1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Barbara Włodarczyk - dziennikarka w rozmowie o Rosji

Barbara Włodarczyk - dziennikarka w rozmowie o Rosji

Barbara Włodarczyk: "Dzielę dziennikarzy na „salonowych” i „plebejskich”. Pierwsi bywają na salonach i zajmują się wielką polityką. Drudzy, do których zaliczam się ja, odwiedzają mieszkania i wiejskie chaty, rozmawiają z prostymi ludźmi".(Fot. archiwum prywatne)
Prawosławie, islam, szamanizm. Wielka bieda i obłędne bogactwo. Jedenaście stref czasowych, od Kaliningradu po Chiny. Nie znam drugiego tak różnorodnego kraju - mówi Barbara Włodarczyk, która od ponad 30 lat opowiada nam Rosję.

Właśnie wydała pani książkę „Szalona miłość. Chcę takiego jak Putin. Reportaże z Rosji”. Putin powinien ją przeczytać?
O Putinie powstało mnóstwo książek, a moja jest nie tyle o nim, ile o Rosjanach. Zwłaszcza o tych, którzy go popierają i stanowią większość. Zainspirował mnie dowcip, który usłyszałam kiedyś w Moskwie: „Francuz ma żonę i kochankę. Kocha kochankę. Żyd ma żonę i kochankę. Kocha mamę. Rosjanin ma żonę i kochankę. Kocha Putina”.
Chciałam zrozumieć, jak to jest z tą miłością. Na prowincji głównym źródłem informacji wciąż jest telewizja podporządkowana Kremlowi. To ona kształtuje obraz groźnego Zachodu, który chce zniszczyć Rosję. No i oczywiście obraz Putina jako cara ojczulka. Ale współczesna Rosja to nie Związek Radziecki odcięty od świata żelazną kurtyną. Dziś sprawnie działa tam Internet, jest opozycyjna prasa, jak „Nowaja Gazieta”. Moja książka pokazuje przede wszystkim ludzi, którzy mieszkają z dala od Moskwy czy Petersburga. Zawsze powtarzam, że spotkania z mieszkańcami tak zwanej głubinki dają więcej wiedzy o Rosji niż nawet nieoficjalne rozmowy z politykami i ekspertami.

Głubinka, czyli prowincja.
Staruszka w syberyjskiej wiosce powiedziała mi tak: „Do Putina już przywykliśmy, a jak przyjdzie ktoś inny, to zacznie wprowadzać nowe porządki”. Kobieta mieszka w starej chacie bez wody i gazu, ale jak mówi: „Najważniejsze, żeby nie było gorzej. I żadnych więcej rewolucji!”. Rosjanie przeżyli ich kilka i każda źle się kończyła. Bolszewicka – spustoszyła Rosję carską i doprowadziła do przelewu krwi. Gorbaczowowska – spowodowała upadek Związku Radzieckiego, który dla dużej części oznaczał zubożenie. Jelcynowska – przyniosła dziki kapitalizm i bandycką prywatyzację. Genialnie opisuje to noblistka Swiatłana Aleksijewicz. W „Czasach secondhand” opowiada traumatyczne historie z lat 90., kiedy panowała trzycyfrowa inflacja, a ludzie wysprzedawali, co tylko się dało, bo miesiącami nie dostawali pensji. Kiedy przyszedł Putin, zaczęła się koniunktura na ropę i gaz, a realne dochody Rosjan poszybowały w górę. W tych „złotych czasach” mieszkałam w Moskwie, byłam korespondentką TVP. Widziałam, jak w sklepach pojawiły się najlepsze towary, a na ulicach – najlepsze samochody. Widziałam też, jak wielu ludzi szybko przechodziło do porządku dziennego nad zabójstwem dziennikarki Anny Politkowskiej i obrońcy praw człowieka Borysa Niemcowa, którzy krytykowali Kreml. Wtedy padła słynna wypowiedź jednego z wysokich urzędników: „Jest Putin, jest Rosja. Nie ma Putina, nie ma Rosji”.

