1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Karolina Kramarczyk: „Kwiaty są przedłużeniem emocji”

Karolina Kramarczyk, właścicielka warszawskiej kwiaciarni Ani Róż (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 17 Zdjęć
Minimalizm, piękne formy, nietuzinkowe kompozycje. Wszystko to zamknięte w bukietach wychodzących spod rąk zespołu warszawskiej kwiaciarni Ani Róż, na czele której stoi Karolina Kramarczyk. Ani Róż to też niezwykła rodzinna historia, którą Karolina zdecydowała się nam opowiedzieć.

Można powiedzieć, że miłość do kwiatów masz we krwi.
Tak, od dziecka byłam blisko kwiatów. Często odwiedzałam babcię w jej kwiaciarni. Tata z kolei jest z wykształcenia ogrodnikiem i zajmuje się kwiatami od strony hodowli.

Teraz kwiaciarnia babci stała się Twoim miejscem pracy. Jaka historia się za tym kryje?
Kwiaciarnia w tym miejscu funkcjonuje od lat 80., ale przygoda babci z kwiatami trwała już od lat 70. Babcia przyjechała do Warszawy z małej mieściny na Dolnym Śląsku, gdy miała 16 lat. Zaczęła pracę w sklepie mięsnym, tam zdobyła znajomości i w latach 70. nawiązała współpracę z MHD, czyli Miejskim Handlem Detalicznym. Wtedy nie było wolnego rynku, wszystko było kontrolowane przez państwo. To przedsiębiorstwo umożliwiało wynajem małych, sezonowych straganów – i właśnie takie stoisko z kwiatami przy rondzie Starzyńskiego jako pierwsze miała babcia. Sprzedaż kwiatów odbywała się tam od wiosny do jesieni, a asortyment był niewielki – głównie tulipany, gerbery, frezje, w sezonie peonie, czasem małe ilości róży szklarniowej. Babcia wspominała ten czas bardzo dobrze. Potrafiła przez krótki sezon zarobić tyle, że zimą była w stanie utrzymać rodzinę. Niestety pracowała tam jedynie przez cztery sezony, zmuszona była się przenieść.

Jakiś czas później nadarzyła się okazja wynajmu lokalu przy ulicy Dąbrowszczaków, w którym teraz pracujemy. Babcia zaczęła tu pracę w 1976 roku i okazało się to strzałem w dziesiątkę. Opowiadała mi, że w Dzień Kobiet sprzedawała po 8–9 tysięcy tulipanów. Ale nadal to była współpraca z MHD. Sytuacja zmieniła się dopiero w 1989 roku, kiedy przedsiębiorstwo przejęła spółka WSS Społem. Z kolei na początku lat 90. babcia wykupiła kwiaciarnię i ją przebudowała.

Babcia Karoliny (Fot. archiwum prywatne)
Babcia Karoliny (Fot. archiwum prywatne)

Babcia od zawsze kochała kwiaty?
Myślę, że pokochała je dopiero później, na początku był to jej pomysł na zarabianie pieniędzy. Raczej to był przypadek, że znalazła się w tym miejscu.

Jak było u Ciebie?
U babci zaczęło to się z potrzeby zarabiania pieniędzy, a później przerodziło w pasję. U mnie było odwrotnie. Skończyłam kulturoznawstwo, pracowałam w redakcji internetowej i gdzieś tam zawsze miałam z tyłu głowy pomysł, że będę mieć swoją kwiaciarnię. Ale nie myślałam, że będzie to właśnie to miejsce. Babcia długo pracowała, bo do około 2000 roku. Później tę kwiaciarnię wynajęła i przez 10 lat zajmował się nią ktoś inny. I dopiero gdy skończyłam pracę w redakcji, podjęłam decyzję, że chcę otworzyć swoją kwiaciarnię właśnie tutaj. Akurat tak się złożyło, że wynajmujący zrezygnowali.

Jak na Twój pomysł zareagowała babcia?
Bardzo się ucieszyła, mimo że nie miałyśmy bliskich relacji. Muszę to podkreślić – nie żyłam z nią blisko. To nie była łatwa relacja. Miałyśmy dużo spięć i starć z przeszłości, ale pamiętam, że gdy powiedziałam jej o tym, bardzo się wzruszyła.

(Fot. archiwum prywatne)
(Fot. archiwum prywatne)
(Fot. archiwum prywatne)
(Fot. archiwum prywatne)

Rodzinne biznesy najczęściej wyglądają tak, że młodsze pokolenia uczą się fachu od starszych. U Ciebie nie do końca tak było.
Zawdzięczam babci wiele, ale nigdy nie było tak, że uczyła mnie układania bukietów. Miała zresztą zupełnie inne podejście do kwiatów niż ja. Dla niej to był produkt do zarabiania pieniędzy. W tamtych czasach było to dosyć popularne podejście, dopiero od niedawna do pracy podchodzi się jak do pasji. Ale gdy przychodziła do nas, kiedy kwiaciarnia funkcjonowała w taki sposób jak dzisiaj, była zachwycona. Czasem tylko coś skrytykowała. Kwiaciarnia zupełnie inaczej funkcjonowała i wyglądała pod pieczą mojej babci i szczerze mówiąc, ona nigdy nie potrafiła tego mojego nowego stylu do końca zaakceptować.

