1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Nauczyciele z pasją - wspierają, inspirują, uczą myśleć

Nauczyciele z pasją - wspierają, inspirują, uczą myśleć

 Jarosław Szulski, geograf ze stołecznego liceum im. Reytana i jego uczniowie, fot. Albert Zawada
Jarosław Szulski, geograf ze stołecznego liceum im. Reytana i jego uczniowie, fot. Albert Zawada
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
„Byle do dzwonka” – tak dziś wciąż myśli wielu uczniów. I wielu z 600 tysięcy polskich nauczycieli. Ale zdarzają się nauczyciele inni. To im zawdzięczamy dużo więcej niż stopień na świadectwie.

Dzieci są przeciążone masą często niepotrzebnej wiedzy, wkuwanej bez sensu na pamięć. Skupiają się na stopniach z testów, podobnie jak ich nauczyciele, których praca jest oceniana na podstawie wyników, jakie osiągnie klasa. Na drugi plan schodzi  budowanie relacji. „Tracimy z pola widzenia główny cel, jakim jest dobro ucznia” – mówi Jarek Szulski, geograf i wychowawca.

„Nasz system szkolny wyrasta z tradycji XIX-wiecznego nauczania – nauczyciel był zarządcą z bacikiem, którego nie wahał się użyć wobec poddanego, czyli ucznia – tłumaczy pedagożka Krystyna Starczewska. – Metoda wychowawcza opierała się na rozkazach, zakazach i podporządkowaniu”.

Na szczęście coraz więcej nauczycieli chce przełamywać ten schemat. Potrafią zaciekawić przedmiotem, stawiają na uczenie myślenia, pokazują, jak ważne są zaufanie, przyjaźnie, wspieranie się. Swoje pomysły realizują często w szalony sposób. „Wspaniały nauczyciel to taki, którego pamiętam przez całe życie – mówią uczniowie. – A czasem ktoś, kto pomógł mi o kierunku tego życia zdecydować”.

Jarosław Szulski, geograf ze stołecznego liceum im. Reytana i jego uczniowie, fot. Albert Zawada Jarosław Szulski, geograf ze stołecznego liceum im. Reytana i jego uczniowie, fot. Albert Zawada

„Szalony i wrażliwy nauczyciel”, mówi o Jarku Szulskim, geografie ze stołecznego liceum im. Reytana, psycholog Jacek Santorski. Innowacyjnie i po swojemu realizuje program szkolny. Dzieciaki go uwielbiają. I przyjaźnią się z nim również w dorosłości.

Nauczyciel bez immunitetu

W przeddzień rozdania świadectw nauczyciel poprosił:  „Zarezerwujcie sobie 24 godziny po zakończeniu roku. Umawiamy się na Dworcu Centralnym”. Gimnazjaliści z 3A przyzwyczaili się już do tajemniczych pomysłów profesora. Zamiast do pociągu wsiedli do windy w wieżowcu nieopodal. Na tarasie na 50. piętrze nauczyciel powiedział: „Miejcie szeroko otwarte oczy, dostrzeżcie więcej w życiu. Na każdą sytuację patrzcie z szerszej perspektywy, tak jak z tego tarasu, a nie parteru. Unikajcie wszelkiego dogmatyzmu…”.  „To była taka mowa do klasy, z którą się rozstawałem” – tłumaczy Szulski. Nie pożegnali się, tylko pojechali na lotnisko. Przy odprawie okazało się, że lecą na Bornholm. „Ale na tablicy odlotów takiego kierunku nie ma” – zauważył ktoś. Przy bramce nie było innych pasażerów. „To nasz pilot, pakujcie z nim bagaże do luku” – psor zarzucił na ramię plecak. „Na wyspę polecieliśmy niewielkim samolotem. Wcześniej  poznałem fantastycznego  właściciela lotniczych taksówek,  który bezinteresownie chciał zrobić coś dla dzieciaków. Cieszyłem się, że uczniowie widzą takie gesty. Nie zapłaciliśmy grosza – opowiada Jarek Szulski. – Naprawdę nie trzeba fortuny, żeby załatwić atrakcje. Ludzie otwierają się, gdy mówię, że mam plan, chcę pokazać dzieciakom na przykład różnice społeczne – zabrać je do postpegeerowskiej wsi, a potem na kolację do drogiej restauracji. Gdy poznają mój zamysł, zapraszają. Można? Można. Dla mnie najbardziej liczy się, że dzieciaki przyjaźnią się ze sobą – mówi. – Że mimo ukończenia szkoły nadal wspierają się i są dla siebie ważne”.

Ostatnie wychowawstwo zaczął dwa lata temu. Przejmował klasę, o której nauczyciele mówili: „Miła, grzeczna”. „Czy to komplement? – zastanawiałem się. Dzieciaki są nastawione na wyniki, zakuwają do testów, nie spotykają się. Obcy sobie ludzie” – opowiada Szulski.

Wymyślił wyzwanie: 30-kilometrowa trudna wędrówka w Tatrach, a na koniec rajskie miejsce – drewniana strażniczówka nad Doliną Pięciu Stawów. „Moment zniechęcenia, zmęczenia to fajny sposób, żeby powstała interakcja – opowiada.

– Spali na malusieńkiej przestrzeni w 45 osób. Czuli swoje oddechy, mościli się, śpiąc na łóżkach i na podłodze. Wrócili już bardziej razem”.

Profesor wyznaje zasadę: relacja zaczyna się od  rozmowy. Często lekcje wychowawcze prowadzi w czytelni szkolnej. Nie korzysta z biurka. Wszyscy siadają razem, czasem na podłodze, „na kupie”, jak mówią. „I rozmawiamy, nie zamiatamy problemów pod dywan” – tłumaczy Szulski.

Nauczyciel nie ma immunitetu. I też ma prawo do błędów. Gdy Szulski uraził na forum klasy żartem ucznia, chłopak strzelił focha. „Napisałem mejl, że mi przykro i że wkurza mnie, gdy on skreśla dobrą relację po mojej jednej wpadce. Potrzebował czasu. Miałem publiczny wykład, chłopak razem z innymi uczniami usiadł na widowni. Był gotowy na rozsupłanie sytuacji. On wysłuchał mojej wersji, ja – jego. Na koniec przytulił się do mnie. To był piękny gest, znaczący: ufamy sobie”.

Lekcje przyzwoitości

Zaufanie to słowo klucz. Swojej klasie oznajmił: „Wierzę wam i w was”. Gimnazjaliści sami mieli pisać usprawiedliwienia za nieobecność i przesyłać je mejlem do nauczyciela i rodziców. „Lekcja przyzwoitości – opowiada Szulski. – Choćby takie usprawiedliwienie: »Nie byłem w szkole, bo chciałem dropnąć najki w grze miejskiej«. Chłopak wziął udział w imprezie zorganizowanej przez firmę sportową. Można było wygrać limitowaną edycję butów wartych trzy tysiące złotych. Uczeń chciał je zdobyć i sprzedać, żeby mieć swoje pieniądze. Uznałem, że to twórczo spędzony czas, i usprawiedliwiłem. Przy czym jego wytłumaczenie zainspirowało klasową rozmowę o wagarach. A gdy ktoś 30 razy zasłaniał się kolejnymi wizytami u lekarza, to chciałem wiedzieć, co stoi za jego ucieczkami. Może nie daje sobie rady z nauką? A może pożarł się z kolegami czy ma tragedię w domu? Wspólnie uczyliśmy się rozwiązywać najbardziej ukryte problemy”.

Podręczniki to nie wszystko

Nauczyciel jest oceniany za realizację materiału i wyniki klasy. Szulskiemu zależy, żeby nauczyć dzieci myślenia przyczynowo-skutkowego. W oryginalny sposób realizuje materiał. Na przykład temat: Kryteria podziału państw według PKB na jednego mieszkańca. Nauczyciel opowiada o książce „Sztuka życia” Zygmunta Baumana. Co będzie z tym światem, jeśli skupimy się tylko na potędze gospodarki? Dlaczego Bhutan jest jedynym państwem, w którym istnieje ministerstwo szczęścia. I na lekcji geografii wywołuje dyskusję o tym, czym jest szczęście. „To oni będą budować nasz świat, dlatego powinni zadawać sobie wiele trudnych pytań, patrzeć szeroko – tłumaczy Szulski. – Nauczyciel nie może narzucać własnego zdania, ma być tylko drogowskazem”.

Nie lubi pytań o budowanie autorytetu. „Nie chcę być autorytetem, nie chcę zawładnąć umysłami dzieci, nie mam misji, nie zamierzam być kaznodzieją. Cenię bunt uczniów, bo gdy jest ogień, zawsze wynika z tego coś istotnego, rozwojowego. Chyba najpiękniejszym komplementem jest dla mnie świadomość, że może przez ten wspólny czas stałem się choć na chwilę dla moich »maleństw« kimś ważnym” – mówi nauczyciel. „Przyjaciel, zajebisty partner. Psor rulez” – tak mówią o wychowawcy uczniowie.

To już pewne – profesor i jego „maleństwa” jeszcze nieraz siądą „na kupie”, będą rozmawiać i wzajemnie uczyć się życia.

Wioletta Mrozek, polonistka ze szkoły podstawowej integracyjnej nr 317 im. E. Bojanowskiego w Warszawie, fot. Albert Zawada Wioletta Mrozek, polonistka ze szkoły podstawowej integracyjnej nr 317 im. E. Bojanowskiego w Warszawie, fot. Albert Zawada

Szkoła integracyjna to wyzwanie. Wioletta Mrozek, polonistka ze szkoły podstawowej integracyjnej nr 317 im. Edmunda Bojanowskiego w Warszawie, wie nie tylko, jak ciekawie uczyć, ale też jak pokazać uczniom, że nic nie jest tak ważne jak wzajemne wsparcie i otwarcie na odmienność.

Na czarno-białym teledysku uczniowie pokazują słowa piosenki Miley Cyrus napisane grubą kredką  na rękach i na kartkach: „I’ll always remember you”. Zapamiętam ciebie (was) na zawsze. Polonistka Wioletta Mrozek wyciera łzy, gdy pokazuje ten prezent od wychowanków na zakończenie szkoły.

Za nic nie zamieniłaby pracy w szkole integracyjnej na inną. W każdej klasie jest 15 dzieci zdrowych i piątka tak zwanych orzeczeniowców. Z powodu zaburzeń psychologicznych bądź niepełnosprawności fizycznej te dzieciaki mają orzeczenia o specjalnym programie kształcenia. Wymagają wsparcia w nauce i w budowaniu relacji z rówieśnikami.

