1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Strategie zwierząt na nadchodzącą zimę

Strategie zwierząt na nadchodzącą zimę

Jeleń „wymienia futro” na zimowe i gromadzi pod skórą zapasy tłuszczu. Swoje poroże straci w połowie zimy. (fot. iStock)
Jeleń „wymienia futro” na zimowe i gromadzi pod skórą zapasy tłuszczu. Swoje poroże straci w połowie zimy. (fot. iStock)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Zwierzęta, przystosowując się do otoczenia, wypracowały ciekawe strategie radzenia sobie z niską temperaturą i niedostatkiem pożywienia. Nie wiemy jednak jak wpłynie na nie kolejna ciepła zima. Zmiany klimatu powodują, że wiele gatunków zwierząt, które powinny zapadać w sen zimowy, znacznie skracają czas snu i hibernacji. Jak powinien jednak wyglądać ten zimowy okres?

Późna jesień to czas, gdy większość dzikich zwierząt ma już zapełnione „spiżarnie”.

Sójka jesienią robi zapasy żołędzi i owoców buka, zaś kret obok gniazda zimowego ma spiżarnię, a w niej zapas żywych dżdżownic. Nadgryza im segmenty głowowe, niszcząc zwoje nerwowe, i tak unieruchomione, choć żywe, służą mu jako pokarm przez całą zimę.

Wydra poluje głównie za dnia, ale w pozostałych porach roku jest drapieżnikiem nocnym. Wiele gryzoni znika pod izolującą warstwą śniegu, prowadzą życie w istnym labiryncie ścieżek. Niska temperatura wymusza na zwierzętach ograniczanie strat ciepła. Gromadzony pod skórą tłuszcz to recepta na mrozy, np. żubrów i jeleni. Ssaki wymieniają futra na zimowe, gęstsze.

Bobry w czasie mrozów kryją się pod powierzchnią wody, gdyż pod lodem jest cieplej. Ryjówka aksamitna zmniejsza o blisko 30 proc. masę mózgu jako najbardziej energochłonnego organu (!). Rekordzistką odporności na mróz jest salamandra syberyjska, która wraca do życia po kilku tygodniach zamrożenia w -50 st. C. Stosunkowo nowym sposobem radzenia sobie zwierząt z trudami zimy jest okresowa migracja niektórych z nich do miast, gdzie łatwiej o pokarm i schronienie.

Ssaki takie jak borsuk, jenot czy niedźwiedź zapadają w dość płytki sen zimowy. Przygotowują się do niego, gromadząc duże rezerwy tkanki tłuszczowej. W czasie zimy tempo ich metabolizmu nieznacznie się obniża, spłyca i zwalnia się oddech, tętno i temperatura ciała spadają.

Świstaki, jeże i nietoperze, ale również gady i płazy zapadają w stan hibernacji. Metabolizm tych zwierząt bardzo zwalnia, a ilość oddechów spada do kilku na minutę. Temperatura ciała obniża się zwykle o 25–30 st. C i może wynosić zaledwie 1–2 stopnie C. Drastycznie spada też tętno, na przykład u nietoperzy z 450 do około 15 skurczów na minutę.

Bezkręgowce (szczególnie owady) przeczekują zimę w różnych stadiach rozwojowych (jaja, larwy, poczwarki), zazwyczaj w tzw. diapauzie, czyli w letargu z zahamowaniem wzrostu. Czasem dodatkowo jaja są pokryte woskową wydzieliną, a larwy i poczwarki zimują w specjalnych kokonach, co stanowi warstwę termoizolującą, gdy w ich ciele wzrasta stężenie związków obniżających temperaturę zamarzania.

Anna Adach, doktor inżynierii chemicznej i procesowej, większość jej prac badawczych poświęcona jest ochronie środowiska. Jej zainteresowania wywodzą się z przekonania, że najpiękniej żyje się w zgodzie ze sobą i ze środowiskiem. Swoją wiedzą i zaangażowaniem dzieli się w ramach wykładów na Politechnice Warszawskiej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Ośrodek Jelonki - czym zajmuje się ośrodek rehabilitacji dzikich zwierząt?

Ania Kamińska z Manią. Lisiczka, wyciągnięta ze studni przez strażaków, jest chora, ma małoocze, zostanie więc już w ośrodku. (Fot. Błażej Badowski)
Ania Kamińska z Manią. Lisiczka, wyciągnięta ze studni przez strażaków, jest chora, ma małoocze, zostanie więc już w ośrodku. (Fot. Błażej Badowski)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Trafiają tu chore, potrącone przez samochód. Maluchy zostawione przez rodziców albo niepotrzebnie od nich zabrane. Anna Kamińska leczy je, karmi, a potem wypuszcza. Bo taki jest cel: przywrócenie ich naturalnemu środowisku. Praca w Ośrodku Jelonki nigdy się nie kończy.

Do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt trafiają chore, potrącone przez samochód. maluchy zostawione przez rodziców albo niepotrzebnie od nich zabrane. Anna Kamińska leczy je, karmi, a potem wypuszcza. Bo taki jest cel: przywrócenie ich naturalnemu środowisku. Praca w Ośrodku Jelonki nigdy się nie kończy.

Najmłodszym mieszkańcem Ośrodka Jelonki jest wyderka. To chłopak. Ma kilka tygodni. I na razie jest bezimienny – Anna nadaje zwierzętom imiona dopiero, kiedy jest już pewna, że będzie dobrze, że wyjdą na prostą. Wyderkę znalazła pewna pani na swoim podwórku. Czekała do rana, miała nadzieję, że matka wróci po dziecko, nie złamała się nawet, kiedy wyderka głośno płakała. Niestety, mama się nie pojawiła, maleństwo wylądowało więc w Ośrodku Jelonki. – To prawidłowa reakcja – mówi Anna Kamińska, która ośrodek prowadzi. – Mniej więcej połowa zwierząt, które trafiają do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt w ciągu roku, zabrana jest z naturalnego środowiska zupełnie niepotrzebnie. Głównie to pisklaki. Młode ptaki, kiedy uczą się latać, muszą przecież opuścić gniazdo. Nauczyć się zbierać pokarm. A nie wiedzą jeszcze, że przed człowiekiem trzeba się chować czy uciekać. Ludzie, zwłaszcza w dużych miastach, widzą te nieporadne maluchy i zabierają, „żeby pomóc”. Uczulamy, żeby tego nie robić, prosimy – ale bezskutecznie. Słyszymy potem tłumaczenia, że w mieście niebezpiecznie, że koty czy samochody, że zwierzęta na pewno by zginęły. A wystarczyłoby przecież przenieść ptaszka kawałek dalej, w krzaki czy na trawnik. Jeszcze gorzej, gdy ludzie biorą zwierzęta do domu i sami próbują karmić, podając nieodpowiednie rzeczy. Ptak, zajączek czy mała sarna dostaje potem biegunki albo przestaje jeść. Dopiero wtedy zaczyna się szukanie miejsca w ośrodku, a my mamy dodatkowy problem.

Sarna Jaśmina została przywieziona w maju jako osesek. W tym roku zostanie wypuszczona. Sarna Jaśmina została przywieziona w maju jako osesek. W tym roku zostanie wypuszczona.

Anna kiedyś pracowała w schronisku w Elblągu. Trafiały tam czasem dzikie zwierzęta. – Zaczęłam je brać do domu, leczyć, pomagać. A w końcu zrodził się pomysł ośrodek rehabilitacji dzikich zwierząt. Dostaliśmy zgodę i tak się zaczęło. Wydaje się, że trzeba mieć do tego solidną wiedzę – przecież inaczej leczy się ptaka ze złamanym skrzydłem, inaczej zajmuje się sarną czy lisem… – Tak, choć kiedy obserwuje się zwierzęta, to dochodzi się do wniosku, że wiedza wiedzą, ale najwięcej daje doświadczenie – mówi Anna. – Zwierzęta dużo nam pokazują, komunikują, czasem jest to cenniejsze niż wiedza z książek czy nawet przekazana nam przez ludzi wykształconych, ale bez doświadczeń w pracy z dzikimi zwierzętami. Z czasem okazuje się, że po prostu już wiemy, co robić.

Bielik Gniewko trafił tu cztery lata temu z połamanym skrzydłem i uszkodzonym barkiem. Dożył swoich dni w Jelonkach. Bielik Gniewko trafił tu cztery lata temu z połamanym skrzydłem i uszkodzonym barkiem. Dożył swoich dni w Jelonkach.

I dodaje: – Nie traktujemy naszych zwierząt jak pupili. Kontakt z człowiekiem to dla dzikiego zwierzęcia na początku wielki stres. Kiedy podajemy leki czy zmieniamy opatrunki, staramy się to robić jak najszybciej, jak najsprawniej, bez zbędnych gestów czy czułego przemawiania. A kiedy widzimy, że mają się lepiej, przestajemy się do nich zbliżać, wchodzić do wolier, przenosimy je na duże wybiegi, gdzie sobie dziczeją. Uczą się chować przed człowiekiem. Ograniczamy do minimum nasz z nimi kontakt. Nie staramy się ich oswajać. Choć oczywiście nie znaczy to, że się do nich nie przywiązujemy. Czasem walka o zwierzę trwa długo, czasem trzeba je odchować od oseska, trudno więc wyłączyć emocje. I zawsze nam ciężko, kiedy przychodzi czas, że je wypuszczamy. Ale jednocześnie są też i radość, i satysfakcja.

Lisiczka Elwira trafiła do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt ze schroniska. Jest w Jelonkach pięć lat. I już zostanie. Zbyt długo była z ludźmi, nie poradzi sobie w środowisku naturalnym. Lisiczka Elwira trafiła do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt ze schroniska. Jest w Jelonkach pięć lat. I już zostanie. Zbyt długo była z ludźmi, nie poradzi sobie w środowisku naturalnym.

Teraz mieszkańców ośrodka jest 156. Z roku na rok ich przybywa. – W 2019 roku przewinęło się około 300 zwierząt – mówi Anna – a w ubiegłym przekroczyliśmy 400. Z tego mniej więcej połowę udaje się przywrócić na łono natury. Jasne, są porażki, czasem trzeba podjąć decyzję o eutanazji, czasem po prostu nic się już nie da zrobić…

Owcę Tosię odkupiła od jej właściciela sąsiadka. Nie mogła się pogodzić z tym, że owieczka skończy jako świąteczny obiad. Przywiozła ją do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt z Podlasia. Owcę Tosię odkupiła od jej właściciela sąsiadka. Nie mogła się pogodzić z tym, że owieczka skończy jako świąteczny obiad. Przywiozła ją do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt z Podlasia.

Jedyne zdrowe osobniki, o których z góry wiadomo, że u nas zostaną, to dziki. Nie możemy ich wypuścić ze względu na ASF (afrykański pomór świń). Reszta wcześniej czy później wraca do środowiska naturalnego – czasem po miesiącu, czasem po roku. A poprzednie wydry – Marcel i Pipa – były z nami dwa lata, niedawno je wypuściliśmy. Wszystko zależy i od gatunku, i od tego, w jakim stanie zwierzę do nas trafi.

Dzik, a właściwie locha, nazywa się Pyza. Przyjechała z Grudziądza dwa lata temu jako maluch. Jelonki będą już zawsze jej domem. Dzik, a właściwie locha, nazywa się Pyza. Przyjechała z Grudziądza dwa lata temu jako maluch. Jelonki będą już zawsze jej domem.

Czy to praca na pełny etat? Ania tylko się śmieje. – Na pełen i jeszcze jeden. 24 godziny na dobę. Choćby karmienie. Różne gatunki jedzą różne pokarmy. Już samo przygotowanie karmy dla całego tego zwierzyńca zajmuje masę czasu.

Chcecie pomóc? Możecie wirtualnie adoptować zwierzaka. A jeśli macie w domu stare koce,poduszki, pościel – wyślijcie do Ośrodka Jelonki. Anna zapewnia, że każda rzecz zostanie wykorzystana.
Skąd bierze na to siłę? – Właściwie nie wiem. Wczoraj źle się czułam, leżałam cały dzień, chłopak pomagał mi w ośrodku. Ale już dziś musiałam wstać, bo tęskno mi było, cały dzień zwierząt nie widziałam. Poszłam je nakarmić. Teraz ledwo żyję, ale było warto.
Zdjęcia: Dorota Leszczyńska, Rafał Kwiatkowski, Błażej Bladowski.

  1. Styl Życia

Psy i koty w domu - jak pielęgnować swoich „futrzanych” przyjaciół?

Odpowiednia higiena i pielęgnacja domowych zwierząt przekłada się również na komfort właścicieli. (fot. iStock)
Odpowiednia higiena i pielęgnacja domowych zwierząt przekłada się również na komfort właścicieli. (fot. iStock)
Pies i kot - nasi czworonożni pupile, którzy wymagają codziennej opieki. Na co zwrócić uwagę przy ich pielęgnacji i żywieniu?

Poniżej kilka podstawowych informacji.

Kąpiele

Nie ma żelaznych reguł, jak często kąpać psa. Wszystko zależy od tego, jaką ma sierść, jaka jest aktualnie pogoda i czy podczas głaskania odczuwasz dyskomfort. Psa należy myć szamponami przeznaczonymi do pielęgnacji sierści lub łagodnymi szamponami dla dzieci, najlepiej wieczorem, po ostatnim spacerze. Przed kąpielą można rozczesać sierść, a uszy zabezpieczyć kulką z waty (woda, która dostaje się do uszu, może wywołać stan zapalny). Trzeba też uważać, aby szampon nie podrażnił oczu. Po kąpieli należy osuszyć sierść ręcznikiem, rozczesać i ewentualnie wysuszyć suszarką (nie zapomnij wyjąć wacików z uszu).

Kotów się nie kąpie!

Czesanie

Psy i koty zazwyczaj lubią być czesane. Trzeba to jednak robić cierpliwe i delikatnie, zwłaszcza, gdy zwierzak ma długą lub skręconą sierść. Czesana systematycznie psia lub kocia sierść to mniej wypadających włosów, mniej przykrego zapachu i mniej problemów z kołtunami.

Psy krótkowłose trzeba czesać raz w tygodniu miękką szczotką, psy o gęstych włosach – co drugi dzień twardą szczotką, natomiast psy długowłose wymagają codziennego czesania szczotką o metalowych końcach (przydają się też przeznaczone do tego grzebienie).

Zaletą codziennych zabiegów pielęgnacyjnych jest budowanie więzi z opiekunem.

Strzyżenie

Warto strzyc nie tylko psy rasowe, ale też kundelki – na ostrzyżonym psie łatwiej dostrzeżemy wszelkie zmiany skórne, a także niechcianych lokatorów – pchły i kleszcze. Strzyc można samemu, ale fachowo zrobi to psi fryzjer. Latem ostrzyżonemu zwierzakowi będzie mniej gorąco, na jesienne i zimowe dni warto zostawić sierść nieco dłuższą. Przystrzyżenie długowłosego kota też ułatwia pielęgnację jego sierści.

Czym karmić psy i koty?

Pies

Ponieważ ma szczękę drapieżnika, powinien dostawać pokarm do gryzienia. Mięso najlepiej, aby było podgotowane, ale twarde, nie powinno być jednak jedynym składnikiem jego diety. Trzeba pamiętać o węglowodanach (ryż, makaron, płatki owsiane). Gotowane jarzyny dostarczą psu witamin, można też od czasu do czasu podawać jabłka i kiszoną kapustę. Ostrożnie z kośćmi do podgryzania – zbyt wiele może powodować zaparcia. Nie podawaj psu kości kurczaka czy indyka – ich ostre krawędzie mogą uszkodzić przewód trawienny. Nie używaj przypraw i nie dawaj mu resztek swojego obiadu. Nie karm też psa fasolą ani innymi wzdymającymi potrawami. Jeśli decydujesz się na podawanie karmy z puszki – możesz ją łączyć z ryżem albo z kaszą i z warzywami. Dobrym wyborem jest sucha karma – zbilansowana i wygodna, ale pies będzie pił dużo więcej wody, a co się z tym wiąże – częściej musiał wychodzić na spacer.

