fbpx

Premiery filmowe poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Premiery filmowe poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”
Kadr z filmu "Babyteeth" (fot. materiały prasowe)

Sierpień obfituje w ciekawe filmy. Po dłuższej związanej z COVID-em przerwie wreszcie odbywają się premiery, na które od dawna czekaliśmy. To nie jest łatwy czas dla kin, tymczasem naprawdę jest co oglądać.

„Babyteeth”

Aż kusi stwierdzenie, że to najbardziej przejmujący film tego roku. Historia miłosna, której nie można zapomnieć. Trudna do opisania, bo jeśli się jej nie widziało, a wie się, że główną bohaterką jest śmiertelnie chora nastolatka, od razu uruchamia nam się w głowie nieprzystający do tej opowieści ciąg skojarzeń. Tak, raczej nie unikniecie łez, ale w żadnym razie nie jest to łzawa opowieść. Siłą „Babyteeth” jest rozbrajający wariacki humor i niezwykle świeże, odważne spojrzenie na sprawy ostateczne. Debiutującej reżyserki Australijki Shannon Murphy oraz głównej bohaterki filmu nastolatki Milli, zagranej rewelacyjnie przez młodziutką aktorkę-kameleona Elizę Scanlen, którą kojarzyć możecie z serialu „Ostre przedmioty” i filmu „Małe kobietki”. Jakkolwiek by to nie brzmiało, Milla jest śmiertelnie chora, ale i pełna życia. Wspaniałomyślna, ciekawa świata, rozbrajająco szczera, odważna. Jak już ma nosić peruki, bo po chemii straciła włosy, to w żarówiastych kolorach. Jak kocha, to na zabój. Chłopaka, który z pozoru jest beznadziejnym przypadkiem. Ona, uczennica dobrej szkoły, grająca na skrzypcach, uwielbiana przez rodziców, zakochuje się w bezdomnym, uzależnionym od narkotyków Mosesie. Brzmi to fatalnie, a jednak my, widzowie trzymamy za nich kciuki. Jak to możliwe? Odpowiedź w kinie.

„Babyteeth” już w kinach.

Premiery filmowe poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”
Kadr z filmu „Babyteeth” (fot. materiały prasowe)

„Włoskie wakacje”

Może nie jest to najbardziej oryginalny film tego roku, za to dobra propozycja na lato. Trochę z gatunku guilty pleasure, bo niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie lubi sobie pooglądać krajobrazów Toskanii – tych wszystkich soczyście zielonych pagórków, winnic, cyprysów, drzew oliwnych i klimatycznych miasteczek. Do Toskanii przyjeżdżają z Londynu filmowi Robert i Jack, czyli ojciec i dorosły już syn. Chcą wspólnie wyremontować i sprzedać ich wakacyjny dom. Mocno zaniedbany, bo nie byli tu dawna, od czasu tragicznego wypadku, w którym stracili najbliższą im osobę, Robert – żonę, kilkuletni wtedy Jack – matkę. Odtąd musieli sobie radzić sami i nie do końca im to wychodziło, ich relacja jest, delikatnie mówiąc, skomplikowana. Czy wspólny wyjazd będzie szansą na pojednanie? Rozwój wypadków jest przewidywalny, sam film chwilami wydaje się zbyt naiwny, ale zyskuje, jeśli znamy kulisy jego powstania. Ojca i syna grają tu faktycznie ojciec i syn, czyli Liam Neeson i Micheal, który niedawno zmienił nazwisko z Neeson na Richardson. Na cześć mamy, także znanej aktorki Natashy Richardson. Zmarłej tragicznie, kiedy syn był jeszcze dzieckiem. O tej zbieżności między realnym życiem i scenariuszem trudno zapomnieć, zwłaszcza, kiedy obaj aktorzy, a zarazem grane przez nich postaci, mówią w emocjach, co im się wydarzyło i co przeżywali przez te wszystkie lata.

„Włoskie wakacje” już w kinach.

Rozgrzewająca serce komedia "Włoskie wakacje" z Liamem Neesonem już w kinach
Kadr z filmu „Włoskie wakacje” (fot. materiały prasowe)

„Arab Blues”

Selma podejmuje dziwaczną decyzję. No bo dlaczego młoda psychoterapeutka rzuca Paryż, gdzie dorastała i wyjeżdża do Tunisu, gdzie dorastali jej rodzice, żeby tam otworzyć praktykę? O tym, co nią kieruje mówi w wywiadzie w najnowszym numerze „Zwierciadła” reżyserka tego optymistycznego komediodramatu Manele Labidi (która zawarła w filmie kawałek własnej biografii na styku dwóch krajów, tożsamości i kultur). Tymczasem sam film, zamiast dociekać przyczyn, stawia nas przed faktem dokonanym i pokazuje, jak Selma sobie radzi. Nikt na nią w Tunisie nie czekał. Mało kto w ogóle rozumie, na czym polega psychoterapia, nie mówiąc już o jakiś chętnych, którzy chcieliby się jej poddać. Gabinet przyciąga różne indywidua, w tym policjantów, którzy nie są pewni, czy to obyczajne, żeby młoda piękna kobieta przyjmowała za zamkniętymi drzwiami mężczyzn. Sympatyczna historia, ciekawe studium różnic kulturowych i ożywcza postać Selmy, chwilami zawadiackiej, chwilami zagubionej. I tajemniczej ze swoją nieprzeniknioną miną. W kinie jak dotąd miks tych cech zarezerwowany był dla męskich bohaterów. Z urodą i talentem aktorki Golshifteh Farahani („Paterson”), jest to doprawdy mieszanka wybuchowa.

„Arab Blues” już w kinach.

Premiery filmowe poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”
Kadr z filmu „Arab Blues” (fot. materiały prasowe)

„Bądź sobą, czyli nieopowiedziana historia Alice Guy-Blaché”

28 grudnia 1985 roku bracia Lumiere zaprezentowali światu swój najnowszy wynalazek: kinematograf. Pierwszy niezawodny aparat do projekcji ruchomych obrazów. Kilka miesięcy wcześniej pokazali go grupie znajomych i współpracowników. Byli wśród nich inżynier i wynalazca Leon Gaumont, który ścigał się z braćmi o pierwszeństwo w stworzeniu cudownej maszyny, oraz jego 22-letnia sekretarka Alice Guy. Dziś Lumiere znani są jako ojcowie kina. A jeśli tak, to ona, Alice Guy-Blaché (drugie nazwisko zyskała po mężu), powinna być uznana za matkę. Bo to ona kilka miesięcy po tamtej przełomowej projekcji pisze scenariusz, produkuje i reżyseruje jeden z pierwszych filmów fabularnych w historii i to ona była filmową pionierką pod wieloma względami. Zapoczątkowała wiele znanych dziś technik filmowych, miała własną wytwórnie, reżyserowała, produkowała ponad 100 filmów, współtworzyła raczkujące Hollywood. Znacie ją? No właśnie. Jak to możliwe, że taka postać odeszła w zapomnienie? Mimo że sama, już jako starsza pani walczyła o to, żeby odrestaurowano jej dorobek, a w źródłach historycznych wreszcie zwrócono jej honor i umieszczono jej nazwisko jako autorki, zamiast nazwisk kolegów czy asystentów, którym uporczywie przypisywano jej pracę. Fascynujący dokument, skrupulatnie i pomysłowo nakręcony. Z Jodie Foster jako narratorką.

„Bądź sobą, czyli nieopowiedziana historia Alice Guy-Blaché” już w kinach.

Premiery filmowe poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”
Kadr z filmu „Bądź sobą, czyli nieopowiedziana historia Alice Guy-Blaché” (fot. materiały prasowe)

„Pojedynek dla głosy”

W 2011 roku w Wielkiej Brytanii opinię publiczną poruszył występ amatorskiego chóru składającego się z żon brytyjskich żołnierzy wysłanych na front w Afganistanie. Po występie w londyńskim Royal Albert Hall z dnia na dzień zrobiło się o nich głośno, a idea rozprzestrzeniła się po świecie: inne kobiety w podobnej sytuacji zaczęły zakładać własne chóry. To właśnie ta inicjatywa zainspirowała twórców „Pojedynku na głosy”. Filmu wyreżyserowanego przez Petera Cattaneo, autora słynnego „Goło i wesoło”. Gdzie Catteo opowiadał o grupie zwolnionych za rządów Margaret Thatcher z pracy robotników. Sąsiadów i kolegów, którzy nie poddają się i wpadają na dość oryginalny trzeba przyznać pomysł, żeby występować razem jako striptizerzy. Wbrew pozorom „Goło i wesoło” i najnowszy „Pojedynek na głosy” wiele łączy. Bo to równie ciepłe, podnoszące na duchu historie. W obu jest mowa o tym, jak ważna jest nadzieja, o wspólnocie, która daje ci wsparcie. Żony – nie ważne czy generałowe czy partnerki szeregowców – wysłanych na front żołnierzy cały czas próbują nie myśleć, co grozi ich mężom, czy wrócą do domu żywi. Pomysł, żeby śpiewać razem w chórze pomaga im nie zwariować i przynosi mnóstwo satysfakcji, choć początki nie są łatwe, mówimy tu o zbiorowisku kobiet tak różnych od siebie, jak to tylko możliwe. Świetne role Kristin Scott Thomas i mniej u nas znanej Sharon Horgan dodają tej historii blasku. Uwaga, szykujcie chusteczki na wzruszające momenty!

„Pojedynek na głosy” w kinach od 21 sierpnia.

Premiery filmowe poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”
Kadr z filmu „Pojedynek na głosy” (fot. materiały prasowe)

„Złotokap”

„Złotokap”, czyli pierwsza w historii islandzka produkcja, w której w jednej z wiodących ról wystąpiła polska aktorka. Film oparty na sztuce teatralnej pod tym samym tytułem. I bardzo życiowa historia. Karolina Gruszka gra polską imigrantkę, pielęgniarkę, a po godzinach ratowniczkę-ochotniczkę. Zakochuje się, z wzajemnością, w ratowniku Unnarze i wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie jego matka, Indiana. Mój Boże, co to za babsztyl! Nieuleczalna egoistka, kombinatorka, islandzka wersja pani Dulskiej. Z premedytacją oszukuje system, twierdząc, że i ona i jej syn są przewlekle chorzy i od lat pobierając bajońskie zasiłki od państwa. Imigrantów wszelkich narodowości nie cierpi, a synowi wmawia, że bez niej nie jest w stanie poradzić sobie w życiu. Indiana wielkoduszna jest tylko w stosunku do tytułowego Złotokapu, drzewka, które hodowała od nasionka w ogródku swojego mieszkania na parterze w bloku. Jest i strasznie, i śmiesznie i ciekawie, bo to obraz współczesnego islandzkiego społeczeństwa z bezlitośnie wypunktowanymi przywarami. I z zaskakującym zakończeniem. Pozostaje mi tylko zaprosić do kina, ale i jeszcze raz zachęcić do zajrzenia do najnowszego „Zwierciadła”, bo tam Karolina Gruszka wciągająco opowiada i o kulisach powstawania filmu i o samej Islandii.

„Złotokap” w kinach od 28 sierpnia.

Premiery filmowe poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”
Kadr z filmu „Złotokap” (fot. materiały prasowe)
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze