fbpx

Sylvia Plath – w nieustannej walce o poezję, pracę i życie

Sylvia Plath - w nieustannej walce o poezję, pracę i życie
Sylvia Plath. (Fot. BEW Photo)

Siedem ostatnich miesięcy jej życia to pasmo niefortunnych zdarzeń, balansowanie na skraju najsilniejszych emocji i nierówna walka o odzyskanie własnej tożsamości. Pomiędzy tym Sylvia Plath pisała swoje najlepsze wiersze, pielęgnowała kontakty z bliskimi i opiekowała się dwójką małych dzieci. Co popchnęło genialną poetkę do samobójstwa?

Fragmenty pochodzą z książki „Ostatnie dni Sylvii Plath. Biografia” Carla Rollysona, wydawnictwo Prószyński i S-ka. Premiera 11 marca.

Ona nigdy nie chciała mieszkać na wsi! To był jego pomysł. Czym był dla niego dom? Niczym więcej, zdawało się, niż postojem w podróży. Kiedy go poznała, był niechlujnym absolwentem Cambridge, który wciąż snuł się po uczelni, nie robiąc nic poza dyletanckimi wprawkami poetyckimi. Miał wspaniały głos, nad którego doskonaleniem ciężko pracował. Zależało mu na tym, aby robić wrażenie na publiczności. Pewnego razu urzekł nim Bena Sonnenberga do tego stopnia, że ten spadł z krzesła. Ted Hughes pomógł mu wstać, nie przerywając deklamacji. Wibracje „głębokiego jak Anglia” głosu Hughesa wprawiły wtedy w drżenie ciało Sonnenberga, wspominał, posługując się cytatem ze słynnego wiersza Pike. Plath nie była więc jedyną osobą, którą Hughes potrafił zahipnotyzować głosem.

Praca wymagająca umycia włosów i założenia garnituru byłaby dla niego wyparciem się ideałów, dowodem sprzedajności. Jakich znowu ideałów? – mogła go zapytać. Czyż nie wypierał się ich właśnie, zachowując swoje wiersze dla siebie i wąskiego grona przyjaciół? Nie realizował się jako poeta i pozbawiał świat możliwości obcowania ze swoją sztuką. Wzruszał na to ramionami i przywoływał uśmiech, który rozjaśniał jego mroczną, przystojną twarz. Później to wszystko go przytłoczyło: pierwsza nagroda literacka od Harpera, dom na wsi (Court Green) i praca w londyńskiej rozgłośni radiowej BBC. Poczuł się niejako wmanewrowany przez Sylvię. „Zrobiłaś ze mnie profesjonalistę”, oświadczył z wyrzutem, jakby pozbawiając go statusu amatora, ograbiła go z niewinności. To on był pokrzywdzony! Podejrzewała, co mogą oznaczać te jego podróże z Court Green do Londynu. Al Alvarez czynił podobne sugestie. Ted traktował ją jednak jak przewrażliwioną kurę domową i reagował oburzeniem na wszelkie przejawy braku zaufania. Tak samo było w Smith College. Co robi u jego boku studentka z Amherst, kilkadziesiąt kilometrów od własnej uczelni? – zapytała. Odpowiedział, że jak zwykle histeryzuje i jest chorobliwie zazdrosna. Tymczasem ona nie miała wątpliwości: nawet jej koleżanki, które nie lubiły Teda, poszłyby z nim do łóżka bez wahania, gdyby ten zrobił pierwszy ruch. Potem w Court Green zadzwonił telefon. To była ona, Assia Wevill. Zapytała o Teda nienaturalnie niskim głosem; Sylvia domyśliła się, że próbuje brzmieć jak mężczyzna. Wtargnęła do ich domu niczym Lamia z wiersza Keatsa; ta kobieta, która doprowadziła do takiej furii swoją profesorkę ze studiów w British Columbia, będącą zazwyczaj uosobieniem łagodności, że ta poderwała się od stołu podczas lunchu. „Ty suko!” – krzyknęła i wyszła. Sylvia wyrwała telefon ze ściany i wyrzuciła Teda ze swego życia. Kazała mu się wynosić, NATYCHMIAST, w obecności swojej matki. To była upokarzająca i bolesna, a zarazem jedyna metoda na poradzenie sobie z tym bierno-agresywnym człowiekiem, który niczego nie robił samodzielnie i manipulował przyjaciółmi oraz (jak się okazało) kochankami, przedstawiając ją jako gorgonę tłamszącą spontanicznego, rozrywkowego, niezależnego Teda, jakiego wszyscy znali i kochali.

Nawet sposób, w jaki ją zostawił, był irytujący. Nie protestował. Po prostu pojechał pociągiem do Londynu, gdzie rozgościł się na cudzych kanapach, rozkoszując się wolnością charyzmatycznego chłopca poety. Panie go uwielbiały, a panowie się o niego martwili. Wyrzuciła go, skarżył się z miną winowajcy. Ale co miał zrobić? Była przecież taka wymagająca, nieubłagana, odpowiedzialna. Skazany na wygnanie salwował się ucieczką. To on był w rozpaczy. On usiłował ratować ich małżeństwo. Wziął na siebie winę, oczywiście, ale właśnie w tym rzecz: obarczała go swoimi problemami. Tymczasem Sylvia obserwowała z wściekłością, jak łatwo jego przyjaciele dają się omamić jego fałszywą skruchą, jak się litują nad biednym Tedem, niezdolnym sprostać jej wyśrubowanym wymaganiom. Jakże prędko stał się w ich oczach ofiarą całej tej sytuacji! Porzucony przez żonę na pastwę losu, sam siebie biczował. Jego samooskarżanie działało lepiej niż jej oburzenie, które traktowano jako kolejny dowód niemożliwego do zaspokojenia perfekcjonizmu Plath. Odebrała mu swoje wsparcie, więc Ted jak zwykle zwrócił się do ubóstwiających go przyjaciół, wchodząc w rolę wiernego druha i przywódcy. Natychmiast uzyskał rozgrzeszenie.

Dzięki niemu wszyscy mogli poczuć się znów młodzi i serdeczni. Ted o rozbieganym spojrzeniu z karykatury Davida Levine’a nie istniał, był dziełem paranoicznego umysłu autora portretu przedstawiającego twarz z ostro zarysowanym podbródkiem i nosem jak przęsło mostu, przypominającą twierdzę. Problem stanowiła poważna, obowiązkowa, psująca wszystkim zabawę Sylvia. Pracowita mistrzyni synonimów blakła w porównaniu z ich kolorowym Tedem. Miała serdecznie dość kampanii „pozwól Tedowi być sobą”. Kiedy wchodziła do baru, zacieśniali szeregi, utyskiwali, że odciąga od nich Teda i nie potrafi się bawić, nie szanuje irlandzkiej fantazji i wielowiekowej wesołej tradycji wspólnego tworzenia przy piwie. Przy czym nikt z nich nie pochodził z Irlandii. Niepotrzebnie próbuje tak bardzo wszystko kontrolować, mówili. Ale co oni o niej wiedzieli; o tym, co pisała w swoich dziennikach – że kobieta nie może tak po prostu wejść do baru i dołączyć do męskiego towarzystwa, żeby nie zostało to odebrane jako deklaracja dostępności seksualnej. Naturalnie? Spontanicznie? Jak dokładnie kobieta, którą Ted nazywał „poetessą”, miała się zachowywać w tej cholernej, braterskiej atmosferze? Jak brat Sylvia? I o czym Ted marzył w takich chwilach? O wyprawie na ryby ze starszym bratem Geraldem? Braterska więź przebiła się przez śluby małżeńskie, spychając na drugi plan Sylvię, która usiłowała udawać silniejszą, niż była, na kartach pamiętnika i w listach, jednocześnie przeciwstawiając się dyktaturze męskiego klubu. Ostry seks w sypialni? Jak najbardziej. Ale zaznaczanie swej obecności w innych sferach życia, w których tradycyjnie dominują mężczyźni, to doprawdy nadmierna agresja. Nawet wrażliwy i krzepki wielbiciel górskich wspinaczek Al Alvarez, dorównujący Tedowi na każdym polu poza pisaniem wierszy, nie rozpoznał w Sylvii poetki, z którą współpracował jako wydawca, lecz zobaczył w niej jedynie uległą żonę kolegi od kieliszka, kiedy odwiedził ich po raz pierwszy we wspólnym domu. Konwencjonalnie wyglądająca kobieta o brązowych – już nie platynowych – włosach musiała sama przypomnieć zdumionemu Alvarezowi, że publikował jej wiersze. Że ma własne miejsce na poetyckim parnasie.