Kot

Najlepiej karmić go gotowymi karmami uznanych firm. Kot rzadko lubi urozmaicenia w diecie, więc jak już coś polubi – trzymaj się tego. Z czasem, po siódmym roku życia, kot powinien jeść coraz mniej mięsa (białka zwierzęcego), bo może powodować ono nadwagę, która obciąża serce i stawy, a także może się przyczynić do choroby nerek, częstej u starszych kotów. Kotów także nie karm resztkami z „pańskiego stołu”. Bazuj na suchej karmie, ale nie wyłącznie, bo – podobnie jak psy – koty powinny wówczas pić o wiele więcej wody, a koty, z natury, jako potomkowie zwierząt pustynnych, piją bardzo mało i trzeba je do tego zachęcać. Jeśli będą pić za mało wody, grozi im choroba pęcherza lub nerek.

  1. Styl Życia

Kreciość kreta. Rozmowa z Radkiem Rakiem, laureatem nagrody Nike

Gdybym ja miał sobie jakieś zwierzątko przypisać, nie byłby to rak, lecz borsuk. (Fot. Mikołaj Starzyński//Wydawnictwo Powergraph; rysunki Zofia Różycka)
Gdybym ja miał sobie jakieś zwierzątko przypisać, nie byłby to rak, lecz borsuk. (Fot. Mikołaj Starzyński//Wydawnictwo Powergraph; rysunki Zofia Różycka)
Na ile naprawdę rozumiemy zwierzęta, a na ile tylko przypisujemy im ludzkie cechy, motywacje i dążenia? – pytamy Radka Raka, laureata Literackiej Nagrody „Nike” i… weterynarza.

Przeczytałam u Sigrid Nunez takie spostrzeżenie: „Weterynarze łatwo się irytują, ponieważ w swojej pracy spotykają się z wyjątkowo szeroką gamą ludzkiej głupoty – z której bez wątpienia duża część to antropomorfizacja”.
Niestety, jest to zjawisko, z którym spotykam się w mojej pracy bardzo często. Lubimy przypisywać zwierzętom ludzkie motywacje, intencje i cele. Nie do końca dociera do nas, jak złożona jest psychologia zwierząt i jak bardzo odmienna od tego, jak my patrzymy na świat. Opiekunowie kotów, z którymi mam zwykle do czynienia, na przykład często przypisują im złośliwe intencje, bo kot posikuje do łóżka czy drapie meble. Tymczasem on w ten sposób zwykle pokazuje człowiekowi, że ma jakiś problem, z którym sobie nie radzi. Pamiętam taką sytuację: w grudniu pan przyszedł z kotem, który oddawał mocz nie tam, gdzie trzeba. A ponieważ przebadano kota na wszelkie sposoby i okazał się kompletnie zdrowy, jeśli chodzi o ciało, głowiliśmy się długo – wspólnie z opiekunem i behawiorystą – nad tym, co może wywoływać stres u pacjenta. Problem rozwiązał się sam w lutym, kiedy z domu zniknęła choinka... Jak widać, to są czasem rzeczy, które nam mogą wydawać się absurdalne, a dla kota stanowią realny problem. Jego myślenie jest typowym myśleniem magicznym. Na zasadzie: „Jak tańczyłem przed swoją chałupą, to potem spadł deszcz, więc następnym razem jak będę chciał, by spadł deszcz, to też będę tańczył przed chałupą”. Jak to się może przejawiać u kota, że znów wrócę do tych nieszczęsnych dróg moczowych? Kiedy koty mają zapalenie pęcherza na różnym tle, wiąże się to zawsze z dyskomfortem podczas oddawania moczu; kuweta zaczyna się im więc kojarzyć z miejscem, gdzie piecze podczas sikania. Kot myśli: „Jak będę sikał do łóżka, do kwiatka albo na dywan – to mnie nie będzie piekło”. Oczywiście nie jestem behawiorystą i to, co pani opowiadam, to podstawy podstaw; z chęcią bym się dokształcił w tej kwestii.

Jak rozumiem, koty to pana najczęstsi pacjenci?
Ponieważ stanowią aż 70 proc. wszystkich moich pacjentów, ich świat jest mi znacznie bliższy i, nie ukrywam, jest też ciekawszy, bo bardziej złożony. Ale wracając do przejawów antropomorfizacji, której nie cierpię – to na przykład okazywanie miłości kotom przez podkarmianie. Jeden mój pacjent był tak gruby, że kiedy chciał spojrzeć w bok, musiał potuptać i odwrócić całe ciało o 90 stopni. A jego opiekun pyta: „No, ale on tak patrzy, jak mogę mu nic nie dać?”. Antropomorfizacja jest według mnie czymś złym i paskudnym, bo jest z naszej strony bardzo egoistyczna – wtedy nie zwracamy uwagi na potrzeby konkretnego zwierzęcia, nie słuchamy, co ma nam do zakomunikowania, albo w zupełnie opaczny i pokrętny sposób interpretujemy jego zachowanie.

Antropomorfizacja to też przypisywanie zwierzętom ludzkich uczuć.
Ja bym nie dzielił uczuć na ludzkie i zwierzęce. I nie mówię tego jako psycholog, a jedynie jako obserwator. Z moich obserwacji wynika, że zwierzę tak samo odczuwa przywiązanie, smutek czy nawet nienawiść – i nie jest to bynajmniej zbyt duże słowo w tym kontekście. To często widać, kiedy jest kilka zwierząt w domu.

A miłość pan obserwuje?
Ze słowem „miłość” mam pewien problem, bo pod nim każdy rozumie coś innego. Wszystkim chodzi o miłość, a proszę spojrzeć, w jak różny sposób ta miłość jest definiowana. Od fizycznego pociągu, przez bliską relację, po wybór, który rzutuje na nasze całe życie. To są definicje zupełnie inne, a nawzajem się zazębiające i zahaczające o siebie. Ale skoro mnie pani pyta o to, czy jest miłość w zwierzęcym świecie, odpowiem: oczywiście, że jest. Skoro widzimy, jak zwierzę tęskni, kiedy jest pozbawione swojego opiekuna lub gdy ten opiekun umiera – nie je, jest osowiałe i bez chęci do życia – może to świadczyć jedynie o głębi uczuć, jakie żywiło wobec tego człowieka.

Nunez podaje definicję miłości pochodzącą od Rilkego: „dwie samotności, które się nawzajem chronią, dotykają i pozdrawiają”. Podoba mi się ta definicja i tak jak Nunez myślę, że może pasować do relacji opiekun – zwierzę.
Zgadzam się, bo to działa w dwie strony. Oczywiście w zdrowej relacji między człowiekiem a zwierzęciem domowym to człowiek powinien bardziej to zwierzę chronić i się nim opiekować. Nie wolno dopuszczać do sytuacji, w której zwierzę bierze na siebie rolę opiekuna czy przewodnika. Z tego potem biorą się te wszystkie agresywne reakcje, zwłaszcza u małych psów. Mój pies, z którym niedawno musiałem się pożegnać, też był niewielkich rozmiarów, ale miał bardzo dobrze poukładane w głowie. Najpierw musiał jednak zrozumieć, że on jest w naszym stadzie członkiem podporządkowanym reszcie i że jego zadaniem jest się cieszyć życiem i nami – od tego momentu minęły jego wszystkie frustracje i diametralnie zmienił się jego komfort życia. Choć zwierzęta też się nami w jakiś sposób opiekują – na przykład poprzez to, że są do nas przywiązane. Kiedy przychodzi do gabinetu opiekun ze zwierzęciem, często widać tę więź, i to jest coś pięknego. A czasem jej nie ma, bo ich charaktery nie są zgrane. Ale to człowiek musi pokonać drogę do zwierzęcia, to on musi chcieć je zrozumieć.

W pana „Baśni o wężowym sercu...” jest cudowny wręcz fragment o kocie: „Kot jest stworzeniem doskonale ziemskim. Nie ma duszy, bo cały mieści się w sobie. W niebo nie spogląda, bo nie ma na niebie nic dla kota ciekawego. Stać się kotem – to zrzucić z siebie skorupy człowieczeństwa, wysmyknąć się pętom sumienia. To jeść, kiedy się jest głodnym, to zabijać, gdy jest taka potrzeba, to brać samicę, gdy nadchodzi czas rui, to umrzeć, gdy nadchodzi śmierć, umrzeć dokładnie i nieodwołalnie, bo nie ma żadnego kociego nieba ani kociego piekła i jeśli ktoś sobie takie rzeczy wyobraża, to niczego o kocie nie zrozumiał”.
Staram się w swojej prozie oddzielać siebie i swoje poglądy od tego, co jest podane, nawet jeśli jest to podane w narracji. Natomiast fragment, który pani zacytowała, to jest rzeczywiście jeden z nielicznych, w których mówię swoim własnym głosem. Może to jest właśnie wynik mojej frustracji spowodowanej antropomorfizacją kota, z którą tak często się spotykam w pracy...

Kot często występuje w mitach i legendach. To materia, w której – jako pisarz fantasy – czuje się pan chyba mocno zakorzeniony.
Zwierzę w mitach zawsze było, jest i będzie obecne, ale nie jest zwierzęciem per se, czyli takim, które przychodzi do mojego gabinetu. Dlatego na co dzień ja się przełączam między myśleniem racjonalistycznym, które towarzyszy mi w pracy, kiedy mam na sobie fartuch, a myśleniem mitycznym. To jedna z moich cech osobowości, być może coś na kształt schizofrenii intelektualnej, która pomaga mi funkcjonować dobrze na obu tych poziomach. Niektóre zwierzęta, które pojawiają się w „Baśni...”, to są zwierzęta mityczno-symboliczne. Opisany Kocmołuch pełni funkcję zwierzęcia totemicznego, czyli przewodnika głównego bohatera. Jako dziecko nie lubiłem, gdy zwierzę w bajce było przedstawiane jako błazen; Kocmołuch jest trochę błaznem, ale ma też do odegrania bardzo ważną rolę. Rolę, o którą na początku nawet go nie podejrzewałem.

Jako dziecko lubił pan książki o zwierzętach?
Od bajek wolałem książki popularnonaukowe. Najlepiej pamiętam jednak „Las Duncton” Williama Horwooda, który opowiadał o kretach. To nie były zwierzątka w przebraniu ludzi, lecz kanibale i wojownicy toczący krwawe walki. Zwierzęta, które się zupełnie zmieniają w czasie rui i których pojmowanie rzeczywistości było czymś tak różnym od mojego, że zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Gdy potem poczytałem więcej o kretach, zrozumiałem, że Horwood wiernie odwzorował ich kreciość. Lubiłem też „O czym szumią wierzby” Kennetha Grahame’a, gdzie wprawdzie zwierzątka są zantropomorfizowane, ale nie do końca. W jednym fragmencie pytają Borsuka, co mają zrobić z wrednym Ropuchem, a on na to odpowiada, że zimą żadne zwierzę nie jest zdolne do aktywności, dlatego trzeba poczekać do wiosny. Żaden człowiek by się w taki sposób nie wyraził. Ale ta książka jest wyjątkiem, bo w dużej mierze zawiera wszystko to, czego nie lubiłem w opowieściach bajkowych o zwierzętach.

Skąd w nas w ogóle ta potrzeba przypisywania zwierzętom cech ludzkich? Może w ten sposób chcemy je lepiej zrozumieć? Albo, ponieważ ich nie rozumiemy, chcemy je sobie oswoić, jako „kogoś takiego jak my”? A może podskórnie czujemy, że coś nas wszystkich łączy?
Człowiek jest jedynym gatunkiem na świecie, który wchodzi w tak bliskie interakcje z tak dużą liczbą gatunków. Trzymamy je czy hodujemy nie tylko dlatego, że mamy z nich korzyść, ale też sprawia nam to przyjemność i daje radość. Co więcej, nawet podczas obcowania ze zwierzętami hodowlanymi i tak dochodzi do obserwacji, które popychają nas do tego, że przestajemy je traktować jako przedmioty czy jedynie dostawców żywności. Moja żona opowiadała mi historię, jak jedna kura z małego stadka, które przez jakiś czas było w jej rodzinnym domu, po tym, jak zorientowała się, że zabiera się jej jajka, zniknęła na kilka dni i wróciła z tuzinem kurcząt. Wysiedziała jajka w ukryciu i tak oto oszukała wredny system złodziei jajek. A przecież kury to zwierzęta, o których nie mamy najlepszego zdania, a już na pewno jesteśmy dalecy od tego, by posądzać je o spryt i inteligencję. Obserwacja zwierząt sama z siebie jest fasynująca. Mieszkam w Krakowie, gdzie ptaków jest bardzo wiele, i to nie tylko gołębi, gawronów i kawek. Ale te właśnie widzę najczęściej rano, kiedy siadam do pisania przed oknem kuchennym. Niedawno wypatrzyłem parę gawronów, która się przytulała i pielęgnowała nawzajem swoje piórka. Trwało to bardzo długo i było ujmujące. Widziałem też, jak sroki zarzuciły gołębiowi torbę foliową na głowę, on się biedny szamotał, a one się temu przyglądały. Jeśli ktoś poświęci odrobinę czasu na oglądanie zwierząt, które wydają mu się nudne i nieciekawe, bo widzi je na co dzień, a tak naprawdę ich wcale nie widzi – to może się dopatrzyć rzeczy fascynujących. Nawet dojść do wniosku, że ich życie jest całkiem podobne do naszego, choć chyba teraz sam wpadam w pułapkę ich uczłowieczania. Na pewno jednak daleko odeszliśmy od myślenia o nich jako o mechanizmach pozbawionych uczuć i myśli.

Myślę, że dostrzegamy w zwierzętach czujące istoty najbardziej wtedy, kiedy cierpią i kiedy się cieszą. Mnie poraziła scena z filmu „Gunda” w reżyserii Victora Kossakovsky’ego, w której maciora szuka rozpaczliwie swoich dzieci. A zachwyciła inna, w której krowy w podskokach wybiegają z obory na łąkę.
Sam kiedyś na własne oczy widziałem tę dziką radość. To naprawdę robi ogromne wrażenie. Jeszcze na studiach na pytanie: „Jak sobie radzić z cierpieniem zwierząt?”, odpowiadano nam: „No, ale przecież cierpienie zwierzęcia to jest co innego niż ludzkie...”. Przyznam, że przez pierwszy rok, a może i dwa, mojej pracy bezrefleksyjnie to przyjmowałem i realizowałem, ale potem zmieniłem zdanie. Uświadomiłem sobie, że ich cierpienie niczym nie różni się od naszego.

Nie mogę nie spytać o pana nazwisko... Jak wiele raka jest w Raku?
W podstawówce koledzy się z tego naśmiewali – do „rak” można zrymować wiele słów, i to niekoniecznie fajnych. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że to mnie w jakiś sposób dookreśla. W książce, którą teraz piszę, typowo fantastycznej, pojawiają się raki i są to bardzo osobliwe stworzenia, ale nie mogę za dużo zdradzać. Powiem tyle, że stworzyłem coś na kształt mitologii.

Moja przyjaciółka postanowiła na święta zrobić bliskim rysunki zwierząt, które nas wyrażają i które w sobie odnajdujemy...
I jakie zwierzę w sobie pani odnalazła?

Wydaje mi się, że mam dużo cech psa. Ale lubię też lisy i żyrafy.
Bruno Schulz mówił, że on jest psem. Natomiast gdybym ja miał sobie jakieś zwierzątko przypisać, nie byłby to rak, lecz borsuk. Biorę pod uwagę moją tendencję do siedzenia w norze i wychodzenia z niej tylko wtedy, kiedy już absolutnie muszę, silne związki rodzinne i klanowe – tak charakterystyczne dla borsuków. Plus umiłowanie porządku i mrukliwą introwersję. ●

Radek Rak lekarz weterynarii, autor takich książek, jak „Kocham cię, Lilith” i „Puste niebo”. Za najnowszą, „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, dostał Literacką Nagodę „Nike”.

  1. Styl Życia

Emocje zwierząt. Co czują i myślą zwierzęta?

Coraz częściej to zwierzęta stawiamy za wzór uczuć, które cenimy najwyżej: wierności, oddania, przyjaźni, a także miłości. Ilustracja Zofia Różycka
Coraz częściej to zwierzęta stawiamy za wzór uczuć, które cenimy najwyżej: wierności, oddania, przyjaźni, a także miłości. Ilustracja Zofia Różycka
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Niektóre są bardzo blisko – na kanapie, parapecie, w nogach łóżka. Inne migną nam za oknem, w lesie czy podczas dalekiej podróży. Zwierzęta żyją z nami i obok nas, sprawiając, że nigdy nie jesteśmy sami. Bywają najwierniejszymi przyjaciółmi. Warto, by stały się też naszymi nauczycielami.

Mało jest oddanych przyjaciół na świecie. Długie życie poucza, że bardzo mało. Ale chyba najwierniejszych liczymy wśród tych istot, które żyjąc o tyle krócej od nas, całe to przelotne istnienie spędzają niejako w promieniu naszego bytu. Są z naszym życiem połączone tysiącem niejasnych, niewytłumaczonych nici, które sprawiają, że grają one dla nas pewną rolę: są naszego życia ozdobą, okrasą, a zarazem istnieniem swoim przypominają o ogólnej wspólnocie wszystkiego, co istnieje” – pisał w 1978 roku Jarosław Iwaszkiewicz we wstępie do książki swojej żony Anny „Nasze zwierzęta”. Jako dziecko uwielbiałam ten zbiór historii o ulubionych pupilach Iwaszkiewiczów. Dziś najbardziej wymowny wydaje mi się ten właśnie krótki wstęp, na który wtedy nawet nie zwróciłam uwagi. Anna i Jarosław zwierzęta kochali i mieli ich mnóstwo, niemniej dziś rażą odrobinę fragmenty o „głupiej gęsi” czy psie, który miał niewielki rozumek, ale był przesympatyczny. To dowód na to, jak przez lata, a nawet wieki, mieliśmy zwyczaj mierzyć zwierzęta własną miarą i porównywać ich inteligencję do naszych o niej wyobrażeń. Nadal tak robimy. Z drugiej strony zarówno wtedy, jak i dziś zwierzęta potrafią nas zaskoczyć, wzruszyć, wprawić w osłupienie, a nawet podziw. To z kolei dowód na to, jak mało o nich nadal wiemy.

Jednak staramy się dowiedzieć coraz więcej. I zrozumieć ich tak podobną, a jednocześnie tak odmienną od naszej psychologię i emocjonalność. Coraz częściej stawiamy je za wzór uczuć, które cenimy najwyżej: wierności, oddania, przyjaźni, a także miłości. Kto nie pamięta rozdzierającej opowieści o suczce owczarka szkockiego Lassie, która raz po raz wracała do chłopca, nawet mimo tego, że nowy właściciel wywiózł ją z Anglii aż do Szkocji? Albo o psie rasy akita, Hachiko, który nieprzerwanie przez dziesięć lat czekał na peronie na swojego nieżyjącego pana, za co zresztą mieszkańcy Tokio postawili mu pomnik. Świat – a zwłaszcza Anglia – pełny jest pomników i legend o wiernych i bohaterskich psach. Ale nie tylko te zwierzęta mają opinię takich, od których moglibyśmy się wiele nauczyć. Andrzej G. Kruszewicz, ornitolog i dyrektor warszawskiego zoo, w książce „Sekretne życie zwierząt” do najwierniejszych gatunków w świecie zwierząt zalicza między innymi: łabędzie, żurawie, gibony, ary, jaskółki, pingwiny czy wilki. Pierwsze z nich poznają się i dobierają w pary, kiedy mają cztery lub pięć lat, i jeśli dopisuje im szczęście – spędzają ich wspólnie nawet 20, a po śmierci partnera ptak pozostaje często sam. Z kolei kiedy umiera partner gęsi, kruka czy sroki – ten, który nadal żyje, często popada w długą żałobę lub depresję. Kruszewicz przekonuje, że nie ma nic złego w mówieniu o zwierzętach potocznym językiem ludzi, oczywiście z zachowaniem niezbędnego dystansu. Jego zdaniem nic, co zwierzęce, nie jest nam obce (i nic co ludzkie, nie jest obce zwierzętom), a wszystko to, co się dzieje w naszym umyśle, wzięło się ze świata zwierząt. „W naturze (...) nie ma przepaści ani nawet wyraźnie zaznaczonej granicy pomiędzy sprawami ludzi a sprawami zwierząt” – pisze.

Ilustracja Zofia Różycka Ilustracja Zofia Różycka

Najlepszym tego dowodem jest więź, jaka od wieków łączy psa z człowiekiem. Sigrid Nunez, amerykańska pisarka, laureatka National Book Award, w książce „Przyjaciel” pięknie opisuje przyjaźń, jaka rodzi się pomiędzy bohaterką a psem – dogiem arlekinem o imieniu Apollo, którego niejako „dostaje w spadku” po właśnie zmarłym ludzkim przyjacielu. Oboje są w żałobie po nim i można powiedzieć, że na początku łączy ich smutek. Apollo chroni kobietę przed popadnięciem w depresję i samotność, ona… chroni go przed tym samym. Stopniowo dochodząc do wniosku, że jej tęsknota niczym się nie różni od tej psiej. „One nie popełniają samobójstw. Nie płaczą. Ale mogą się rozpaść na kawałki i się rozpadają. Mogą mieć złamane serca i mają. Mogą stracić zmysły i je tracą” – czytamy. Równie mocno żałobę po stracie zwierzęcia opłakują ludzie. „Ta cisza jest nie do zniesienia. Rozrywa mi serce. To dopiero piąty dzień bez mojego największego przyjaciela”; „Nie wiem, czy ból mija, może zaczęłam się z nim oswajać” – to fragmenty wpisów z grupy wsparcia dla opiekunów zwierząt w żałobie na Facebooku – „Łąki Wspomnień”, prowadzonej przez firmę Esthima. Anna Sawicka, psycholog i terapeutka, która jest na niej ekspertką, mówi: – Dla osób z naszej grupy zwierzęta są kimś wyjątkowym w rodzinie. Sama nieraz uronię łzę, kiedy czytam, jak opisują miłość czy przyjaźń, jaka była między nimi a zwierzęciem. Piszą o pustce, jaka pojawiała się w ich życiu, pustce, której nic nie jest w stanie wypełnić. Ja też ją czuję, kiedy wracam po dłuższych wakacjach, zanim jeszcze odbiorę moje zwierzęta od rodziców czy z hotelu. Tak jakby duch domu umarł. Sama też niejedno zwierzę straciłam. Jako społeczeństwo powoli otwieramy się na mówienie o żałobie po naszych zwierzętach, niektórzy biorą zwolnienia, by opiekować się swoimi chorującymi pupilami, a inni – by je pochować. Mimo to nadal nie każdy chce o tym rozmawiać z kolegami w pracy czy nawet bliskimi, więc taka grupa internetowa jest bardzo pomocna. Niektórzy tak bardzo rozpaczają po bliskim zwierzęciu, że mogą wymagać wsparcia psychologa, i to jest moja rola na „Łąkach Wspomnień”.