„Nikt tak wspaniale się nie integruje jak dzieci” – Wioletta może godzinami opowiadać o swoich „zasrańcach” (to jej czułe określenie uczniów). Wyzwanie czasem wydaje się karkołomne. Ale nauczycielka instynktownie, przez własne doświadczenia z dziećmi znajduje klucz do wychowanków. Każde „dziwaczne” zachowanie czy problemy nastolatka stają się częścią życia klasy, która ma zrozumieć i wesprzeć kolegę czy koleżankę. Nauczycielka przyznaje, że studia nie dały jej odpowiedniego psychologicznego przygotowania. Nikt nie powiedział jej także, jak radzić sobie z własnymi emocjami.

„Pamiętam swoje początki dziesięć lat temu. Niepełnosprawne dzieciaki obłapiały, ściskały, opowiadały coś nieskładnie – opowiada. – Miałam kryzys, bo czułam się przytłoczona. Ale szybko mnie w sobie rozkochały, oswoiły. Fakt, że jestem dla nich ważna, dodawał skrzydeł, cierpliwości”.

Oswoić problem

Dziś wie, że o tabu trzeba rozmawiać z dziećmi otwarcie. „Od lat czytam fachowe materiały o każdym zaburzeniu czy chorobie, żeby najlepiej zrozumieć, a potem wytłumaczyć uczniom problem w prosty sposób. Dzieci muszą znać prawdę, istotę kłopotu, tylko wtedy mogą się nie bać nietypowych zachowań, a przede wszystkim wesprzeć kolegę. I robią to z serca!” – wyjaśnia nauczycielka.

U 12-letniego Pawła ujawniła się trudna choroba – zespół Pradera-Williego. Chłopiec nigdy nie był w stanie zaspokoić wiecznego łaknienia. Kradł 20 pączków ze sklepiku i płacząc, jadł je w toalecie. Chory głód uniemożliwiał mu racjonalne zachowanie. Za zgodą rodziców i samego Pawła wychowawczyni opowiedziała otwarcie klasie o udręce chłopca. I nikt nie śmiał się z „żarłoka”. Wioletta opowiada: „Na zielonej szkole podczas posiłków niejadki siadały obok Pawła. Opowiadały dowcipy, zagadywały, pokazując, że kolejna porcja wcale nie jest mu niezbędna do szczęścia. Któregoś dnia chłopak zwędził jednak skrzynkę pomidorów i pożerał je zachłannie. »Pani profesor, jak mu pomóc?« – zapytała dziewczyna, która mu się podobała. »Idźcie na pomost«  – puściłam oko. Podpatrywałam dyskretnie, jak moczą nogi, jak gadają. Chłopak wyrzucił do jeziora nadgryziony pomidor. Uspokoił się. Czując sympatię, krok po kroku wychodził z cienia wstydu. Zaczął randkować, oswoił nieco napady głodu. A dzieciaki wspierały go przez kolejne lata”.

Bywa, że integracja jest szczególnie trudna, bo dotknięte chorobą dziecko nie potrafi przełamać wstydu. 14-letnia Magda po kilkunastu operacjach żyje z przetoką jelitową. Pod ubraniem nosi woreczek, który jest jej „toaletą”. Przez półtora roku ukrywała przed klasą dolegliwość. Nauczycielka, szanując wybór dziewczyny, odwracała uwagę dzieci, gdy urządzenie w trakcie lekcji nagle syczało i bulgotało. Dzieciaki w końcu zaczęły jednak dopytywać, rzucać głupie żarty: „Kto puścił bąka?”. Uczennica nie dawała już sobie rady emocjonalnie. „Czy może im pani beze mnie o tym powiedzieć?” – prosiła nauczycielkę.

„Zebrałam klasę, w delikatny sposób wytłumaczyłam, co się dzieje z koleżanką – opowiada Wioletta. –  Największy łobuz w klasie zapytał, dlaczego Madzi nie ma obok, po czym wstał, znalazł ją przerażoną gdzieś w szkole i dosłownie przyniósł na rękach. Chyba wszyscy płakaliśmy. I nigdy wstydliwy temat nie przeszkodził już dziewczynie w kontaktach z kolegami. Szaleli razem na dyskotekach, jeździli na nartach na zimowej szkole. Dzieciaki są z gruntu dobre – dodaje nauczycielka  – trzeba im pomóc zrozumieć problem, a wtedy same chcą pomóc, jak tylko potrafią”.

Na każdy temat

Sprawdzoną przestrzenią do trudnych rozmów są zajęcia z edukacji filmowej, które Wioletta prowadzi od lat. Nastolatki tłumnie przychodzą na nocne maratony. Rozkładają się na materacach, piją herbatę i oglądają filmy. Niełatwe, prowokujące – o samobójstwie, o chorobie dziecka, o miłosnych porażkach. Dzieci dyskutują. Mówią o emocjach, wchodzą w skórę bohaterów, zadając pytanie: „Jak ja bym się zachował?”. Bywało, że na seanse przychodzili rodzice, uczestniczyli w gorących dyskusjach. „Serce mi rosło, kiedy widziałam, jak mama z zachwytem przysłuchuje się komentarzom syna – opowiada Wioletta. – Chodziło mi o to, żeby dorośli dostrzegli, jak wrażliwe, mądre i dojrzałe są ich dzieci”.

Seanse to część zajęć. Uczniowie pod okiem nauczycielki sami też piszą scenariusze, kręcą i montują filmy czy teledyski. Dla wielu to terapia, bo znajdują w tym pasję. Dzięki kamerze wiecznie pobudzony, czasem agresywny Adam z zespołem Aspergera skupia się na projekcie filmowym, w który angażuje się cała klasa. A śliczna, utalentowana Julka, u której stwierdzono depresję wymagającą leków i psychoterapii, wyreżyserowała już kilka filmów.

„Dzięki temu uwierzyła w siebie, a odkrywaną krok po kroku charyzmą przyciąga do siebie kolegów jak magnes – cieszy się Wioletta. – Od września zaczyna naukę w wymarzonym liceum filmowym. Nakręcony z całą klasą teledysk – podziękowanie w reżyserii Julki – znaczy dla mnie więcej niż tysiąc słów”.

Imiona dzieci zostały zmienione.

Michał Ziątek, historyk z zespołu szkół społecznych 'Bednarska', fot. Albert Zawada Michał Ziątek, historyk z zespołu szkół społecznych "Bednarska", fot. Albert Zawada

Lekcje historii przypominają gry fabularne. Michał Ziątek w Zespole Szkół Społecznych „Bednarska” uczy myślenia. Co byłoby, gdyby…  „kombinowanie” to potężne narzędzie służące rozumieniu świata.

Śmietnik faktów i dat nie jest wam potrzebny – mówi Michał Ziątek, gdy zaczyna uczyć kolejne klasy. – Bitwy czy imię władcy możecie sprawdzić w Wikipedii – rozsiada się na biurku. – My sobie będziemy gadać – mówi do zaskoczonych nastolatków. – Zadawać pytania. Jakie znaczenie miał przypadek, a jakie zamierzone kroki ludzi”.

„Chcę otworzyć ich umysły – tłumaczy historyk. – Nauczyć analizy, myślenia przyczynowo-skutkowego, które przyda się im w każdej dziedzinie życia”.

Historia jak fantastyka

Zaczął pracę w szkole, którą sam ukończył. Wiedział, że to miejsce, gdzie ceni się niestandardowe pomysły nauczania. Pomysł fakultetu z historii alternatywnej wziął się z jego miłości do literatury fantasy, naszpikowanej wariacjami na temat rzeczywistości. „Postanowiłem w ten sposób zaciekawić przedmiotem, bo mnie samego to kręciło – mówi Michał Ziątek. – Podrzucam uczniom fakty i wciągam w grę fabularną, układanie scenariusza, co stałoby się, gdyby historia potoczyłaby się inaczej. Podekscytowani przyswajają ważne wydarzenia, jednocześnie ucząc się myślenia”.

Przez ostatni rok powstała alternatywna wersja świata oparta na założeniu: Co stałoby się, gdyby nieznany nikomu  starszy szeregowy Adolf Hitler został śmiertelnie postrzelony gdzieś na froncie pierwszej wojny światowej? Jak wpłynęłoby to na działania niszowej wówczas partyjki NSDAP, w której stał się charyzmatycznym liderem? Czy Niemcy poszłyby w stronę nazizmu?

Michał Ziątek: „Zadajemy sobie tysiące pytań, biorąc pod uwagę konkrety historyczne. Ciekawość motywowała uczniów do śledzenia faktów. Dzięki grze fabularnej uczyli się wyciągać wnioski: »Co by było, gdyby?«. Na koniec roku powstała szczegółowa synteza. Jak pajęczyna. Scenariusz pełen zakrętów, które sprawiłyby, że może nie doszłoby do drugiej wojny światowej i nazistowskiego pogromu, w którym zginęło 60 milionów ludzi. Najważniejsze dla nauczyciela jest w tym analityczne kombinowanie. Choć takie podejście jest trudne dla 12-latka, odpowiednio trenowane, kilka lat później staje się potężnym narzędziem w rozumieniu świata”.

Nie ma głupich pytań

Scenariusz nauki pod hasłem „Co by było, gdyby i dlaczego?” trudno realizować na regularnych lekcjach równocześnie z programem. Michał Ziątek ufa jednak swojej metodzie. „Im więcej dociekania i koncepcji, tym lepiej – wyjaśnia. – Nawet niewłaściwe pytania prowadzą do sensownej analizy. Przy okazji dzieciaki pojmują procesy historyczne. Nie da się ich zrozumieć bez zagadnień socjologicznych czy językoznawczych. Każdy wysiłek, postęp w analitycznym myśleniu na przestrzeni roku nagradzam punktami, które składają się na ocenę końcową. Czasem na przerwie ustawia się do mnie kilka osób, pokazują notatki, pytają, czy dobrze zrozumieli problem. Nieraz siadamy w kafejce po szkole, żeby porozmawiać o jakimś temacie. Mnie największą frajdę sprawia fakt, że przez to nasze gadanie są otwarci, nie boją się pytać, potrafią z szerszej perspektywy spojrzeć na każde zagadnienie, niekoniecznie związane z historią” – dodaje nauczyciel.

Dyrekcja szkoły i rodzice doceniają pomysły nauczyciela. Nawet jeśli spóźnia się z realizacją programu z podręczników, bo na przykład analiza starożytności zajmuje mu pół roku zamiast miesiąca. Michał Ziątek „wydębił” dodatkową godzinę historii w ostatniej klasie gimnazjum, żeby nadgonić materiał. „Najpierw uczę samodzielnego myślenia, a w ostatnim roku dzieciaki mają już tak sprawne narzędzie intelektualne, że nawet większą dawkę wiedzy analizują i rozumieją w mig – mówi. – Ten system się sprawdza. Jestem nie po to, by dyktować im materiał, pilnować, żeby go wykuli na pamięć,  ale by towarzyszyć im w rozwoju. Największą nagrodą są dla mnie słowa uczniów: »Dziękuję, że nauczył mnie pan myśleć«”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Vincent Viktor Severski: "Czas wyjawić parę rzeczy"

Vincent Viktor Severski, właśc. Włodzimierz Sokołowski rocznik 1956. Był oficerem wywiadu PRL i RP. Odbył około 140 misji w blisko 50 krajach. (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Vincent Viktor Severski, właśc. Włodzimierz Sokołowski rocznik 1956. Był oficerem wywiadu PRL i RP. Odbył około 140 misji w blisko 50 krajach. (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Czy będąc szpiegiem, można być wiernym ideałom i nie ranić najbliższych? I jak po kilkudziesięciu latach pracy w wywiadzie zostać jednym z najbardziej rozchwytywanych autorów książek sensacyjnych w Polsce? Odpowiada Vincent Viktor Severski.

Żona zwraca się do pana Vincent, Viktor czy Włodek, a może jeszcze inaczej, bo przecież miał pan tyle tożsamości?
Żona mówi do mnie po imieniu, czyli Włodek. Czasami używa też zdrobniałej formy. Moi przyjaciele z młodości, z krakowskiego liceum, z którymi wciąż jestem silnie związany, zwracają się do mnie Bodzio, a właściwie głównie koleżanki. Tak wołała na mnie mama. Wzięło się to stąd, że jak byłem mały, przedstawiałem się wszystkim: „Ja jestem Bodzio”. Może nie umiałem wymówić „Włodzio” [śmiech].

A kiedy idzie pan do banku albo do urzędu skarbowego, to jaką przybiera pan tożsamość?
Już od dawna mam jedną, czyli prawdziwą – Włodzimierz Sokołowski. Ale przez 30 lat pracy w zawodzie szpiega funkcjonowałem pod różnymi przybranymi tożsamościami. Wszystkie dokumenty w pracy podpisywałem nazwiskiem Siewierski, nawet rękę miałem wyćwiczoną do tego podpisu, składałem go odruchowo.

I nigdy się panu te tożsamości nie pomyliły?
Raz nawet musiałem się sporo nakombinować, żeby odkręcić pomyłkę. Poszedłem rejestrować swojego syna do urzędu stanu cywilnego. Podałem urzędniczce dowód osobisty, imię syna i z wypisanym aktem urodzenia wróciłem do żony. „To nie jest nasze dziecko – powiedziała, patrząc na akt. – Ojcem jest jakiś Włodzimierz Siewierski! Kto to w ogóle jest?”. Okazało się, że dałem „lewy” dowód osobisty.

A na jakie imię zareaguje pan, kiedy ktoś zawoła do pana na ulicy?
Agenci mają wpojone, żeby w ogóle nie reagować, ponieważ w ten sposób można kogoś zdekonspirować. Dlatego nie zatrzymujemy się „na zawołanie”.

Nawet jeśli zawoła kobieta?
O tym nie pomyślałem. Ale kobiety rzadko wołają za kimś na ulicy, mnie się w każdym razie nie zdarzyło.

Zwróciłam uwagę na to, w jaki sposób pan mówi. Ten niski, „radiowy” głos to także rezultat szkolenia w Kiejkutach?
Powód jest prozaiczny – siedem lat temu miałem raka krtani, lekarze dawali mi mniej więcej pół roku życia, ale żyję, tylko głos się obniżył. Na automatycznej sekretarce w moim telefonie mam jeszcze głos sprzed choroby. Czasem ludzie, którzy dzwonią, gdy zgłasza się automat, myślą, że to pomyłka.

Jest pan typem człowieka, który jak słyszy: „Zostało panu pół roku”, rozsypuje się, na zimno porządkuje wszystkie doczesne sprawy? A może staje do walki?
Był sierpień 2014 roku, pojechałem do Instytutu Medycyny Lotniczej, w którym już wcześniej miałem kilka zabiegów. Po dwóch tygodniach od pobrania materiału na histopatologię zadzwonił do mnie – wieczorem – lekarz i powiedział, żebym przyjechał rano. Wiedziałem, że jest źle. Rozmowa była krótka: nowotwór płaskonabłonkowy, agresywny. Popatrzyłem na ten zapisany po łacinie wyrok, po czym wsiadłem na rower i pojechałem prosto do instytutu onkologii na Ursynowie. Kiedy wszedłem do nieklimatyzowanego szpitala, zobaczyłem setki umęczonych ludzi, poczułem zapach śmierci i pomyślałem: „Ja już z tego nie wyjdę”. Dwa i pół tygodnia później byłem po operacji.

Co panu pomogło z tego wyjść?
To nie był pierwszy wyrok śmierci, jaki usłyszałem w życiu. Ale tym razem podszedłem pogodnie: „Na pewno się uda”. I zakazałem rodzinie, która mieszka w Szwecji, do mnie przyjeżdżać. Pamiętałem, jak bardzo osłabiał mnie widok ich cierpienia, kiedy poprzednim razem przez pół roku walczyłem w szpitalu o życie. Wolałem być sam. Zresztą od dziecka byłem trochę osobny i sam radziłem sobie z problemami.

Oficer wywiadu, który nie lubi samotności, nie nadaje się do tej pracy. Ja lubię swoją samotność, ale nie potrafiłbym żyć bez bliskich mi ludzi.(Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)Oficer wywiadu, który nie lubi samotności, nie nadaje się do tej pracy. Ja lubię swoją samotność, ale nie potrafiłbym żyć bez bliskich mi ludzi.(Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)

Zastanawiam się, w jakiej rodzinie wychował się przyszły szpieg.
Urodziłem się w Warszawie. Tata był chemikiem wojskowym. Mieszkaliśmy w maleńkim mieszkanku, miało ze 40 metrów, w jednym pokoju ja ze starszą o cztery lata siostrą przyrodnią Niną, w drugim – rodzice. Mama zajmowała się domem i dziećmi. I choć ojciec był w stopniu pułkownika, w domu się nie przelewało. Mama dorabiała szyciem. Do dziś pamiętam cichutki stukot maszyny do szycia wieczorem, kiedy położyła nas spać. I piękne panie, które w dzień przychodziły do przymiarki. Ojca nie pamiętam z tamtych lat – pracował w instytucie chemicznym w Rembertowie, wychodził, zanim wstałem, wracał, gdy już spałem. Pracował nawet w domu, pisał rozprawę doktorską. Kiedyś obudziłem się w nocy, a on siedział przy biurku w naszym pokoju i coś pisał w stłumionym świetle lampki. Wychowałem się w domu wypełnionym książkami. Dużo było oryginalnej literatury rosyjskiej, bo ojciec, który mówił biegle w kilku językach, ze studiów w Instytucie Łomonosowa przywiózł kufry przepięknie oprawionych książek. Z domu wyniosłem obsesyjny kult nauki, niemal terror. Oceny w szkole to była jedyna rzecz, która ojca interesowała. A ja byłem leniwy. Z polskiego co roku zdawałem poprawkę. Jak się moja polonistka dowiedziała, że Bodzio napisał pierwszą książkę, mało co z krzesła nie spadła [śmiech].

Ojciec był surowy?
Nieraz mnie zlał smyczą. Ale sam też był bity, miał trudne dzieciństwo. Z tego terroru zostało mi coś ważnego – tolerancja do nauki, ale i zamiłowanie. A także przekonanie, że jeśli coś chce się zdobyć, trzeba ciężko pracować.

Mama?
Była od przytulania. I pysznie gotowała. Kochałem jej placki ziemniaczane ze śmietaną i niedzielny rosół, którego zapach roznosił się po całym domu. Cierpliwie też ćwiczyła ze mną dyktanda, choć skończyła tylko podstawówkę. Wcześnie zachorowała na demencję i nasz wspólny świat szybko zaczął się kurczyć.

Mama zawsze obecna, ojciec zwykle nie.
Pracował nawet w wakacje, na które jeździliśmy. Ojcowski obowiązek nadrabiał w niedzielę rano – braliśmy psa i szliśmy na spacer. Nie lubiłem tych spacerów, bo ojciec siadał na ławce i czytał gazetę, a ja bawiłem się z psem. Niedzielne wyprawy osładzały tylko lody, bo zawsze wstępowaliśmy do „Palermo”, słynnej lodziarni przy Mokotowskiej. Potem mieliśmy jeszcze mniejszy kontakt, szybko wyprowadziłem się z domu. Zresztą już w liceum pracowałem. Wyjeżdżałem do Niemiec na budowę w czasie wakacji. A wcześniej byłem listonoszem w Krakowie, na Starym Mieście, nosiłem pocztę do samego Karola Wojtyły. Ponieważ to były listy polecone, musiałem doręczyć do rąk własnych. Pamiętam jego gabinet na Franciszkańskiej. Wchodziłem w krótkich spodenkach, bo był upał, ale Karol Wojtyła nigdy nie zwrócił mi uwagi. Za to dawał mi pięć złotych za przyniesiony list.

Skąd pan się wziął w Krakowie?
Ojciec został komendantem wojskowej szkoły chemicznej. Wcześniej mieszkaliśmy we Wrocławiu, taki los wojskowego. Może dlatego chciał, żebym został lekarzem albo weterynarzem. Podczas moich egzaminów na studia na wiele dni pojechał na poligon, a kiedy wrócił, zapytał: „Dostałeś się?”. „Dostałem”. „Nareszcie ktoś w rodzinie będzie miał porządny zawód”. Musiałem go mocno rozczarować, kiedy wyznałem, że będę studiował prawo. Dla niego prawnik to nie był zawód.

Co powiedział na to, że chce pan zostać agentem wywiadu?
Był przeciwny. Uważał, że wystarczy, że on był wojskowym. Zawsze chciał być lekarzem. Mama dla odmiany akceptowała wszystko, cokolwiek robiłem. A ja miałem chłopięce marzenie, że będę śledczym w milicji i będę łapał seryjnych zabójców. Nawet pracę magisterską u profesora Zbigniewa Czeczota napisałem na temat „Kryminalistyczna problematyka alibi”. Problem w tym że, jak się okazało, alibi w Polsce to głównie: „Myśmy tak wypili, że nic nie pamiętamy”. Rozczarowałem się. Nie wiedziałem, co robić. Byłem już po ślubie, waletowałem u żony w akademiku, bo Ula studiowała rok niżej i szukaliśmy pomysłu na życie. To był rok 1981, czasy Solidarności, pierwszy powiew wolności. Któregoś razu przyszywany wujek, który był lekarzem w szpitalu MSW na Wołoskiej, powiedział: „Załatwię ci dobrą robotę, będziesz pracował w MSW. Dostaniesz mieszkanie”. Mieliśmy książeczki mieszkaniowe z nadzieją, że za 15 lat doczekamy się własnego kąta. Nawet się nie zastanawiałem. Poszedłem na rozmowę. Wzięli mnie do wywiadu.

Dostał pan to mieszkanie?
Nigdy. Ale dostaliśmy służbową kawalerkę. To było zresztą dziwne, że przyjęli mnie do komunistycznego jeszcze wywiadu, bo wystąpiłem z SZSP. Nie przeszkadzało im nawet to, że miałem ślub kościelny i że w teście na pytanie: „Podaj postacie, które są dla ciebie bliskie ideowo”, napisałem: Che Guevara i Mao Tse-tung, latynoamerykański rewolucjonista i chiński dyktator [śmiech]. Na teście psychologicznym też wypadłem średnio. Mimo to przyjęli mnie, a szkołę szpiegów w Kiejkutach skończyłem jako prymus. Ale prawdziwa szkoła przyszła w akcjach. W wywiadzie doszedłem do najwyższego stanowiska, bo dyrektora biura. Potem, w 1989 roku, przeszedłem pozytywnie weryfikację, zaocznie, bo od roku mieszkałem w Szwecji. Upadek komuny w ogóle mnie nie zabolał. Przeciwnie, poczułem, że jest to też dla mnie szansa. Założyłem z kolegą małą firmę turystyczną, kupiliśmy dwa stare busiki i mieliśmy plany robienia biznesu. Aż pewnego dnia w 1991 roku ówczesny szef UOP Andrzej Milczanowski złożył mi propozycję, żebym włączył się w budowę nowego polskiego wywiadu.

Wywiad jest jak narkotyk?
Adrenalina tak uzależnia, że potem zwyczajne życie wydaje się mało ekscytujące. Żonie przyznałem się dużo później, bo rodziny źle znoszą pracę w wywiadzie.

Domyślam się, jak trudno być żoną szpiega.
Nasze związki wystawiane są na ciężką próbę. Musi być zaufanie, bezgraniczne. Żona nie może o nic zapytać. Ale nie to jest najgorsze, najgorsze jest to, że nie możemy nic powiedzieć. „Wyjeżdżam na miesiąc” – mówię, a na drugi dzień żona włącza telewizor, widzi relację z wojny na przykład w Iraku i wie, że pewnie tam jestem. Nie wie tylko, czy wrócę.

Nigdy nie powiedziała: „Mam tego dość!”?
Było kilka takich sytuacji. Na szczęście wytrwała. Jesteśmy małżeństwem ponad 40 lat, ale wiele się rozpada. Wie pani, w pracy agenta gorszy od czasu, kiedy długo nie ma go w domu, jest czas, kiedy w tym domu się zasiedzi. Bo wtedy czuje się jak narkoman na głodzie, codzienność go denerwuje.

A z prowadzeniem równoległych żyć jak sobie pan radził? Albo z moralnymi rozterkami, że kłamiesz, manipulujesz, kradniesz informacje, a w domu musisz być do bólu szczery?
Klaus Fuchs, niemiecki fizyk atomowy i najcenniejszy sowiecki szpieg, który opracował w Stanach broń atomową i tajemnicę przekazał Rosjanom, powiedział: „Bycie agentem to stan kontrolowanej schizofrenii”. Mówiąc krótko – żyjesz w rozdwojeniu i oba światy musisz mieć pod kontrolą, one nie mogą się przenikać.

Pana syn wiedział, co pan robi? Co mówił kolegom, gdy chwalili się: mój tata jest dyrektorem, mój ma firmę, mój jest lekarzem?
To zależy, kim wówczas byłem. Bo przez 30 lat miałem kilkanaście tożsamości. Byłem dyplomatą, dziennikarzem, podróżnikiem, attaché prasowym, bezrobotnym, a nawet prezesem firmy, której o mały włos nie doprowadziłem do bankructwa. Gdy Julle miał 17 lat, powiedziałem: „Synu, czas, żeby ci wyjawić parę rzeczy…”. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i powiedział: „Ojciec, ja od początku wiedziałem, że z tobą jest coś nie tak. Ale wiesz, dumny jestem z ciebie”. I to jest najważniejsze odznaczenie, jakie w życiu dostałem.

O czym pana syn mógłby powiedzieć, gdyby miał dokończyć zdanie: „Tata nauczył mnie…”?
Kardynalnych zasad, którymi należy kierować się w życiu – odpowiedzialności, lojalności. Choć prawda jest taka, że to, jaki syn jest, w dużej mierze zawdzięcza mojej żonie. Mnie czasem nie było miesiącami. Później, kiedy wracałem do domu, nadrabiałem. Nigdy go nie uderzyłem. Lubiliśmy jeździć na lotnisko, żeby obserwować startujące i lądujące samoloty, albo budowaliśmy samoloty i zdalnie sterowane helikoptery. Dziś jest wybitnym specjalistą lotnictwa.

Pan zmieniał tożsamość, zawód, dom, kraj, tymczasem żona od 40 lat ta sama, przyjaciele jeszcze z liceum…
Agent musi mieć bazę, musi mieć dokąd wrócić po pracy, żeby nie zwariować, psychiczny drugi świat, namiastkę normalności. Oficerowie pionu operacyjno-rozpoznawczego żyją pod wpływem wysokiej dawki czystej adrenaliny i z ludźmi dzieją się różne rzeczy. Przez lata przyzwyczajasz się do tego, nawet już jej nie czujesz, ale pewnego dnia organizm wystawia ci rachunek. Ja za ten stres zapłaciłem rakiem krtani.

Pamięta pan pierwszy dzień po zakończeniu służby?
Obudziłem się rano, ubrałem i… chciałem iść do pracy. Zapomniałem, że jestem na emeryturze. A potem usiadłem i zacząłem pisać książkę. Zawsze chciałem być pisarzem, a na raportach wyrobiłem sobie pióro. To komfortowa sytuacja, szczególnie odkąd obniżono nam emerytury. Dostaję 1700 złotych, mimo że całą emeryturę wysłużyłem w wolnej Polsce i mam poczucie, że robiłem coś ważnego dla kraju.

Szpiegiem jest się do końca życia? Zostają nawyki? Odruchowo patrzy pan często w lusterko wsteczne, obserwuje ludzi?
Takie nawyki są silne, trzeba wielu lat, żeby je uśpić. Do dziś sprawdzam, czy jakiś samochód mnie nie śledzi, ustawiam się w określonym miejscu, żeby mieć kontrolę nad najbliższym otoczeniem, długo sprawdzałem, czy ktoś nocą nie przeglądał moich rzeczy… I wciąż czytam numery rejestracyjne jadących za mną samochodów. To obsesja. Siła nawyku.

O pana najnowszej książce „Nabór” napisano: „Bardzo precyzyjnie planowane akcje. Szczegóły dopracowane do absurdu”. Zastanawiam się, czy cechy, które ma dobry szpieg, przekładają się na życie?
Szpiegostwo jest mało przydatne poza szpiegostwem. Precyzyjne planowanie akcji nie przekłada się na precyzję w życiu. Nie przeszkadza mi brudna szklanka pozostawiona na noc w zlewie. Precyzyjny jestem tylko w pisaniu i w kuchni. Uwielbiam gotować, dla mnie to proces intelektualny. W moich książkach „Zamęt” i „Odwet” jest postać Romana Leskiego, który gotuje jajka. Opisuję ceremonię gotowania.

I jaki jest przepis na jajko à la szpieg?
Dzień wcześniej wyjmuję jajko z lodówki, żeby nabrało temperatury pokojowej, potem wkładam do zimnej, osolonej wody i czekam chwilę, aż się temperatury wody i jajka wyrównają, a potem gotuję 4 minuty.

A jak pan to jajko ugotuje, to co pan potem robi? Pisze książki?
Zawsze piszę rano, wtedy mam świeży umysł. Wstaję wcześnie, po piątej. Siadam przy biurku albo kładę się na sofie. „Christine” napisałem rysikiem na iPadzie w pozycji leżącej.

Bohaterowie pana książek są samotni. Rzeczywiście szpieg jest skazany na samotność?
Oficer wywiadu, który nie lubi samotności, nie nadaje się do tej pracy. Ja lubię swoją samotność, ale nie potrafiłbym żyć bez bliskich mi ludzi. W gruncie rzeczy to oni są najważniejsi.

Vincent Viktor Severski, właśc. Włodzimierz Sokołowski rocznik 1956. Był oficerem wywiadu PRL i RP. Odbył około 140 misji w blisko 50 krajach. Jest autorem dwóch bestsellerowych serii szpiegowskich „Niewierni” oraz „Nielegalni”. Napisał także biografię polskiej agentki brytyjskiej tajnej służby Krystyny Skarbek – „Christine”. Na podstawie dwóch pierwszych tomów „Nielegalnych” powstał serial Canal+. „Nabór” to ostatnia część tej tetralogii, która ukazuje się nakładem wydawnictwa Czarna Owca.

  1. Styl Życia

Horoskop Penny Thornton na czerwiec

Zodiak (fot. iStock)
Zodiak (fot. iStock)
Zobacz galerię 12 Zdjęć
Co przewiduje dla każdego ze znaków znana astrolożka? Czy nadchodzący miesiąc będzie sprzyjający pod względem finansowym i uczuciowym? – Układ planet na czerwiec 2021 odczytuje i interpretuje Penny Thornton, która od ponad 40 lat zgłębia nauki astrologiczne. Z jej prognoz korzystała m.in. księżna Diana.

  1. Styl Życia

Czuła ogrodniczka i jej ogród na Kaszubach

Agnieszka Hubeny -Żukowska, projektantka ogrodów, dziennikarka, absolwentka Hadlow College w Wielkiej Brytanii, Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, SGGW w Warszawie i ASP w Gdańsku, gdzie wykłada projektowanie ogrodów na kierunku Architektura Przestrzeni Kulturowych. (Fot.archiwum prywatne)
Agnieszka Hubeny -Żukowska, projektantka ogrodów, dziennikarka, absolwentka Hadlow College w Wielkiej Brytanii, Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, SGGW w Warszawie i ASP w Gdańsku, gdzie wykłada projektowanie ogrodów na kierunku Architektura Przestrzeni Kulturowych. (Fot.archiwum prywatne)
Dobrze jest mieć swój osobisty mały raj, dający radość i swobodę nie tylko nam, ale i roślinom. Jak stworzyć takie miejsce na własnej działce, a przy okazji zanadto się nie napracować – radzi Agnieszka Hubeny-Żukowska, projektantka ogrodów z długim stażem i międzynarodowymi nagrodami na koncie, a przede wszystkim czuła ogrodniczka, rozmawiająca z roślinami i trzmielami, kochająca nawet „wstrętne chwasty”.

