1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Azyl na bazarze

Azyl na bazarze

W Nazraniu, byłej stolicy Inguszetii, małej republiki kaukaskiej wciśniętej między Czeczenię a Osetię Północną, jest wielkie targowisko. Handlują na nim Ingusze, Uzbecy, a także Czeczeni – uchodźcy, którzy schronili się tu przed rosyjskimi nalotami, represjami i biedą. W kraju zostawili zbombardowane domy i rodziny, którym udało się przeżyć

Każdego dnia przez siedem miesięcy przebiegałam kilkaset metrów wzdłuż ulicy Fabrycznej, od czerwonej bramy mojego biura-domu do bramy rynku. Najpierw natykałam się na tadżyckie kobiety i dzieci, które wyciągały rękę, pochylały się do stóp, przylepiały do mnie całym ciałem, ciągnęły za ubranie. „Daj, daj” – mówiły, może nawet dodawały „proszę”. W języku inguskim nie ma słowa „proszę”, ale może jest w tadżyckim. Tylko Tadżycy żebrzą. Ingusze i Czeczeni są na to zbyt dumni. Potem zatrzymywałam się przy budce chudego, skośnookiego Uzbeka, który sprzedawał gorące lepioszki prosto z glinianego pieca.

Lubiłam przychodzić, gdy zaczynał brudną szmatką smarować mlekiem surowe ciasto. Potem rozkładał lepioszki na stole, po pięć w rządku. W czterech szybkich, wyćwiczonych ruchach przyklejał je do rozgrzanych ścian pieca. Musiał włożyć rękę głęboko, aż po bark, do wewnątrz. Wyglądało to tak, jakby piec zjadał mu prawie pół ciała. Lepioszka po wyjęciu z pieca jest tak gorąca, że topi się od niej foliowy woreczek. W drodze zjadałam prawie całą. Nie umiałam się powstrzymać.

Potem szłam do Zury na obiad. Zura pochodzi z Groznego – pracowała kiedyś w jednej z organizacji humanitarnych, a po redukcjach założyła mały biznes kuchenny. Ugotowana lub usmażona oferta obiadowa wystawiona jest na ladzie. Płow, kurczak, sałatki, gałuszki z mięsem. Pokazuje się palcem, na co ma się ochotę, a kucharka zabiera danie z lady i odgrzewa w mikrofalówce albo na płycie kuchennej.

Foto: Olga Mielnikiewicz

Jednym słowem – kołchoz

Po obiedzie szłam  na herbatę do Hawy. Hawa także jest Czeczenką. Handluje czapkami, kapeluszami, kaszkietami, chustkami na głowę i do nosa, skarpetami, rajstopami, rękawiczkami, okularami. Przywozi je z Piatigorska albo z Moskwy. Czapki dla dzieci i młodzieży są made in Poland. Hawa stara się, żeby były krutyje, czyli modne. – Ola, Ingusze takich nie widzieli, nie umieją się ubrać, nie mają gustu. Jednym słowem – kołchoz. Hawa sprzedaje swój towar drożej niż inni, ale jej rzeczy są dobrej jakości. Chusteczki do nosa – czysta bawełna, po praniu stają się miękkie. Nie spierają się kolory, nie pachną octem. Dlatego kosztują 10 rubli, a nie 5 albo 8 jak u Chińczyków. Hawa ma wielu stałych klientów, przyjeżdżają nawet z sąsiednich republik. Jednak z radością wróciłaby do Groznego, gdyby miała tam miejsce na bazarze. Ale to kosztuje kilka tysięcy dolarów.

Hawa należy do kilkuset tysięcy czeczeńskich uchodźców, którzy podczas obu czeczeńskich wojen szukali u swoich sąsiadów Inguszów bezpieczeństwa, azylu, pracy. Wielu znalazło zajęcie na bazarze. Murat handluje pirackimi płytami, był studentem uniwersytetu w Groznym, kiedy w 1999 roku zaczęła się druga wojna czeczeńska. Zinaida, która szyje zasłony i sprzedaje tkaniny, cudem ocalała w zbombardowanym domu, ale straciła męża i syna. Jacha handluje sprzętem AGD, Radimchan – zieleniną, Muslim sprzedaje miód. Spacerując po rynku, często łowiłam strzępy rozmów: „To tam, gdzie spłonął człowiek w trafionym bombą domu..., a tego sąsiada torturowali, znaleźli go bez palców...”.

 

Trzeba pokazać, że ma się pieniądze, drogie ciuchy. Niejedna kobieta przechadza się po rynku w norkowej szubie wartej z pięć tysięcy dolarów. Albo w kolczykach z brylantami też za kilka tysięcy

 
 

Hawa skończyła uniwersytet w Groznym i zajęła się handlem. Kiedy zaczęła się druga wojna czeczeńska i rosyjskie naloty na miasto, uciekła z chorą na astmę matką do Nazrania. Opowiadała nieraz, jak na ludzi idących ku granicy szosą Grozny – Nazrań pikowały z nieba rosyjskie śmigłowce, aby napędzić im strachu. Mieszka teraz w Ekażewie – największej wsi w Inguszetii – w wynajętym domu, którego właściciele wyjechali za granicę. Z zarobionych pieniędzy odbudowuje dom w Groznym. Odszkodowania od władz rosyjskich nie dostała – nie dała łapówki. Jeszcze musi zrobić oświetlenie, ogrzewanie i urządzić dom. Po materiały elektryczne jeździ aż do Piatigorska. Tam taniej, tylko trzeba te ciężary dźwigać samej. Nie ma ojca ani brata. Kuzyni zostali w Czeczenii. Zresztą kobiety przywykły tu do dźwigania. Nie wypada, żeby mężczyzna publicznie okazywał pomoc. Można tu zobaczyć kobiety w zaawansowanej ciąży dźwigające wiadra wody na czwarte piętro i przyglądających się temu mężczyzn. Hawa ma dwa marzenia: zabezpieczyć mamę na starość, czyli dokończyć odbudowę domu w Groznym, bo ona po ślubie będzie mieszkać z rodziną męża. I mieć dzieci. Trójkę albo piątkę. Dwie dziewczynki i chłopca albo trzy dziewczynki i dwóch chłopców. Według niej ja jeszcze nie zrobiłam w życiu najważniejszego: nie założyłam rodziny i nie mam dzieci. Dzieci to zabezpieczenie na starość, opieka, szacunek.

W soboty przynosiłam na rynek laptopa i uczyłam Hawę jego obsługi, a ona mnie czeczeńskiego. Jedno z pierwszych pytań, które zadałam jej po czeczeńsku, brzmiało: Hun bazara has hieti? („Czy podoba ci się na rynku?”). W odpowiedzi wystukała na klawiaturze: „Nienawidzę rynku, swoją pracę za to bardzo lubię”. Hawa nie chce poprzestać na bazarowym stoisku, chce się rozwijać. Jeśli wyjdzie za Ahmeda, on na pewno pozwoli jej handlować, bo to dobry chłopak. Czasem komentujemy strój przechodzących bazarową alejką Inguszek. Zadbana kobieta w norkowej szubie – Hawa oceniła ją na pięć tysięcy dolarów. Młoda dziewczyna w kolczykach z brylantami – też kilka tysięcy. – Patrz, Ola, tacy jesteśmy – trzeba pokazać, że ma się pieniądze, drogie ciuchy, wielkie domy. Mieć zamiast być. Wy oszczędzacie, na przykład żeby wyjechać, odpocząć, coś zobaczyć, a my całe życie gromadzimy, kupujemy. Budujemy dom i potem go remontujemy.