Przyjaciel, siostra, brat

„W dzieciństwie ludzie traktują zwierzęta jak sobie równe, wręcz jak rodzinę. Dopiero później uczą się, że człowiek jest inny, wyjątkowy i lepszy od pozostałych gatunków” – pisze Nunez. „Psy, tak jak inne udomowione zwierzęta, są hodowane, by ludzie nad nimi dominowali, by je wykorzystywali i by robiły to, czego ludzie chcą” – oskarża. Ale nie musi tak być. Anna Sawicka wyznaje, że ona z miłością do zwierząt się chyba już urodziła i do dzisiaj się to nie zmieniło. Do tej pory stosuje na przykład zasadę, że najpierw daje jeść zwierzęciu, potem dopiero je ona. Nauczył ją tego tata. To kwestia odpowiedzialności za zwierzę, które jest pod naszą opieką, ale też pokazanie, że ono jest równie ważne jak my, a czasem ważniejsze. – Zwierzęta nas nie oceniają, nie jest dla nich istotne, jak wyglądamy czy jaki mamy charakter. Zwierzę cię akceptuje za to, że jesteś, że się nim zajmujesz. One są z nami na dobre i złe – mówi. Jej zwierzyniec dorównuje prawie temu Iwaszkiewiczów. – Niedawno adoptowałam świnkę morską, trzymaną w nieodpowiednich warunkach. Miała nie przeżyć tygodnia, a jest u mnie rok. Miałam kota, którego przyniosłam z ogródka. Był ze mną 18 lat i chodził za mną jak pies. Jego miejsce zajęła kotka z hodowli, która nikomu innemu nie daje się pogłaskać. Mam też ślimaki afrykańskie, które rosną do wielkości dłoni. To wszystko członkowie mojej rodziny – mówi z przekonaniem. Anna zawodowo zajmuje się też zooterapią. Jeździ do żłobków i zapoznaje dzieci ze swoimi zwierzętami. Widzi, że są tym ogromnie zainteresowane. Zdarza się, że boją się kota, ale już ślimakiem są zafascynowane. – Kiedyś zwierzęta żyły bliżej nas. Teraz dzieci są odcięte od przyrody. Kiedyś były rodziny wielopokoleniowe i życie toczyło się kołem. Byliśmy oswojeni z tym, że zwierzęta się rodzą i umierają z różnych przyczyn. Teraz żyjemy w wycinku tego koła i to, co kiedyś było naturalne, już nie jest. Dlatego tak bardzo przeżywamy te straty.
O dobroczynnym, leczniczym wpływie zwierząt na ludzi mogłaby mówić godzinami: – Możemy im o wszystkim opowiedzieć, przytulić się do nich, poczuć ciepło. Poprzez mruczenie kota czy głaskanie psa obniżamy ciśnienie krwi, stres, a nawet poziom cholesterolu. A wychodząc na spacer z psem, dbamy o swoje zdrowie i relacje społeczne. Czyli przeciwdziałamy samotności. Nasze zwierzę może nawet pełnić funkcję psychologa. Są zwierzęta, które potrafią wyczuć, że jego opiekunowi zbliża się napad padaczki. Kiedy kobieta jest w ciąży i ma zwierzę w domu, zapewnia sobie i przyszłemu dziecku większą odporność. Był czas, kiedy koty obwiniało się o toksoplazmozę, ale żeby się nią zarazić, trzeba mieć bezpośredni kontakt z ich odchodami, do czego przecież nigdy nie dochodzi. Prędzej zarazimy się nią, dotykając surowego mięsa. A jak dziecko podrośnie, zwierzę nauczy je odpowiedzialności, delikatności i opiekuńczości. Zwłaszcza dla jedynaka zwierzę jest czasem jak brat lub siostra. Dla niektórych dzieci kotek lub piesek to jedyna istota, której mogą powierzyć swoje troski, wypłakać się ze smutku, którego przyczyną są inni ludzie. Podobno Aborygeni wierzą, że to właśnie psy nas uczłowieczają. „Z ludźmi mamy zawsze i dobre, i złe wspomnienia, zwierzęta to samo dobro” – głosi jeden z wpisów na „Łąkach Wspomnień”.

Ilustracja Zofia Różycka Ilustracja Zofia Różycka

Mądrość natury

Może więc częściej powinniśmy brać z nich przykład? Przyglądać się temu, jak istnieją w świecie, co jest dla nich ważne, a co nie. Może to one są właśnie od nas o wiele mądrzejsze? Carl Safina, pisarz i badacz życia zwierząt, we wstępie do książki „Poza słowami. Co myślą i czują zwierzęta” pisze: „W naszym odżegnywaniu się od natury zerwaliśmy więzy ze światem ożywionym i straciliśmy kontakt z doświadczeniem innych zwierząt”. Dlatego on przyjmuje perspektywę świata, w którym człowiek nie stanowi punktu odniesienia, a rasa ludzka jest po prostu jedną z wielu. Safina podpatruje życie dzikich zwierząt w ich naturalnym otoczeniu. W Parku Narodowym Amboseli staje oko w oko z zagrożonymi z powodu kłusownictwa słoniami. W parku Yellowstone rusza tropem wilczej watahy, a na wodach północno-zachodniego Pacyfiku zachwyca się tajemnicami mózgu delfinów czy orek. Chce pokazać, jak przebogate, fascynujące i często niezrozumiałe jest życie wewnętrzne zwierząt. Udowodnić, że porozumienie międzygatunkowe jest realne, ale to człowiek musi wykonać pierwszy krok. Czyli zrozumieć, że to nie on jest miarą wszechrzeczy. W powszechnym mniemaniu empatia to coś, co czyni nas ludźmi. A przecież słonie pomagają cierpiącym. I chodzi tu nie tylko o przedstawicieli ich gatunku, ale i ludzi. Safina przytacza wiele przykładów na to, jak słonie towarzyszyły zagubionym lub rannym w dżungli ludziom – do momentu, gdy odnalazły ich ekipy poszukiwawcze. Słynna badaczka szympansów Jane Goodall podkreślała, że szympansy i bonobo nie umieją pływać, ale w ogrodach zoologicznych z fosami rzucają się do wody na pomoc towarzyszom. Jeden samiec utonął, próbując uratować ludzkie dziecko. Wspomniane słonie czuwają przy swoich zmarłych towarzyszach, a nawet przykrywają ich zwłoki ziemią i roślinnością, co – jak podkreśla Safina – czyni ich jedynymi zwierzętami, poza ludźmi, które dokonują pogrzebów. Kiedy w Yellowstone wilczyca – samica alfa – została zamordowana przez inną watahę wilków, jej partner wył przez wiele dni po jej śmierci. Z kolei inna wilczyca po stracie partnera porzuciła watahę i swoje szczenięta i ruszyła w samotną, wielokilometrową podróż. Wróciła po tygodniu.
Zwierzęta rozpaczają, współodczuwają i przeżywają żałobę tak jak my. Ale też tak jak my cenią życie. „Każde zwierzę jest tak samo przywiązane do swojego życia jak człowiek. Albo nawet bardziej niż człowiek. Zachowania autodestrukcyjne wydają się typowo ludzkie. (...) Większość zwierząt robi, co może, by pozostać przy życiu” – pisze Safina. Jane Goodall wstrząsnęła kiedyś światem nauki informacją, że szympansy używają narzędzi – w tym wypadku gałązek do wyciągania termitów. Do tej pory naukowcy sądzili, że tylko ludzie są do tego zdolni. A przecież narzędzi z powodzeniem używają też ptaki – wystarczy zaobserwować wrony w pobliskim parku. Nie jesteśmy dokładnie tacy sami, ale nie jesteśmy też tak różni, jak by się wydawało, a już na pewno zwierzęta w niczym nie ustępują nam inteligencją, oczywiście cokolwiek oznacza to słowo. Dowód? Liczne historie o tym, jak wolno żyjące orki prowadziły ludzi we mgle albo odnajdywały zagubione na krze psy. Z kolei delfinom przypisuje się wręcz telepatyczne zdolności. Do tego trzeba dodać wyjątkowo u nich rozwinięty zmysł echolokacji. „Nie sugeruję, że cenię życie ryby czy ptaka tak samo jak ludzkie, ale że ich obecność na tym świecie jest tak samo ważna jak nasza. Może nawet bardziej: one były tu pierwsze, były przed nami. Biorą tylko tyle, ile potrzebują. Są kompatybilne z życiem wokół” – pisze Safina. Jeden z jego rozmówców powiedział, że największą czcią i miłością darzy wieloryby, bo wybaczają człowiekowi wszystkie zniszczenia, których dokonuje w środowisku naturalnym. Tylko czy sami jesteśmy w stanie je sobie wybaczyć? Safina pisze pod koniec: „Przeceniałem lojalność i przywiązanie ludzi, a nie doceniałem inteligencji i wrażliwości zwierząt. Teraz i jednych, i drugich rozumiem lepiej”. Jego zdaniem ponad wszystko, czego mogą nas nauczyć zwierzęta, najwięcej uczą nas właśnie o nas samych. „Ci, którzy wiele ze zwierzętami przebywają, wiedzą zapewne, że kochają one, tęsknią, smucą się, zazdroszczą, cieszą się życiem i lękają śmierci. W tym wszystkim są tak bliskie człowiekowi. A że nie umieją mówić? To może lepiej: gadanie, słowo jakże często jest zgubą człowieka. Bezsłowne zwierzę jak wiele umie powiedzieć!” – kwituje Jarosław Iwaszkiewicz.