Jej motto to ogród funkcjonalny, będący wytchnieniem, a nie miejscem pracy. Jeśli rośliny będą się w nim dobrze czuły, my z pewnością też. Agnieszka wie, co mówi, gdyż wraz z mężem Rafałem tchnęła życie w prawie trzysta ogrodowych przestrzeni w kraju i za granicą. Wcześniej wiele lat spędzili w ogrodach na Wyspach i uczyli się od najlepszych, m. in. guru angielskich ogrodników Johna Brookesa, mistrza naturalistycznych nasadzeń Pieta Oudolfa czy u ogrodnika samego Winstona Churchila. Teraz prowadzą własną Pracownię Sztuki Ogrodowej, tworząc ogrody będące mieszanką miłości do roślin, angielskiej precyzji, nowojorskiej nowoczesności i tak modnej ostatnio swobody łąk kwietnych. Przede wszystkim jednak pielęgnują swój osobisty raj na działce w Blizinach na Kaszubach, gdzie przenieśli się z Gdańska.

Czy wszędzie można stworzyć swój własny mały raj?
Oczywiście! Wystarczy spojrzeć na mój ogród, położony w kaszubskim trójkącie bermudzkim (śmiech). Zdarza się, że w ciągu roku różnica temperatur wynosi tu 72ºC: w zimie - 36º, latem + 36º. Stałym mieszkańcem, oprócz nas, psów i kotów, jest porywisty wiatr. Smagane nim rośliny mają „grubą skórę”. Do tego trudna kaszubska ziemia… A zresztą ogród na nowojorskim Bronksie też zakładałam w ekstremalnych warunkach, w dniu zamachu na wieże World Trade Center. Konieczna była ewakuacja, ale ogród pozostał i do dzisiaj jest w dobrej kondycji.

O ewakuacji z Blizin jednak nie myślisz? Mieszkasz tu już od 10 lat.
Przecież z raju się nie ucieka! Mój ogród jest dowodem na to, że krainę marzeń można stworzyć wszędzie. I pocieszeniem dla milionów właścicieli działek, przekopujących grządki i Internet w poszukiwaniu recept na zielony sukces, toczących nierówną walkę z mrozem i perzem, który rozrasta się szybciej niż irys, czy jeżówka. Ogród to obraz 10D, działający na wszystkie zmysły, pełen barw, kształtów, zapachów, dźwięków… Nie można zaplanować go w sekundę, rządzą nim bowiem pory roku, kaprysy aury, trendy.

No właśnie, porozmawiajmy o zielonych trendach. Jakie obowiązują w tym roku?
O tym, co jest modne, wyrokują słynni kreatorzy ogrodów (np. Chris Beardshaw, Cleve West, Juliet Sargeant), zjeżdżający rokrocznie na wystawę ogrodniczą Chelsea Flower Show w Londynie. Prezentowane tam pokazowe ogrody są podziwiane przez miliony i… rodzinę królewską. Ten rok upływa pod hasłem ekologii, swobody i wygody. Równo przystrzyżony trawnik otoczony iglakami jest passé. Zastąpiła go malownicza łąka kwietna.
Hitem są swobodne kształty, malownicze kępy roślin, potargane trawy i falujące łąki, kontrastujące z mocnymi sylwetkami drzew i krzewów. Ogrody są naturalne i często… jadalne, kuszą sałatą, pietruszką, rzodkiewką. Nawet Michelle Obama zamieniła część trawnika przy Białym Domu w warzywnik. Zasługi w propagowaniu upraw ekologicznych ma też książę Karol.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Ponoć ogrodowy świat oszalał na punkcie równowagi biologicznej. O co tu chodzi?
Chodzi o stworzenie tzw. zrównoważonego ogrodu, który sam o siebie zadba. Jest pełen różnorodnych roślin dobranych tak, żeby dobrze się czuły i by cały czas coś kwitło. Sadzimy je gęsto, piętrowo – wówczas ograniczą wzrost chwastów i ochronią grunt przed wysychaniem. Taki ogród tętni życiem, gdyż jest pełen roślin miododajnych, nie zgrabionych jesienią liści, nie ściętych przed zimą suchych pędów bylin, w których zimują owady i drobne ssaki.
Tymczasem nasze sterylne ogrody z regularnie koszonym trawnikiem nie są dobrym miejscem do życia dla pożytecznych żyjątek. A jak one znikną, pojawią się szkodniki, wraz z nimi chemiczne preparaty. Nie róbmy więc jesiennych porządków – poczekajmy wiosny! I pamiętajmy, że aksamitki posadzone obok róży odstraszą mszyce, a ozdobne czosnki – nornice.
W ogrodzie, w którym ustali się równowaga biologiczna, zużywamy mniej chemii, wody i… sił. Pracę w zasadzie można ograniczyć do wiosennego usuwania suchych pędów i cięcia krzewów. Warto mieć w ogrodzie taki eko-balans.

Ogrody są pełne jeżówek, floksów, paproci i bylin, ale także naturalnie rozsiewających się kwiatów sezonowych.
Modny ogród to mozaika roślin o różnych kształtach i barwach. Teraz na przykład mieni się kwiatami roślin cebulowych – tulipany, hiacynty, czosnki dają magiczny efekt wiosną. Wystarczy wyjrzeć przez okno, sadzę ich w ogrodzie tysiące! Wszystko to swobodnie się rozrasta, wzajemnie przenika, kwitnie, pachnie. Modne są też kwiaty sezonowe, często pięknie się rozsiewające: łubiny, niezapominajki, malwy... . Niesłusznie kojarzymy je jedynie z „babcinymi ogródkami”.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Łany bylin kołyszą się i szumią niczym morze. Nie przez przypadek trend zainicjowany przez słynnego projektanta Pieta Oudolfa nazywa się holenderską falą.
Koncepcja ta niczym fala zalewa ogrodowy świat – od dwóch dekad święci triumfy w Europie (zwłaszcza w Anglii, Holandii, Niemczech) i w USA. Do nas praktycznie jeszcze nie dotarła, co najwyżej musnęła prywatne ogrody projektantów i zieleń miejską. Jej znakiem firmowym są bylinowe łąki kwietne, aranżowane wokół drzew i krzewów wynurzających się z morza roślin. Ogrody takie mają wyglądać naturalnie, ale nie kopiują natury – są dokładnie zaplanowane, a rośliny tworzą piękne obrazy. Projektujemy je tak, by żyły własnym życiem, były przyjazne dla wszystkich stworzeń i wymagały jak najmniejszej ingerencji z naszej strony. Dopuszczalne jest lekkie zachwaszczenie, akceptowane są samosiejki.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Z czego według Ciebie wynika popularność bylin? Może w tych niepewnych czasach mamy dosyć jednorazowości, a wraz z nią kwiatów sezonowych?
To również efekt mody na łąki kwietne, które w angielskim wydaniu – w przeciwieństwie do tych pojawiających się już w Polsce – składają się z bylin. Sadząc je trzeba pamiętać, że pożyją dłużej niż "kolor roku", którym właśnie okrzyknięto barwę… szarą. Wbrew pozorom to ona, wraz z odcieniami brązów, dominuje na bylinowych łąkach – wszystkie jej odcienie znajdziemy w liściach i pędach roślin. Barwne kwiaty są tylko dodatkiem. Na topie jest też biel, a wraz z nią białe ogrody.

W tej dziedzinie wyprzedziłaś modę i już dwa lata temu założyłaś w Blizinach biały ogród?
On w zasadzie nie jest biały, w naturze trudno o śnieżną biel. Mieni się odcieniami bieli, różu, limonki i światłocieniami na płatkach złocieni, szałwii, bratków, na srebrzystych lub pstrych liściach funkii, firletek czy brunner. Białe ogrody wcale nie są nowością. Pierwszy powstał w latach 30. XX w. przy zamku Sissinghurst w Wielkiej Brytanii. Biel ma wiele zalet: rozjaśnia cieniste zakątki, w upały daje wrażenie chłodu. Optycznie powiększa, a wieczorami odbija światło księżyca. Białe kwiaty świecą wtedy jak latarenki. Ale wcale nie jest moją ulubioną barwą, lubię wszystkie kolory. Tuż obok zakładam właśnie ogród czerwony, a łąka bylinowa nieopodal aż kipi kolorami. Unikam jednak sztucznych, ostrych barw, może dlatego nie uprawiam dalii. Nie lubię też udziwnionych odmian – wolę na przykład tradycyjne pojedyncze jeżówki od tych pełnych, pierzastych, które nie dają owadom tyle pyłku.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Dobrze wiedzieć, co w światowej trawie piszczy. Może jednak lepiej przyjrzeć się życiu za płotem?
I zaprosić do ogrodu lokalne rośliny, często traktowane jak chwasty, np. osty, kępę pokrzyw, dziką marchew, w której wychowują się gąsienice pazia królowej i innych pięknych motyli. Te rośliny często same się do nas wpraszają. Do mnie na przykład przywędrowały śliczne firletki o drobnych fioletowych kwiatkach, rosnące dalej na naturalnej łące. Wędrują po ogrodzie, kwitną tu i tam i jest ich coraz więcej, co bardzo mnie cieszy. Zmienia się pojęcie chwastu, za które do niedawna uważane były nawet lilaki, kaliny, jaśminowce czy klony jesionolistne. Dzisiaj powróciły do łask, nie są już wycinane jak niepotrzebne „śmieciuchy”.

Jakie drzewa i krzewy królują na ogrodowych wybiegach?
Graby, klony, cisy i bukszpany, przycinane w geometryczne kształty oraz drzewa o ładnej korze, na przykład brzoza pożyteczna ‘Doorenbos’, z śnieżno białym pniem. Ukochane przez Polaków tuje na światowych wybiegach nie występują (śmiech). Chociaż nie mam nic przeciwko tym krzewom. To piękne rośliny, ale nieumiejętnie przez nas stosowane. Nie sadźmy ich w karnych szeregach. I nie wierzmy w to, że są niepotrzebne, czy nawet trujące. Gniazdują w nich ptaki, zimują owady, mogą tworzyć piękną strukturę ogrodu.

Polski ogrodnik często sam tworzy swój ogród. Takim Zosiom Samosiom udzielasz porad na antenie Radio Gdańsk. Czy zdradzisz, jak założyć ogród bez pomocy projektanta?
Najpierw trzeba przyjrzeć się działce i ocenić, co i gdzie będziemy robić: tu boisko, tam plaża, tu garden party, tam poranna kawa. Oceńmy warunki świetlne, włączmy do kompozycji drzewa. Nie można ich wycinać! A jeśli drzew na działce nie ma, to je posadźmy, będą nam dawać cień i schronienie ptakom. Nie tłumaczmy, że działka jest dla nich za mała. Jest tyle odmian małych drzew lub dużych krzewów. Preferuję te o naturalnych pokrojach np. jabłonie rajskie, jarzębiny, derenie jadalne, świdośliwy.
Tam, gdzie to konieczne, połóżmy nawierzchnie, najlepiej przepuszczające wodę, by deszczówka mogła wsiąkać z ziemię. Trawnik też się przydaje, zwłaszcza w okolicy domu. Ograniczmy go jednak do minimum i nadajmy mu w miarę prosty kształt – łatwiej będzie manewrować kosiarką. Pamiętajmy też o elementach małej architektury: murkach, schodach, ekranach, u nas niesłusznie traktowanych po macoszemu. I posadźmy rośliny. Początkującym ogrodnikom radzę wybrać te łatwe w uprawie, np. jeżówki, rozchodniki, funkie, liliowce, floksy, a z krzewów m.in. tawuły, hortensje bukietowe, forsycje. Eksperymentujmy – rośliny czasami pięknie rosną tam, gdzie – zgodnie z informacjami producentów – nie powinny. U mnie na przykład kochające słońce jeżówki ślicznie kwitną w półcieniu, pod brzozami. Domowe i ogrodowe wnętrza powinny się przenikać. Stosujmy w nich więc podobne materiały, barwy i faktury. Jeśli posadzkę w domowym salonie wykończyliśmy deskami, połóżmy podobne na tarasie, najlepiej ułożone w tym samym kierunku. Ustawmy meble i donice stylem nawiązujące do domowych sprzętów. Dodajmy miękkie poduchy, pled, latarenki, kilka bibelotów… I gotowe!

Łatwo powiedzieć, wykonać trudniej. Zwłaszcza, gdy ogród jest zacieniony, o złych proporcjach czy w rozmiarze przysłowiowej chustki do nosa?
Cień łatwo oszukać sadząc rośliny o jasnych, srebrzystych czy pstrych liściach, np. brunery, funkie, miodunki i stosując odbijające światło materiały, np. polerowaną stal, szkło, pleksi. Rośliny o jasnych liściach i kwiatach dają wrażenie lekkości i optycznie powiększają przestrzeń. Jeśli ogród jest długi i wąski poprawimy jego proporcje, prowadząc ścieżkę zygzakiem (prosta, niknąca w oddali optycznie go wydłuża), montując lustra na dłuższych bokach – pozornie poszerzą przestrzeń. W miniogrodach sprawdzą się przejrzyste i ażurowe elementy, na przykład ścianki i meble, nie przytłaczające przestrzeni. Można też zainstalować lustra, w których będą się odbijać fragmenty aranżacji, dając złudzenie większego ogrodu.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

A detale? One też są ważne…
Są jak przysłowiowa wisienka na torcie. W wolnych chwilach sama je tworzę z Rafałem, właściwie wszystkie elementy małej architektury i rzeźby w ogrodzie to nasze dzieło. Ukończyłam kurs wikliniarski i ceramiczny, ozdabiam więc ogród własnym rękodziełem - wiklinowymi kulami, ozdobami z gliny. Mąż pomaga w cięższych pracach i montażu ozdób w ogrodzie. W zeszłym roku skończyliśmy ceramicznego anioła ze skrzydłami ze stali kortenowskiej. Nazywamy go duszą białego ogrodu. Właśnie został zakwalifikowany do LICC 2020 (Londyńskiego Międzynarodowego Konkursu Twórczego) w kategorii Sztuka.

Słyszałam, że rozmawiasz z roślinami. O czym można z nimi pogawędzić?
Trochę ze mnie nawiedzona ogrodniczka (śmiech). Często rozmawiam z roślinami, chwalę je, że są takie piękne i dzielne. To element zielonej terapii – wszystkim polecam! Dyskutuję też z owadami. Zdarza mi się na przykład przenosić trzmiela na kwiat z pyłkiem. Wtedy proszę go, żeby mnie nie dziabnął – to działa!

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Od czasu do czasu warto też pogawędzić z sąsiadem?
Dlatego pozostawmy w ogrodzeniu czy w żywopłocie prześwit lub małe okienko – do pogawędek z sąsiadem, z widokiem na okolicę. Pamiętajmy też, że żywopłot to nie mur obronny, może być kolorowy i kwitnący. Jest wiele liściastych krzewów nadających się na żywopłoty: graby, ligustry, forsycje, pęcherznice.

Twój zrównoważony ogród radzi sobie sam. Czasami jednak musisz wkroczyć z sekatorem czy szpadlem?
Oczywiście, i niektóre prace bardzo lubię. Chyba najbardziej przycinanie – zwłaszcza formowanie „chmurek” z ligustru. Zawsze mam w kieszeni lub w torebce osobisty, własnoręcznie naostrzony sekator. Najbardziej nie lubię pielenia. Na szczęście rzadko to robię – usuwam tylko skrzypy i perz, dla nich jestem bezwzględna! Odchwaszczanie kłóci się z moim światopoglądem, nie uznaję pojęcia chwastu. Wystarczy spojrzeć na dziką marchew – kiedy zakwita na biało, jest piękna! Nigdy nie wyrzucam samosiejek, przesadzam je albo daję w prezencie.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Pięknie to brzmi, pora więc trochę ponarzekać. Zakładając i pielęgnując ogrody popełniamy wiele grzechów...
W naszych ogrodach wciąż króluje schemat – trawnik pośrodku, rabaty na obrzeżach. Marnuje się tyle miejsca! Na trawniku sadzimy pojedyncze rośliny, które nie czują się najlepiej w trawie i utrudniają koszenie. Kochamy iglaki, bo nie śmiecą. Dzięki nim ogród jest ładny zimą, ale poza tym tchnie nudą. Boimy się innych roślin, bo stale się zmieniają, zanikają i przekwitają. Trudniej więc tworzyć z nich kompozycje. Nie rozumiem też mody na różaneczniki, które lubią zaciszne miejsca w półcieniu. Na nowych osiedlach pozbawionych drzew często czują się po prostu źle.
Polacy panicznie boją się chwastów! Żeby nie rosły, często powierzchnie kwietników wykładają włókniną lub czarną matą. A przecież wystarczy sadzić rośliny gęściej – nie tylko utrudnią wzrost chwastom i je zamaskują, ale będą też lepiej wyglądać. Mata jest również barierą dla dżdżownic i tlenu, bez którego giną w glebie wszystkie organizmy. W takiej ziemi nic potem nie wyrośnie.
Wysypujemy, zwłaszcza małe ogrody, kamieniami i żwirem. Powstaje kamienna pustynia. Posadzone na niej pojedyncze rośliny męczą się w upały pod warstwą rozgrzanych kamieni, na których dodatkowo osiada pył. A to koszmar dla alergików. W takim ogrodzie nie znajdzie pokarmu ani kryjówki żaden ptak czy owad.
Zamęczamy rośliny nadopiekuńczością, stale je dokarmiamy, podlewamy. I hodujemy wychuchane „dzieciaczki”, nie radzące sobie w ogrodowym życiu. One muszą się hartować, walczyć o pokarm, wodę, światło. Wtedy są silniejsze, niższe, bardziej zwarte i odporne.

Jednym słowem chuchamy i dmuchamy na nasz mały raj, a potem narzekamy na brak czasu i ból kręgosłupa?
No właśnie. Czas zmienić podejście do ogrodu. Powinien być on źródłem radości i miejscem do relaksu, a nie ciężkiej pracy. Nie obciążajmy się niepotrzebnymi czynnościami! Ja tak robię i każde wyjście do ogrodu jest dla mnie przyjemnością.

  1. Styl Życia

Plecionkarstwo: rzemiosło na odpuszczenie –  rozmowa z Łucją Cieślar

Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak materiały prasowe Serfenty)
Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak materiały prasowe Serfenty)
„Wartość pracy ludzkich rąk to niedoceniany temat” – mówi Łucja Cieślar, która razem z Pauliną Adamską i Anną Krężelok współtworzy Stowarzyszenie Serfenta. Od ponad trzynastu lat dziewczyny badają i poznają społeczność polskich plecionkarzy, opowiadają o pięknym, zakorzenionym w wiejskim krajobrazie rzemiośle.  Wspólnie z mistrzyniami plecionkarstwa uczą, jak wyplatać kuferki z rogożyny czy wiklinowe kosze.

Trzynaście lat temu Stowarzyszanie Serfenta ruszyło w Polskę w poszukiwaniu…no właśnie kogo i co zamierzaliście odnaleźć na zaplanowanym wzdłuż Wisły szlaku. Co was zaskoczyło w tej podróży i czy jest coś, czego odnaleźć już się po prostu nie da?
Tak, trzynaście lat temu Serfenta wyruszyła w podróż, która w pewien sposób trwa do dziś. Rozum i serce, w których to wszystko się zaczęło, należą do Pauliny Adamskiej. Paulina to etnolożka, która z paczką przyjaciół i nauczycielem Zdzisławem Kwaskiem z Uniwersytetu Ludowego Rzemiosła Artystycznego ruszyła na szlak pełen przygód, jadąc wzdłuż rzeki Wisły - materiały plecionkarskie lubią wodę. Chcieli znaleźć tradycyjnych plecionkarzy i plecionkarki, którzy rzemiosło w rodzinach mają od pokoleń i mają swoje rodzinne albo regionalne sposoby na wyplatanie. To się doskonale udało – z częścią z tych osób, współpracujemy do dziś. Przede wszystkim odnaleźli wtedy niesamowitych ludzi, a w dalszej kolejności niesamowite kosze i materiały, z których wyplata się w Polsce.

(Fot. materiały prasowe Serfenty)(Fot. materiały prasowe Serfenty)

Zwieńczeniem podróży, która była kluczowa dla całej waszej edukacyjnej działalności, jest wydana w tym roku, w nowej szacie graficznej książka „Kosze. Opowieści o podróży plecionkarskim szlakiem Wisły”. Co znajdziemy w tej publikacji i dlaczego zdecydowałyście się na wydanie przekładu w języku japońskim?
Opisaliśmy to wszystko w książce - jest ona trochę podróżnicza, trochę detektywistyczna, a trochę etnograficzna. Aby dać mały posmak tego, o czym to jest – proszę sobie wyobrazić taką sytuację, jedziesz samochodem i widzisz gdzieś koszyk przy domu więc zatrzymujesz samochód lub zatrzymujesz się gdzieś po prostu i pytasz ludzi – nie wyplata tu ktoś koszyków? Albo bardziej swojsko i przyjaźnie – nie plecie tu ktoś? Robota prawdziwie detektywistyczna! Wzruszamy się, kiedy wspominamy te początki. Kiedyś naprawdę nie myślałyśmy, że nasze działania, warsztaty, kosze i opowieści zawędrują tak daleko, jak ma to miejsce dziś, trzynaście lat później.

Już od kilku lat współpracujemy z Japonią i sprzedajemy kosze z Polski do Tokio – jesteśmy z tego ogromnie dumne. W Serfencie pracujemy w trójkę i to, że dzięki naszej codziennej prace kosze mistrzów przeszły drogę z małych miejscowości i wsi, aż do Japonii – to jest nasza ogromna duma i radość. Dlaczego akurat do Japonii? To kraj, który docenia rzemiosło i rzemieślników, a także naturalne materiały i precyzję wykonania. Taki właśnie mamy plecionkarski skarb w Polsce! To tak naprawdę kilka lat naszej pracy, które swój mocny punkt miały w grudniu zeszłego roku – razem z naszym partnerami w Tokio przygotowywałyśmy festiwal „Kosze z Polski w Tokio” – i tutaj kryje się sekret tłumaczenia podsumowania naszej książki na Japoński. To była ogromna przygoda i wyzwanie! Osobiście Japonia bardzo nas fascynuje i pociąga. Byłyśmy już w Japonii, prowadziłyśmy tam także warsztaty polskiego rzemiosła i planujemy więcej podróży – niestety pandemia bardzo to ogranicza, na przykład w tej chwili Japonia jest całkowicie zamknięta dla podróżujących. Opowiem jeszcze ciekawostkę – w Japonii jest taki narodowy program „żywy skarb kultury”, w którym opieką obejmuje się samych rzemieślników i wspiera ich pracę. Chciałabym, żebyśmy w Polce też taki mieli, to jest piękne, możemy się od siebie dużo nauczyć.

Zespół Serfenty: Anna Krężelok, Paulina Adamska, Łucja Cieślar. (Fot. Kateryna Ziulkovska/materiały prasowe Serfenty)Zespół Serfenty: Anna Krężelok, Paulina Adamska, Łucja Cieślar. (Fot. Kateryna Ziulkovska/materiały prasowe Serfenty)

Na stronie serfenta.pl zamieściłyście trzypunktowy manifest, który wytycza trzy najważniejsze obszary działalności stowarzyszenia. Chciałabym, żebyśmy pokrótce przeszły przez każdy z tych punktów, ponieważ zawierają się w nich najważniejsze elementy waszej misji. Punkt pierwszy to ochrona dziedzictwa narodowego. Czy możesz opowiedzieć o Lucimi oraz koszu „kabłącoku”?
Kosz kabłącok to naprawdę wyjątkowy kosz. Choć tak właściwie każdy z koszy u nas ma w sobie coś unikatowego, czasem jest to materiał – jak np. torba z rogożyny, czasem splot. Kosz kabłącok wyplatany ze świeżej wikliny, to kosz specjalny ze względu na swoją konstrukcję – kiedy dobrze się przyjrzeć, stoją za nim całe pokolenia myśli technicznej jego twórców. Ludzie od zawsze chcą sobie usprawnić pracę, dlatego ten kosz przeznaczony tradycyjnie na zbiory, ma płaską tylną ścianę – można go wygodnie oprzeć na biodrze, nawet jeśli jest ciężki. Ma wygodny „kabłąk” czyli rączkę, za którą można do chwycić albo powiesić na ścianie (dziś ludzie chętnie używają go na kwiaty doniczkowe). Ma nóżki, które izolują go od podłoża, ma pękaty „brzuch” i budowane nieregularnie dno. Umiejętność wyplatania tego kosza wpisaliśmy na listę niematerialnego dziedzictwa kultury – to unikatowa umiejętność, a kosz prezentujemy teraz na całym świecie – od Skandynawii po Japonię. Co ważne – zrobiliśmy to razem ze społecznością wsi Lucimia, w której się kabłącoki wyplata. Zaangażowałyśmy we wpis lokalne władze, społeczność plecionkarzy w różnych pokoleniach – i udało się! Wielka w tym była pomoc naszej przyjaciółki i plecionkarki, Todzi Sowińskiej. Była wspaniałą osobą, którą również poznaliśmy podczas naszych badań 13 lat temu i przez wszystkie te lata ogromnie się przyjaźniłyśmy. Zorganizowałyśmy w Lucimi warsztaty wyplatania kosza kabłącoka dla różnych grup – nawet dla grupy plecionkarek z Norwegii! To była egzotyczna przygoda dla wszystkich. Wielu z naszych mistrzów i mistrzyń to wspaniałe osoby z niezwykłymi umiejętnościami, ale też z ogromnym sercem dla wszystkich, którzy się interesują ich pracą. Wspomnę też dwie plecionkarki, mistrzynie wyplatania z rogożyny – Helenę i Stefanię, z którymi spotkanie to zawsze ogromna przyjemność i co tu kryć – zabawa, bo energii mają one więcej od nas, dużo młodszych kobiet! Chciałabym też być taka aktywna jak będę miała 80 lat.

Drugi punkt to pomaganie plecionkarzom w sprzedaży ich wyrobów. Jesteście łączniczkami między plecionkarkami i plecionkarzami a resztą świata. Nie tylko odkrywacie artystów, którzy kultywują to rzemiosło, ale co równie istotne, wprowadzacie do sprzedaży wytwarzane przez nich własnoręcznie produkty. Kiedy rozmawiałam z Magdą Bojarowską, etnografką, która razem z tatą i bratem prowadzi w Warszawie Dom Sztuki Ludowej, usłyszałam że sami twórcy bardzo często zbyt nisko wyceniają swoje wyroby, ponieważ nie traktują ich w kategoriach sztuki. Z kolei klienci, przyzwyczajeni do niskich cen w sieciówkach, nie rozumieją dlaczego, „taki sam” kuferek z rogożyny czy słomiany kosz rozrostowy do pieczenia chleba, kosztuje u was kilkakrotnie więcej. Jak przekonywać, zarówno rzemieślników, jak i odbiorców, że plecionkarstwo nie może być tanie.
To jest bardzo ważna część naszej pracy, widzimy dużą potrzebę rozmawiania o tym – z klientami ale też z plecionkarzami i plecionkarkami, którzy z nami współpracują. Jest tu kilka istotnych punktów, o których czuję, że muszę powiedzieć. Każdy kosz jaki widzimy – obojętnie czy w sieciowym sklepie, na targu czy w fancy butiku – został wypleciony ręcznie przez konkretną osobę. Być może jest to rzemieślnik w Azji, który wyplata z trawy morskiej albo liści palmy - nie ma maszyny, która wyplata – za koszem, torbą, kapeluszem zawsze stoi człowiek. Wartość pracy ludzkich rąk to niedoceniany i wciąż nie dyskutowany głośno temat, choć pojawiają się takie akcje jak np. „wartość szycia”.

Często ktoś mnie pyta – a ile godzin wyplata się taki kosz? Wtedy czuję przestrzeń do rozmowy i zaczynam od początku – od ręcznego ścinania materiału, na przykład sierpem/kosą ścina się słomę, a żeby ściąć rogożynę czyli pałkę wodną, trzeba wejść do stawu i spędzić tam całe godziny. To jest tak zwana „niezapłacona praca”, bo klienci od lat przyzwyczaili się, że koszyk można kupić nawet w dyskontach, za np. 20 zł. Skutkiem tego rzemieślnicy obniżają też swoje ceny, żeby w ogóle być konkurencyjni na rynku – a tak być nie może. Dużo mówimy o trwaniu rzemiosła i przekazywaniu go następnym pokoleniom – kto będzie chciał kontynuować pracę, gdzie za godziny zbierania, czyszczenia materiału i wyplatania dostanie 20-30 zł? To jest po prostu niemożliwe. Rozmawiamy też o tym z rzemieślnikami i same też dbamy o to, żeby ceny były dla nich zadowalające. Oczywiście balansujemy pomiędzy możliwościami klienta a faktyczną wartością pracy, szukamy złotych środków. Jeszcze jeden ważny aspekt jest taki, że z ogromnym smutkiem i przykrością mówię – to jest rzemiosło, które odchodzi, większość rzemieślników, z którymi współpracujemy to seniorki i seniorzy. Teraz jeszcze jesteśmy przyzwyczajeni, że wiklinowych koszy jest bardzo dużo, ale za 10 lat ta sytuacja bardzo się zmieni. Już teraz mamy w swoich zbiorach kosze, które są ostatnimi istniejącymi egzemplarzami – i uważamy, że również dlatego plecionkarstwo powinno być towarem ekskluzywnym. Obserwujemy ten proces też w innych krajach, często dopiero utrata czegoś uświadamia nam, jak to jest ważne. My chcemy to uprzedzić, być o krok wcześniej, mówić o tym już teraz. Na koniec wszystkich zapraszam na warsztaty – kiedy samemu wyplecie się kosz albo choć tacę z rogożyny – w ciągu kilku godzin - docenia się te produkty i patrzy na każdy kosz zupełnie inaczej! To bardzo rozwijające doświadczenie!

Punkt trzeci to dzielenie się wiedzą i umiejętnościami. Staracie się edukować klientów dzięki merytorycznym postom na Instagramie oraz przejrzystym opisom każdego produktu w waszym sklepie, dzięki którym można się dowiedzieć, w jaki sposób każda rzecz trafiła do waszej oferty, jak i przez kogo została zrobiona. Czy możecie opowiedzieć nieco więcej o warsztatach, które organizujecie oraz innych formach dzielenia się z innymi waszą wiedzą i doświadczeniem z zakresu plecionkarstwa?
Z przyjemnością, bo każde warsztaty to dla nas wielka przyjemność dzielenia się zgromadzoną wiedzą i pasją. Przez tych 13 lat zorganizowałyśmy już ich mnóstwo – kiedyś próbowałam to policzyć, ale nie udało mi się (śmiech). Dzielenie się wiedzą o plecionkarstwie polskim i światowym to nasza misja i też nasza codzienna praca – warsztaty, wykłady, prelekcje online, webinary, pokazy i wszystkie inne możliwe formy przekazu wiedzy. Warsztaty prowadzimy dla grup ale też indywidualne – można z nami nauczyć się wyplatać z bardzo nieoczywistych materiałów – z ręcznie ścinanej słomy, z unikatowej rogożyny (czyli pałki wodnej) ale też z bardziej popularnej wikliny. Czasami mamy też warsztaty wyjątkowe – np. wyplatanie z korzenia świerka. Przez lata same szkoliłyśmy swoje umiejętności i teraz już prowadzimy warsztaty kompleksowo. Co to znaczy? Po pierwsze - mamy gotowe do wyplatania materiały, takie jak pałka wodna, słoma czy wiklina, których pozyskanie wcale nie jest proste. Ścinka pałki wodnej czyli tzw. „rogożynowe żniwa” to ogromne przedsięwzięcie i pierwszy raz zrealizowałyśmy ją w 2019 roku! To daje nam dostęp do materiału ścinanego ręcznie, dobrej jakości – uczestnicy nie muszą szukać go w stawie, jest już przez nas przygotowany. Warto też wspomnieć, że słomę żytnią do wyplatania wcale nie tak łatwo zdobyć, trzeba ją też ściąć ręcznie i przygotować, ale też i rolników uprawiających żyto jest coraz mniej. Poddałyśmy też procesowi projektowania narzędzia naszych mistrzów – zwykle przygotowywali je sobie sami, swoimi siłami – i mamy specjalne igły do wyplatania ze słomy i z rogożyny, drewniane formy. Dlatego teraz już możemy zapraszać na warsztaty, gdzie wszystko mamy dostępne, materiały, narzędzia, opowieści, kosze, naukę techniki i przyjemną atmosferę. Zapraszamy wszystkich, którzy chcą odpocząć przy wyplatania i spróbować tego rzemiosła do Cieszyna, gdzie mamy piękną salę warsztatową. Ale też działamy w całej Polsce (i nie tylko), mamy grupę instruktorów i instruktorek i dojeżdżamy do każdego miejsca, które zamówi warsztaty dla grupy. Czasem prowadzimy warsztaty grupowe mistrzowskie z mistrzynią lub mistrzem, wtedy stajemy się dodatkowo łącznikiem i przekaźnikiem – mistrzowie są świetnymi plecionkarzami, ale nie wszyscy są też nauczycielami. Pilnujemy wtedy każdego etapu pracy, pomagamy jako prawa i lewa ręka, czasem też tłumaczymy dla osób z innych krajów, którzy przyjeżdżają do naszych mistrzów. Jak to wszystko opowiadam po kolei to uświadamiam sobie po raz kolejny jaka to była długa i złożona droga do takich warsztatów, jakie teraz możemy proponować, cieszymy się więc za każdym razem, kiedy ktoś chce tę wiedzę zdobyć!

