1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Orszak Trzech Króli 2014

Orszak Trzech Króli 2014

Orszak Trzech Kroli/Facebook
Orszak Trzech Kroli/Facebook
To już 6.edycja Orszaku Trzech Króli. W tym roku kolędnicy wyjdą na ulice ponad 180 miejscowości.

[embed]http://youtu.be/4_xDFb7XDKY[/embed]

Barwny korowód pojawi się nie tyle w Polsce, ale też w kilku miejscach za granicą: w Wielkiej Brytanii, we Włoszech, na Ukrainie, w Niemczech a nawet w USA i Rwandzie. Tegoroczne hasło „Kolędujmy!” to zaproszenie i wezwanie do wspólnego śpiewania i zabawy.  Jak zawsze na uczestników czekać będą śpiewniki oraz papierowe korony, a także milion naklejek z logo Orszaku przedstawiających Trzech Mędrców ze Wschodu.

Orszak Trzech Króli stanowi bezpośrednie nawiązanie do tradycji wystawiania jasełek
ulicznych. Orszak prowadzą Trzej Królowie symbolizujący trzy kontynenty – Europę, Azję
i Afrykę. Podążają na wierzchowcach, w bogatych szatach i nakryciach głowy. Ich świtę
stanowią setki dzieci ubranych w kolorowe stroje świadczące o przynależności do jednego
z trzech orszaków.
Orszak jest otwartą, rodzinną imprezą plenerową, promującą aktywne przeżywanie Świąt Bożego Narodzenia i przypominającą o znaczeniu Święta Objawienia Pańskiego. W 2012 roku Orszak Trzech Króli otrzymał nagrodę „Tulipan Życia” w prestiżowej kategorii „ Dzieło Kultury”, a w 2013 roku wyróżnienie od kapituły nagrody „Pro Publico Bono”
Głównym organizatorem Orszaku jest Fundacja Orszak Trzech Króli - organizacja pożytku publicznego, która od trzech lat współpracuje z Fundacją Dzieła Nowego Tysiąclecia, wspierając zdolnych uczniów.

żródło: orszak.org

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Kreatywne pisanie – co to jest i na czym polega? Wyjaśnia pisarka Andrea Goldsmith

Andrea Goldsmith urodziła się w 1950 roku w Melbourne w rodzinie australijskich Żydów. Pracowała jako logopedka i przez wiele lat uczyła kreatywnego pisarstwa na Uniwersytecie Deakin. Od lat 90. XX wieku koncentruje się w pełni na karierze pisarskiej. (Fot. archiwum prywatne)
Andrea Goldsmith urodziła się w 1950 roku w Melbourne w rodzinie australijskich Żydów. Pracowała jako logopedka i przez wiele lat uczyła kreatywnego pisarstwa na Uniwersytecie Deakin. Od lat 90. XX wieku koncentruje się w pełni na karierze pisarskiej. (Fot. archiwum prywatne)
Mój sposób na zrozumienie tego, co się dzieje, to odsunięcie tego ode mnie jak najdalej, zbudowanie dystansu – mówi Andrea Goldsmith, australijska pisarka, która debiutuje na polskim rynku. Jakie ma rady dla początkujących pisarzy?

Jak pandemia wpływa na panią jako pisarkę? Dla niektórych to bardzo produktywny czas.
Wiele zależy od tego, gdzie się mieszka. W Melbourne mieliśmy w zeszłym roku najdłuższy, najbardziej surowy lockdown. To były cztery długie, trudne miesiące zamknięcia. Za to dziś praktycznie nie mamy żadnych nowych przypadków zachorowań, żyjemy normalnie, tyle że na dwór wciąż wychodzimy z maską. Ale jest to rzeczywiście dziwny czas.

Niektórzy ze znanych mi autorów spędzają ten czas bardzo produktywnie, nieustannie piszą i wydają, a inni, w tym ja, niekoniecznie. Mam problemy z koncentracją, rozprasza mnie ten wszechobecny niepokój i nadchodzące ze świata ponure wiadomości związane z koronawirusem.

Niektórzy przyznają, że piszą dzienniki pandemiczne, bo to im pozwala zmniejszyć napięcie i dać ujście emocjom.
Odpowiem jako autorka pisząca fikcję. Mój sposób na zrozumienie tego, co się dzieje, to odsunięcie tego ode mnie jak najdalej, zbudowanie dystansu. Dla mnie siła fikcji polega właśnie na tym, że mogę dawać ujście moim emocjom, niepokojom i refleksjom poprzez ludzi, którzy nie są mną, czyli moich bohaterów. Zwłaszcza teraz szczególnie mocno zatopiłam się w fikcji, by odsunąć od siebie lęki i niepokoje. To wygodne: wziąć kilku bohaterów, obdarzyć ich różnymi cechami, doświadczeniami i zawodami, a potem patrzeć, jak sobie radzą na przykład z tematem wygnania i ucieczki. W „Mozaice życia”, która właśnie ukazuje się w Polsce, jest ich kilkoro. Galina, która po śmierci matki decyduje się na zawsze wyjechać z reżimowej Rosji i wybiera Australię, albo Andrew, mozaikarz, który towarzysko odcina się od innych, skoncentrowany na pracy. No i Sylvie, matka Andrew, która odrzuca swój potencjał i możliwości, jakie daje jej życie.

Bohaterowie „Mozaiki życia” wybierają ucieczkę z kraju, od ludzi...
…albo od siebie samych. Tak naprawdę to temat przymusowej migracji wywołał tę książkę. W latach 2012– 2013 Australia wprowadziła surowe i okrutne zasady postępowania z migrantami i uchodźcami. Ludzie przybywający z Afganistanu, Tajlandii i Iraku, wśród nich także przedstawiciele ludu Rohinga, byli demonizowani przez polityków, choć tak naprawdę potrzebowali naszej pomocy. Przecież nikt nie chce uciekać ze swojego kraju, ucieczka jest ostatnią opcją, która ci zostaje. Chciałam zwrócić na to uwagę. Specjalnie usytuowałam fabułę „Mozaiki życia” w latach 80. zeszłego wieku, bo wobec przykładów z przeszłości nabiera się innej perspektywy. Jest tu więc Rosja przed pierestrojką, bo właśnie wtedy Australia otworzyła granice dla uciekinierów ze Związku Radzieckiego. Wtedy przyjęliśmy zupełnie inną postawę.

Ale niewątpliwie jest to także książka o miłości.
Myślę, że nikt nie wie, co właściwie dzieje się za zamkniętymi drzwiami sypialni. Zależało mi, żeby to pokazać. Nie możemy z góry zakładać uczucia, jego braku czy jego końca. Widzę wśród czytelników tendencję, by myśleć, że jeśli ludzie są małżeństwem od wielu lat, to na pewno są najszczęśliwsi na świecie. Albo że jeśli młodzi, jak Galina czy Andrew, nie uprawiają gorącego seksu, to nic z tego nie będzie. Ale prawda jest taka, że ludzi przyciągają do siebie i trzymają razem bardzo różne motywy i potrzeby. Sylvie i Leonard, rodzice Andrew, urodzili się w latach 30., w czasach, gdy wielu gejów wybierało bezpieczne małżeństwo. Ale Sylvie kocha swojego męża, niezależnie od jego orientacji, i chce z nim być. Życie ludzkie nie jest jednowymiarowe, a nasze decyzje oraz intencje często są nieoczywiste i zaskakujące nawet dla nas samych.

Pisanie to także przepisywanie naszego życia, niektórych jego wydarzeń, korzystanie z doświadczenia, zasłyszanych historii. Jak to jest u pani?
Wszyscy moi bohaterowie są wymyśleni, podobnie jak sytuacje, w których się znajdują. Zawsze powtarzam moim studentom: nie piszcie o swoich przyjaciołach i rodzinie, jeśli chcecie, żeby nadal was lubili (śmiech). Autobiograficzne w moich powieściach są pomysły i idee, które chcę rozwijać. Zależy mi, by akcja rozgrywała się w Melbourne, bo tu mieszkam, więc możemy uznać, że miejsce także ma związek ze mną. No i czasem umieszczam w książkach mojego psa, Lottę. Tyle… Choć gdyby się bardziej zastanowić, to jest tego więcej.

Co na przykład?
Moja mama urodziła się w 1928 roku, czyli była niewiele starsza od książkowej Sylvie, i podobnie jak ona była bardzo inteligentną dziewczyną. Na tyle, że gdyby urodziła się chłopcem, wysłano by ją na uniwersytet. Ale jej rodzice nie mieli zbyt wiele pieniędzy, więc uznali, że nie będą w nią inwestować. Chciałam sprawdzić, co to znaczyło być moją matką i innymi kobietami z pokolenia urodzonego na przełomie lat 20. i 30. XX wieku. Dałam też Sylvie moje zamiłowanie do czytania listów, zwłaszcza cudzych, bo to trochę jak podglądanie czyjegoś życia przez dziurkę od klucza. Ale poza tym uwielbiam wymyślać historie, to jest to, co czyni mnie powieściopisarką.

Chciała pani zostać nią już jako ośmiolatka.
Nauczyłam się czytać jako bardzo mała dziewczynka. Moja pozycja w rodzinie była taka, że musiałam się raczej sama sobą zajmować, więc skupiłam się na książkach. Przez pewien czas nawet marzyłam o tym, by żyć w książce, w historii, którą akurat czytam. W końcu zrozumiałam, że opowieść, którą się zachwycam, ma autora, napisał ją jakiś człowiek. Wtedy już wiedziałam, że chcę pisać, że chcę zostać pisarką. Zaczęłam prowadzić pamiętnik, ale przestałam, gdy weszłam w dorosłość.

Poszła pani na studia, wybrała nauki ścisłe i ostatecznie została logopedką. Praca z dziećmi z porażeniem mózgowym musiała być bardzo wymagająca...
I była, dla mnie i dla nich. Wiedziałam, że ich aparat mowy jest na tyle uszkodzony, że już nigdy nie będą mówić, więc moje zadanie polegało na wypracowaniu z nimi innych form komunikacji. To były bardzo inteligentne dzieciaki, ale z powodu trudności z mówieniem chodziły do specjalnych szkół. Tak się złożyło, że moja decyzja o rezygnacji z pracy na rzecz pisania – w tym czasie pisałam już po nocach i w weekendy – zbiegła się ze zmianami w szkolnictwie. Moi podopieczni wreszcie dostali szansę rozwoju i uczenia się w zwykłej szkole. Uznałam, że to znak i ostatni moment, żeby potraktować pisanie jako priorytet, bo jeśli nie zacznę teraz, to potem już tego nie zrobię.

Jedna rzecz chcieć pisać, a druga – umieć. Jaka była pani metoda?
Piszę od dziecka, dla mnie jest to więc po prostu częścią życia. Zaczęłam od opowiadań i choć były dobre, to wiedziałam, że chcę tworzyć powieści. Jeszcze podczas pracy logopedycznej napisałam dwie książki „na próbę”. A potem już jako pełnoetatowa pisarka – swój pełnoprawny debiut, czyli powieść „Gracious Living”.

Coś pani wyznam. Pracy nad pierwszą książką towarzyszy uczucie niesamowitej wolności. Nikt przecież nie wie, kim jesteś, nikt się po tobie niczego nie spodziewa. Można napisać, co się chce, w sposób, w jaki się chce. Ale już przy drugiej powieści było inaczej – czytelnicy mnie znali, pojawiły się oczekiwania, wręcz czułam, że ktoś mi zagląda przez ramię.

Dziś uczy też pani, jak pisać...
Warsztaty kreatywnego pisania przyciągają wielu chętnych, i dobrze. Chciałabym jednak zaznaczyć, że tego typu zajęcia czy programy nie pokazują, jak zostać pisarzem. Jeśli masz być pisarką, to po prostu nią będziesz. Ale za to dzięki takim warsztatom masz szansę, jako początkujący pisarz, poznać osoby, które piszą i utrzymują się z tego, a czasem mają już kilka książek na koncie. Dla mnie to też ciekawe, bo podczas trwania takiego programu lub po nim, mogę zdecydować, czy chcę kogoś prowadzić dłużej, być jego czy jej mentorem. I to jest fascynująca współpraca.

Niektórzy nauczyciele uważają, że każdy powinien pisać. Sądzi pani, że to dobre ćwiczenie, by radzić sobie z emocjami, ale też by lepiej rozumieć siebie?
Uważam, że wszelkie kreatywne ćwiczenia to wspaniały sposób, by spróbować zrozumieć siebie, ale także odkryć swoje miejsce na Ziemi. Takim ćwiczeniem jest pisanie na przykład dziennika.

Moim drugim obszarem zainteresowań i ogromną pasją jest muzyka. Głęboko wierzę, że ona też ma moc ratowania, zwłaszcza tych, którzy przechodzą ciężkie chwile. Główny bohater książki, nad którą teraz pracuję – choć nie jest muzykalny – gdy pewnego dnia słyszy muzykę w restauracji, jest zachwycony, daje się jej porwać. To moment zwrotny w jego życiu.

Co potem się dzieje?
Mogę zdradzić jedynie, że zakochuje się w kobiecie 15 lat od niego starszej. Zawsze chciałam coś takiego napisać! Ale wracając do twórczych ćwiczeń... Znam osoby, które od stresu i napięcia uciekają w czytanie, zwłaszcza w poezję. Czytam właśnie – na potrzeby tej nowej książki – wiersze polskich poetów. Mam tu tomiki Szymborskiej, Zagajewskiego, Miłosza, Herberta, to jest coś wspaniałego!

Oprócz czytania, sposobem na radzenie sobie ze światem są dla wielu osób ćwiczenia fizyczne, choć ja akurat średnio z tego dobrodziejstwa korzystam. Moja siostra na przykład szyje patchworki... Wiem jedno – bez pasji, bez czegoś, co nas napędza i pozwala odpocząć od innych rutynowych czynności, jest nam w życiu o wiele trudniej.

Andrea Goldsmith urodziła się w 1950 roku w Melbourne w rodzinie australijskich Żydów. Pracowała jako logopedka i przez wiele lat uczyła kreatywnego pisarstwa na Uniwersytecie Deakin. Od lat 90. XX wieku koncentruje się w pełni na karierze pisarskiej.

Polecamy książkę: „Mozaika życia”, Andrea Goldsmith, Wydawnictwo Harde

  1. Styl Życia

Nowe mieszkanie, czyli wyzwanie, ale jakże przyjemne

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Stało się. Kupiłaś nowe mieszkanie i już oczami wyobraźni widzisz, jak urządzasz jego szczegóły i zmieniasz obcą na razie przestrzeń we własne miejsce na ziemi. Euforia nie jest niczym nadzwyczajnym, ale pamiętać trzeba też o sporych wyzwaniach, jakie niesie za sobą wykończenie mieszkania.

Kompleksowe wykończenie mieszkania to nie tylko wizja tego, jak ma być zabudowana kuchnia i który kolor farby wybrać na ściany. Zazwyczaj do zrobienia jest wszystko od wykończenia ścian przez położenie podłogi oraz dodatkowe instalacje. Otrzymanie kluczy do mieszkania powinno zostać poprzedzone staranną analizą, tego, gdzie i co znajdzie się w przyszłych czterech kątach.

Multimedialne dylematy, czyli gdzie ustawić router

Jeszcze przed wykończeniem mieszkania należy mieć konkretny plan rozciągnięcia wszystkich instalacji. Jak jest to ważne, pokazuje internet. Dla młodszego pokolenia oknem na świat nie jest już telewizja, ale właśnie szybka sieć - najlepiej światłowodowa. O ile jeszcze w przeszłości standardem był kabel poprowadzony do modemu, dziś nowoczesne budownictwo wymaga już pociągnięcia sieci bezpośrednio do wszystkich pomieszczeń. To efekt popularności, jaką zyskał internet rzeczy. Łączność z siecią ma już nie tylko komputer, ale też sprzęt AGD, konsola do gry, telewizor, radio internetowe czy chociażby system oświetlenia.

Operatorzy usług telekomunikacyjnych - wybierając internet w Krakowie, Warszawie, Łodzi, Poznaniu czy Gdańsku można swobodnie przebierać w ich ofercie - zapewniają coraz lepsze łącza, które bez problemu podołają największym nawet obciążeniom sieciowym. By tak się stało, nowe mieszkanie powinno być precyzyjnie rozplanowane kontekście infrastruktury kablowej.

Warto pamiętać również o dobrze zaplanowanym miejscu na router. Wi-Fi będzie niezmiennie potrzebne, chociażby dla smartfonów. Router do internetu bezprzewodowego powinien się znaleźć w centralnym miejscu nieruchomości i w miarę możliwości niebyć zasłoniętym przez szafy lub elementy zabudowy.

Jakie prace wykonać powinna ekipa budowlana?

Mając już pełen plan prac czas na ich realizację. Co jest szczególnie istotne, podczas wybierania ekipy, która zajmie się wykończeniem nieruchomości? To niewątpliwie kompleksowość usługi. Wiele osób wybiera jedną lub dwie ekipy, które mają zająć się, każdym aspektem prac wykończeniowych. A tych jest przecież sporo: m.in. gruntowanie ścian i ich pomalowanie, montaż w łazience urządzeń sanitarnych i baterii, układanie glazury oraz terakoty, pełna stolarka drzwiowa, położenie podłogi oraz listew przypodłogowych.

Choć z pewnością kusić może wizja dużych oszczędności i poszukiwania możliwie najtańszej ekipy wykończeniowej, będzie to duży błąd. Kierowanie się wyłącznie ceną to droga donikąd. Nie daje bowiem gwarancji, że prace wykończeniowe zostaną przeprowadzone z pełną dbałością oraz w oparciu o najwyższe umiejętności budowlańców. A przecież własne mieszkanie to nie przestrzeń, na której można eksperymentować.

Stan deweloperski, czyli właściwie co?

Warto w tym kontekście pamiętać, jaka właściwie jest definicja stanu deweloperskiego. Nowe nieruchomości są najczęściej zapewnione właśnie w tym standardzie. Ważne jest więc, by mieć pewność, co wchodzi w skład obowiązków dewelopera. Stan deweloperski oznacza wybudowanie mieszkania wraz ze wszystkimi mediami i obejmuje instalację elektryczną z gniazdami i łącznikami, instalację wodno-kanalizacyjną, system wentylacji, centralne ogrzewanie z grzejnikami, stolarkę drzwiową okna i parapety, wylewkę podłogową według ustaleń, ściany dostosowane już do malowania lub ewentualnie pokryte jedną warstwą farby - zazwyczaj białe.

Na co zwrócić uwagę kupując mieszkanie w stanie deweloperskim

Zakup mieszkania to oczywiście decyzja na lata. Nie powinna być więc podejmowana spontanicznie i bez głębszej analizy. Warto przeanalizować np. materiały wykorzystywane przez dewelopera już na etapie jego deklaracji co do standardu nieruchomości. Ważne są też szczegóły, które w przyszłości będą rzutować na komfort pobytu mieszkaniu. W przypadku nowoczesnego budownictwa dotyczy to parametrów stolarki okiennej i drzwiowej - szczególnie współczynnika przenikania ciepła. Wszystkie tego rodzaju kwestie powinna precyzyjnie uwzględniać umowa pomiędzy kupującym a deweloperem.

  1. Styl Życia

Szpital dla chorych i osieroconych nietoperzy

Kiedy osierocone dzieci rudawek trafiają do szpitala Tolga, mają kilka tygodni i ważą nie więcej niż 200 g. Wolontariusze karmią je za pomocą strzykawki, dopóki nie nauczą się ssać samodzielnie. Potem przechodzą na smoczki z butelek dla niemowląt. Małe rudawki są opatulane w miękkie szmatki. Taki becik ma zastąpić mamine skrzydła. W naturze przez pierwsze tygodnie po narodzinach żyją wczepione w futerko matek, żywiąc się ich mlekiem (Zdjęcie: JÜRGEN FREUND/NATURE PL/BE&W)
Kiedy osierocone dzieci rudawek trafiają do szpitala Tolga, mają kilka tygodni i ważą nie więcej niż 200 g. Wolontariusze karmią je za pomocą strzykawki, dopóki nie nauczą się ssać samodzielnie. Potem przechodzą na smoczki z butelek dla niemowląt. Małe rudawki są opatulane w miękkie szmatki. Taki becik ma zastąpić mamine skrzydła. W naturze przez pierwsze tygodnie po narodzinach żyją wczepione w futerko matek, żywiąc się ich mlekiem (Zdjęcie: JÜRGEN FREUND/NATURE PL/BE&W)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Nie piją krwi, nie są nawet drapieżnikami – jedzą owoce. Rudawki okularowe to nietoperze, ale są pozbawione zmysłu echolokacji, więc nie potrafią latać w zupełnej ciemności. Mają za to całkiem niezły wzrok i słuch. Żyją w koloniach, dzień spędzają, wisząc głową w dół. Są pożyteczne, bo tak jak pszczoły zapylają rośliny. Chyba że na swojej drodze spotkają kleszcza.

W połowie lat 80. na płaskowyżu Atherton Tablelands, w australijskim stanie Queensland, ogromne liczby rudawek okularowych, zwanych potocznie latającymi lisami, zaczęły wymierać w tajemniczych okolicznościach. Przyczynę udało się odkryć dopiero w 1990 roku Bruce’owi i Ann Johnsonom.

Winowajcą okazał się najniebezpieczniejszy ze znanych kleszczy Ixodes holocyclus. Jego ukąszenie może spowodować paraliż ciała. I tak działo się w przypadku rudawek. Sparaliżowane – nie mogły już swoim zwyczajem wczepiać się stopami w gałęzie, spadały w leśne poszycie, by tam skonać. Dramatyzmu sytuacji dodawał fakt, że w ich ciała bardzo często wczepione były młode. Po śmierci matki próbowały o własnych siłach wspinać się na drzewa, nawołując żałośnie, jednak czekała je pewna śmierć. W 1997 roku grupa wolontariuszy w odpowiedzi na dużą skalę tego zjawiska stworzyła medyczny oddział ratunkowy, który z czasem przekształcił się w regularny szpital dla nietoperzy Tolga.

Sezon na kleszcza

Zmniejszanie się powierzchni lasów zniszczyło naturalne środowisko rudawek i znacznie ograniczyło im dostęp do głównego źródła pożywienia – miejscowych owoców i kwiatów. Nietoperze nie miały wyboru – w poszukiwaniu jedzenia musiały wypuszczać się poza obszar tropikalnego lasu, gdzie natknęły się na mordercze owady. Kleszcze wspinają się na rośliny takie jak dziki tytoń – który owocuje akurat w czasie sezonu rozrodczego latających lisów – by spokojnie czekać na nosiciela. Zainfekowane nietoperze zanoszą je potem do swojej kolonii.

Każdego roku szpital otrzymuje przeciętnie 800 zakażonych dorosłych osobników i 400 małych sierot. Zwierzęta są transportowane samolotem w specjalnie skonstruowanych pojemnikach, w których mogą wisieć sobie głową w dół tak jak na gałęzi. Wolontariusze i obsługa rezydują w Tolga od października do lutego, czyli w czasie gdy grozi ugryzienie kleszcza, zbiega się to z okresem narodzin rudawek (to dlatego sierot jest tak dużo).

Żłobek nietoperza

Maluchy są regularnie czyszczone, opiekunowie starają się im zastąpić nieobecne matki, wszyscy pacjenci są też ważeni, mierzeni i karmieni. Na końcu instaluje im się mikroczipy, żeby można było śledzić ich dalsze losy.

Kiedy osierocone dzieci latających lisów trafiają do szpitala, mają kilka tygodni i ważą nie więcej niż 200 g. Wolontariusze karmią je za pomocą strzykawki, dopóki nie nauczą się pić samodzielnie. Potem przechodzą na smoczki z butelek dla niemowląt. Następnym etapem jest przejście na owocową dietę, bo to właśnie owoce stanowią podstawę diety rudawek. Zanim to jednak nastąpi, małe nietoperze lądują w żłobku, gdzie przez większość czasu śpią okutane w miękkie szmatki, co ma imitować opiekuńcze skrzydła ich matek. Przy okazji beciki chronią skrzydełka i stopy maluchów, wyposażone już w pazury – dzięki temu nie kaleczą się nimi nawzajem. Jak tylko podrosną i stają się nieco bardziej energiczne, instynktownie wczepiają się w T-shirty opiekunów, tak jak wczepiłyby się w futra swoich matek, żyjąc z nimi w dziczy.

Ciężki los zapylacza

Drut kolczasty i siatki na drzewach owocowych to kolejna przyczyna obrażeń i wzrostu śmiertelności owocowych nietoperzy. Poza rudawką okularową do szpitala trafiają też inne gatunki, takie jak rurkonos i wiele małych nietoperzy. Jenny Maclean, założycielka Tolga, i jej wolontariusze opiekują się swoimi niezwykłymi pacjentami 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Poza szpitalem dla nietoperzy Jenny rozwinęła także uznane na świecie centrum badawcze oraz edukacyjne, żeby ludzie dzięki dostarczanym przez nie informacjom mogli poznać te zwierzaki i koegzystować z nimi bez strachu.

Powrót małych nietoperzy do naturalnego środowiska odbywa się stopniowo. Kiedy osiągają cztery miesiące, są umieszczane w lesie w klatce. Pozostaje zamknięta przez trzy dni, tak żeby mogły się zaaklimatyzować w nowym miejscu. Czwartego dnia drzwi klatki zostają otwarte, w nocy mogą więc dołączyć do żyjących na wolności nietoperzy. Jednak wciąż jeszcze wracają do swojego schronienia – przez pięć miesięcy znajdują tam pozostawiane dla nich owoce.

Rudawki okularowe pełnią funkcję zapylaczy i roznosicieli nasion wielu gatunków drzew rosnących w lasach tropikalnych, a to znaczy, że są niezbędne dla australijskiego ekosystemu. Pyłki przyczepiają się do ich futerka, gdy przenoszą się z kwiatu na kwiat i z drzewa na drzewo. Szacuje się, że jedna rudawka może rozdystrybuować aż 60 tysięcy ziaren pyłku jednej nocy. Niestety, nietoperze mają opinię szkodników niszczących uprawy, dlatego nie zapewniono im prawnej ochrony. Oddolne inicjatywy takie jak szpital Tolga to poruszający przejaw troski o ochronę tego gatunku. Dzięki efektywności programu ratunkowego do życia na wolności w lasach tropikalnych wróciły już setki nietoperzych sierot.

  1. Styl Życia

Mateusz Waligóra – pieszo wzdłuż Wisły

– Wędrując wzdłuż biegu Wisły, przeżywałem dokładnie te same emocje, może tylko w mniejszym stężeniu, co na pustyni Gobi, w Patagonii czy Himalajach. Miejsce ma dla mnie coraz mniejsze znaczenie, a liczy się poczucie bycia w ruchu, zwłaszcza kiedy idę piechotą, co bardzo różni się od innych form podróżowania – mówi podróżnik Mateusz Waligóra. (Fot. Alina Kondrat)
– Wędrując wzdłuż biegu Wisły, przeżywałem dokładnie te same emocje, może tylko w mniejszym stężeniu, co na pustyni Gobi, w Patagonii czy Himalajach. Miejsce ma dla mnie coraz mniejsze znaczenie, a liczy się poczucie bycia w ruchu, zwłaszcza kiedy idę piechotą, co bardzo różni się od innych form podróżowania – mówi podróżnik Mateusz Waligóra. (Fot. Alina Kondrat)
Lockdown sprawił, że podróżnik Mateusz Waligóra zamiast do Australii wyruszył wzdłuż Wisły, w dodatku pieszo. Teraz wie, że dla niego liczy się nie miejsce, a poczucie bycia w ruchu. I że nie musi nikomu niczego udowadniać.

Masz na swoim koncie wiele ekstremalnych samotnych wypraw. Skąd wzięła się ta fascynacja? Jako dziecko zaczytywałeś się w książkach podróżniczych?
Gdy chodziłem jeszcze do liceum w Nysie, moi rówieśnicy zastanawiali się, co robić w życiu, żeby dało im to pieniądze. Ja mówiłem, że będę podróżnikiem i z tego będę żył. Nie spotykałem się ze zrozumieniem i to sprawiło, że zacząłem wagarować i chodzić nad Jezioro Nyskie. Czułem, że pasuję jedynie do natury. I to było bezpośrednim powodem, dla którego chciałem poznać świat.

Książki podróżnicze też czytałem, przede wszystkim Arkadego Fiedlera. Aż trafiłem na „Prowadził nas los”' Kingi Choszcz i Radosławy Siudy, którzy w pięć lat objechali świat autostopem. Zrozumiałem, że jeżeli chcę, to mogę, i w głowie włączył mi się tryb realizacji planu. Poszedłem na kurs przewodników górskich, tam spotkałem swoją przyszłą żonę – Agnieszkę. Pojechaliśmy rowerami najpierw na Kubę, a następnie przez Amerykę Południową. Potem były kolejne wyprawy.

Dziś walczę z poczuciem tożsamości – nie wiem, kim jestem, i cały czas tej odpowiedzi szukam. Nie wiem nawet, jaki zawód sobie wpisać. Po tych wszystkich latach nie chcę być już podróżnikiem.

Mateusz Waligóra, podróżnik, fotograf, przewodnik, członek prestiżowego The Explorers Club. W 2018 roku jako pierwszy człowiek przeszedł samotnie i bez wsparcia mongolską część pustyni Gobi. (Fot. archiwum prywatne)Mateusz Waligóra, podróżnik, fotograf, przewodnik, członek prestiżowego The Explorers Club. W 2018 roku jako pierwszy człowiek przeszedł samotnie i bez wsparcia mongolską część pustyni Gobi. (Fot. archiwum prywatne)

Dlaczego?!
Bo o ile kiedyś chciałem dotrzeć do różnych dalekich miejsc, to teraz wiem, że nie chodzi o miejsca.

A o co?
O poczucie bycia w ruchu. Uświadomiła mi to moja ostatnia wyprawa. Wędrując wzdłuż biegu Wisły, przeżywałem dokładnie te same emocje, może tylko w mniejszym stężeniu, co na pustyni Gobi, w Patagonii czy Himalajach. Jak powiedziałem, miejsce ma dla mnie coraz mniejsze znaczenie, a liczy się poczucie bycia w ruchu, zwłaszcza kiedy idę piechotą, co bardzo różni się od innych form podróżowania. Kiedy jedziesz np. z Limy autobusem do Cuzco, zapamiętasz stolicę – jako pierwszą okładkę tej książki, a potem Cuzco – drugą okładkę. A pomiędzy nimi scenki, na których ludzie wożą kury, jest duszno, a ty rzygałeś. Podróżowanie rowerem to z kolei jak czytanie całej książki, najważniejsze jest właśnie to, co zdarza się pomiędzy okładkami: wioski, które miniesz; ludzie, których spotkasz; dźwięki i zapachy. Dzięki temu mogę powiedzieć, jak pachnie i jak brzmi droga do Cuzco. A kiedy zacząłem wyprawy piesze, zrozumiałem, że to jest najbardziej naturalny sposób podróżowania każdego człowieka.

Człowiek wędrował na długo przed tym, zanim odkrył koło...
Właśnie, kroki wytyczają rytm, także rytm myśli. Najtrudniejszy jest dla mnie zawsze pierwszy tydzień wyprawy: martwię się tym, co będzie, i tym, czego nie załatwiłem przed wyjazdem. Gdy wreszcie łapię rytm, wszystko trafia na swoje miejsce: zaczynam doceniać małe rzeczy, jak to, że mam gdzie spać, co jeść i pić, a niczego więcej nie potrzebuję. Wtedy marsz zamienia się w medytację i rozpoczyna się wędrówka ciała i głowy. To jakby dwie osobne wędrówki... Kiedy ostatnim razem moje ciało szło szlakiem Wisły, głowa była w każdym miejscu czasu i przestrzeni; wracałem pamięcią do okresu liceum, próbując zrozumieć, skąd przyszedłem i gdzie jestem teraz, myślałem też o wyprawie do Zatoki Wielorybiej na Antarktydzie.

I potem następuje faza zakończenia wyprawy, w sensie umownym, bo w moim przypadku wyprawa nigdy się nie kończy. Zrozumiałem to po przejściu Gobi. Wcześniej wydawało mi się, że jeśli dokonam czegoś tak spektakularnego jak pierwsze samotne przejście tej pustyni, to zmieni się moje życie. A kiedy doszedłem do miasteczka Sajnszand i to był koniec wędrówki, nie wydarzyło się absolutnie nic. Każda wyprawa mnie czegoś uczy – tamta uświadomiła mi właśnie to, że nigdy nie dotrę do celu, bo tego celu nie ma. Z kolei w przypadku szlaku Wisły zdałem sobie sprawę z tego, że nie muszę już nikomu niczego udowadniać ani bić rekordów, żeby mieć frajdę z podroży. W tym roku jeszcze pójdę wzdłuż wybrzeża Bałtyku. Czuję, że i ta przygoda wiele mi da.

A dlaczego wybrałeś akurat Wisłę?
Bo łączy dwa przeciwległe skraje Polski, prowadzi przez cały kraj i płynie tylko w jego granicach. Innymi słowy, wszystko, co się w dzieje z Wisłą, wynika z tego, jak traktujemy ją my sami. No i to rzeka symbol...

Od początku zakładaliśmy też, że w książce, którą napiszemy wspólnie z Dominikiem Szczepańskim, poruszymy wątki związane ze zmianami klimatu, ekologią, hydrologią, suszą. Dominik przeprowadził kilka rozmów z naukowcami, badaczami, osobami, które swoje życie zawodowe związały z Wisłą.

– Najtrudniejszy jest dla mnie zawsze pierwszy tydzień wyprawy – wyznaje Mateusz Waligóra. – Martwię się tym, co będzie, i tym, czego nie załatwiłem przed wyjazdem. Gdy wreszcie łapię rytm, wszystko trafia na swoje miejsce: zaczynam doceniać małe rzeczy, jak to, że mam gdzie spać, co jeść i pić, a niczego więcej nie potrzebuję. Wtedy marsz zamienia się w medytację i rozpoczyna się wędrówka ciała i głowy – dodaje. (Fot. Alina Kondrat)– Najtrudniejszy jest dla mnie zawsze pierwszy tydzień wyprawy – wyznaje Mateusz Waligóra. – Martwię się tym, co będzie, i tym, czego nie załatwiłem przed wyjazdem. Gdy wreszcie łapię rytm, wszystko trafia na swoje miejsce: zaczynam doceniać małe rzeczy, jak to, że mam gdzie spać, co jeść i pić, a niczego więcej nie potrzebuję. Wtedy marsz zamienia się w medytację i rozpoczyna się wędrówka ciała i głowy – dodaje. (Fot. Alina Kondrat)

Czy podczas wędrówki trzymałeś się blisko koryta?
Nie. Od początku nie chciałem wędrować wzdłuż samej rzeki – ona była dla mnie kompasem, który wskazywał kierunek na północ. Rozpocząłem wzdłuż jednego z potoków źródłowych, Białej Wisełki na stokach Baraniej Góry, a potem szedłem, jak mi podpowiadała intuicja i mówili napotkani po drodze ludzie. Miałem namiot, więc nocowałem nad rzeką czasami w polach kukurydzy lub u ludzi, których poznałem po drodze, albo u przyjaciół mieszkających nad Wisłą. Zmieniałem brzegi, bo gdzieś usłyszałem, że to warto poznać, tamto zobaczyć. Bardziej jednak interesowały mnie spotkania z ludźmi, którzy mogli o tej Wiśle opowiedzieć, więc wchodziłem też do wiosek. Obawiałem się, czy jako introwertyk dam sobie radę. Ale to ludzie zaczynali do mnie mówić, wystarczyło, że gdzieś pod sklepem zagadałem i rozmówca zwierzał się z połowy swojego życia. Wydaje mi się, że tę otwartość spowodował fakt, ze poruszałem się pieszo. Ludzie widzieli, że dotarcie do nich wymagało ode mnie sporo wysiłku i dlatego mogli mi zaufać.

I jakie wnioski wysnułeś z tej wędrówki?
Po pierwsze, taki, że trochę odwróciliśmy się od Wisły, zapominamy o niej. Lekceważąc to, że ona przez setki lat wpływała na to, jak obecnie wygląda Polska. A to, co zrobimy w kolejnych dziesięcioleciach, zdecyduje, jak ona będzie wyglądać.

Ważne jest też to, że doświadczyłem ogromnej życzliwości, ciekawości i troski od ludzi. Choć ciężko w to uwierzyć, w ciągu 46 dni marszu nie spotkałem się z żadną negatywną sytuacją ani reakcją na to, co robię. To ogromny kontrast w porównaniu z tym, co piszą ludzie w Internecie, gdzie mogę przeczytać tysiące negatywnych opinii na swój temat. To dosyć smutne, że w Internecie możemy być tym, kim naprawdę chcemy, a często wybieramy bycie chamami. A w prawdziwym życiu, nad Wisłą słyszymy, że wszyscy sąsiedzi w okolicy to bardzo dobrzy ludzie i niczego nie muszę się obawiać. To było dla mnie zaskakujące. Nie wierzyłem, że Polacy to gościnny naród, bo to samo słyszałem o każdym kraju, do którego jechałem. A jednak ta wyprawa mnie przekonała, że tak naprawdę jest – jesteśmy gościnni.

Na wykładach, które prowadzisz, zachęcasz do przekraczania własnych granic. Jaką barierę sam przede wszystkim przekraczasz, ruszając w podróż?
Barierę strachu – przed nieznanym i przed ryzykowaniem. Na przykład na pustyni Gobi margines błędu masz niewielki, bo kiedy się zgubisz i skończy ci się woda, to masz kilkanaście godzin, żeby się uratować. A tam jest wiele wyjeżdżonych ścieżek i łatwo się zgubić.

Nie miałeś wtedy telefonu satelitarnego?
Miałem, podobnie jak lokalizator GPS, modem satelitarny oraz ubezpieczenie amerykańskich komandosów, którzy deklarują dotarcie do mnie w ciągu kilku godzin. I żyłem w takim przekonaniu, że jeśli coś się wydarzy, to nacisnę przycisk S.O.S. i przyleci śmigłowiec... Aż do momentu, w którym złapała mnie pierwsza burza piaskowa i zdałem sobie sprawę, że w takich warunkach jestem zdany tylko na siebie, bo nikt do mnie nie dotrze.

Takich zagrożeń jest dużo. Na płaskowyżu solnym Salar de Uyuni w Boliwii, gdy przyjdzie burza i spadnie deszcz, to woda nie wsiąka w grubą warstwę soli. Brodzi się w solance i wystarczy jeden piorun... Tak ginęli już rowerzyści. Na pustyniach Australii dochodzą ogień i woda. Gwałtowna powódź spowodowała, że musieliśmy kiedyś z Agnieszką czekać tydzień, aż woda opadnie. I to w sezonie suchym. Nie wystarczyłoby nam żywności na resztę wyprawy i musieliśmy się wycofać. A rok później pożar buszu odciął mi drogę do studni.

Polecamy: „Szlak Wisły. 1200 km pieszej przygody”, Mateusz Waligóra, Dominik Szczepański, wyd. Neverending Stories, do kupienia w sklepie wydawnictwaPolecamy: „Szlak Wisły. 1200 km pieszej przygody”, Mateusz Waligóra, Dominik Szczepański, wyd. Neverending Stories, do kupienia w sklepie wydawnictwa

Powiedziałeś kiedyś, że każdy z nas choć na chwilę powinien stać się pustelnikiem, bo pustynia uczy bycia ze sobą. Nie boisz się samotności?
Boimy się samotności, bo boimy się siebie... A pustynia powoli zaczyna zdzierać z ciebie warstwy i dociera do wnętrza. Tam nie musisz nikogo udawać, jesteś po prostu sobą. Nie ojcem, dziennikarzem, podróżnikiem, politykiem, kimkolwiek... Zaczynasz dostrzegać, jakim jesteś człowiekiem, czego chcesz, jakie są twoje prawdziwe intencje, czy chcesz robić to, co robisz, i czy robiłbyś to, gdyby nie było pieniędzy na świecie. Przestajesz też myśleć o tym, jak postrzegają cię inni ludzie. Te dziesiątki nieoczywistych pytań, na które próbujesz odpowiedzieć, to jest niesamowicie oczyszczające. Po raz pierwszy doświadczyłem tego, kiedy szedłem przez pustynię w Australii, to było fascynujące. Na każdej kolejnej odludnej wyprawie to się we mnie umacnia. Kiedyś bałem się przebywać sam z sobą, ale teraz to lubię, a nawet nieraz czuję się bardziej samotny wśród ludzi, których nie rozumiem, którzy mnie nie rozumieją, którzy czegoś oczekują.

Którą z wypraw najbardziej przeżyłeś psychicznie?
Wszystkie przeżywam. Pod kątem fizycznym łatwo je ocenić, np. „Waligóra przeszedł pustynię Gobi, zrobił 1700 km, dokonał tego jako pierwszy człowiek, schudł 24 kg”. A dla mnie najważniejsza jest wędrówka w głowie, której nie jestem w stanie opisać nikomu. Sam do końca tego nie rozumiem. I każda kolejna jest kontynuacją poprzedniej.

Mateusz Waligóra, podróżnik, fotograf, przewodnik, członek prestiżowego The Explorers Club. W 2018 roku jako pierwszy człowiek przeszedł samotnie i bez wsparcia mongolską część pustyni Gobi.

  1. Styl Życia

A po nocy przychodzi dzień. Roczny horoskop dla Raka

Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie. (Ilustracja: iStock)
Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie. (Ilustracja: iStock)
Raki mogą odetchnąć, bo ciężkie lata twardych tranzytów Saturna i Plutona są już za nimi. Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie.

Kiedy Saturn i Pluton były w znaku Koziorożca, tworzyły do znaku Raka opozycję, krzyżując plany, piętrząc problemy i nadwerężając odporność. Jeszcze tylko Raki urodzone między 17 a 21 lipca pozostają pod wpływem samego Plutona, który może stawiać je pod ścianą, by sięgnęły po wewnętrzną moc w zmaganiu się z rzeczywistością.

Raki z pierwszej dekady w lipcu skorzystają z dobrodziejstw Jowisza, który na ten czas zawita do Ryb, tworząc dla nich przyjazny trygon. Mogą zatem liczyć na wakacyjne lenistwo i dobrą zabawę. To też tranzyt korzystny dla spraw finansowych, sprzyjający prezentom od losu i wszelkim uciechom. Jowisz zamanifestuje się dla nich jako wspierająca siła, impuls do pozytywnego myślenia oraz skutecznego działania. Raki osiągną swoje cele niemal bez wysiłku, co sobie bardzo cenią.

Od stycznia do maja 2022 roku Jowisz na dobre zagości w Rybach i wszystkim Rakom pomoże w realizowaniu marzeń, sprawiając, że życie stanie się piękniejsze. To będzie miły i pomyślny tranzyt zwłaszcza dla tych, którzy przeszli ostatnio ciężkie chwile i trudności podcinające skrzydła. Pamiętajmy, że Jowisz Rakowi bardzo sprzyja, ponieważ w tym znaku jest w wyniesieniu – przynosi mu opiekę, pomyślność, wygodę. Z długofalowych wpływów trzeba wspomnieć jeszcze sekstyl Neptuna w znaku Ryb, który tworzy trygon do Raków z przełomu drugiej i trzeciej dekady. To harmonijny uspokajający tranzyt, który działa stabilizująco na emocje. Jest więc dla Raków szansa na wyciszenie, rozwój duchowy, a także artystyczne projekty. Kiedy wiosną przyszłego roku trygon Jowisza nałoży się na trygon Neptuna, Raki nie będą miały żadnych powodów do marudzenia, ponieważ życie będzie je rozpieszczać.

Analiza tranzytów Marsa na najbliższe miesiące pokazuje, że sierpień będzie miesiącem neutralnym, wręcz spokojnym. Trudniej będzie we wrześniu i październiku, ponieważ Mars utworzy do znaku Raka kwadraturę, przynosząc niepotrzebne szarpanie się i napięcia. Ostatnie miesiące roku, czyli listopad i grudzień, zapowiadają się za to rewelacyjnie, jeśli chodzi o skuteczność działań i poziom witalności. Rok 2022 dla Raków zacznie się wyśmienicie, a to za sprawą wspomnianego już Jowisza. Jedynie chwilowo w lutym i marcu Mars w Koziorożcu może przynieść krótkotrwałe przeciążenia i konflikty. W maju w sprzyjających dla nich Rybach znajdą się i Mars, i Jowisz, i Neptun, a ten zestaw trygonów może sprawić, że późną wiosną Raki będą rozpływały się w komforcie i szczęściu.

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej, www. solarius.pl.