Natomiast przejęłam od niej podejście do kontaktów z klientami. Babcia zawsze była bardzo otwarta, strasznie dużo mówiła, rozmawiała z ludźmi, wypytywała o wszystko. Ja również bardzo lubię rozmawiać z klientami, szczególnie z tymi stałymi, którzy często do nas przychodzą.

W jaki więc sposób zgłębiałaś tajniki florystyki? Artystyczne formy, nietuzinkowe rodzaje kwiatów, proste kompozycje – tym charakteryzuje się teraz Twoja kwiaciarnia Ani Róż.
Skończyłam bardzo podstawowy kurs w szkole florystycznej. Ale prawdziwa przygoda z kwiatami zaczęła się od pracy w Warsztacie Woni pani Marty Gessler. Tam pracowałam ponad rok i to pani Marta nauczyła mnie estetyki i minimalizmu. Najwięcej wyniosłam z praktyki. Kwiaciarnia działa już pięć lat, ale rok po jej otwarciu zaszłam w ciążę, więc na chwile wypadłam z branży. Teraz moja córka chodzi już do przedszkola, staram się więc bardziej angażować.

Chciałabyś, by Twoja córka złapała bakcyla do kwiatów i w przyszłości przejęła Ani Róż?
Mam mieszane uczucia. Z jednej strony – chciałabym, z drugiej – wiem, że to ciężka, fizyczna praca. Helenka, mimo że ma prawie pięć lat, bardzo lubi kwiaciarnię. Zawsze pyta, jaki bukiecik może skręcić i całkiem dobrze jej to wychodzi. Uczestniczy w życiu kwiaciarni i na pytanie: „Kim chcesz zostać w przyszłości?” dzisiaj mówi, że kwiaciarką. Ale oczywiście może się to jeszcze wiele razy zmienić i nie mam z tym żadnego problemu.

(Fot. archiwum prywatne)
(Fot. archiwum prywatne)
(Fot. archiwum prywatne)
(Fot. archiwum prywatne)

Ludzie wracają do kwiatów. Mam wrażenie, że większość z nas ma w sobie ogromną potrzebę otaczania się nimi. Przykładem są tak popularne domowe dżungle, ale też coraz częstsze kupowanie ciętych kwiatów po prostu do wazonu, w ramach ozdoby. Jak myślisz, co jest tego przyczyną?
Ludziom po prostu brakuje kontaktu z naturą w miejskim życiu i próbują to sobie zrekompensować w domowych pieleszach roślinami doniczkowymi. Co do kwiatów ciętych, zaskakuje mnie tak duże zainteresowanie, bo jeszcze parę lat temu myślałam, że tendencja będzie spadkowa. Trzeba przyznać, że kwiaciarnia Kwiaty&Miut zrobiła w tej kwestii świetną robotę, bo to oni jako pierwsi wypromowali w Polsce inne podejście do florystyki – bardziej naturalne. Dotychczas kwiaciarnie, szczególnie wśród młodych ludzi, słabo się kojarzyły. Te nowoczesne pokazują, że da się połączyć kwiaty i ekologię. Już się nie pakuje kwiatów w celofan, nie używa niepotrzebnych dodatków, kolorowych papierów. Skupiamy się na tym, by wyeksponować naturalne piękno każdego kwiatka. A do tego wykorzystujemy ekologiczne rozwiązania, typu kupowanie od lokalnych dostawców, tworzenie własnych farm kwiatów. To ważna zmiana.

(Fot. archiwum prywatne)
(Fot. archiwum prywatne)

Czym dla Ciebie są kwiaty?
Dla mnie kwiaty łączą się z emocjami, uczą dużej wrażliwości. Są przedłużeniem emocji. Pamiętam, że jak byłam w ciąży, ostatnie dwa miesiące przed porodem głównie kupowałam różowe kwiaty. Robiłam to nieświadomie.

Poprzez kwiaty można wiele powiedzieć i nie muszą to być zawsze „pozytywne” emocje. Często tworzymy bukiety i wieńce na pogrzeby. Kontakt z klientami przy takich okolicznościach jest niemalże jak rozmowa w gabinecie psychoterapeuty. Musimy wyczuć trudne emocje ludzi po stracie bliskiej osoby, przejąć je i przekazać poprzez kwiaty. I dla mnie właśnie tym są kwiaty. Gdy mam zły dzień, zawsze to widać w bukietach, które tworzę. Począwszy od tego, jakie dobieram kolory i rodzaje kwiatów, skończywszy na tym, że wtedy muszę układać bukiet kilka razy, bo wciąż nie wychodzi. Gdy mam dobry dzień, tworzę najpiękniejsze bukiety.

Karolina Kramarczyk od pięciu lat prowadzi kwiaciarnię Ani Róż przy ulicy Karola Szymanowskiego w Warszawie. Jej bukiety można zamówić online z dostawą przez stronę aniroz.com

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze