fbpx

Anna Wyszkoni o pomaganiu innym

Anna Wyszkoni o pomaganiu innym
fot.123rf

Kiedyś stała trochę z boku. Dziś zna swoje priorytety i czuje się bezpiecznie. Anna Wyszkoni wierzy, że „życie jest w porządku”, a oczy i serce trzeba mieć otwarte na potrzeby chorych dzieci.
Anna Wyszkoni, z którą rozmawiam w sercu Warszawy w roku 2014, to ktoś inny niż wokalistka, którą pamiętam z zespołu Łzy. Co się w pani zmieniło?

Postrzeganie świata i dystans do wielu rzeczy. To, że w pewnym momencie udało mi się otworzyć na ludzi. Jako nastolatka byłam zbuntowana, zamknięta w sobie. Potem, na scenie, nie do końca potrafiłam się odnaleźć, miałam problemy z nawiązywaniem kontaktów, byłam trochę wycofana, stałam z boku. Teraz uwielbiam być wśród ludzi, rozmawiać, czuję potrzebę komunikacji, i to jest największa zmiana w moim życiu. Ale też stałam się kobietą, mamą, inaczej układam swoje życie, wiem, że jestem potrzebna, kocham i jestem kochana.

Piękne uczucie, prawda?

Najpiękniejsze, ale bardzo absorbujące, bo wymaga dużego nakładu energii, skupienia i cierpliwości.

Co musi się zdarzyć, aby z osoby zamkniętej stać się otwartą i komunikatywną?

W moim przypadku był to proces i wiele czynników miało na niego wpływ. Ale na pewno najważniejszym bodźcem była nowa miłość. Poza tym urodzenie Tobiasza i dwa lata temu Poli, która poprzestawiała wszystko w moim życiu. Inaczej teraz podchodzę do macierzyństwa, jestem bardziej dojrzała, poukładana, z większą koncentracją chłonę każdy ruch Poli i inaczej go postrzegam. Poza tym wiele wniosły zmiany zawodowe, rozstanie się z dawnym zespołem, poznanie nowych ludzi, nowy zespół, z którym gram. To daje powiew świeżości, potrzebny w życiu.

Bliski jest pani temat dzieci. Rekomenduje pani książkę „W niewoli ambicji”. Dlaczego?

To książka wstrząsająca, bardzo mnie poruszyła. Opowiada o dziewczynce – zdolnej pianistce, która staje się ofiarą swojego ojca, dążącego do spełnienia własnych ambicji. Za sukcesy na scenie Celine płaci wielką cenę – ojciec torturuje ją psychicznie i fizycznie. Ciężko jest mi w ogóle przyjąć do wiadomości, że w jakimś domu dziecku dzieje się krzywda ze względu na chore ambicje rodziców. Książka kończy się pozytywnie, Celine w końcu odnalazła swoją drogę, swój pomysł na życie, ale dzieciństwo miała dramatyczne. Czasem, jako jurorka na dziecięcych przeglądach piosenki, obserwuję dzieci, które wychodzą wystrojone we wstążeczki, z drżącymi rękami, dzieci, które totalnie nie chcą być w tym miejscu, a rodzice pod sceną wręcz krzyczą na nie, by dały z siebie wszystko, postarały się jak najbardziej. Wydaje mi się, że takie przeżycie jest traumatyczne, i potem bardzo ciężko się z takiej traumy uwolnić.

Pragnie pani spełniać marzenia swoich dzieci?

Uważam, że dzieciństwo powinno być szczęśliwe, spełnione i musi mieć w sobie radość. Ja wyniosłam taki dar ze swojego domu. Bliscy bardzo mi pomagali, nie podstawiali niczego pod nos, ale zawsze miałam ich wsparcie, poczucie bezpieczeństwa. I to chcę teraz dać moim dzieciom – poczucie, że jakąkolwiek drogę wybiorą, będą miały we mnie oparcie. Mój syn przez dziewięć lat swojego życia chciał być rolnikiem, teraz chce być muzykiem. Może mu się to zmieni, może nie, ale będzie miał moje wsparcie bez względu na wszystko.

Jest pani też związana z zespołem opiekuńczym w Jaszkotlu.

Tak, to jest zakład opiekuńczo-leczniczy dla dzieci, a ja jestem ambasadorką tego miejsca. Przebywa tam ponad sześćdziesięcioro dzieci, w bardzo różnym stanie fizycznym i psychicznym. To dzieci, które urodziły się upośledzone bądź zostały skrzywdzone przez rodziców, czasem są to bardzo przerażające historie. Spotkania z nimi dają mi mnóstwo siły, poczucie sensu. Kiedy do nich przychodzę, czuję, że daję im swoją obecnością radość, i bardzo się cieszę, że udało mi się wciągnąć w to moje dzieci. Zarówno Tobiasz, jak i Pola odnajdują się w ośrodku bardzo dobrze, zabieramy też córkę Maćka – Oliwkę, i każdy z nas czuje się tam potrzebny.

Kiedyś pojechałam do ośrodka z całym zespołem. Chcieliśmy coś wspólnie zagrać, ale szybko okazało się, że każdy grał swój własny koncert, bo dzieci wybierały sobie członka zespołu i skupiały się wokół niego. Totalny chaos i totalna radość.

Na co chorują pacjenci ośrodka?

W Jaszkotlu leczy się dzieci o różnym poziomie upośledzenia, niektóre jeszcze niezdiagnozowane, niektóre tylko częściowo. Spotkałam takie, które są w pełni zdrowe umysłowo, ale niesprawne – na przykład chłopczyk uwięziony we własnym ciele, ma na wózku dwie naklejki „tak/nie”, odpowiada, poruszając tylko głową. To bywa przerażające i strasznie smutne, ale jak tam wchodzę, staram się nie koncentrować na chorobie, chcę być dla nich i dać im trochę słońca, bo i one dają mi dużo radości. Jest tam niewidomy chłopczyk, który ma bardzo bujną wyobraźnię, opowiadamy sobie historie. Pewnego razu stwierdziliśmy, że polecimy na Księżyc, i lataliśmy sobie w tę i z powrotem…

Są dzieci, które znalazły dom, zostały adoptowane, są też takie, które wróciły do rodziców. Pewna dziewczynka została adoptowana przez amerykańską rodzinę i mieszka w tej chwili w Stanach Zjednoczonych, przeszła poważną rehabilitację i jest sprawna. Czasem, będąc w Polsce, odwiedza ośrodek w Jaszkotlu – i to jest bardzo piękne. Jej nowi rodzice dbają o kontakt z ośrodkiem, opiekunami, chcą, żeby dziewczynka nie zapomniała, bo to jest bardzo ważna część jej życia. A w Ameryce ma dużo lepsze możliwości, aby walczyć z chorobą.

Ośrodek prowadzi siostra Sylwia Borowska. To ważna osoba w pani życiu?

Jest dla mnie autorytetem. Poświęciła swoje życie dla chorych dzieci. Powiedziała mi kiedyś, że dostaje dofinansowanie tylko na 54 podopiecznych, a przecież jest ich 60 i ona musi własnymi staraniami zapewnić tym dzieciom dobre warunki. Poza tym jest osobą pełną energii, ciepła. Kiedy się pojawia, od razu robi się jaśniej.

Mam bardzo dobre relacje z siostrą Sylwią, ona często powtarza, że jestem jej bratnią duszą, osobą, której szukała w życiu, a ja – że ona jest aniołem, który po prostu został zesłany na Ziemię, aby robić coś dobrego dla innych. Niesamowita i bardzo mocna osobowość, potrafi też rozmawiać z ludźmi i ich przyciągać, bardzo łatwo przekonuje – chociażby darczyńców, którzy pomagają w finansowaniu ośrodka. Sama odłożyła na bok swoje potrzeby, nawet problemy zdrowotne, żeby jak najwięcej dać od siebie tym dzieciom.

Kto jeszcze jest pani autorytetem?

Zdecydowanie najwięcej zawdzięczam rodzicom, zwłaszcza w kwestii wartości, jakie mi wpoili, i nastawienia do świata. Nie ukrywam, że do dzisiaj mi bardzo pomagają, moja mama opiekuje się dziećmi, kiedy wyjeżdżam. Zawsze mogę na rodziców liczyć.

Od razu znała pani swoją drogę?

Wszyscy mi wróżyli, że będę zakonnicą…

Coś podobnego?! A sama miała pani takie pomysły?

Nie, jestem wierząca, bardzo uduchowiona, ale nie byłoby to coś, w czym bym się spełniła. Ja potrzebuję rodziny, moich dzieci, mężczyzny u boku.

Wiara na pewno pomaga mi w życiu, pomaga mi też przekonanie, że mam swojego osobistego opiekuna, który idzie ze mną przez życie i chroni mnie, nieraz ta obecność jest dla mnie tak mocno wyczuwalna, że mam stuprocentową pewność, że on jest. A bywa, że bardzo tej wiary potrzebuję i sama siebie przekonuję, że jest obok mnie ta siła, która pomoże mi przez wszystko przejść.

Temat numeru lipcowego SENSu brzmi: „Zostań bohaterem swojego życia”. Czy pani już nim jest?

Ja raczej czuję się „panią swojego życia”. Nie mam poczucia, że już weszłam na swój szczyt, bo gdybym miała, zaczęłabym się nudzić, a nie planuję się nudzić w życiu. Ja sobie ciągle wyznaczam nowe cele, mam jeszcze bardzo dużo do zrobienia! Chcę cały czas pracować, rozwijać się. Czuję się bezpiecznie, wiem, że panuję nad swoim życiem. Również prywatnym. Mam dwójkę wspaniałych dzieci, które chciałabym dobrze wychować, przekazać im najważniejsze wartości. Chciałabym, żeby były szczęśliwe, dobre i mądre. Jestem zdrowa, znajduję oparcie w rodzinie i właśnie to dla mnie ma sens. Znam swoje priorytety.

Uporządkowanie, harmonia, zorganizowanie – to wszystko w moim życiu przyszło naturalnie. Uważam, że nie ma rzeczy niemożliwych, taka myśl i pozytywne nastawienie sprawiają, że wszystko da się pogodzić. Gdybym usiadła i płakała, że teraz mam tak dużo pracy i co ja zrobię… nie czułabym się szczęśliwa ani w domu, ani w pracy. Cieszę się po prostu życiem: i kiedy jestem w domu z dziećmi, i kiedy wyjeżdżam na koncerty. Bo ja w swoim życiu czuję się bardzo dobrze. Nie zamieniłabym go na żadne inne.

ANNA WYSZKONI wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów. Popularność zyskała, koncertując z zespołem Łzy. Obecnie skupia się na karierze solowej. Po bardzo dobrze przyjętym albumie „Pan i Pani” wydała drugą płytę – „Życie jest w porządku”. Prywatnie związana z Maciejem Durczakiem. Mieszka we Wrocławiu, ma dwoje dzieci: Tobiasza i Polę.

„Życie jest w porządku. Platynowa edycja”. Album ukazał się w maju, zawiera znane przeboje, a także utwory premierowe.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze