Titus Tragi-komikus, czyli „Titus Andronikus” według Jana Klaty w Teatrze Polskim

materiały prasowe

T.S. Eliot nazwał „Tytusa Andronikusa” m.in. „jedną z najgłupszych i banalnych sztuk jakie kiedykolwiek napisano”. Przesadzał, ale Jan Klata, mierząc się z czarną owcą w stadzie tragedii Szekspira, nie miał chyba zamiaru ze wspomnianą opinią polemizować.
Reżyser pracował nad tekstem angielskiego wieszcza we wrocławskim Teatrze Polskim. Efekt końcowy daleko od oryginału, ale trudno się dziwić: w kategorii adaptacji i tak zapewne nie sposób pobić doskonałego, filmowego „Tytusa” (1999 r.) Julie Taymor. Zamiast adaptować, Klata wolał wykorzystać kręgosłup utworu do własnych celów.

Teoretycznie nadal chodzi więc o błędne koło zemsty, w którego centrum stoi powracający do Rzymu w glorii chwały generał. W wersji Klaty tekst ma jednak już mało wspólnego z tragedią: historia szlachetnego człowieka, na którego ocean nieszczęść spada tylko dlatego, że decyzje podejmował w dobrej wierze i w zgodzie z wpojonym mu systemem wartości, spada na drugi plan. To znaczy, w hierarchii ważności reżysera. Jeśli o podział sceniczny chodzi, losy Andronikusa i tak pozostają osią spektaklu, niechcianą, ale ciągle obecną na pierwszym planie. Kłopotliwy zgrzyt.

Takie podejście Klaty ma swoje plusy i minusy. To prawda, że szekspirowski Tytus” nigdy nie był ulubieńcem krytyki, a jego nadmiar brutalności może miejscami nawet bawić. Obrońcy tego dramatu przypominają jednak, że te nierealistyczne okoliczności, tak wielka kumulacja nieszczęść, to przecież tragedia w jej klasycznej formie. I rzeczywiście, są w tym dramacie momenty, które mogą zapewnić nam coś zbliżonego do katharsis, a ten nadmiar cierpienia musi – choćby do pewnego momentu – wzruszać.

U Szekspira przejmują przede wszystkim dwie, błagające o łaskę kobiety. Pierwsza, to wzięta do niewoli królowa Gotów – Tamory – chcąca ocalić od śmierci swojego najstarszego syna. Andronikus jest jednak głuchy na jej błagania i głównie stąd bierze się cały późniejszy konflikt. W spektaklu, to niestety pierwsza kwestia nierozgrzanej chyba wtedy jeszcze Ewy Skibińskiej (przyjaznej wersji jednej z najbezwzględniejszej intrygantek w angielskiej literaturze), co sprawia, że przechodzi właściwie bez echa. Już tam widać zresztą, że Klata nie traktuje tej opowieści szczególnie poważnie; równie dramatyczne porwanie Lavinii i przeklęcie przez cesarza Saturnina całego rodu Tytusa, reżyser zbywa lekko orgiastyczną sekwencją muzyczno-dyskotekową (po „Tęczowej Trybunie” w Polskim mają do takich słabość).