  1. Styl Życia

Dlaczego warto mieć zwierzaka?

Uważny i serdeczny kontakt ze zwierzętami rozwija naszą empatię, zdolności socjalne. (Fot. Getty Images)
Uważny i serdeczny kontakt ze zwierzętami rozwija naszą empatię, zdolności socjalne. (Fot. Getty Images)
Zwierzęta na prawach przyjaciół albo domowników? To jest możliwe. Coraz częściej dzielimy się z nimi przestrzenią, jedzeniem i miłością. Przygarniamy je ze schronisk, ratujemy przed okrucieństwem innych. Czyżbyśmy stali się bardziej empatyczni? A może siebie oszukujemy? Psychologa Pawła Droździaka pyta Renata Mazurowska.

Przez lata zmieniał się nasz stosunek do zwierząt. Choć w środowiskach wiejskich zwierzę wciąż pełni rolę usługową, użyteczną – pomaga w pracy, strzeże obejścia, jest źródłem jedzenia – to już w mieście psy i koty nie tylko mają imiona i stałą opiekę lekarską, ale też fryzjera, ubrania, bogatą w minerały karmę… To coraz bardziej aktywny ruch, gdzie zwierzę staje się towarzyszem rodziny. A nawet rodziną jako taką.

Jest też i drugi biegun reprezentowanej przez człowieka postawy wobec zwierząt, gdzie zwierzęta są porzucane, bestialsko traktowane… Czyli mamy dwa różne i skrajne zjawiska dotyczące traktowania zwierząt, które jednak coś łączy. Co? Ano to, że nie umiemy poradzić sobie z faktem, że zwierzę co prawda posiada jakieś życie psychiczne, ale jednocześnie pozostaje inne od nas. Albo przypisujemy zwierzętom ludzkie uczucia i cechy, albo odbieramy im jakiekolwiek uczucia w ogóle, i traktujemy jako przedmioty. Coraz częściej też w zbiorowej świadomości pojawia się obraz zwierzęcia jako ofiary do uratowania. To postać będąca uosobieniem niewinności i bezbronności, wykorzystywana przez ludzi niemających empatii. Ale oto my, mocą naszej miłości, ratujemy zwierzę z opresji. Odtwarzając tę opowieść, odczuwamy mieszaninę wzruszenia i oburzenia. Zwierzę i jego ludzcy nieliczni stronnicy reprezentują tu dobro, zaś ludzkość jako całość uosabia zło. Walka dobra i zła, jak w bajce. Zresztą z bajką ma to sporo wspólnego: grupą, która naturalnie jest zainteresowana życiem zwierząt, są dzieci – dla nich to są pieseczki, koteczki, kaczuszki, słoniki. A w bajkach często te zwierzątka mają ludzkie cechy i przeżywają ludzkie przygody.

Wystarczy przypomnieć filmy „Gdzie jest Nemo” czy „Król Lew”… W „Gdzie jest Nemo” tatuś szuka synka, a synek za nim tęskni – tyle tylko że to zjawiska ze świata ludzi, nie zwierząt. W świecie ryb ojciec nawet by nie wiedział, kto jest jego synem. Ale w świecie bajek przebieramy człowieka za zwierzę, a zwierzę za człowieka, na dodatek wszystkie nieszczęścia zwierzęcego bohatera są efektem ludzkich działań. Dziecko solidaryzuje się z bajkowymi zwierzętami, bo widzi, że są one równie bezradne wobec świata dorosłych jak ono. Zwierzę, można powiedzieć, jest czystą emocją i to emocje decydują o jego reakcjach. Nie kryje uczuć, od razu je okazuje (no, może poza szympansami, które potrafią udawać) – zatem dziecku łatwiej się ze zwierzęciem identyfikować, bo i u niego emocje decydują o reakcjach.

Dlaczego, Paweł, masz dwa koty, dlaczego ja mam psa? Mam koty, bo moja dziecięca część ma koty.

Współczując zwierzętom, cofamy się do etapu dziecka? Współczując nie, ale już utożsamiając zwierzęta z ludźmi – tak. To, co nas odróżnia od zwierząt, to myślenie, nadawanie sensu przeżyciom. Zwierzęta tego nie robią, one tylko przeżywają. Dlatego jeśli twierdzimy, że między nami a nimi nie ma żadnej różnicy, odcinamy to górne piętro. Dziś stało się to modne. To, że ktoś „tak czuje”, stało się nawet argumentem w dyskusjach. Mało tego, wskazanie, że emocja nie jest wystarczającą racją, może wręcz skutkować posądzeniem o brak empatii. A to mniej więcej tak, jak dawniej być podejrzanym o ateizm.

A może ten świat jest tak skomplikowany, że ratujemy się relacjami ze zwierzętami, ponieważ są oparte na szczerości i bezinteresowności? Pies cię nie porzuci, co najwyżej człowiek porzuci psa… Może to jakiś ratunek przed tymczasowością, zmiennością, nieprzewidywalnością? W życiu wielu z nas przychodzi taki moment, kiedy ponosimy porażkę w świecie międzyludzkich relacji. Czasem bywa to na tyle bolesne, że mamy dość i nie chcemy tego doświadczenia powtarzać. Co nie oznacza, że nie mamy emocjonalnych potrzeb. No i wtedy w sukurs przychodzi relacja ze zwierzakiem, z którym wszystko jest prostsze. Wielu osobom to pomaga. Coraz częściej zwierzęta są używane do tego, by można uchylić się od budowania relacji rodzinnych. Bo to krępuje człowieka, umieszcza w jakiejś strukturze, której on nie chce, każe stać się dorosłym na jakiś bardzo typowy sposób – więc człowiek odrzuca społeczne oczekiwania, przyjmując zwierzę za swoje symboliczne dziecko. To niekiedy ma zastąpić rodzinę, której nie daje się zbudować, ale czasem przeciwnie – i to szczególnie ciekawe – jest to forma buntu przeciwko przymusowi jej tworzenia.

Jednak – chciałbym to podkreślić – relacja ze strony zwierzęcia nie jest bezinteresowna. Psy towarzyszą ludzkości od setek tysięcy lat z powodu kości, najpierw przypadkowo, a później już celowo pozostawianych wokół ludzkich siedzib. Z czasem oba gatunki nauczyły się wspólnie polować i walczyć. W końcu pies nauczył się czegoś, czego żadne zwierzę nie potrafi. Odczytuje pewne elementy ludzkiego zachowania, podąża spojrzeniem za naszym wzrokiem, umie odczytać gest pokazania czegoś ręką, reaguje na nasz wzrost czujności, w nieznanym otoczeniu czeka ze swoją reakcją na naszą reakcję, trafnie odczytuje hierarchię w ludzkiej grupie… Nawet szympansy tego nie umieją. Niestety, początkiem tej wspólnej historii jest mięso, nie miłość. Dziś swoje domostwa chronimy już w inny sposób, ale nauczyliśmy się wykorzystywać psy w całkiem nowym celu. Często stają się one substytutem rodziny. Czymś w rodzaju naszych dzieci.

Ale dziś można nie mieć dzieci bez społecznego potępienia, a poprzez relacje ze zwierzętami realizować na przykład potrzebę opieki. Moim zdaniem coraz szerszy ruch w kierunku ochrony zwierząt wynika w dużej części ze wzrastającej świadomości tego, w jaki sposób traktuje się zwierzęta w masowej, przemysłowej hodowli. To zwierzęcy holokaust – myślę tu na przykład o „fabrykach mięsa”, w których zwierzę nie ma żadnych praw. Więc żeby nie zwariować, próbujemy „wyrównać emocje”, adoptując zwierzaki ze schronisk, przestając jeść mięso. Przemysłową hodowlę trudno przyjąć do wiadomości, jeśli się ją zobaczy. Większość ludzi jest zbyt wrażliwa na to, żeby trzymać zwierzaka w pojemniku nieruchomo przez całe jego życie, a jednak milcząco czerpiemy korzyści z takich działań. Można próbować to rozumieć jako próbę znieczulenia się.

Wiemy na przykład, że dzieci potrafią spontanicznie znęcać się nad zwierzętami i bawić się uśmiercaniem ich, ale potrafią też równie spontanicznie nimi się opiekować. O dziwo, czasem to są te same dzieci, tylko innego dnia. Niektórzy celowo zabijają w sobie całą empatię, żeby wyzbyć się oporów i ograniczeń. Tak chcą zyskać siłę, która ma ich ochronić.

Na przykład po to, by przywiązać psa do drzewa w lesie? I nic w związku z tym nie czuć? Niektórzy wiele robią, by nic nie czuć. Zabijają w sobie wrażliwość, bo w czymś przeszkadza. I teraz rodzi się pytanie, na ile to masowe zabijanie zwierząt – na skórę, na jedzenie, klej do tapet – ma rzeczywiście ekonomiczne uzasadnienie, a na ile można na to patrzeć jako na próbę usunięcia uczuć albo nawet problemu istnienia śmierci. Traktujemy zwierzę jak rzecz, bo rzecz nie może być zabita. Może robimy to, by uciec od strachu wywołanego wiedzą, że sami jesteśmy śmiertelni?

Od czasów nazizmu wiemy, że całkiem normalni ludzie, niezdolni do okrutnych czynów w kontakcie bezpośrednim, mogą przyczynić się do zła, jeśli działają w ramach instytucji, której są częścią. Częściowość własnego udziału, rozproszenie odpowiedzialności na „zbiorowego nikogo”, brak bezpośredniego kontaktu z tym, do czego się przykłada rękę, pewna abstrakcyjność obiektu, który jest jakby nigdzie. To wszystko sprawia, że można w tym uczestniczyć bez poczucia winy. Czyli można mieć pełną szafę skórzanych rzeczy i jednocześnie na Facebooku określać się jako przeciwnik polowań. Tak działa umysł. Reagujemy emocjami na to, co widzimy, a jak czegoś nie widzimy, to tego dla nas nie ma. Żeby opiekować się psem, kupujemy mu pokarm ze świni albo krowy i nie zastanawiamy się nad tym. Realność byłaby trudna do zniesienia. Szczególnie realność niemożliwa do zmiany.

Ale może fakt, że empatyzujemy ze zwierzętami, świadczy o tym, iż stajemy się coraz wrażliwsi? Nie jestem pewien, czy zawsze, kiedy mówimy, że empatyzujemy, to faktycznie empatyzujemy. Odnoszę wrażenie, że dość często, choć oczywiście nie zawsze, na przykład za restrykcjami dotyczącymi diety bezmięsnej kryje się nie tyle współczucie dla zwierząt, ile pragnienie zbudowania pewnej bariery między sobą a resztą ludzi. Podobnie jest z niektórymi przypadkami dość specyficznego traktowania zwierząt domowych – jako czegoś w rodzaju dziecka czy partnera życiowego. Myślę, że to nie zawsze empatia, bo empatia wobec psa czy kota polegałaby raczej na pozwoleniu mu, by psem albo kotem pozostał i żył w swym psim czy kocim świecie. Czasem chodzi o to, by tym zwierzęciem stworzyć jakąś barierę między sobą a innymi ludźmi, coś zastąpić, zanegować. A o cóż wówczas gramy? O wolność. O to, by się nie dać dookreślić jakkolwiek. To bardzo współczesny styl.

Poza tym generalnie mamy inną perspektywę, bo nie jesteśmy zagrożeni w naszym przetrwaniu i jesteśmy bardzo bogaci w porównaniu do naszych przodków. To sprawia, że dostrzegamy problemy, na których zauważenie naszym przodkom w ich ciężkim życiu nie starczyłoby miejsca. Można więc na nas spojrzeć albo jak na istoty wrażliwsze, bo dużo bardziej od swych przodków rozwinięte, albo jak na bardziej rozpieszczone przez nierealnie bezpieczne warunki. Zależy, co wolimy.

A pokusiłbyś się o odpowiedź, w czym świat ludzki i zwierzęcy jest podobny? Wydaje mi się, że jednak więcej nas łączy niż dzieli… Istnieje, oczywiście, wiele podobieństw, ale jedno jest szczególnie zaskakujące. Otóż okazuje się, że na przykład szympansy wykazują skłonność do czegoś, co chyba musimy nazwać mistycyzmem. U ludzi jest tak, że wyznają różne kulty. Nawet tam, gdzie nie ma żadnego, istnieje jakiś kult wodza i jest w tym coś na tyle charakterystycznego, że jeśli nie wiesz nic o kulturze danego kraju czy plemienia, to kiedy znajdziesz obiekt kultu, od razu widzisz, że to „to”. No i okazuje się, że żyjące dziko szympansy mają coś podobnego! Wybierają w lesie potężne drzewa, daleko od miejsc, w których mieszkają, i znoszą tam wielkie kamienie. Przychodzą tam, siedzą jakiś czas bez ruchu i odchodzą. Czasem przynoszą nowy kamień, żeby go dołożyć do kopca. To zupełnie niezwykłe, dosyć nowe odkrycie. Podobieństwo tych miejsc do pierwotnych miejsc kultowych ludzi, w których oni układali stosy kamieni, jest uderzające. W Internecie są już zdjęcia. Warto zobaczyć.

Moc terapeutyczna zwierząt - kilka argumentów na rzecz zaproszenia pod swój dach czworonoga

  • Uważny i serdeczny kontakt ze zwierzętami rozwija naszą empatię, zdolności socjalne (ile znajomości zawieranych jest w parkach z innymi właścicielami psów!), troskę o innych, otwartość, ufność i uważność na to, co dzieje się tu i teraz.
  • Kontakt z domowym futrzakiem, a zwłaszcza dotyk, przytulanie się z nim, głaskanie, stymuluje wydzielanie endorfin, hormonu, który nas nastraja pozytywnie i pobudza odporność organizmu, a także obniża poziom kortyzolu, hormonu stresu.
  • Od zwierząt otrzymujemy też bezwarunkową miłość i akceptację, ale to niejedyna terapeutyczna korzyść, jaka się wiąże z bezpośrednim kontaktem ze zwierzęciem.
  • Okazuje się, i zbadali to Sam oraz Elizabeth Corson, małżeństwo amerykańskich psychiatrów, że pacjenci, którym pozwalano na kontakt z psem, nabrali większej pewności siebie i stali się bardziej niezależni.
  • Jako terapię wspomagającą chętnie wykorzystuje się dziś kontakt z końmi, delfinami czy psami w leczeniu lub rozwijaniu m.in. funkcji poznawczych, słownictwa, pamięci długo- i krótkotrwałej, motoryki, koncentracji uwagi, koordynacji ruchowej, a także niwelowania lęków, podnoszenia samooceny, nauki relaksacji czy rozwijania empatii i umiejętności współdziałania w grupie. Asystę zwierząt wykorzystuje się wspomagająco w rehabilitacji dzieci z mózgowym porażeniem dziecięcym, ADHD, zespołem Downa, nerwicami i autyzmem. W ramach terapii z udziałem zwierząt możemy mówić o dogoterapii (psy), hipoterapii (konie), felinoterapii (koty), delfinoterapii (delfiny) i pet therapy – terapii związanej z obecnością różnych zwierząt, nawet chomików. Warunkiem koniecznym we wszystkich przypadkach jest dobrowolny udział zwierząt i ich dobre zdrowie psychiczne (m.in. pewność siebie, brak lęków).
  • Koty mają zbawienny wpływ na osoby z zaburzeniami psychicznymi i ruchowymi, na dzieci nadpobudliwe, ale także na osoby nieśmiałe. Dobre efekty uzyskuje się w pracy w asyście kotów lub psów z osobami uzależnionymi i więźniami.