Wszystkie kobiety w spódnicach. Wszystkie w chustkach na głowie albo przepaskach, w zależności od stopnia radykalizmu męża albo jego rodziny. Nie noszą czarczafów. Preferują kaukaski wariant islamskiej mody – odsłaniający więcej ciała. Wszystkie umalowane. Przechadzają się, kołysząc biodrami, nawet nie z zalotności, ale z powodu bardzo wysokich obcasów. Damskich butów na płaskim obcasie w Inguszetii nie kupisz. Podobnie jak damskich spodni. Tutaj ubranie musi być kobiece.

 

Foto: Olga Mielnikiewicz

Na rynku pracują głównie kobiety. Musiały się zająć handlem, bo mężczyźni wojowali, ginęli, znikali bez wieści, a ci, którzy przeżyli, wpadali w depresję i odrętwienie. Handlarki bez własnych kramów i „szczęk” sprzedają z ręki. Cały dzień na nogach, przemierzają po kilkanaście razy każdy rząd, dźwigając chleb, bułki, owoce albo pchając przed sobą wyładowane wózki z towarem. Jak Taissa, starsza siwa kobieta, która między powtarzaną frazą: „Owoce, soczyste granaty, banany, gruszki, jabłka”, zawsze pozdrowi, czasem zmówi modlitwę, żeby wszystko się dobrze układało, żeby nie było biedy i nieszczęścia w życiu. Szczególnie często zatrzymuje się przy Hawie, dotyka skarpetek, czapek, chusteczek i szepce jakieś słowa. Pewnie mają chronić przed złą energią niektórych klientów. Hawa jest bardzo wrażliwa na zgłaz, czyli zły urok. Bardzo źle znosi obecność jednego mężczyzny, który czasem przychodzi po czapki. Po jego odejściu mdleje, ma duszności, robi się blada jak trup. U Czeczenów i Inguszów traktuje się takie rzeczy serio.

 

Lepioszki, słony ser sułguni i kaukaskie disco, widok starców w baranich czapach i kobiet błyskających złotymi zębami. Bazar w Nazraniu to miejscowy folklor, ale i olbrzymie pieniądze. To biznes krewnych prezydenta

 
 

Któregoś dnia kramik Hawy zastałam zamknięty i nikt nie wiedział, co się z nią stało. Gdy do niej zadzwoniłam, powiedziała mi, że Ahmed zgodnie z inguską tradycją porwał ją dziś rano, kiedy szła na przystanek. Teraz czeka w kryjówce na swatów ze strony jego rodziny. Jutro pewnie wesele. A więc nie zobaczymy się prędko. Była smutna. Nie chciała być porywana, chciała normalnie wyjść za mąż…

Dług psuje relacje międzyludzkie

Obok Hawy duże stoisko ma Ali. Sprzedaje turecką odzież męską. Kiedyś handlował damską, ale zbyt dużo kobiet podrywało go przy okazji zakupów. Ali ma gust. Sam ubiera się modnie, jak Europejczyk. Pyta często, czy w Warszawie, w takiej bluzie, takich spodniach i takiej marynarce rozpoznano by w nim „Kawkazca”. Zapewniam, że nie. Ali przykłada do strojów dużą wagę. Codziennie przychodzi w czymś innym. Spryskuje się wodą toaletową kilka razy dziennie. Sąsiadki czasami żartują z niego, wołając nasza diewoczka. Podobnie jak Hawa sprzedaje modne ciuchy. Droższe, ale markowe – Esprit, Boss, Lagerfeld. Dla odważniejszych. Ma także podróbki dla mniej wybrednych (podobnie jak Hawa uważa, że Ingusze mają w większości kiepski gust). Co dwa, trzy miesiące Ali jedzie na kilka dni po nowy towar. W jeden dzień w Stambule załatwia interesy, odbiera towar, a w pozostałe dni bawi  się, odpoczywa, odwiedza dyskoteki. Chce oderwać się od przytłaczającego, szarego, konserwatywnego, kołchoźniczego klimatu Inguszetii.

Foto: Olga Mielnikiewicz

Ali jest Inguszem, ale wykształconym, inteligentnym, obytym, o szerokich horyzontach. Ma w rodzinie znanego akademika sejsmologa i byłego prezydenta Inguszetii Rusłana Auszewa, szanowanego i ciepło wspominanego – w większości inguskich domów wisi jego portret albo stoi popiersie. Auszew starał się prowadzić politykę niezależną od Moskwy. Po jego rezygnacji w 2001 roku Putin namaścił na prezydenta Murata Ziazikowa, emerytowanego generała służb specjalnych. Naród go nie lubi. W marcu ubiegłego roku nieznani sprawcy porwali sprzed meczetu jego wuja. Znalazł się żywy po kilku miesiącach… Ali skończył studia w Instytucie Naftowym w Groznym – największej tego typu uczelni w Rosji. Czeczenia leży na ropie, więc instytut prężnie się rozwijał (w czasie drugiej wojny czeczeńskiej go zburzono, podobnie jak wszystkie zakłady przetwórstwa ropy). Alemu proponowano, żeby został na uczelni i robił doktorat. Nie chciał. Poszedł do pracy w wielkim zakładzie metalurgicznym Krasnyj Mołot, który przed wojną zaopatrywał 40 państw w zawory do przemysłu gazowego i naftowego oraz w wieże wiertnicze. Kiedy w 1991 roku proklamowano niepodległość Czeczenii, w fabryce zaczęto produkować broń. Podobnie jak Hawa Ali wyjechał z Groznego w 1999 roku.

W sklepiku Alego wiszą zdjęcia jego synków, pocztówka z nagą pięknością i hasło: „Dług psuje relacje międzyludzkie”, autorstwa Lenina. Choć Ali daje w ten sposób do zrozumienia, że wolałby nie dawać ubrań na kredyt, zazwyczaj mu się to nie udaje – wymuszają to na nim stali klienci, sieć różnych zależności, związki pokrewieństwa i dobre serce. Stracił w ten sposób kilku znajomych. Nie chcą mu oddać pieniędzy. Codziennie po wszystkich kramach przebiega elegancka kobieta – zbierająca opłatę żona właściciela rynku. Ali woła: – Nasza krasawica przyszła! – i rzuca na ladę 60 rubli. Te pieniądze idą do kieszeni drugiego po prezydencie Ziazikowie najbogatszego człowieka z Inguszetii. Rynek to rodzinny biznes krewnych prezydenta. Olbrzymie pieniądze. Ali często mi powtarza: – Jestem pewny, że jeśli stąd wyjedziesz, zawsze będziesz myśleć o Inguszetii, będziesz wspominać mnie i Hawę, i rynek. Kiedyś zapragniesz zobaczyć, co się z nami dzieje, i wrócisz.

Ma rację. Tęsknię za rynkiem. Brakuje mi lepioszek, słonego sera sułguni, granatów, melonów, świeżych daktyli, kaukaskiego disco, widoku starców w baranich czapach i kobiet błyskających złotymi zębami, zapachu i smaku bazarowych jadłodajni. Tęsknię za Hawą i Alim. Podobno Ali ożenił się po raz drugi z młodszą o 20 lat piękną, zgrabną, gospodarną Inguszką. Musiała być taka, Ali jest wybredny. Pojechali w podróż poślubną – zupełnie nie po ingusku. Hawa urodziła dziewczynkę. Ahmed opiekuje się nią i jest wrażliwy na jej potrzeby, ale do szpitala jej nie zawiózł i nie odwiedzał po porodzie. Taki obyczaj.

Półmilionowa Inguszetia, całkowicie uzależniona od polityki Kremla, jest jedną z najbiedniejszych republik Federacji Rosyjskiej. Ingusze są etnicznie grupą bardzo zbliżoną do Czeczenów. Do 1992 roku Inguszetia tworzyła z Czeczenią jedną republikę autonomiczną – oderwała się w wyniku referendum. Około 83 proc. mieszkańców republiki stanowią Ingusze, ponad 11 proc. – Czeczeni, około 4 proc. – Rosjanie. Większość Inguszów wyznaje islam.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Ewa Pajor – drobna, ale waleczna

Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot. Paula Duda/PZPN)
Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot. Paula Duda/PZPN)
Jest jedną z najbardziej cenionych piłkarek na świecie. Gra w ataku i na boisku potrafi zdziałać cuda. Ale też poza nim, bo historia 24-letniej dziś Ewy Pajor to świetny przykład na to, jak niemożliwe staje się możliwe. 

Artykuł pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika „Zwierciadło” (numer 8/2020).

Pod koniec kwietnia, w czasie izolacji, doszło do historycznego wydarzenia. Media donosiły, że Ewa Pajor, od kilku lat grająca w kobiecej Bundeslidze, przedłuża kontrakt z klubem VfL Wolfsburg na warunkach, których nie zaproponowano dotąd żadnej innej zawodniczce na świecie. W kontrakt wpisano klauzulę odstępnego w wysokości miliona euro. Gdyby Ewę chciał odkupić inny klub, właśnie tyle musiałby za nią zapłacić. To najwyższy transfer w historii kobiecej piłki nożnej. Przed Polką rekordzistką była Francuzka Kadidiatou Diani ze… 150 tys. euro odstępnego. Ktoś mógłby zaoponować, że milion euro to i tak śmieszna kwota w porównaniu z transferami gwiazd męskiego futbolu, gdzie już parę lat temu przekroczono trudną do wyobrażenia granicę 200 mln. Tak, historia sukcesu Ewy to po części opowieść o tym, jak bardzo różni się sytuacja zawodowych piłkarek i piłkarzy, o przepaści trudnej do przeskoczenia. Ale to jednocześnie opowieść dająca sporo nadziei, symbol zmian, których właśnie jesteśmy świadkami. A w oderwaniu od potężnej napędzanej przez astronomiczne zyski machiny, jaką jest dziś piłka nożna, po ludzku dowód na to, ile zdziałać mogą marzenia w połączeniu z talentem i ciężką pracą.

Siła sióstr

Za bramkę służyły im albo kołki wbite w ziemię, albo ramka zbita z deszczułek oparta o ścianę obory u kolegi Patryka, który był szczęśliwym posiadaczem piłki, więc to od niego zależało, kiedy będą grać. Czasu wolnego nie było zresztą bardzo dużo, przy tak dużym gospodarstwie, jakie prowadzili rodzice Ewy. Trzeba było pomagać przy krowach i na polu. Ich rodzinna miejscowość Pęgów, między Łodzią a Koninem, to w sumie kilkanaście gospodarstw. Wokoło łąki, pola: mnóstwo miejsca na uprawianie sportów. Zimą urządzali sobie z dzieciakami mecze hokeja na zamarzniętym stawie (kije wycięli sami z kawałków drewna, do dzisiaj zostały w domu na pamiątkę), ale piłka nożna była szczególnie ważna. W ich rodzinie najbardziej wkręcone były w futbol dziewczyny, ona i trzy siostry, jedynego z piątki rodzeństwa brata bardziej interesowało gospodarstwo. A one nie przepuszczały w telewizji żadnego ważnego meczu. Oglądały wyłącznie męskie drużyny, bo zwyczajnie innych w telewizji nie pokazywano. Grać lubiły wszystkie, ale złożyło się tak, że to Ewa straciła dla piłki głowę. Można jej było powtarzać: „Wracaj ze szkoły pierwszym autobusem do domu!”, a i tak, kiedy biegała po boisku, zapominała o wszystkim innym. O kurtce, czapce. Pamięta, że spodnie praktycznie zawsze miała brudne na kolanach. Już wtedy było widać, jaka jest szybka. Dziś różni ludzie, którzy pamiętają ją z tamtego okresu, wspominają, że niektóre jej akcje na boisku wyglądały wręcz komicznie. Że kiedy dorywała się do piłki, zostawiała wszystkich w tyle.

Ewa jest w trzeciej, może nawet drugiej klasie podstawówki. Grają akurat przeciwko szóstoklasistom, wielu z nich jest od niej – dosłownie – dwa razy większych. W pewnym momencie piłka z całą siłą uderza ją prosto w twarz. Trener zerka z niepokojem, podchodzi: „W porządku? Jesteś cała? Schodzisz?”. Decyzja zajmuje jej tylko chwilę. Ewa wyciera twarz: „Nie, gram dalej”.

– Drobna, ale waleczna – śmieje się dzisiaj. – Nigdy nie odpuszczałam.

I podkreśla, jak wiele zawdzięcza trenerowi Piotrowi Kozłowskiemu. Człowiekowi, dzięki któremu dzieciaki ze szkoły w maleńkim Wieleninie nie tylko lubiły lekcje WF-u, ale i wygrywały – w różnych dziedzinach – w turniejach na poziomie wojewódzkim, a nawet ogólnokrajowym. I który słowem się nie zająknął, kiedy drobna dziewczynka oznajmiła, że chce grać w nogę z samymi chłopakami. Po prostu dał jej szansę, a potem, kiedy dziesięcioletnią Ewą zainteresował się Medyk Konin, jeden z najmocniejszych i najsłynniejszych kobiecych klubów w naszym kraju, woził ją cierpliwie do Konina na treningi, mecze, zgrupowania. Drugą z osób, które miały na Ewę ogromny wpływ, jest Nina Patalon. Znana postać kobiecego futbolu. Trenerka Medyka, selekcjonerka reprezentacji Polski, jedyna kobieta w naszym kraju z licencją UEFA Pro, Koordynatorka Szkolenia Piłki Nożnej Kobiet PZPN. Walcząca o polskie piłkarki jak lwica.

Relacja Ewy z nią jest wyjątkowa, bo też Nina Patalon jest świetna nie tylko w wyłuskiwaniu i szlifowaniu talentów. Wiele z jej podopiecznych, żeby grać w klubie, musi opuścić rodzinne strony, a słynna trenerka je wychowuje i się nimi opiekuje.

Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com)Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com)

Skok w dorosłość

Przepłakały całą drogę do Konina. 12-letnia Ewa razem ze starszą o rok siostrą Pauliną umówiły się, że przeprowadzają się i zamieszkają w bursie we dwie, tak będzie raźniej. Paulina specjalnie dla Ewy zmieniła szkołę. Kolejne lata spędzone w Medyku Konin to także sporo łez, ale i spektakularne sukcesy. Pajor – znowu rekord – miała 15 lat i 133 dni, kiedy zadebiutowała w ekstralidze. Strzelała bramki, będąc w jednej drużynie z trzydziestoparoletnimi, doświadczonymi zawodniczkami. Po dwóch mistrzostwach i trzech pucharach Polski dostała z Niemiec propozycję, żeby przejść do Bundesligi. Szansa nie tylko na granie z największymi gwiazdami kobiecego futbolu, ale też w warunkach, na jakie piłkarki w Polsce nie mogą liczyć. Kilkukrotnie większy zespół trenerów, fizjoterapeutów, obsługi technicznej, opieka lekarska, cała infrastruktura. Nie mówiąc już o tym, że w naszym kraju zawodniczki w zdecydowanej większości klubów nie mają szans, żeby utrzymać się z grania.

Ewa wiedziała, że takim klubom jak Wolfsburg się nie odmawia, ale też miesiącami zbierała się do decyzji o kolejnej przeprowadzce, jeszcze dalej od bliskich. Wyjechała, mając 18 lat, w środku lata. Z Pauliną. Umówiły się tak samo, jak wtedy, kiedy jechały do bursy. Że się wspierają, razem będzie łatwiej. Ewa mówi, że dzięki Paulinie zdołała w ogóle przetrwać ten początkowy czas.

Poziom był niesamowicie wysoki, na boisku wciąż słyszała, że ma grać mocniej. Tymczasem dopadł ją kryzys zdrowotny. Badania wykazały, że ma poważną anemię. To ten moment, kiedy postanowiła zrewolucjonizować dietę, przekonała się, jaki ma wpływ na formę. I jeszcze oczy – sama się dziwi, najwyraźniej grała „na pamięć”, bo widziała naprawdę słabo, nie pomagały już żadne soczewki. Klub skierował ją do specjalistów, okazało się, że ma poważne problemy ze stożkiem rogówki, do tej pory przeszła dwie operacje. Po drodze, mimo tych przeszkód, z zawodniczki, która adaptowała się do nowych warunków, Pajor wyrosła na bohaterkę. W ubiegłym sezonie zdobyła 24 bramki w 19 meczach. Od pięciu lat mieszka w żyjącym piłką i motoryzacją (ze względu na fabrykę Volkswagena) Wolfsburgu, ale jest też gwiazdą polskiego futbolu. Gra w reprezentacji kraju, ich cel to awansować do najbliższych mistrzostw Europy.

Jak najszybciej

Przyznaje, że kiedy trafiła do Niemiec, marzyła tylko o tym, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Koleżanki w dobrej wierze dopytywały, jak się ma, a ona robiła wszystko, żeby jak najpóźniej wejść do szatni i jak najszybciej się z niej potem ulotnić. Nie miała odwagi się odezwać. Dzisiaj potrafi z tego żartować. Do Pęgowa tęsknić będzie zawsze („Cała nasza rodzina jest bardzo emocjonalna. Do tej pory, jak wyjeżdżam od rodziców, jest płacz, tacie jeszcze trudniej się powstrzymać od łez niż mamie”), ale też życie weszło na odpowiednie tory. Jej siostra w Niemczech ułożyła sobie życie, nadal lubią ze sobą spędzać wolny czas. Ewa podziwia słynne piłkarki, kibicuje im w walce o lepsze warunki w kobiecym futbolu. To wspaniale, że wykrzykują głośno, co myślą. Ona sama, zgodnie ze swoją naturą, mówi niewiele, ale uważa, że walka na boisku robi swoje. Bywało, że jeszcze w Polsce za plecami słyszała: „Babochłopy z Medyka!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. Wierzy, że mentalność da się zmienić nawet z dnia na dzień. Wystarczy spojrzeć, jaką popularnością cieszą się mecze ekstraklasy. Na kobiecym mundialu to, jak Brazylijki grały z reprezentacją Francji w samej Brazylii, oglądało ponad 35 mln kibiców. Ludzie chcą po prostu oglądać dobry sport.

Ewa: – Mężczyźni mają więcej siły, ale tak naprawdę niczym innym się ich piłka nie różni. My też potrafimy świetnie grać technicznie, strzelić piękną bramkę. Trzeba nas tylko zacząć oglądać.

Wie doskonale, jak potężna jest siła przykładu. W pierwszej klasie podstawówki była w szkole jedyną piłkarką. To było ważne doświadczenie, bo w mieszanych składach dziewczynki dobrze się rozwijają, mniej więcej do 15. roku życia mogą konkurować z kolegami. Ale kiedy Pajor podstawówkę kończyła, uzbierała się cała drużyna dziewczyn. Jej szkolny trener Piotr Kozłowski dzisiaj szkoli również piłkarki.

Ostatnio odezwała się do niej na Instagramie pięciolatka. Pytała, co robić, żeby być taka jak Ewa.

  1. Styl Życia

Rafting – adrenalina i kontemplacja

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji - pisze dziennikarka Jolanta Maria Berent, która na własnej skórze sprawdziła na czym polega wyjątkowość raftingu. (Fot. iStock)
Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji - pisze dziennikarka Jolanta Maria Berent, która na własnej skórze sprawdziła na czym polega wyjątkowość raftingu. (Fot. iStock)
Adrenalina i kontemplacja. Praca zespołowa i rywalizacja. Okazja do wyjścia poza strefę komfortu. To tylko kilka powodów, dla których warto spróbować raftingu. Dziennikarka Jolanta Maria Berent sprawdziła to na własnej skórze w Słowenii.

Na rynku rozwojowym znajdziesz kilka sposobów na to, żeby zmierzyć się z tym, co cię blokuje, powstrzymuje przed sięganiem po więcej. Chodzenie po rozżarzonych węglach, łamanie strzały grdyką czy deski ciosem karate. To ćwiczenia obliczone na wykonanie pewnego kroku – nie tyle ku przepaści, co w stronę własnej siły, pewności siebie. Sygnał dla podświadomości, że otwierasz się na nowe. Że – owszem, możesz odczuwać lęk, ale gotowa jesteś go przekroczyć.

Mimo to kiedy podczas wyjazdu z grupą dziennikarzy do Słowenii zaproponowano nam rafting – spływ pontonem po rwącej, górskiej rzece (piękna, szmaragdowa Socza plus Alpy Julijskie) – początkowo nie paliłam się do tego pomysłu. Woda nie jest moim ulubionym żywiołem, a do tego lało jak z cebra. Sam koordynator wyjazdu odradzał przedsięwzięcie. I wtedy zapaliła mi się lampka: cóż za wspaniała okazja, żeby spotkać się z tym żywiołem! Jak mogłabym ją zmarnować?

Jakoś to będzie

Z naszej pięcioosobowej grupy na udział w wyprawie decyduje się poza mną tylko jedna osoba. Wsiadamy do busa podstawionego przez organizatorów spływu, jedziemy do miejsca, gdzie dostajemy niezbędne wyposażenie: gumowe buty, dwie części kombinezonu, kask, kapok. Gdzie się przebrać? Jak to gdzie? Na brzegu rzeki! Zaczynam się zastanawiać, czy to był dobry pomysł. Próbuję porozumieć się z sąsiadem – okazuje się, że to nauczyciel grupy młodych uczniów szkoły ogrodniczej z Belgii. Są lepiej przygotowani niż ja: mają ręczniki i stroje kąpielowe. Ktoś uprzedził ich, że pod kombinezonem może zostać tylko dolna część bielizny. Nas nie. OK, dodatkowa bariera do przekroczenia. Jakoś to będzie.

I jakoś jest – na polanie, do której dojeżdżamy, nawet się specjalnie nie zasłaniamy. W końcu każdy jest zajęty sobą i rozpracowywaniem poszczególnych części ekwipunku. Koleżanka przekonuje mnie, że zamek w kombinezonie powinien się zasuwać od spodu. Rezultat: zakładamy strój na lewą stronę. Jakoś to będzie – uczepiłam się tej mantry.

Przewodnik woła grupę do pontonu, udziela niezbędnych instrukcji. Jak siedzieć, gdzie trzymać nogi, jak operować ciałem. Jak chwycić wiosło, jak nim poruszać. Co zrobić, kiedy wpadnie do wody. Wreszcie: jak postępować, kiedy trafi tam któryś z członków załogi. Jeśli to twój sąsiad, wciągasz go z powrotem za kapok. Jeśli ty, układasz się stopami w stronę nurtu – mówiąc bardziej obrazowo, „nogami do przodu”. W szeregach wyczuwa się lekki niepokój. Zaczynamy zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji. Podejrzewam, że to część przedstawienia, że Theo (prosi, żeby koniecznie podać jego imię) celowo podkręca atmosferę. Tak czy inaczej adrenalina jest już na odpowiednim poziomie – możemy wyjść z pontonu i znieść go po stromej skarpie na brzeg rzeki. Pierwszy kontakt z wodą robi wrażenie. Jest zimna, jest wzburzona. Jest mokra. Szarpie pontonem, rzuca nim w górę i w dół, obraca. Pokazuje, kto tu rządzi.

Z wodą nie przelewki

Sprawdzamy, jak wprawki „na sucho” przekładają się na prawdziwe wiosłowanie. Czy my w ogóle mamy wpływ na cokolwiek. Okazuje się, jak ważne jest utrzymanie odpowiedniego rytmu, synchronizacja z towarzyszami podróży. Niezłe ćwiczenie dla zespołu – uczy zgodnego działania we wspólnym celu. Każda ręka się liczy, każdy ma swój wkład. Uczymy się figury zwanej piramidą: wszystkie wiosła piórami do góry, łączymy je nad głowami, wydajemy okrzyk bojowy. Kiedy zaczynamy się czuć nieco pewniej, pojawia się element rywalizacji – wyścigi z innymi załogami. Inna konkurencja: kto kogo skuteczniej ochlapie, wzbijając wiosłem fontanny. Nie ma gdzie się schować, woda z każdej strony! I jeszcze fotograf, podążający w kajaku naszym tropem, w poszukiwaniu co bardziej atrakcyjnych ujęć...

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji. Co jakiś czas przewodnik prosi, żeby oprzeć wiosła na kolanach. Milknie. To te odcinki rzeki, na których nie trzeba z nią walczyć. Rozluźniamy się, pozwalamy, by nas niosła. Podziwiamy potęgę gór wokół, nasycenie kolorów. Zwłaszcza że wyszło słońce. Theo opowiada o okolicznych wodospadach i jaskiniach, o wydarzeniach związanych z tym miejscem. Podczas I wojny światowej przez dolinę Soczy przechodziła linia frontu, armie włoska i austriacko-węgierska stoczyły tu dwanaście krwawych bitew. Do tych miejsc i wydarzeń nawiązuje Hemingway w „Pożegnaniu z bronią”. Jest też wątek kinematograficzny – okazuje się, że w okolicy kręcono zdjęcia do drugiej części „Opowieści z Narnii”. Przypominam sobie dreszczowiec „Dzika rzeka”, w którym Kevin Bacon prześladował płynącą pontonem po Kolorado Meryl Streep. Theo potakuje: zawsze jakiś psychopata może się czaić za krzakiem. Zdaje się, że już nawet nastolatkowie mu nie wierzą.

Skacz i nie myśl

Tymczasem największe dreszcze dopiero przed nami. Właściwie była to typowa cisza przed burzą. Przewodnik zapowiada kolejny punkt programu: za chwilę będzie odliczał, na „trzy” wszyscy mamy wyskoczyć. Nie wierzę własnym uszom, to musi być kolejny żart! Ale nie: wygląda na to, że oczekuje się od nas skoku na głęboką wodę. No, chyba że nie jest tu zbyt głęboka. Na hasło „trzy” wciąż siedzę w pontonie, zajęta wewnętrzną walką. Jakaś część mnie mówi, że po co, że to głupie: nie muszę ryzykować, udowadniać czegokolwiek komukolwiek. Ale jest i inna, która twierdzi: „Nie jesteś gorsza. Co ci zależy. Masz kapok. Jeśli tego nie zrobisz, pożałujesz. Doświadczenie będzie niepełne. Teraz albo nigdy!”. Skaczę i... nie jest zbyt miło. Uwierzyłam, że – skoro jesteśmy blisko brzegu – woda będzie płytka. Nie jest. No ale od tego między innymi jest przewodnik – żeby wciągnąć wszystkich za kapoki z powrotem do środka.

Z czym zostajesz? To może być duma i ulga. Przypływ energii. Poczucie świeżości (nie tylko z powodu wody w butach). Na pewno satysfakcja: że spróbowałaś czegoś nowego, że dzieliłaś z innymi to doświadczenie, dołożyłaś swoje wiosło (czyli poczucie sprawczości). Ale też, że zaufałaś. Wodzie, przygodzie, innym ludziom. Sobie. Że dałaś radę. Z ręcznikiem czy bez. Właściwie to mogłabyś teraz przenosić góry. Tylko po co? Wygląda na to, że są na swoim miejscu.

  1. Styl Życia

W Warszawie zakwitło dziwidło olbrzymie!

(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
Dziwidło olbrzymie – największy kwiat świata o woni padliny, zakwitło tej nocy w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Można je podziwiać jeszcze dzisiaj (od godz. 10), zanim definitywnie zamknie swój kwiatostan.

Kwitnące dziwidło olbrzymie zadziwia i fascynuje – przyciąga odmiennością, odrzuca wstrętną wonią. Kiedy kwitnie trudno przejść obok niego obojętnie. Jego kwiatostan jest bowiem największy w świecie roślin (ma do 3 m. wysokości, 1,5 m. średnicy), a przy tym wygląda jak kawał padliny i „pachnie” jak ona. W dodatku bardzo intensywnie. Na Sumatrze, skąd roślina pochodzi, woń jej kwiatostanu jest wyczuwalna z odległości nawet 3 km! W ten sposób przywabia zapylacze – muchy i inne padlinożerne owady. Nęci je nie tylko „aromatem”, ale i ciepłem panującym we wnętrzu kwiatostanu (czyli w pochwie). Temperatura może tam osiągnąć nawet 40 st.C! Roślina wie co robi, włączając „ogrzewanie”, ciepło potęguje bowiem jej brzydki zapach.

Łacińska nazwa dziwidła - Amorphophallus (od amorphos - podobny i phallus - penis) w pełni oddaje wygląd kolby kwiatostanu, wyrastającej z nabrzmiałej pochwy, skrywającej właściwe kwiaty – żeńskie i męskie. Niestety, roślina zakwita tylko raz na kilka lat, w dodatku jest kwiatem jednej nocy – spektakl zaczyna się po południu, a kończy następnego dnia.

Tej nocy dziwidło zakwitło w Warszawie - w szklarni tropikalnej Ogrodu Botanicznego UW. I to jako pierwsze w Polsce! Zainteresowanie było ogromne! O północy, kiedy zamknięto kolejkę, ostatni chętni czekali na wejście ponad 2 godziny. Kwitnienie można było też śledzić on line pod linkami: https://youtu.be/bFKASNfwE4A i http://bit.ly/dziwidlo_live.

Kwiat jednej nocy

Tym razem roślina zadziwiła nawet swoich opiekunów – Joannę Bogdanowicz i Piotra Dobrzyńskiego. Według ich prognoz miała bowiem zakwitnąć w nocy z wtorku na środę. – Z dziwidłem nigdy nic nie wiadomo, ono robi co chce i kiedy chce – śmieje się Piotr – wiele zależy od warunków, w jakich żyje, głównie od temperatury, oświetlenia i wilgotności.

Każdy okaz rozwija się z bulwy, która też jest rekordzistką w świecie roślin – może ważyć do 100 kg! Najpierw jednak wyrasta z niej mały liść w kształcie parasola. Po kilkunastu miesiącach zamiera, oddając substancje zapasowe bulwie, która wchodzi w okres spoczynku. Potem wydaje nowy, znacznie większy liść. Trwa to kilka lat. Kiedy bulwa odpowiednio dojrzeje, zamiast liścia wyłania się z ziemi kwiatostan.

Kwitnienie wygląda spektakularnie! Kolba stopniowo się wydłuża (o kilka cm dziennie), a pochwa nabrzmiewa. Aż wreszcie któregoś popołudnia zaczyna się otwierać (i pachnieć). Wieczorem w pełni prezentuje swój aromat i urodę, a w nocy powoli zaczyna się zamykać. Następnego dnia spektakl się kończy. Na koniec płatki ponownie lekko się rozchylają, by uwolnić uwięzione we wnętrzu owady. Kwitnąca roślina przyciąga tłumy zwiedzających, a jej kwitnienie jest ogromnym wydarzeniem w życiu każdego ogrodu.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Dziwna historia dziwidła

Choć stołeczne dziwidło mieszka w szklarni już od kilkunastu lat, pracownicy ogrodu niewiele mieli okazji, by zawrzeć z nim bliższą znajomość. Prawie połowę tego czasu roślina spędziła bowiem w głębokim uśpieniu, „liżąc rany” po nieszczęśliwym wypadku.

- Bulwa jest prezentem od pewnego mieszkańca stolicy, który przywiózł ją z Sumatry. Przez kilka pierwszych lat rozwijała się prawidłowo co roku wydawała liść – wspomina Piotr. Aż do czasu, gdy w szklarni pojawiła się ekipa TV, by nagrać kolejny program botaniczny. Ogromna donica z bulwą trochę jej zawadzała, lekkomyślnie wyniesiono ją więc na mróz.

W efekcie bulwa przemarzła i zaczęła gnić, co gorsza w miejscu, gdzie powstaje pąk. Pracownicy chuchali na nią i dmuchali, posypywali rany sproszkowanym węglem drzewnym, a nawet układali ją w… hamaczku, by się przewietrzyła. Mimo to przez kilka lat nie dawała znaków życia. Ogrodowa legenda głosi, że gdy utracono już nadzieję, odtańczono nad nią… taniec rytualny (niektórzy twierdzą, że pożegnalny). I o dziwo bulwa wkrótce ożyła, wydając liść, który bywa prawie tak intrygujący, jak kwiatostan. Jego „ogonek” dorasta bowiem do 7 m. wysokości, oczywiście u starszych okazów.

Ale powróćmy do naszego dziwidła. Gdy liść zanikł bulwę wykopano i stwierdzono, że… obumarła. Wcześniej jednak zdążyła wydać nową bulwkę – młodą i rwącą się do życia. To właśnie ona wytworzyła liść, a teraz zakwitła.

- Nasza roślina jest młoda i po przejściach, przy ostatnich pomiarach jej bulwa ważyła więc „tylko” 23,5 kg. A po sezonie spędzonym w hamaczku schudła o 1,5 kg, na skutek utraty wody, co wbrew pozorom wyszło jej na zdrowie – śmieje się Piotr.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Uchodźca z Sumatry

Dziwidło jest endemitem – rośnie dziko tylko na Sumatrze, można je też spotkać na Borneo. Nie występuje nigdzie indziej, co najwyżej w ogrodach botanicznych.

- Niestety może się zdarzyć, że te niesamowite rośliny będzie można podziwiać tylko w szklarniach – poważnieje Piotr. Na Sumatrze masowo wycinane są lasy pod plantacje palm olejowych. Wraz z nimi ginie wiele gatunków zwierząt i roślin – między innymi dziwidło, które nie jest nawet pod ochroną.

Dlatego tak ważne jest, by rośliny te przetrwały i rozmnażały się w ogrodach botanicznych, co nie jest łatwe. To co widzimy podczas kwitnienia nie jest kwiatem, lecz kwiatostanem, złożonym z kolby i pochwy okrytej okrywami, które po rozchyleniu się wyglądają jak płatki. Prawdziwe kwiaty (żeńskie i męskie) ukryte są we wnętrzu pochwy – damskie poniżej męskich. Niestety, nie są one gotowe do rozrodu w tym samym czasie. Kiedy kwiaty męskie sypią pyłkiem, żeńskie są już nieaktywne. I pyłek przepada.

Aby doszło do zapylenia, musi rosnąć obok siebie kilka okazów w różnej fazie rozwoju. To się często zdarza w tropikalnym lesie deszczowym, ale nie w szklarni. Ogrodnicy pomagają roślinom jak mogą – zbierają pyłek i przechowują go w lodówce, by w odpowiednim momencie zapylić roślinę pędzelkiem, przez wycięte w pochwie okienko. Ogrody botaniczne coraz częściej współpracują ze sobą w tej dziedzinie.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Zapylenie i vitro

- Nasze dziwidło jest jednak samotne, więc nie ma szans na zawiązanie nasion i potomstwo. Co najwyżej możemy próbować pobrać pyłek i przechować go do następnego kwitnienia. Ale czy dotrwa do tego czasu w lodówce? Nie wiadomo. Najważniejsze jednak, że nasz okaz wreszcie zakwitł! – cieszy się Piotr. Teraz zostanie wpisany na listę kwitnących dziwideł i będzie można rozpocząć współpracę z innymi ogrodami.

Kiedy dziwidło przekwitnie, jego kwiatostan zostanie ścięty, umieszczony w słoju i utrwalony w specjalnym preparacie, a potem wystawiony dla zwiedzających. Komu więc nie udało się go teraz obejrzeć, będzie miał ku temu już wkrótce okazję podczas kolejnych wizyt w Ogrodzie Botanicznym UW.

Szklarnia tropikalna Ogrodu Botanicznego UW jest otwarta w weekendy (godz. 10-20). Obecnie, z uwagi na duże zainteresowanie dziwidłem, można ją zwiedzać codziennie (10–15). Dzisiaj prawdopodobnie będzie czynna do godziny 20 (zależnie od rozwoju sytuacji).

Ceny biletów: normalny 12 zł (w weekendy 20 zł), ulgowy 6 zł (w weekendy 10 zł).

  1. Styl Życia

Alicja w krainie czarów – klimat Prowansji na warszawskim Ursynowie

Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Metafizyka – tym słowem można określić uczucie, jakiego doznaje się, wchodząc do mieszkania Alicji Radej. W jednej magicznej chwili przenosimy się z warszawskiego Ursynowa do francuskiej Prowansji. Tylko zamiast przez lustro przechodzimy przez czarodziejskie drzwi...

Drzwi od zewnątrz nie wyróżniają się spośród innych na piątym piętrze ursynowskiego bloku. Ale w środku stanowią kolaż ulubionych zdjęć i cytatów domowników. Jeden z nich najbardziej oddaje ducha tego domu: „Przyzwoitość. Lojalność. Uczciwość. Prawość. Szlachetność. Wierność prawdzie. Empatia”.

Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Dom niewątpliwie pachnie Francją. W dzień przez tiulowe firany z falbanami, które czasem bywają narzutą na kanapę, wpadają tu ciepłe promienie słońca, odbijając się w drewnianych, bielonych i patynowanych meblach oraz przeróżnych wysmakowanych drobiazgach. Wieczorem można okryć się pikowaną narzutą boutis, wtulić głowę w poduszkę z motywem Toile de Jouy, zatopić się w przepastnym „ludwiku” i przy świetle kryształowego żyrandola cieszyć oko paradą dekoracyjnych przedmiotów.

Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W poszukiwaniu spokoju

– Dom to dla mnie sanktuarium, nie tylko miejsce zaczepienia. Urządziłam go z czułością i rozwagą, wyczuleniem nie na mody, ale na to, czego faktycznie potrzebujemy – mówi Alicja Radej. Choć nie jest wielki, spokojnie mieści czteroosobową rodzinę i dwa przygarnięte psiaki. Ważnym miejscem w domu jest tak zwany ołtarz. Tego typu ołtarze były obecne w wielu kulturach na przestrzeni wieków, i nadal są. To miejsce, które emanuje spokojem na cały dom, wspomaga refleksję, przypomina o najważniejszych wartościach, celach życiowych, łącząc to, co duchowe, z fizycznym. Aby powstał, nie trzeba wiele. – U mnie jest to blat komody w centrum domu. Znajdują się tu cenne dla mnie i duchowo ważne przedmioty oraz zdjęcia najbliższych. Codziennie rano zapalam tutaj świece w intencji zdrowia i pomyślności rodziny i świata. Układam kwiaty, palę kadzidła. Ta chwila wypełnia dobrą energią na cały dzień – opowiada Alicja. – Bliska jest mi filozofia buddyjska, zgodnie z którą żyjemy: „Zmniejsz swoje pragnienia, a zmniejszysz swoje cierpienia”. Ale ponieważ wierzę, że trzon duchowy wszystkich religii jest jeden – bycie dobrym człowiekiem – otaczają mnie również figurki i obrazki z Biblii, mam kilka rzeźb Maryi, jest Święty Michał Archanioł. Mój dom rodzinny w Cieszynie był zresztą bardzo religijny i uduchowiony. Przeprowadzka do Warszawy 15 lat temu nie zmieniła tej potrzeby duchowości, a może nawet ją pogłębiła – dodaje.

Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym 'ludwikiem' wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym "ludwikiem" wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)


Kontakt z przyrodą ma dla Alicji niezwykłe znaczenie. I choć w dużym mieście jest to trudniejsze niż na wsi, Alicja nie tylko codziennie spaceruje po rezerwacie przyrody, do którego ma niedaleko, lecz także otacza się naturą w domu. Lubi kwiaty. W swojej książce „Prosto z roślin” akcentuje szacunek dla zwierząt i roślin, zapraszając do empatycznego spojrzenia nie tylko na naszych braci mniejszych, ale na całą Matkę Ziemię i w końcu na siebie samych, bo też zasługujemy na zdrowe życie, pełne harmonii.

Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Moc kryształów

Innym ważnym elementem są kryształy. – To naturalne klejnoty, które rodzi sama natura. Ich wkomponowanie w dom było wyzwaniem, bo chciałam uniknąć efektu sklepu geologicznego czy chatki nowoczesnej wiedźmy – kontynuuje Alicja. Kryształy używane są w holistycznym leczeniu od tysiącleci. Odkrywanie ich tajemnic oraz stosowanie ich dla podnoszenia poziomu własnej harmonii to jej ogromna pasja. Śmieje się, że niezła z niej sroka, choć tak naprawdę wybiera je z wielką rozwagą. – Ich piękno fascynuje mnie od lat. Dobrze się czuję w ich towarzystwie i pomagam innym korzystać z ich leczniczych dobrodziejstw. Kryształy mogą nam towarzyszyć na wiele sposobów. Przy medytacji, w kąpieli, podczas relaksacji – jestem przekonana, że każdy odczuje ich wpływ. Może to właśnie one emitują dobrą energię, bo wszyscy mi mówią, że nasz dom działa terapeutycznie – dodaje. A może to kwestia kolorów? Dominują tu pudrowe barwy nawiązujące do azjatyckich klimatów, które są Alicji także duchowo bliskie, i nieco pozłoty, symbolizującej słońce, jasność i radość. Jej zdaniem wnętrze ma wzbudzać emocje, inspirować i działać na zmysły. – W ludziach, przyrodzie, ale i w przedmiotach codziennego użytku zawsze szukam piękna – tłumaczy.

Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Wanna z szyldem

Przedmioty w tym domu nie mają raz na zawsze określonych funkcji: to, co wczoraj było narzutą, dziś jest obrusem, a jutro być może stanie się zasłoną. W roli jedynie dekoracyjnej występuje tutaj... zastęp emerytowanych zegarów; wszak szczęśliwi czasu nie liczą, ale mogą przyglądać się pięknej tarczy czy wahadłu.

Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Meble i ozdoby wędrują z salonu do sypialni, z sypialni do kuchni. – O każdym przedmiocie w moim domu mogę opowiedzieć historię, bo to głównie rzeczy z odzysku, wiekowe rzemiosło albo meble, które wykonał mój mąż. Także drzwi są jego dziełem – wylicza Alicja. – Moje ukochane materiały to drewno, len, stare szkło, antyczne koronki, ręcznie tworzona ceramika i stara porcelana. Lubię spękania, sprucia czy wypłowienia – to dla mnie znaki życia przedmiotów, ich historii.

Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W urządzaniu liczą się też zabawa konwencją i humor. Stąd za przedmioty dekoracyjne robią w mieszkaniu Alicji cekinowe torebki wizytowe w stylu vintage czy hinduskie elementy ubioru. Z kolei nad wanną znalazł się stary szyld „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. – Chętnie zestawiam to, co zgrzebne, z pałacowym, rustykalne – z etnicznym. I lubię, gdy całość jest ciepła, przyjazna oraz kobieca – mówi właścicielka.

  1. Styl Życia

Big Mind – jakie korzyści przynosi praktyka zen?

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Całe nasze życie to pełne koło, choć zwykle funkcjonujemy, jakbyśmy byli tylko połówką - mawia amerykański mistrz zen, roshi Genpo Merzel, twórca procesu Big Mind.

Często zadajemy sobie pytania: Kim jesteśmy? O co w tym życiu naprawdę chodzi? Czy moje życie w ogóle ma sens?...

Metoda Big Mind pomaga odpowiedzieć na takie pytania. Daje klucz do poznania głębi nas samych. Uczy, jak zintegrować rozwój osobisty z duchowym. Wydobywa na światło dzienne to, co znajduje się w cieniu osobowości, co jest z różnych względów niedostępne i tkwi wyparte poza naszą świadomość. Jest drogą do bogatszego doświadczania życia, siebie, swoich relacji i całego świata. Do lepszego zrozumienia i akceptacji własnego „ja”.

Usuń blokadę

Aby wyjaśnić główną ideę procesu Big Mind i wprowadzić w nią uczestników warsztatów, mój nauczyciel roshi Genpo Merzel posługuje się pewną analogią: Jesteś rodzicem, nadajesz imiona swoim dzieciom, ale niektóre z tych imion są bardzo brzydkie, np. gniew, pożądanie, zazdrość, złość, lęk… Więc lokujesz te dzieci w piwnicy, zamykasz na klucz, mając nadzieję, że nigdy z niej nie wyjdą. Z kolei uwielbiasz dzieci, które mają takie imiona, jak szczęście, miłość, radość, zadowolenie... Więc tylko tym dzieciom dajesz prawo do istnienia. Ale jeśli pewnego dnia drzwi piwnicy znienacka otworzą się i wyskoczy z niej gniew lub zazdrość, to jesteś tym bardzo nieprzyjemnie zaskoczony i potem z jeszcze większą determinacją spychasz je do podziemi.

Inny przykład: Wyobraź sobie, że jesteś szefem wielkiej firmy, ale tak naprawdę nie wiesz, kogo zatrudniasz, kim są twoi pracownicy. Może nawet wiesz, na jakich są stanowiskach, ale nie znasz ich kompetencji i zakresu obowiązków. Nie wiesz, co robią. Więc jak możesz nimi racjonalnie zarządzać? I kiedy pewnego dnia firma się rozpada, twoje zdumienie jest ogromne, jesteś zaskoczony, pytasz siebie: „Jak mogło do tego dojść?!”. Potem często musisz poddać się jakiejś terapii, żeby znaleźć odpowiedź.

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. A poznając siebie, poznajemy też innych. Gdy sami przestajemy być obcy dla siebie, inni przestają być obcy dla nas.

Dzięki tej metodzie dowolnie zmieniamy naszą perspektywę, tak jakbyśmy zmieniali biegi w samochodzie. „Zablokowany na którymś biegu staje się bezużyteczny. Aby ci służył, musisz usunąć blokadę” – rozwija tę metaforę roshi Genpo w swojej książce „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce”. To właśnie cel procesu Bing Mind.

Wywołaj głosy

Podczas warsztatu proszę uczestników spotkania o wywołanie w sobie jakiegoś aspektu, czyli głosu, np. Kontrolera. Wszyscy robią delikatny ruch ciałem, żeby nie tylko umysł, ale i ono poczuło tę zmianę, i utożsamiają się z danym głosem, mówiąc w pierwszej osobie: „Ok, jestem Kontrolerem”. Następnie pytam: „Opowiedz mi o sobie, jaki masz cel, jakie zadanie?”. „Moim zadaniem jest kontrolowanie” – słyszę w odpowiedzi. „Co chciałbyś kontrolować?” – pytam dalej. Z sali padają różne odpowiedzi, np.: „Ja, Kontroler, kontroluję myśli, uczucia, ludzi, lęki, pragnienia, absolutnie wszystko...”. Drążę głębiej: „Jakie myśli, czyje?”. „A co np. z jej/jego emocjami? Dlaczego to robisz?”. „Bo emocje jej nie służą i nie powinno się ich ujawniać” – odpowiada ktoś z sali. „W jakich sytuacjach coś ci się wymyka spod kontroli? Co wtedy się dzieje?” – kontynuuję. Taki dialog trwa jakiś czas. Następnie proszę, byśmy porozmawiali z innym głosem, np. z Pragnieniem. Wszyscy znów robią delikatny ruch ciałem i zaczynamy dialog z Pragnieniem.

I tak przechodzimy od aspektu do aspektu, od głosu do głosu. Najpierw wywołujemy tzw. głosy dualne, rozróżniające rzeczywistość, w której zawsze są „ja” i „ty”, „ja” i świat: Kontrolera, Obrońcy, Sceptyka, Złości, Pożądania, Ofiary, Poszukującego Umysłu...

Potem przychodzi czas na głosy niedualne, transcendentne: Umysł Nieposzukujący, Czysty Umysł, Głos Jedności, Głos Mądrości, a następnie głosy absolutne: Wielki Umysł, Wielkie Serce.

Na końcu spotkania wywołujemy Mistrza lub Zintegrowanego, Swobodnie Funkcjonującego Człowieka, który jest głosem obejmującym te dwie zasadnicze perspektywy: dualną i niedualną. To on jest szefem tej wielkiej korporacji, popularnie zwanej osobą. On jest obecny w każdym z nas i tylko czeka, żeby móc wreszcie zacząć swobodnie funkcjonować.

Kiedy na przykład siadam do medytacji, to przywołuję głos Umysłu Nieposzukującego, który donikąd nie zmierza, niczego nie planuje, akceptuje, to, co jest: cisza, spokój... – wtedy po prostu jestem.

Jeśli gram na scenie i zapomnę tekstu, to zdarza mi się, że wzywam głos Pamięci. To bardzo prosty proces, ale wymaga czasu, by się z nim oswoić i stosować go na co dzień.

Bardziej świadomi

Musimy pamiętać, że nie ma głosu niepotrzebnego, każdy pełni jakąś określoną funkcję, jest po to, żeby nam służyć. A tylko wywołując go, dowiemy się, jak działa. Równie ważne jest to, by się przekonać osobiście, że wszystkie te aspekty są w nas i nikt nam ich nie narzuca z zewnątrz. Gdy je poznamy, zmienimy się, staniemy ludźmi bardziej świadomymi i odpowiedzialnymi – nie tylko za siebie, lecz także za innych. A jeśli my się zmieniamy, to zmieni się też wszystko wokół nas. Kiedyś zapytano Buddę: kim jest. Odpowiedział, że pytanie jest źle postawione, że należało zapytać: nie kim, a czym jest. Człowiek nie jest martwy, cały czas się zmienia, staje się tym, co się w danej chwili w nim pojawia.

No, chyba, że ktoś bardzo boi się odpowiedzialności i woli wypierać ją, trzymając w piwnicy pod kluczem. Bo z różnych powodów tłumimy niektóre z naszych aspektów, nie przyznajemy się do nich, krytykujemy je, nie dopuszczamy do głosu i nie chcemy mieć z nimi żadnego kontaktu. Ale z takimi również da się porozmawiać, choćby po to, żeby dowiedzieć się, dlaczego są wypierane i jaką rolę w nas pełnią.

Stosując metodę Big Mind, obserwuję jej wielką skuteczność u wielu ludzi. Nie jest ona związana z żadnym wyznaniem. Może ją praktykować każdy, bez względu na to, czy jest Chrześcijaninem, Żydem, Muzułmaninem, czy ateistą. I przejść przez ten głęboki proces – pod warunkiem, że naprawdę tego chce i będzie aktywnie w nim uczestniczyć.

Na początku polecałabym udział w warsztatach i praktykowanie pod okiem trenera. Pomocna będzie również książka roshiego Genpo Merzela „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce” i dołączone do niej płyty DVD z oryginalnymi sesjami prowadzonymi przez twórcę metody (w języku angielskim).

Zostań swoim Mistrzem

Warto otworzyć się na Big Mind i spróbować dotrzeć do istoty samego siebie, sięgnąć po to, co już w nas jest. Wtedy zmieni się nasze funkcjonowanie, działanie, zmieni się nasze życie. Wszystkiego zaczniesz doświadczać bardziej świadomie. Nie musisz już tkwić w tym samym miejscu i kręcić się w kółko – możesz to radykalnie zmienić. Zobaczyć, że nie jesteś tylko rozgadaną głową czy niszczącymi, rozedrganymi emocjami, nie jesteś tylko ograniczonym „ja”, że masz też w sobie ciszę, spokój i przepastną przestrzeń Wielkiego Umysłu i Wielkiego Serca.

Proces Big Mind opracował mistrz zen, roshi Genpo Merzel. Metoda łączy dwie podstawowe szkoły rozwoju – dwie drogi, które wydawały się dotychczas zupełnie rozbieżne: zachodnią szkołę terapii (Voice Dialog) i psychologii oraz wschodnią szkołę medytacji i wglądu w prawdziwą naturę człowieka. Ma więc dwa korzenie: Wschód i Zachód. W świadomości roshiego Genpo proces ten rodził się latami, a wykrystalizował ok. 2000 roku. Jego twórca chciał, żeby każdy – tak jak on – mógł przebudzić swój umysł i uświadomić sobie, kim naprawdę jest. Nazwa Big Mind, czyli Wielki Umysł, to ukłon roshiego Genpo złożony ojcu Benowi Merzelowi (stąd inicjały) oraz wyraz szacunku dla swojego nauczyciela roshiego Taizana Maezumiego i syna Tai (Tai znaczy po japońsku „wielki”). Zanim roshi Merzel został buddyjskim mnichem, był mistrzem pływackim, ratownikiem i instruktorem pływackim, a także nauczycielem w szkole dla niepełnosprawnych. W 1980 roku został spadkobiercą Dharmy w linii przekazu roshi Taizana Maezumiego. Prowadzi SLC Center, gdzie łączy praktykę zen z procesem Big Mind.

W Polsce spadkobierczynią roshiego Genpo była Małgorzata Jiho Braunek (sensei, szefowa Polskiej Sanghi Kanzeon w Warszawie), która powadziła wykłady, spotkania indywidualne i grupowe warsztaty „Big Mind/Wielkie Serce, Wielki Umysł”.