Choć na samym początku plecionkarstwo pełniło ściśle utylitarną funkcję, a z wikliny konstruowano sieci samołowne, więcierze do łowienia ryb, ule, łubianki oraz oczywiście kosze, to plecionkarze dbali także o ich walory estetyczne, szczególnie w wyplatanych ze słomy obrzędowych niedźwiedziach czy „dziadach śmiguśnych”. W latach 60. XX w. Władysław Wołkowski, projektował niezwykłe i wielokrotnie nagradzane za granicą, meble z wikliny, a w Polsce popularne były słomiane maty wieszane nad łóżkiem. W waszym sklepie również pojawiają się bardziej osadzone we współczesnym wzornictwie projekty, jak chociażby słomokulka. Czy myślicie o tym, żeby rozszerzyć waszą ofertę właśnie o takie produkty? Bardziej dekoracyjne, a mniej praktyczne.
Uwielbiamy Wołkowskiego i zawsze polecamy jego muzeum w Olkuszu! Tak, myślimy o tym dużo, zwłaszcza podczas warsztatów, które prowadzimy dla Akademii Sztuk Pięknych – współpracowałyśmy już m.in. z Wydziałem Form Przemysłowych w Krakowie, a teraz mamy współpracę z ASP w Katowicach. Kiedy widzimy pomysły studentów i studentek bardzo mamy chęć na nowoczesne produkty – widzimy też w takich nowych drogach trwanie rzemiosła. Po współpracy z dr. hab. Anną Szwają, z którą razem przygotowałyśmy cykl warsztatów dla studentów w Krakowie, prezentowałyśmy efekty na wystawie „Sploty na fali” oraz na innych wystawach – można było je zobaczyć na festiwalach designu jak Łódź Design Festiwal czy Gdynia Design Days. Widzimy podczas takich wydarzeń jak plecionkarstwo wzbudza zainteresowanie, jak jest potrzebne i widzimy w tym również jego przyszłość, współpracujemy też z grupą Nów. Nowe Rzemiosło.

Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak/materiały prasowe Serfenty)Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak/materiały prasowe Serfenty)

Z jednej strony szukamy zupełnie nowych dróg dla tradycyjnych form – na przykład wspomniana słomokulka to kosz przeprojektowany przez nas. Z tradycyjnego kształtu zmieniłyśmy go w wygodną osłonkę dla domowych roślin zielonych – słoma w zestawieniu z nimi pięknie wygląda. Ostatnio zaczęłyśmy też współpracę z firmą Wave Wood dla której projektujemy i zmieniamy tradycyjny produkt - rogożynowe klasyczne kapelusze przeprojektowuję w nowoczesne i modne daszki do plażowania i surfowania. To jest bardzo ciekawa droga dla rzemiosła, chcemy nią iść. Zwracamy też uwagę na produkty ponadczasowe – np. najbardziej klasyczna torba shopper z rogożyny wygląda absolutnie nowocześnie i stylowo we współczesnych, modnych aranżacjach, pomimo że jest koszem tradycyjnym. Takie „mixy” też lubimy!

W książce Doroty Borodaj „Ręcznie zrobione” znalazłam takie zdanie, które powiedziałaś. „Plecionkarstwo jest bardzo sensualne. Każdy materiał ma swój charakterystyczny zapach i specyficzną fakturę. Nawet jeśli dobrze go już poznasz, to potrafi zaskoczyć, jakby czuł, czy jesteś zrelaksowana, czy siadasz do pracy napięta i zaczynasz się siłować”. Czego, oprócz samego rzemiosła, nauczyło cię plecionkarstwo?
Ciekawe pytanie! Uważam, że wyplatanie pobudza wszystkie zmysły. Faktury, dźwięki, zapachy, dotykanie przez wiele godzin naturalnego materiału – to wszystko ma wpływ na osobę wyplatającą. Plecionkarstwo nauczyło mnie, że głowa może odpocząć, kiedy ręce pracują – w tych szybkich i napiętych czasach, a także w czasie pandemii i wzmożonego kontaktu online, to jest naprawdę bardzo potrzebne, odprężające i dające spokój. Kiedy prowadzę warsztaty wsysa mnie w inną czasoprzestrzeń i nie zauważam, kiedy mijają godziny. Przypominam często uczestniczkom i uczestnikom, żeby coś pili, bo jak się wkręcą, to zapominają pic i jeść! Po pierwszych chwilach, kiedy ma się wrażenie „nie umiem” nagle pyk! i ręce łapią rytm. To jest wspaniały i przyjemny moment. Co ciekawe prowadzenie warsztatów i obserwacje uczestniczek i uczestników dały mi taką refleksję – wyplatanie jest też trochę terapią. Może to zabrzmi śmiesznie, ale przychodzimy na warsztaty z różnymi oczekiwaniami – względem siebie. Chcemy, żeby wyszło od razu idealnie, tak jak mistrzyni, która wyplata od 40 lat. No i wtedy się spinamy, mocujemy z materiałem – a to nie jest rzemiosło siłowe. To jest rzemiosło na… odpuszczenie i wyczucie. Trzeba sobie odpuścić perfekcyjność i pozwolić sobie na błędy i eksperymenty, a na koniec siebie pochwalić – zrobiłaś, zrobiłeś swój pierwszy w życiu kosz! Świetnie Ci poszło, jest najpiękniejszy! Tego mnie nauczyło plecionkarstwo – nic na siłę. Zapraszam na warsztaty, chciałabym się tym doświadczeniem podzielić z jak największą grupą ludzi i pokazać im, jak przez pracę rąk docieramy do spokoju serca.

  1. Styl Życia

Medytacja pisana

Zofia Wichłacz, aktorka, laureatka Złotych Lwów na festiwalu filmowym w Gdyni. Można ją oglądać w serialu „Pisarze. Serial na krótko” (Canal+). Skończyła zdjęcia do drugiego sezonu „Rojsta” oraz do serialu „Warszawianka” (HBO). (Fot. Aleksandra Loska-Pawlęga; archiwum domowe)
Zofia Wichłacz, aktorka, laureatka Złotych Lwów na festiwalu filmowym w Gdyni. Można ją oglądać w serialu „Pisarze. Serial na krótko” (Canal+). Skończyła zdjęcia do drugiego sezonu „Rojsta” oraz do serialu „Warszawianka” (HBO). (Fot. Aleksandra Loska-Pawlęga; archiwum domowe)
Notes i długopis to narzędzie do porannego ćwiczenia, które oczyszcza, przynosi spokój i pobudza kreatywność. Zofia Wichłacz praktykuje je od roku i twierdzi, że działa.

Staram się zawsze – zarówno gdy jestem w domu, jak i gdy podróżuję – mieć przy sobie, a właściwie przy łóżku, notatnik i długopis. To taki niezbędnik, potrzebny do wykonania ćwiczenia, które nazywa się „poranne strony”. Zaczerpnęłam je z książki Julii Cameron „Droga artysty”, nawiasem mówiąc, byłej żony Martina Scorsesego. Tytuł jest nieco zwodniczy, nie należy się nim sugerować, bo książka jest adresowana nie tylko do artystów, ale do każdego, kto chce obudzić w sobie kreatywność.

„Poranne strony” to jedno z pierwszych ćwiczeń, jakie proponuje autorka. Polega ono na tym, żeby tuż po przebudzeniu, zanim wstanie się z łóżka, sięgnąć po notatnik i długopis i spisać myśli, jakie przychodzą nam do głowy. To może być opis snu, widoku za oknem, swoich lęków, obaw, stanu, przeżyć, pomysłów. Mamy za zadanie zapisać trzy kartki, bez zastanowienia, przemyślenia, bez cyzelowania myśli, kontroli, oceniania. Piszemy to, co nam w duszy gra, co dyktuje długopis. To ma być trochę taka medytacja pisana, oczyszczenie umysłu. Autorka uważa, że wyrzucenie z siebie strumienia myśli zaraz po przebudzeniu czyści nas z wewnętrznego krytyka, który w ciągu dnia nas się czepia i ocenia. Dlaczego rano? Bo jeszcze nie sięgnęliśmy po telefon, jeszcze nie zainfekowaliśmy się złymi informacjami. Rano lepiej puszcza się kontrolę, podłącza się do prawdziwego „ja”. No i dobrze jest robić to właśnie wtedy, żeby mieć lepszy dzień.
Zapisanie trzech kartek zajmuje od 15 minut do pół godziny. Robię to mniej więcej od roku. Bardzo zależy mi na regularności, choć wiadomo, że nie zawsze się udaje. Ale staram się wracać do tej praktyki i od niej zaczynać każdy dzień. Widzę, że procentuje. Daje spokój, uwalnia głowę, a poza tym… dyscyplinuje.

Właściwie nie przywiązuję wagi do notesu, może być w linię, kratkę, z czystymi kartkami. Najważniejsze jest pisanie. Piszę szybko i tak niewyraźnie, że potem trudno mi przeczytać samą siebie. Nie robię więc tego. Także dlatego, że autorka przestrzega, żeby – zwłaszcza na początku przygody z ćwiczeniem – nie wracać do swoich zapisków, nie analizować. Po zapisaniu notesu pozbywam się go, tak jak wielu rzeczy. Nie jestem typem zbieraczki, lubię porządkować przestrzeń, więc notesów też nie zbieram. Tym bardziej że nie ma w nim żadnych literackich rozprawek, a jest tylko potok słów. Do przemyślanego pisania mam zupełnie inny notes.