Każda minuta była dla niej walką o życie, o pracę, o poezję, które próbował zawłaszczyć Ted.

[…]

Czwartego lutego 1963 roku, tydzień przed tym, jak odebrała sobie życie, Sylvia Plath napisała list do Ruth Barnhouse, w którym przedstawiła dokładny opis swojej sytuacji i prognozę. Po siedmiu miesiącach separacji z mężem nadal budowała swoją niezależność. Zgodnie z analizą Barnhouse Plath doszła do wniosku, że w wyniku „bałwochwalczej miłości” – opisywanej przez Ericha Fromma w książce O sztuce miłości, którą przeczytała za namową terapeutki – zatraciła własne ja, robiąc z męża „idola i ojca”. Opisała siebie jako pragnącą wyjść z cienia człowieka, którego obawiała się stracić. Ale on utrudniał jej to, pozostając kochającym ojcem dla Friedy, gdy jednocześnie podtrzymywał znajomość ze swoją „dziewczyną z agencji reklamowej”, Assią Wevill.

Po rozstaniu z Tedem Hughesem usiłowała nadać swoim dniom stały rytm, szukała powtarzalnych rytuałów codzienności, by jakoś zapełnić miejsce po nim. Nazywała ten czas po jego odejściu wychodzeniem z pustki. To, co opisywała, było rodzajem żałoby, zastoju trzymającego ją w stanie swoistego „zamrożenia”, które utrudniało znoszenie bólu. Pisanie, skupienie sprzyjające powrotowi do równowagi, a także zlecenia od czasopism i BBC, które przynosiły zawodowe spełnienie profesjonalnej i zdyscyplinowanej części jej osobowości – w tym wszystkim szukała ratunku. Aż do momentu gdy poczuła się „wypisana na krawędź szaleństwa”. Miała „wizję najgorszego”, w tym powrotu do szpitala psychiatrycznego. Pigułki nasenne i mikstury uspokajające pomagały jej utrzymać się na nogach, lecz była „śmiertelnie przerażona. Powinnam skapitulować i wyciągnąć całun”.

Wpadła w panikę, osuwała się w chaos, wyobrażała sobie siebie w otchłani, z której patrzyła do góry na swoją przerażającą matkę męczennicę po jednej stronie i własne piękne dzieci po drugiej. Obwiniała samą siebie, konfrontując się z „zimnym wiatrem oskarżeń”. Ledwo mogła się ubrać czy zrobić posiłek, samo poruszanie sprawiało jej problem. Doktor Horder, czuwający nad ogólnym stanem zdrowia Plath, umówił ją na wizytę z lekarką psychiatrą – co Plath uznała za ironię losu w czasie, gdy pierwsza powieść o załamaniu nerwowym sprzed lat właśnie zbierała pochlebne recenzje. Praca umysłowa wydawała się jej ponad siły. Czuła się jak tchórz. W tamtych czasach samobójstwo „nadal było stygmatyzowane, uznawane za oznakę niewybaczalnego moralnego upadku”. Leczenie farmakologiczne depresji było jeszcze w powijakach, a pomysł, że samobójstwo może być wynikiem „biologicznej burzy w mózgu”, nie przyszedłby do głowy Plath, która chciała się poddać. Umrzeć i skończyć z tym wszystkim, wysyłając dzieci do Teda – te myśli, zdała sobie sprawę, były częścią swoistego „defetystycznego cyklu”, z którego pragnęła się wyzwolić. Ale czuła się „niezdolna do bycia sobą i kochania siebie”. Nie napisała, co trzyma ją przy życiu, lecz zakończyła list słowami: „Dzieci płaczą. Muszę je zabrać na podwieczorek”.

Nieobecny mąż, jego kochanka, lękliwe usposobienie matki, marazm, w który sama się wpędzała, samotność, dzieci – w jaki sposób to wszystko doprowadziło do przeraźliwej rozpaczy tamtego dnia, kiedy po raz ostatni szukała pomocy u Barnhouse? Co się stało podczas jej ostatniego fatalnego tygodnia w lutym?

Sylvia Plath - w nieustannej walce o poezję, pracę i życie
„Ostatnie dni Sylvii Plath”, Carl Rollyson, Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe)

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze