uświadamiała nas w sprawach ekologii. Dużo mówiła o swoim aresztowaniu, kiedy protestowała przeciwko budowie gazociągu w parku narodowym. Zoë z kolei tłumaczyła nam, jak to jest dorastać jako córka znanych rodziców. Dla mnie, matki czworga dzieci, te opowieści były bezcenne, bo pozwoliły mi spojrzeć na świat z perspektywy moich córek i syna – kontynuuje.

A za chwilę dodaje: – Nasze życie osobiste swobodnie mieszało się z pracą. Na planie rozmawiałyśmy o problemach i radościach ustami naszych bohaterek, w przerwie pomiędzy ujęciami przy kawie mogłyśmy pogadać o tym, co dzieje się w naszym prawdziwym życiu. Taki system pracy jest jak darmowa terapia. Dostałam wiele odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.

fot. materiały prasowe Wielkie Kłamstewka

Spójrz, mamo!

Które ze wspomnianych pytań i odpowiedzi Kidman potraktowała jak terapię? Sama mówi najpierw ogólnikami: – Poruszyliśmy w serialu nie tylko temat przemocy domowej, lecz także samotnego macierzyństwa, umiejętności życia w rodzinie patchworkowej. Ale też na przykład przemocy w szkole, gnębienia dzieciaków przez rówieśników. Patrząc na to wszystko, musiałam zmierzyć się z własnymi demonami.

Dopiero kiedy rozmawiamy o wątku nadopiekuńczości, chronienia dziecka za wszelką cenę przed złem tego świata, bardziej się otwiera: – W moim odczuciu takie zachowanie to kłamstwo, a nie rzeczywista ochrona przed czymkolwiek. Matki, które „zagarniają” swoje dzieci i za wszelką cenę próbują zatrzymać je przy sobie, działają tak naprawdę we własnym interesie. Ja zawsze starałam się kierować dobrem dzieci. Zawsze pilnowałam, żeby nie żyły w bańce. Bo któregoś dnia mogłaby pęknąć, a ja wyrządziłabym im jeszcze większą krzywdę. Dużo o tym myślałam na planie.

To odniesienie do własnego życia ma mocny wydźwięk, jeśli weźmie się pod uwagę najstarszą córkę i syna Nicole: 26-letnią Bellę i 24-letniego dziś Connora – których adoptowała ze swoim pierwszym mężem Tomem Cruise’em i nad którymi Cruise po rozwodzie, kiedy były jeszcze małe, przejął opiekę. To ulubiony temat tabloidów i portali plotkarskich, od niemal dwóch dekad z upodobaniem rozpisujących się o złych stosunkach między Nicole a Connorem i Bellą (cała trójka próbowała, bezskutecznie, owe doniesienia dementować). Jako powód niezmiennie podaje się wpływ Toma i Kościoła scjentologicznego. Na ten akurat temat aktorka nigdy publicznie się nie wypowiada, natomiast zdarzyło jej się mówić o bólu związanym z rozwodem. Najsmutniejszą z tych wypowiedzi jest chyba ta związana z przyznanym Kidman Oscarem za rolę Virginii Woolf w filmie „Godziny”.

Kiedy gwiazda po oscarowej gali wróciła do pokoju hotelowego z nagrodą Akademii w ręku, poczuła się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej.

Swoją statuetkę, jedynego jak do tej pory przy czterech nominacjach Oscara, oddała mamie. Jako wyraz wdzięczności za to, że ją ukształtowała, powtarzając, że marzeń nie powinno się odkładać na później.

Rada podparta doświadczeniem w postaci własnego niespełnionego marzenia. Janelle Kidman, żona Antony’ego Kidmana, cenionego australijskiego psychologa klinicznego, sama nie mając pieniędzy na studia medyczne, została pielęgniarką. Jednocześnie wychowała obie córki – Nicole i o trzy lata młodszą Antonię, dziś znaną australijską dziennikarkę – na niezależne, świadome swoich praw kobiety.

Jednym z pierwszych dziecięcych wspomnień aktorki jest udział w wiecu feministycznej organizacji w Sydney Women’s Electoral Lobby, w której jej matka przez lata prężnie działała.

„Jeśli osoba, która cię wychowała i miała na ciebie tak istotny wpływ – tłumaczyła dziennikarce magazynu »Tatler«” Nicole – nie zrobiła kariery, na jaką zasługiwała, to do czegoś zobowiązuje. To trochę tak, jakbym odnosiła sukcesy także dla niej. Spójrz, mamo, to także twoja statuetka!”.

O własnym dzieciństwie Kidman opowiada bez upiększania: – Urodziłam się w Honolulu, ale dorastałam w Australii, kraju, który jest odseparowany od reszty świata. Australijczycy są przez to nieco zamknięci na inne kultury. Czują się dobrze we własnym sosie i chociaż lubią gości, to trzymają ich na dystans. Nigdy mi się to nie podobało. Zawsze byłam ciekawa świata, jestem wielką szczęściarą, że dziś mogę tak łatwo przemieszczać się z miejsca na miejsce.

– Najtrudniejszy był dla mnie czas liceum. Nienawidziłam tam chodzić. Kiedy wracałam ze szkoły, kładłam się na łóżku, na którym siedziała moja mama, płakałam i żaliłam się jej na wszystkie nieszczęścia, które mi się przytrafiały. Do dziś rozumiem osoby, które twierdzą, że szkoła średnia to horror. Na tym etapie życia jesteśmy przecież tak nadwrażliwi, że małe potknięcia wydają nam się końcem świata. Mój świat był w gruzach codziennie – wspomina.

W jednym z wywiadów przyznała też, że mama opisała ją jako „intensywne”, mając na myśli kłębiące się w Nicole emocje, i nieco osobne dziecko. Może to tylko sprawa charakteru, ale chyba znaczenie miało też to, że płomiennorudej Nicole, z jej porcelanową cerą, australijski klimat zwyczajnie nie służył. Jako że do popołudnia nie wolno jej było wystawiać się na słońce, sporo siedziała w czterech ścianach. Tak odkryła dla siebie książki (już jako 13-latka przeczytała jednym tchem „Wojnę i pokój”), a potem teatr.

Kiedyś stwierdziła, że chyba nikt w domu nie spodziewał się, że ona zostanie aktorką. I że nie zdobędzie, w odróżnieniu od jej siostry Antonii, która skończyła prawo, stopnia naukowego.

Chodziła do tej samej szkoły teatralnej co Naomi Watts, już wcześniej znały się z liceum, ale ich trwająca do tej pory przyjaźń zaczęła się w 1990 roku na planie filmu „Randka na przerwie”, w którym obie zagrały. Zbliżyły się do siebie na tyle, że kiedy (jeszcze tego samego roku) Tom Cruise zachwycił się Kidman, oglądając ją w thrillerze „Martwa cisza”, i zaproponował jej rolę w „Szybkim jak błyskawica”, wyjechały do USA razem. To był przełomowy moment.

Choć goni nas czas

Kidman i Cruise przeszli do historii jako najgorętsza para Hollywood lat 90. Wystąpili razem w trzech filmach – oprócz „Szybkiego jak błyskawica”, podczas kręcenia którego wzięli ślub, w kostiumowym „Za horyzontem” i wreszcie – w „Oczach szeroko zamkniętych”, ostatnim filmie wielkiego Stanleya Kubricka. Grają tu z Tomem małżeństwo w kryzysie. Nieco ponad rok po premierze naprawdę ogłosili separację, a potem rozwód.

Nicole przyznała niedawno, że po rozstaniu rozważała różne warianty przyszłości i rozsądny wydał jej się plan, że może zaadoptuje dziecko i wychowa je sama. I właśnie kiedy zabierała się do jego realizacji, „przydarzył jej się”, jak to zgrabnie ujęła, Keith [Keith Urban, znany muzyk country – przyp. red.].

Wzięli ślub w 2006 roku, mieszkają w Nashville, mają dwie córki – 11-letnią Sunday i dziewięcioletnią Faith [z ang. „wiara” – przyp. red.]. Imię drugiej jest, zdaje się, nieprzypadkowe. Kidman, która sama dorastała w katolickiej rodzinie, podkreśla, że wychowywanie córek w wierze jest dla niej bardzo ważne i chociaż jej mąż nie jest katolikiem, chodzą wszyscy razem co niedzielę na msze. Nie jest również tajemnicą, że to między innymi dzięki pomocy Paula Colemana, australijskiego kapłana i przyjaciela rodziny Kidmanów, Nicole opuściła sektę scjentologiczną.

Powtarza, że jest szczęśliwa. Nie ma problemu, żeby publicznie mówić o tym, jak niesamowitą radością jest dla kobiety, której lekarze powiedzieli, że nie może urodzić dziecka, donoszona ciąża. Uważa, że o stracie towarzyszącej poronieniu wciąż mówi się publicznie, a nawet w gronie rodzinnym, za mało. Przyznała, że ma za sobą doświadczenie i ciąży pozamacicznej, i przedwczesnej utraty dziecka (jeszcze w czasie trwania pierwszego małżeństwa) i że doskonale zna żałobę, która towarzyszy takim przeżyciom. Starszą córkę Sunday, mimo komplikacji, urodziła sama. Młodsza przyszła już na świat dzięki surogatce.

– Kobieta ma prawo poświęcić dla macierzyństwa, co chce – mówi z powagą, ważąc słowa. – Szanuję każdy wybór, nigdy nie wywyższam się nad innych i nie mówię, że popełnili błąd albo że ich model życia jest zły. Ale nie ma we mnie zgody na nieweryfikowanie podjętych decyzji. Jeśli matka rezygnuje z kariery, żeby zająć się domem, należy regularnie sprawdzać, czy nic się w tej kwestii nie zmieniło. Mężczyzna, który wykorzystuje sytuację i powtarza partnerce, że to jej wybór, zamiast wsłuchać się w jej potrzeby, przestaje być partnerem. Staje się tyranem.

W tym miesiącu Kidman skończy 52 lata. Twierdzi, że pięćdziesiątka była ważną cezurą w jej życiu. Obie córki chodzą już do szkoły, są bardziej samodzielne, to daje nowe możliwości. W ostatnim wywiadzie dla „Variety” stwierdziła również, że w jej wieku człowiek zdaje sobie sprawę, że okazje, jakie przed nim stawia życie, są już ograniczone: „Teraz, kiedy jestem starsza, czas jest zdecydowanie cenniejszy”. I faktycznie, trzeba przyznać, że ten uciekający cenny czas Kidman wykorzystuje coraz lepiej.

fot. materiały prasowe Wielkie Kłamstewka

O kurach i dla kur domowych

Nigdy w swojej karierze nie zwolniła tempa. I chociaż często mówi się, że dla aktorek po czterdziestce nie ma dużych ról, dla niej były. A jednak ostatnie kilkanaście lat w karierze Kidman to – z nielicznymi wyjątkami – same „sprawdzone chwyty”. Skoro była zachwycająca w „Portrecie damy”, „Wzgórzu nadziei” czy „Moulin Rouge!”, uznano, że kino kostiumowe to jej żywioł. Z jednej strony plotkowało się, że przesadza z zabiegami odmładzającymi (tylko raz, parę lat temu przyznała, że próbowała botoksu, ale szczęśliwie ma to za sobą, dzięki czemu znowu może ruszać mięśniami twarzy). Z drugiej – czemu się dziwić, skoro reżyserzy wtłaczali ją w role dużo młodszych od niej kobiet (31-letnia Grace Kelly, młoda Diane Arbus, 25-letnia Gertrude Bell)?

Z im większym rozmachem opowiedziana historia, tym chętniej do obsady zapraszano Kidman. Tak jakby nikt nie pamiętał, jaką siłę rażenia miała choćby jej rola w „Dogville”, gdzie za całą dekorację posłużyła ciemna hala z wyrysowanymi na podłodze kredą umownymi pomieszczeniami.

Powrót do kameralnego, ale niezwykle przejmującego kina zafundowała więc sobie sama – zakładając dziewięć lat temu Blossom Films i produkując „Między światami” (w którym zagrała też główną rolę). Historię małżeństwa, które straciło czteroletniego synka. Przy okazji, wraz ze wspólnikiem, aktorka uczyła się wszystkiego od podstaw, na błędach. Budżet „Między światami”, po miesiącach chodzenia i szukania funduszy, ostatecznie obcięli o 75 procent. A kiedy trafili na plan, okazało się, że w pobliżu studia jest… pas startowy. Dzisiaj uważa, że nic tak skutecznie nie nauczyło jej pokory w pracy.

Źródłem ciekawych propozycji dla Kidman stała się też telewizja nowej generacji. W kontynuacji mrocznego serialu „Tajemnice Laketop” Jane Campion publiczność odkryła Kidman na nowo – wygląd jej bohaterki, z widocznymi piegami i w burzy siwych włosów, odbiega tu od codziennego image’u aktorki. Pomysł, żeby i z „Wielkich kłamstewek” stworzyć serial, był więc posunięciem genialnym. Choć w pierwszym momencie, jak wspomina (głośno się przy tym śmiejąc) Kidman, wydawało się, że wszystko skończy się katastrofą: – Pamiętam pierwszą recenzję „Wielkich…”, którą w ogóle przeczytałam. Dziennikarz po obejrzeniu jednego odcinka napisał, że ma do czynienia z serialem o kurach domowych i dla kur domowych, który poziomem stoi niżej niż „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Trzęsłam się, kiedy to przeczytałam. Natychmiast zadzwoniłam do Reese, która uspokajała mnie, że nie wszyscy ludzie wydają wyroki po obejrzeniu jednej ósmej dzieła. Od tamtej pory zawsze proszę dziennikarzy, żeby uszanowali naszą pracę i chociaż wymaga to poświęcenia tylu godzin, wydali opinię dopiero po zapoznaniu się z całością.

Premiera drugiego sezonu serialu „Wielkie Kłamstewka” fot. BEW