Barbara Włodarczyk na spotkania z mieszkańcami głubinki, czyli prowincji, które dają więcej wiedzy o Rosji niż rozmowy z ekspertami - wioska pod Petersburgiem. (Fot. materiały prasowe TVP)

A chór folklorystyczny Dziarskie Babcie śpiewa: „Wszystkie chcemy wyjść za mąż za Putina”?
Tak, Władimir Władimirowicz stał się przedmiotem westchnień milionów Rosjanek. Mieszkanka wioski na Syberii opowiadała mi z błyskiem w oku, jak to prezydent zanurzył się w lodowatej wodzie podczas styczniowego święta Chrztu Pańskiego. „Widziała pani, jaki on ma płaski brzuch?”. Rosyjska telewizja stale pokazuje niezwykłe umiejętności Putina. Jak śpiewa, nurkuje, prowadzi na motolotni sznur żurawi, jeździ konno, szusuje na nartach, gra w hokeja, powala czempionów dżudo. A na dodatek nie pije! Dla Rosjanek, zwłaszcza na wsi, to bardzo ważne, bo wokół siebie widzą głównie zgnuśniałych mużyków, którzy stale śmierdzą piwem albo gorzałką. A Putina nikt pijanego nie widział. „Chcę takiego jak Putin, pełnego sił. Chcę takiego jak Putin, żeby nie pił” – to z piosenki śpiewanej w Rosji od blisko 20 lat! Kiedy pytałam moje rozmówczynie, czy nie przeszkadza im, że prezydent się rozwiódł i według plotek związał z kobietą w wieku ich córek, odpowiadały: „No i co z tego? To przecież mężczyzna w sile wieku”. Putin ma już prawie 70 lat, ale wygląda coraz młodziej…

Rosjanie wybaczą wszystko wszechstronnemu macho?
To, co jest nie do przyjęcia w Europie Zachodniej, w Rosji nie wywołuje powszechnego oburzenia. Kiedy prezydenta Izraela Moszego Kacawa oskarżono o gwałt, Putin sobie z tego żartował. „Dziesięć kobiet zgwałcił. Wszyscy mu zazdrościmy!” – powiedział. Na Zachodzie zagrzmiało, tymczasem rosyjskie internautki pisały: „Putin, dzięki Bogu, nie jest mięczakiem”. Zachodnie standardy nie przystają ani do mentalności Rosjan, ani do systemu politycznego. W ogromnej Rosji dobro ogółu zawsze liczyło się bardziej niż dobro jednostki. Zwolennicy Putina chwalą go za stanowczość wobec Zachodu i za to, że ich dowartościowuje, mówiąc: „Mamy ropę, gaz i broń atomową. Nikt nas nie będzie pouczał!”. „Putin jest jak niedźwiedź. Srogi, silny, odważny i nikomu nie odda tajgi” – powiedział mi aktywista prokremlowskiej młodzieżówki.

Skąd przekonanie Zachodu, że Rosja może być „europejska”?
Zachód nie chce uwierzyć, że Putin wciąż ma poparcie większości. Jak powiedział mi socjolog z niezależnej od władz sondażowni Centrum Lewady, jest to zaklinanie rzeczywistości. Zachodnie media już nieraz ogłaszały, że dni Władimira Władimirowicza są policzone – po zabójstwie Niemcowa czy po tym, jak w 2011 i 2012 roku przez Rosję przetoczyła się fala protestów związanych z ujawnieniem fałszerstw podczas wyborów. Rychły koniec wróżono mu też po otruciu Aleksieja Nawalnego. Tymczasem badania Centrum Lewady przeprowadzone już po aresztowaniu opozycjonisty pokazały, że Putin cieszy się poparciem 64 proc. Rosjan. Że jest on, a potem długo, długo nikt. Nawalnego pozytywnie ocenia około 19 proc. Być może zmieni się to, kiedy w dorosłe życie wejdzie nowe pokolenie, czerpiące wiedzę z Internetu, a nie z telewizji podporządkowanej Kremlowi.

Nawalny kontra Putin?
Nawalny to bez wątpienia wróg numer jeden Putina. Symbolizuje rewolucyjne zmiany, które wśród starszego i średniego pokolenia budzą postrach. Może się natomiast podobać ludziom młodym. Bo jest odważny, wygadany i po mistrzowsku wykorzystuje Internet. Widziałam go z bliska na wiecach opozycji w 2012 roku. Górował nad innymi, ponieważ ma prawie 190 centymetrów wzrostu. Nawalny tak samo jak Putin dba o formę i tak samo jak on nie pije! W odróżnieniu od prezydenta ma jednak udaną rodzinę i publicznie hołubi żonę. Putin rzadko pokazywał się ze swoją małżonką.

Zastanawia się pani czasem, co dzieje się z Waśką, bohaterem pani moskiewskiego reportażu z 2000 roku? Był wtedy 12-letnim bezdomnym.
Wasieńka to mój najukochańszy bohater cyklu „Szerokie tory”. Nigdy go nie zapomnę. Dziś jest już dorosłym mężczyzną. Jeśli przeżył. Dyrektor moskiewskiego sierocińca powiedział mi, że bezdomne dzieci kończą zwykle tragicznie. Czeka je więzienie lub przedwczesna śmierć, na przykład z powodu przedawkowania narkotyków. W tym środowisku nie ma aniołów. Wasia klął jak szewc, palił i doskonale wiedział, jak szybko okraść kiosk. Mimo to był wrażliwy i honorowy. Nagrywaliśmy go późną jesienią. Kupiłam mu rękawiczki, bo zimno dawało w kość i nie mogłam patrzeć na jego gołe rączki. Nie założył ich jednak. „Mówiłaś, że chcesz pokazać, jak jest. Ja nie chodzę w rękawiczkach, bo ich nie mam”. Mimo że nie chodził do szkoły, rozmawialiśmy na bardzo poważne tematy – o demokracji, alkoholizmie, uczciwości. Wiedział, kim są Lenin, Gorbaczow i Putin. Tylko o Polsce nigdy nie słyszał. Przez Waśkę dręczą mnie wyrzuty sumienia. Bo kiedy się rozstawaliśmy, obiecałam mu, że jak kolejny raz przyjadę do Moskwy, to go odnajdę. Niestety, nie udało mi się. Przepadł jak kamień w wodę, a moja obietnica została niespełniona. W książce „Nie ma jednej Rosji” zakończyłam rozdział o nim słowami: „Przepraszam cię, Wasia”.

W jaki sposób zdobywa pani zaufanie takich bohaterów?
Nie ma jednej recepty. Jedni godzili się dlatego, że wreszcie mieli się komu wyżalić, a inni traktowali zdjęcia jak przygodę. W zdobywaniu zaufania bardzo pomagała mi formuła cyklu „Szerokie tory”. A to dlatego, że spędzałam z bohaterem dużo czasu i robiłam wszystko, co on. Z górnikiem zjeżdżałam do kopalni, ze zbieraczem bursztynów wspinałam się na niebezpieczne urwiska, a z dzielnicowym wchodziłam do melin. Wspólne przeżycia zbliżały nas do siebie i pod koniec zdjęć byliśmy już w pełnej komitywie.

Nawet z Tasakiem, bohaterem pani reportażu o rosyjskich neofaszystach?
Są pewne granice, których nie przekraczam. Tasak jest tego przykładem. Jego przezwisko wzięło się stąd, że zawsze nosił przy sobie nóż. Niedawno popełnił samobójstwo w więzieniu, dokąd trafił za pobicia imigrantów i podżeganie do nienawiści. To był jeden z moich najtrudniejszych reportaży, który miał uzmysłowić grozę zjawiska neofaszyzmu. Do dziś mam przed oczami ostatnią scenę, którą nagrywaliśmy w windzie. Na koniec zostawiłam pytanie: „Czy zabiłeś kiedyś człowieka?”. „Jestem tego prawie pewien” – odpowiedział z cynicznym uśmieszkiem. Bo jeśli przez kilka minut skacze się komuś po głowie, to chyba tego nie przeżyje…
Ale nie rozmawiajmy tylko o mrocznych sprawach, bo podejmowałam wiele tematów radosnych. Na przykład w filmie „Żyć nie umierać” o długowiecznych na Kaukazie, gdzie żyje blisko 40 proc. najstarszych ludzi świata, moi bohaterowie mają po sto kilka, a nawet po sto kilkanaście lat! Przeżyli rewolucję, wojny i deportacje, ale dużo się śmieją i bardzo dbają o swój wygląd. Stusiedmiolatka z Czeczenii wciąż używa perfum, a studziesięciolatek z Dagestanu ma całą szafę nowych koszul.
Jeden z moich bohaterów powiedział tak: „Na Zachodzie długowieczność to zasługa medycyny, a u nas – przyrody, zdrowego jedzenia i stosunku do starszych”. Na widok seniora wszyscy wstają, a młodzież nawet się nie odezwie bez jego zgody. W Czeczenii i Dagestanie do dziś działają rady starszyzny, które mają decydujący głos we wszystkich sporach rodzinnych i sąsiedzkich. Długowieczności na Kaukazie sprzyjają też wielopokoleniowe domy. Dzięki temu seniorzy nie czują się samotni, mają kontakt z młodszymi pokoleniami i nowinkami technicznymi. Moja stutrzyletnia bohaterka bez problemu łączy się z wnukiem przez Skype’a.

Nigdy nie chciała pani skręcić z tej Rosji?
Ależ skąd! To tematyczne eldorado. Prawosławie, islam, szamanizm. Wielka bieda i obłędne bogactwo. Jedenaście stref czasowych, terytorium od Kaliningradu do granicy z Chinami. Kontrasty kulturowe, materialne, społeczne. Nie znam drugiego tak różnorodnego kraju. Jako Polce na pewno jest mi łatwiej robić reportaże i filmy o Rosji niż kolegom z Zachodu. Chociażby dlatego, że mamy podobne doświadczenia ustrojowe z czasów, kiedy istniał obóz socjalistyczny. Ani w Polsce, ani w Rosji nie trzeba nikomu tłumaczyć, co to był deficyt towarów albo cenzura.

Dziennikarstwo wzięło się u pani z obserwowania ludzi w autobusie?
Skąd pan to wie? Rzeczywiście jako dziecko lubiłam jeździć „ogórkiem”, pamięta pan takie? Zawsze uważnie przyglądałam się pasażerom i wymyślałam ich historie. A to, że pani ze sztywnym od lakieru kokiem na pewno jedzie w gości, bo ma odświętną sukienkę i tort. A pan z pomarańczami w ażurowej siatce – jak nic ma znajomości w warzywniaku. Zawsze dostrzegałam więcej niż inni. W Moskwie mnóstwa ciekawych rzeczy można dowiedzieć się w metrze. O, choćby tego, jakie książki są na czasie, ponieważ Rosjanie wciąż dużo czytają. Albo jakie marki telefonów komórkowych uchodzą za najbardziej pożądane. Od razu zdradzę, że iPhone’y.

Rozmowa z żołnierzami w Donbasie. (Fot. materiały prasowe TVP)

Zaczynała pani studia na Uniwersytecie Warszawskim w specyficznym dla Polski momencie, był rok 1980. Wpadła pani w środek historii?
Najbardziej burzliwe były dwa pierwsze lata studiów. Czyli okres tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego i po nim. Miałam znajomych po jednej i po drugiej stronie, bo wśród studentów, tak jak w całym społeczeństwie, były różne poglądy. Ale zdecydowana większość z nas kibicowała przemianom. Historia rozgrywała się pod oknami mojego Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na Krakowskim Przedmieściu. Tamtędy przechodziły demonstracje opozycji. Rozganiali je zomowcy. Pałkami, armatkami wodnymi i gazem łzawiącym. Niektórzy chronili się przed nimi w budynku naszego wydziału.

Kiedy kończyła pani studia, Rosjanie żegnali marzenia, śpiewając „Goodbye, America!” [właśc. „Ostatni list” – przyp. red.], hit grupy Nautilus Pompilius. „Żegnaj, Ameryko, gdzie nigdy nie byłem (…) Tak długo nas uczono kochać twoje zakazane owoce/Żegnaj, Ameryko, gdzie nigdy nie będę (…) Zagraj mi na pożegnanie”. Jakie pani miała marzenia?
Nie miałam wielkich marzeń. Na pewno chciałam swobodnie podróżować po świecie, który zawsze mnie ciekawił. Wtedy wyjazdy bez ograniczeń wydawały się mało realne. Zwłaszcza na Zachód, który był dla nas wciąż niedostępny, choć i tak bardziej osiągalny niż dla Rosjan. W ramach praktyk trafiłam do telewizji, do redakcji „programów o państwach socjalistycznych”. Tematy wschodnie spodobały mi się, choć w drugiej połowie lat 80. było jeszcze wiele tabu. Jeden z moich pierwszych materiałów dotyczył słynnego rosyjskiego barda Włodzimierza Wysockiego. Wielbicielem jego twórczości był Jacek Kaczmarski. On w tym czasie mieszkał w Monachium i pracował dla Radia Wolna Europa. Wszyscy znaliśmy słynną „Obławę”, którą napisał na kanwie piosenki Wysockiego. Wyciągnęłam ją więc z archiwum i zamieściłam w swoim materiale. Po montażu, późnym wieczorem w przeddzień emisji, wezwał mnie szef. „Baśka, co ty zrobiłaś? Tego nie przepuści cenzura! Nie wiesz, że nie gra się Kaczmarskiego?”.

Nie rozumiała pani?
Byłam naiwna. „Weźmiesz scenariusz i pobiegniesz na górę do cenzora” – wykrzyczał szef. „Jeżeli wrócisz bez stempla i przez to program jutro się nie ukaże, to więcej się nie pokazuj!”. Nie miałam wyjścia. Od razu powiedziałam cenzorowi, że mój los leży w jego rękach. Uważnie przeczytał scenariusz i ku mojemu zaskoczeniu postawił pieczątkę. Być może miał lepszy dzień. Ale bardzo dużo mówię. Zdecydowanie wolę słuchać innych.

W pani domu były tradycje dziennikarskie?
Nie, moi rodzice skończyli prawo. A mnie zawsze ciągnęło do podróży i poznawania świata. Na studiach zaczytywałam się w Ryszardzie Kapuścińskim. To mój guru. Staram się postępować zgodnie z jego dewizą, że reporter powinien być przede wszystkim dobrym człowiekiem. Bo tylko dobry człowiek usiłuje zrozumieć innych ludzi. Na swój użytek dzielę dziennikarzy na „salonowych” i „plebejskich”, nie oceniając, która z tych kategorii jest lepsza. Ci pierwsi bywają na salonach i zajmują się wielką polityką. Ci drudzy, do których zaliczam się ja, odwiedzają mieszkania i wiejskie chaty, rozmawiają z prostymi ludźmi. Przyglądanie się z bliska życiu innych ludzi to przywilej. 

Barbara Włodarczyk, reporterka, komentatorka. Zajmuje się tematem Wschodu od 1986 roku. W ramach telewizyjnego cyklu „Szerokie tory” zrealizowała ponad 100 reportaży o byłym Związku Radzieckim, nagrodzono go Grand Press i The International Chicago Television Award. W latach 2004–2009 była korespondentką TVP w Moskwie. Autorka filmów dokumentalnych i książek „Nie ma jednej Rosji” i „Szalona miłość. Chcę takiego jak Putin. Reportaże z Rosji”.(Fot. archiwum prywatne)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze