1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Uchronić dziecko przed nadmiarem bodźców

Uchronić dziecko przed nadmiarem bodźców

123rf.com
123rf.com
Dzisiejszy świat nie pomaga dzieciom czuć się bezpiecznie i komfortowo. Do prawidłowego potrzebują otoczenia, w którym mogą odpowiednio kształtować wszystkie swoje zmysły – wzrok, słuch, węch, smak i dotyk

Żyjemy w świecie szybkiego przepływu informacji, medialnego szumu oraz częstych zmian w naszym otoczeniu. Intensywność takiego życia źle prowadzi do problemów ze zdrowiem oraz utrudniają relacje międzyludzkie. Jak radząc sobie z nadmiarem najmłodsi?

Dzisiejszy świat nie pomaga dzieciom czuć się bezpiecznie i komfortowo. Do prawidłowego potrzebują otoczenia, w którym mogą odpowiednio kształtować wszystkie swoje zmysły – wzrok, słuch, węch, smak i dotyk. Od pewnego czasu można zauważyć, że coraz młodsze dzieci narażone są na hałas włączonego przez cały dzień telewizora oraz ostre światło padające z ekranu telefonu. Rodzice pozwalają, żeby ich pociechy spędzały dzieciństwo i młodość przed ekranem telewizora lub komputera, lekceważą fakt, że do zrównoważonego rozwoju najmłodsi potrzebują także dużej dawki ruchu na świeżym powietrzu oraz wyciszenia. W efekcie dzieci za dużo czasu spędzają w świecie wirtualnym, a za mało w realnym. W dodatku tego typu sytuacja powoduje u najmłodszych trudne do skorygowania wady postawy oraz kłopoty ze wzrokiem.

Tego typu problemom najłatwiej jest zaradzić, odpoczywając na łonie natury albo w innym spokojnym, pozbawionym agresywnych bodźców otoczeniu. Innym sposobem na walkę z przebodźcowaniem jest równoważenie wszystkich negatywnych wpływów z otoczenia aktywnościami wspomagającymi rozwój psychiczny, fizyczny oraz emocjonalny najmłodszych i jednocześnie rozwijającymi ich wrażliwość. Należy także pamiętać o tym, że każde dziecko jest inne, a co za tym idzie, ma inne upodobania oraz talenty. Jedne dzieci lepiej czują się na zajęciach sportowych, na których mogą się wyszaleć wykorzystując nadmiar energii, a inne odnajdą się czytając książki. A część dzieci będzie uwielbiała jedne i drugie zajęcia.

Rozumie to Małgorzata Kulanica, właścicielka Polany oraz prywatnie mama. - Chcę żeby Polana była miejscem gdzie wszyscy poczują się dobrze. Zawsze marzyłam o stworzeniu przestrzeni, w której można nie tylko zjeść coś pysznego, ale także twórczo spędzić czas. Poza tym zależy mi na dbaniu o rozwój dzieci, gdyż sama jestem mamą i widzę jak bardzo jest to ważne – wyjaśnia. Polana oferuje szeroki wachlarz rozmaitych aktywności m.in. dla małych artystów, tancerzy, muzyków czy sportowców, niektóre z nich, jak np. sensoplastyka albo polanowe maluszki są przeznaczone dla dzieci już od 6 miesiąca życia, aby jak najwcześniej wspomagać rozwój dzieci. Nie brakuje także zajęć ogólnorozwojowych dla najmłodszych oraz takich dla mam czy kobiet w ciąży. - Polana powstała z myślą o rozwoju i mam nadzieję, że nasi najmłodsi goście oraz ich mamy dużo na naszych zajęciach skorzystają – zapewniaMałgorzata Kulanica.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Ucieczka z krainy dzieciństwa - jak wyjść z rodzinnych traum?

Zdaniem psychologów, dojrzałość polega na rozliczeniu się z przeszłością. (fot. iStock)
Zdaniem psychologów, dojrzałość polega na rozliczeniu się z przeszłością. (fot. iStock)
Nawet najlepsi rodzice mają jakieś wady. Nadopiekuńczy lub zbyt surowi – autorzy naszych lęków, klęsk i rozterek. Nie obwiniaj ich za to, kim jesteś. Rozstań się z dziecięcym pokoikiem w sobie.

Proszą, by zdjąć z nich rodzinną klątwę, która nie pozwala im być sobą, cieszyć się pracą, rodziną, osiągać sukcesy. ,,Mój ojciec pił i teraz jestem w związku z alkoholikiem”, ,,Matka uważała, że miejscem kobiety jest dom. Nie potrafię znaleźć się w pracy”... – zwierzają się pacjenci pukający do gabinetów terapeutycznych. Większość z nich czuje, że nie żyje własnym życiem. Kierowani cierpieniem, szukają winnego: nadopiekuńcza matka, zbyt surowy ojciec, przedwczesna śmierć, rozwód itp. Co czwarta osoba jest DDA (dorosłe dziecko alkoholika), co druga wychowała się w toksycznej rodzinie… Epidemia, moda? Potrzeba wyjaśnienia, kto odpowiada za moje klęski?

Pytanie: W jakim stopniu dzieciństwo rzeczywiście determinuje dorosłe życie człowieka? I kiedy trzeba powiedzieć sobie: ,,Dość. Nie jestem już dzieckiem. To moje życie, biorę za nie pełną odpowiedzialność”?

Rodzinne klątwy

Jesteśmy jak drzewo, siłę czerpiemy z korzeni. Nasze korzenie to rodzinne dziedzictwo. Dzięki rodzinie stajemy się tym, kim jesteśmy. Poznajemy wartości, pomysły na to, czego chcemy od innych ludzi, a przede wszystkim weryfikujemy prawdę na swój temat. Potrzebujemy bezwarunkowej miłości i akceptacji rodziców. Ci chcą dla nas jak najlepiej, ale bywa, że stawiają swoje warunki: ,,Będę kochać dziecko grzeczne, posłuszne, pracowite…”.

I wtedy dla zdobycia rodzicielskiej miłości trzeba zaprzeczyć sobie, wyprzeć się własnych uczuć, pragnień, potrzeb. Rodzi się tzw. uwarunkowane poczucie wartości, bo tożsamość uzależniona jest od wymagań stawianych w  domu rodzinnym. Po latach wyruszasz w dorosłe życie z plecakiem pełnym wyniesionych z domu przekonań na temat świata, a przede wszystkim na temat samego siebie. Czeka cię konfrontacja tego „posagu” z  rzeczywistością. Dziewczyna traktowana w domu jak ,,głupia gąska”, nawet po kilku fakultetach nie uwierzy, że zasługuje na uznanie. ,,Klątwa” rzucona w złości przez ojca: ,,Żaden mężczyzna cię nie zechce!”, blokuje w  kobiecie wiarę, że zasługuje na miłość. Potrzeba wielu lat, żeby zweryfikować mocno ugruntowane przekonania. Nie jest to łatwy proces, ponieważ większość rodzinnych skryptów jest ukrytych w podświadomości, są jak niewidzialne kajdany, które wstrzymują kolejny krok na drodze indywidualnego rozwoju.

Zdaniem psychologów, dojrzałość polega właśnie na rozliczeniu się z przeszłością, symbolicznym rozprawieniu się z dziecięcym pokoikiem, który nosimy w duszy. Trzeba zabrać z niego tylko to, co naprawdę nasze, a odrzucić wszystko, co nie jest prawdziwą tożsamością. Potem zamknąć drzwi do przeszłości, na zawsze.

 

Syndrom porzucenia

Zawsze zaczyna się i kończy tak samo. Anka najpierw przeżywa wielkie zauroczenie, później wielkie rozczarowanie. Żaden jej związek nie przetrwał roku.

– Nigdy nie czułam się tak naprawdę kochana. Moi partnerzy mnie porzucają – dla pracy, pasji albo innej kobiety. Czasami to ja odchodzę, bo nie czuję się chciana, pożądana, podziwiana. Czy prawdziwa miłość rzeczywiście istnieje? Taka, w której mężczyzna i kobieta stają się jednym?

Anka jako dwutygodniowe niemowlę została oddana na wychowanie do dziadków. Czasami myśli, że to właśnie dlatego nie potrafi ofiarować ani przyjmować miłości.

Jak widzą jej problem terapeuci?

Wojciech Pierga (psychoterapeuta w nurcie POP – Psychologii Zorientowanej na Proces): Oddanie niemowlęcia na wychowanie do dziadków może być działaniem, przed którym małe dziecko nie jest w stanie się obronić, a odczuwa je jako nadużycie – to zawsze odbiera siłę i wewnętrzną moc. Może stać się skryptem powtarzanym w dorosłym życiu: ,,Nie zasługuję na miłość”. Ale lęk Anki przed odrzuceniem niekoniecznie musi wynikać z tej konkretnej sytuacji w dzieciństwie.

W terapii nie skupiam się tylko na przyczynach, uwzględniam też znaczenie, jakie pacjent nadaje minionym wydarzeniom. Tu zapytałbym, co dla Anki oznacza fakt, że czuje się niewystarczająco kochana. Ważne są jej indywidualne odczucia, a nie fakty. Jeśli pacjentka chce pracować nad problemem lęku przed odrzuceniem, w terapii odtwarza się sytuacje z przeszłości, po to, by ponownie je przeżyć, skonfrontować się z nimi i znaleźć rozwiązanie.

Elżbieta Sanigórska (psycholożka, psychoterapeutka pracująca w nurcie ericksonowskim): Celem mojej pracy jest sprawdzenie, w jakim momencie życia znajduje się pacjent, w którą stronę chce iść i co może mu w tym pomóc. Dlatego ważne jest, jaki kontakt ma Anka ze sobą – to podstawowa relacja w życiu człowieka i na niej buduje się relacje ze światem. Pacjentka, jak każdy z nas, nosi w sobie radosne i bolesne wydarzenia z dzieciństwa, co znajduje odzwierciedlenie we wspomnieniach, pomysłach na życie, słowach, a także jest zapisane w ciele. Dlatego ja poprosiłabym Ankę, by zrobiła „rzeźbę z ciała”, czyli zastygła w postawie, która najlepiej oddaje obraz jej obecnego życia. Jest ono walką, aktem bezradności, radością? Pomogłabym jej odkryć, co wzięła z rodzinnego systemu, co z tego jest naprawdę jej, a co powinna zostawić.

Teresa Raczkowska (psycholożka, psychoterapeutka prowadząca terapię humanistyczno-egzystencjalną): Nasze obecne życie budują różne doświadczenia, nie tylko te z dzieciństwa. Być może dziadkowie Anny cudownie zastępowali rodziców w roli wychowawców i doszukiwanie się w tym powodu niepowodzeń nie ma sensu. Jeśli pacjentka uparcie twierdzi, że jej los jest zdeterminowany dzieciństwem, zwróciłabym uwagę, na czym opiera to założenie. Jednak  przede wszystkim skupiłabym się na ,,tu i teraz”, na jej aktualnych relacjach z mężczyznami. Razem szukałybyśmy odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie czuje się kochana, co to dla niej znaczy i jakie ma oczekiwania w związku.

Miejsce kobiety

Elżbieta jest kobietą sukcesu. Bardzo lubi swoją pracę. Niedawno awansowała na kierownika działu, ale…

– Czuję się niedoceniana. Każdy mężczyzna na moim stanowisku na pewno wynegocjowałby znacznie wyższą pensję, a ja? No cóż, moi szefowie doskonale wiedzą, że zależy mi na tej pracy i nie muszą motywować mnie pieniędzmi.

Matka Elżbiety często powtarzała, że rolą kobiety jest zajmowanie się dziećmi i domem. Jeśli praca jest dla niej ważniejsza, to jaka z niej żona i matka? Ela jest pewna, że właśnie dlatego nie potrafi w pracy upominać się o to, co jej się słusznie należy.

Na co, w jej przypadku, zwracają uwagę terapeuci?

Wojciech Pierga: Podczas procesu wychowywania nasiąkamy pewnymi systemami przekonań, które tworzą tzw. pierwotną tożsamość, czyli wizję siebie. „Uważam, że jestem…” – np. uległa, nadopiekuńcza, naiwna... Większość takich poglądów wynosimy z domu. Ale istnieją w nas także procesy wtórne, które upominają się o zaistnienie w życiu, także poprzez to wszystko, co nam się przytrafia, a z czym się nie identyfikujemy. Być może ważnym krokiem w rozwoju Elżbiety byłoby teraz nauczenie się przebojowości czy umiejętności realnej wyceny swojej pracy i nad tym warto pracować. Dlatego próbowałbym odtworzyć na sesji sytuację, w której pacjentka nie potrafi upomnieć się o podwyżkę, i zwrócić uwagę, jakie informacje (werbalne i pozawerbalne) się pojawią: co będzie mówiło jej ciało, jakie wybuchną emocje itd. To one wskażą dalszy kierunek pracy. Może się okazać, że niska ocena własnej wartości Elżbiety wynika z przekonań wyniesionych z dzieciństwa, ale ta historia ma też związek z szerszym polem społecznym – z wyższą rangą mężczyzny na rynku pracy. Elżbieta być może potrzebuje to sobie uświadomić i uzyskać wsparcie, żeby to zmienić.

Elżbieta Sanigórska: Każdy z nas czuje się w obowiązku żyć zgodnie z rodzinnym przekazem. Być może przekonania matki na temat kobiet odnoszących sukces nie pozwalają córce w pełni cieszyć się osiągnięciami zawodowymi. Dlatego zaproponowałabym Elżbiecie, by porozmawiała – w wyobraźni – z innymi ważnymi dla niej kobietami (babcią, ciotką?) na temat roli kobiety w jej rodzinie. Może np. iść na cmentarz do babci i zapytać, co sądzi o jej kierowniczym stanowisku, kim naprawdę powinna być kobieta należąca do ich rodziny. Kiedy Elżbieta poczuje, że jej praca, zajmowane stanowisko są w zgodzie z rodzinnym przekazem, że ona jako kobieta „jest w porządku” – będzie w stanie przełożyć swój wysiłek na pieniądze.

Teresa Raczkowska: Zapytałabym Elżbietę, co musiałoby się wydarzyć w jej życiu, by poczuła się naprawdę doceniona? Być może jej głód sięga korzeniami dzieciństwa i to od matki, a nie od szefa potrzebowała potwierdzenia swojej ważności? Warto byłoby nazwać swoje niezaspokojone w dzieciństwie deficyty. Jeśli ambicje zawodowe Elżbiety są przede wszystkim jej buntem przeciwko matce, nie poczuje w pełni swojej siły sprawczej, dopóki będzie uwikłana w tę relację. Najważniejsza jest praca ze świadomością Elżbiety nad weryfikacją jej przekonań na temat roli kobiety.

Życie bez słabości

Iwona była późnym dzieckiem. Odkąd pamięta, rodzice powtarzali jej, że musi się jak najszybciej usamodzielnić, bo ich wkrótce może zabraknąć. Jako nastolatka opiekowała się najpierw umierającym ojcem, a potem chorą matką. Dziś jest niezależna, zaradna, ale bardzo często choruje.

– Kiedy infekcja unieruchamia mnie w łóżku, a zdarza się to przynajmniej raz w miesiącu, jestem w rozsypce, wszystko wali mi się na głowę – mówi.

Iwona, nawet w chorobie, nie lubi cudzej troski, nie pozwala nikomu sobie pomóc, zaopiekować się nią, chociażby zrobić zakupy.

Co powinna przepracować zdaniem terapeutów?

Wojciech Pierga: Wszystko to, co wypieramy, odrzucamy jako nieswoje, może pojawić się w postaci np. bólu gardła, kataru czy gorączki. W pracy z Iwoną szukałbym prawdziwego znaczenia symptomów jej choroby, czyli zwrócił uwagę na to, kiedy się pojawiają, jak na nią wpływa to, że tak często się przeziębia? Być może choroba jest jedynym momentem, kiedy Iwona choć trochę sobie „odpuszcza”, przez chwilę kontaktuje się ze „słabszą” częścią siebie? To, że nie pozwala się sobą zaopiekować, może wynikać z systemu przekonań wyniesionych z domu rodzinnego. Trzeba odkryć, co dla niej oznacza bycie słabą, dlaczego zawsze musi być samodzielna?

Elżbieta Sanigórska: Choroby dają nam okazję i szansę doświadczenia tego, że częścią życia jest również słabość. Bycie w prawdziwej relacji z samym sobą to odkrywanie wszystkiego, na co do tej pory się nie godziliśmy, czemu w sobie zaprzeczaliśmy. W Iwonie rozwinęło się jedynie to, co silne, dzielne, niezależne, zaradne, czyli zgodne z rodzinnym przekazem. Choroba to sygnał, że czegoś jej w życiu brakuje. Może pozwolenia sobie na słabość albo zaufania do świata i obalenia mitu, że tylko sama może się sobą zaopiekować.

Teresa Raczkowska: Iwona wypełnia rodzinny przekaz, który można by sformułować następująco: ,,Musisz sama sobie radzić”. Starsi rodzice w ten sposób przekazali jej kiedyś swój lęk o byt córki, a ona nadal trzyma się tego przesłania jako głównej zasady życiowej. Warto sprawdzić, jaką cenę płaci za ciągłe bycie silną i niezależną? Może stale żyje w stresie, napięciu, bo stara się osiągnąć coś ponad prawdziwe możliwości własnego organizmu? Jej ciało woła w chorobie: ,,Zajmij się mną!”. Iwona powinna go posłuchać, pójść za różnymi jego impulsami, zrozumieć, co naprawdę chce jej przekazać.

Jeśli ktoś w przeszłości odwrócił naszą uwagę od własnych potrzeb, pragnień, prawdziwej tożsamości, to dziś nie jesteśmy w stanie doświadczyć siebie w pełni albo zniekształcamy swój obraz, minimalizując własne potrzeby i ignorując sygnały płynące z ciała.

Zawsze inni liczą się od nas bardziej. I właśnie zmiana tego przekonania jest najważniejsza w pracy z Iwoną. Zaproponowałabym wyjść od pytania: „Co mogłoby się stać, gdyby pozwoliła sobie na otwarcie na siebie i pomoc innych?”. W chorobie każdy potrzebuje troski i opieki, nie musimy być samowystarczalni w stu procentach.

  1. Psychologia

Ratujmy chłopców! Różnią się od dziewczynek na każdym etapie rozwoju, wymagają odpowiedniej troski

Zapewnijmy synowi dużo przestrzeni na ruch i ćwiczenia, najlepiej na świeżym powietrzu. Chłopiec musi dać upust energii, będzie mógł potem lepiej się skupić na zajęciach „stolikowych”. (Fot. Getty Images)
Zapewnijmy synowi dużo przestrzeni na ruch i ćwiczenia, najlepiej na świeżym powietrzu. Chłopiec musi dać upust energii, będzie mógł potem lepiej się skupić na zajęciach „stolikowych”. (Fot. Getty Images)
Syn ma być grzeczny i miły jak dziewczynka. A chłopcy nie będą jak dziewczynki, choć przez lata utrzymywano, że są tacy sami. Najwyższa pora, żeby ich zrozumieć i im pomóc. Bo w ten sposób pomagamy także ich przyszłym żonom, dzieciom i – nie bójmy się patosu - światu, który będą tworzyć

Obrazek z pierwszego lepszego przedszkola: Dziewczynki bawią się razem, słuchają poleceń pani, chłopcy natomiast krzyczą, biegają, biją się, dokuczają koleżankom. W szkole podstawowej podobnie - chłopcy rozrabiają, trudno im wysiedzieć na lekcji, gorzej czytają, niestarannie piszą, porozumiewają się jednowyrazowymi „co, no, nie”. W szkole średniej mniej niż ich koleżanki są zaangażowani w dyskusje, życie szkolne, poza oczywiście sportem. Udają, że na niczym im nie zależy, że bycie błaznem jest cool. Nie mają pojęcia, co zrobić, żeby polubiły ich dziewczyny. Jedni stają się nieśmiali, wycofani, inni – agresywni, niekulturalni, a nawet wulgarni. Statystyki pokazują, że nastoletni chłopcy są trzykrotnie bardziej narażeni na śmierć w wyniku wypadków, bójek i samobójstw niż ich rówieśniczki.

Wgrać męskie oprogramowanie

To oczywiście obrazki mocno upraszczające. Bywają bowiem mali chłopcy grzecznie bawiący się w przedszkolu, bywają zdyscyplinowani, świetnie się wysławiający, zaangażowani w życie szkoły i dobrze radzący sobie w kontaktach z dziewczynami nastolatkowie. O zdecydowanej większości dzieciach płci męskiej mówi się jednak, że sprawiają różne kłopoty: wychowawcze, z nauką, z dyscypliną, z bezpieczeństwem.

Sama mam dwóch synów i doskonale pamiętam ten strach na wywiadówkach w szkole starszego syna (młodszy chodził do bardzo dobrej, niepublicznej), co też tym razem usłyszę od nauczycieli. Siadałam w ostatniej ławce, razem z innymi rodzicami chłopców. Rodzice córek siadali w pierwszych rzędach. Scenariusz tych zebrań zawsze był podobny – zaczynało się od wyliczania przewin chłopców i wzywania na rozmowy ich rodziców. Główny zarzut? Że chłopcy nie zachowują się jak dziewczynki. I w sumie nic dziwnego, bo przez wiele lat wmawiano nam, że chłopcy i dziewczynki niczym, poza płcią, się nie różnią. Stąd egzekwowanie od wszystkich dzieci takiego samego zachowania. Ale gdy chłopiec, nie daj boże, zapłakał, przyznał, że się boi albo wstydzi, to dopiero były kpiny i śmiechy. Żądania wobec chłopców były więc sprzeczne - mieli zachowywać się jak dziewczynki, a jednocześnie nie wolno było im ujawniać „dziewczyńskich” emocji.   

Nowe badania naukowe pokazują to, co zresztą od lat zauważało wielu rodziców, że chłopcy są inni, i to na każdym etapie rozwoju. Nie gorsi, ani lepsi, tylko inni. Różnice widać już w pierwszym etapie – od narodzin do szóstego roku życia. Niemowlęta płci męskiej (w większości) słabiej reagują na twarze, mają mniej rozwinięty zmysł dotyku, później raczkują. Kiedy zaczynają chodzić (też na ogół później niż dziewczynki) są bardziej ruchliwi, chętniej biorą do rąk nowe przedmioty, budują z klocków wysokie wieże (dziewczynki na ogół niższe). W wieku przedszkolnym trudniej niż ich rówieśniczki nawiązują nowe kontakty, mają słabszą motorykę.

A jak traktują ich rodzice? Z badań wynika, że o wiele rzadziej przytulają, częściej natomiast ich karcą. Te same badania pokazują, że mali chłopcy są bardziej niż dziewczynki podatni na lęki związane z rozstaniem z rodzicami, czują się wtedy porzuceni, zamykają się w sobie. Psychologowie badający naturę chłopców apelują, aby – jeśli to możliwe – nie posyłać ich do żłobków przed ukończeniem trzeciego roku życia. Może to bowiem źle wpłynąć na ich rozwój: rodzić nerwowość, agresję lub emocjonalne wycofanie.

Następny etap – od szóstego do trzynastego roku życia – zaczyna się od radykalnej wolty syna. O ile wcześniej matka była tą najważniejszą osobą w jego życiu, o tyle teraz syn chce przebywać z tatą (ojczymem, dziadkiem, wujkiem), naśladować go, uczyć się od niego. Tak jakby chciał „wgrać” sobie męskie oprogramowanie. Dziewczynki na tym etapie aż takiej zmiany nie dokonują. Jeśli tata nie interesuje się synem, chłopiec zrobi wszystko, żeby zwrócić na siebie jego uwagę – może stać się agresywny, a nawet moczyć się i chorować.

Uwaga: testosteron!

W niektórych kulturach (plemię Lakota) wzmacnia się kontakt synów z ojcami separując ich na jakiś czas od matki, w innych wysyła chłopców do szkół z internatem. A wszystko po to, aby „zmężnieli”. Według wielu psychologów takie postępowanie nie jest mądre. Chłopcy powinni wiedzieć, że mogą liczyć na oboje rodziców. Optymalna sytuacja to być nadal blisko mamy i mieć do tego bliskość taty. Niektórzy ojcowie zarzucają matkom kurczowe trzymanie synów przy sobie. Psychologowie ripostują: zamiast cierpkich słów pod adresem matek, powinniście bardziej się zaangażować. Bo powodem chowania się syna pod skrzydła mamy może być to, że go nadmiernie krytykujecie i stawiacie mu zbyt duże wymagania.

Etap od czternastu lat do dorosłości to prawdziwa jazda bez trzymanki. Zarówno dla dziewcząt, jak i chłopców. Zasadnicza różnica polega na rodzaju hormonów, które rządzą młodymi ludźmi: dziewczynkami władają estrogeny, a chłopcami testosteron (choć obie płcie są wyposażone w obydwa hormony, tylko w innych proporcjach). Bywa, że niektóre dziewczynki przejawiają więcej  „testosteronowych” zachowań (i te są przebojowymi przywódczyniami), a część chłopców – więcej „estrogenowych” (ci sprawdzają się w budowaniu relacji, mediacjach). Ale ogólny schemat sprawdza się w przypadku większości młodych ludzi. To etap gwałtownych zmian, za które odpowiedzialny jest właśnie testosteron. U czternastolatka wzrasta prawie o 800 procent! Testosteron powoduje szybki wzrost, przyrost tkanki mięśniowej, a ograniczenie tłuszczowej, rozwój jednej części mózgu, a spowolnienie innej,  hałaśliwe zachowanie, brawurowość, skłonność do ryzyka.

Chłopcy po 14. roku życia hormonalnie i fizycznie są gotowi do dorosłego życia, natomiast psychicznie – wcale. W dodatku rodzice i nauczyciele traktują ich nadal jak dzieci. A im potrzebne są nowe bodźce, coś, co ich zafascynuje, nakłoni do twórczego życia, pozwoli się sprawdzić. Większość problemów, które zdarzają się młodym ludziom (ryzykanctwo, nałogi, przestępstwa) bierze się stąd, że młodych ludzi, dopingowanych testosteronem, rozsadza energia, a my dorośli nie robimy nic, aby skierować ją na bezpieczne tory.

Chłopcy lubią porządek i jasne reguły

Co zatem możemy zrobić jako rodzice nastolatka? Po pierwsze – stworzyć wokół syna coś w rodzaju  społecznej sieci bezpieczeństwa. Bo młody chłopiec nie jest gotowy, aby tak po prostu, bez przewodnika, wejść w życie. My rodzice mamy małe szanse pełnić taką rolę, bo to czas kontestowania przez syna naszego autorytetu. Nie możemy też zdać się na mądrość jego rówieśników. Pozostają inni dorośli – trenerzy, mentorzy, wujowie, nasi przyjaciele. Ich rolą jest dopilnowanie, aby błędy, których popełnianie w tym wieku jest nieuniknione, nie okazały się tragiczne w skutkach. My z kolei możemy stać się przewodnikami dla synów naszych przyjaciół.

Po drugie – powinniśmy umiejętnie wprowadzić w życie chłopców jasne zasady i porządek. W grupie przypominają oni czasem hordę z piekła rodem - przepychają się, biją, ale tak naprawdę w każdej chaotycznej sytuacji czują się niepewnie. Zachowują się tak dlatego, żeby ukryć strach. Jeśli więc znajdzie się mądry przywódca, ktoś, kto w sposób życzliwy i sprawiedliwy rozsądzi spory, wprowadzi zasady – chłopcy się odprężają i uspokajają. Psychologowie zauważają, że reakcje na niepewne, chaotyczne sytuacje to jedna z podstawowych różnic między płciami. Dziewczynki raczej zamykają się wtedy w sobie i siedzą cicho. Chłopcy natomiast przepychają się, hałasują.

Nie załamujmy rąk nad zachowaniem synów, nie krytykujmy ich, nie łammy. Postarajmy się zrozumieć ich zachowania wynikające przecież nie ze złej woli, tylko z ich natury. No i pomóżmy im zrozumieć siebie samych.

„Obsługa” syna wcale nie jest jakoś szczególnie trudna. Wystarczy nasza wiedza na temat jego rozwoju i kilka prostych instrukcji: Okazujmy mu jak najwięcej miłości, podobnie, jak robimy to wobec córek. Pamiętajmy, że  chłopcy źle znoszą rozłąkę z rodzicami. Może więc zastanówmy się zanim oddamy syna do żłobka przed trzecim rokiem życia.

Nie reagujmy krzykiem na jego krzyki, bo to tylko utrwala takie zachowanie. Starajmy się spokojnie, ale stanowczo wszystko tłumaczyć. Nigdy nie straszmy, nie groźmy, nie stosujmy przemocy. Dobry przykład, spokój i konsekwencja to jest to, czego potrzebuje syn (córka zresztą także).

Uczmy go porządku, systematyczności, czyli na przykład, że należy planować, dzielić większe zadania na mniejsze. Chłopcy dobrze czują się w uporządkowanym, przewidywalnym świecie, dlatego trzymajmy się ustalonych reguł, porządku dnia, stałych pór posiłków i zajęć (zmiany oczywiście trzeba wprowadzać, ale regułą ma być przewidywalność).

Zapewnijmy synowi dużo przestrzeni na ruch i ćwiczenia, najlepiej na świeżym powietrzu. Chłopiec musi dać upust energii, będzie mógł potem lepiej się skupić na zajęciach „stolikowych”. Ponieważ chłopcy w wieku przedszkolnym rozwijają się na ogół wolniej niż dziewczynki, warto zastanowić się nad opóźnieniem posłania syna do pierwszej klasy. Wiadomo także, że chłopcy mają większe niż dziewczynki problemy z mówieniem, wysławianiem się. Dlatego powinniśmy im dużo czytać, opowiadać, dużo z nimi rozmawiać, szczególnie między pierwszym, a ósmym rokiem życia. Dobrze jest też jak najwcześniej rozmawiać z nimi o możliwościach wyboru, sposobach rozwiązywania problemów, o tym, jak postępować w trudnych sytuacjach, jak mówić „nie”. A także o uczuciach, emocjach. Uczmy ich nazywania stanów, jakie przeżywają, mówmy na przykład: O, widzę, że teraz jesteś zły, a teraz radosny. Określajmy także swoje stany: uwaga, jestem wściekła.

Pomagając synowi w rozeznaniu  swoich uczuć i emocji, pomagając mu zrozumieć siebie i sobą kierować, tak naprawdę pomagamy jego koleżankom, przyszłej kobiecie, jego dzieciom, światu.

Korzystałam z książek Steve’a Biddulpha: „Wychowanie chłopców”, „Sekrety szczęśliwego dzieciństwa”, „Jeszcze więcej sekretów szczęśliwego dzieciństwa” (wszystkie wydane przez REBIS)

Co trzeba wiedzieć o synach?
  • Jako niemowlęta i małe dzieci przeżywają lęki z powodu rozstania z rodzicami.
  • Kłótliwość, agresywność (zwłaszcza około 14. roku życia) to sprawka skoków poziomu testosteronu, a nie tylko charakteru.
  • Ich mózg rozwija się wolniej niż dziewczynek, co może wpływać na opóźnioną dojrzałość szkolną.
  • Mają mniej połączeń między półkulą mózgu odpowiedzialną za język a tą, która odpowiada za uczucia.
  • Potrzebują wyraźnych zasad i świadomości, kto nimi kieruje.
  • Mają skłonność do działania, zanim pomyślą.

  1. Psychologia

Dzieciństwo - co zrobić z tym bagażem?

Istnieje silny związek między dziecięcymi doświadczeniami a późniejszym zachowaniem lub skłonnościami. (Fot. iStock)
Istnieje silny związek między dziecięcymi doświadczeniami a późniejszym zachowaniem lub skłonnościami. (Fot. iStock)
Na to, kim jesteśmy, ma wpływ wiele czynników. Geny, wychowanie, środowisko, w jakim się obracamy. Dzieciństwo to nasz bagaż, my go niesiemy. – sami decydujemy, co z nim zrobimy – mówi psycholog Paweł Droździak w rozmowie z Renatą Mazurowską.

Na to, kim jesteśmy, ma wpływ wiele czynników. Geny, wychowanie, środowisko, w jakim się obracamy. Dzieciństwo to nasz bagaż, my go niesiemy i sami decydujemy, co z nim zrobimy – mówi psycholog Paweł Droździak. 

Wiele razy słyszałam, że rodzice mogą nas „urządzić na całe życie”. Dzieciństwo rzeczywiście determinuje nasz los?
Słyszała pani o Gavinie de Beckerze? Matka tego człowieka była okrutną, niezrównoważoną psychicznie osobą. Stosowała wobec niego brutalną, skrajną przemoc i wielokrotnie musiał uciekać z domu, by ratować życie. Całe jego dzieciństwo upłynęło na przewidywaniu, jaki dzisiaj mama będzie miała humor i jak zareaguje. Wiele osób po takich przejściach nie dałoby rady przetrwać w dorosłym życiu. On miał jednak w sobie ogromną siłę… Trudno powiedzieć, skąd ją czerpał – od innych osób w bliskim otoczeniu, ze środowiska, a może z siebie? Faktem jest, że doświadczenie dzieciństwa zmieniło jego życie, ale inaczej, niżby można się spodziewać. Stworzył potężną firmę analityczną, zajmującą się ocenianiem zagrożenia. Przewiduje, na ile prawdopodobny jest na przykład atak terrorystyczny, zemsta pracownika wyrzuconego ze stanowiska, zniszczenie mienia itd. Nie wiem, czy ma harmonijne relacje z bliskimi, być może jego adaptacja sprawdza się tylko w sferze zawodowej, to, co wiadomo na pewno: zrobił, co umiał, by sobie poradzić z traumą i w jakiejś części na pewno mu się to udało.

Czy jest taka zależność, że jeśli komuś w dzieciństwie brakowało poczucia bezpieczeństwa, to będzie za wszelką cenę dążył do stabilizacji i unikał konfliktów?
Istnieje silny związek między dziecięcymi doświadczeniami a późniejszym zachowaniem lub skłonnościami, ale nie jest to żaden stały wzór, który by to opisywał i dawał pewność przewidywania przyszłości. Ten związek między „kiedyś” a „teraz” możemy odkrywać jedynie wstecz. Nie da się tego przewidzieć w przód, na przykład stosując zasadę „dajmy dziecku spokojne dzieciństwo, to pewnie będzie skakać na bungee” albo na odwrót: „dajmy mu od początku w kość, to się utwardzi i zacznie skakać na bungee”. Jedno i drugie myślenie jest równie zawodne. W życiu nie ma tak prosto.

Fakt – z tzw. dobrego domu może wyjść zarówno profesor, jak i narkoman. Podobnie z domu złego – ktoś, kto będzie krzywdził, tak jak sam był krzywdzony, albo przeciwnie – człowiek szczególnie na krzywdę wrażliwy…
Skoro już poruszyliśmy temat ekstremalnych doświadczeń, to może weźmy jako przykład boks. Patrząc wstecz, ktoś może na przykład powiedzieć: „Nie chcę trenować boksu, bo jak widzę tych facetów, to mi się przypomina, jak ojciec bił matkę. Nie wejdę na salę bokserską, bo mnie odrzuca. Po moich doświadczeniach to nie jest dla mnie”. Związek jest ewidentny i osoba sama go rozpoznaje. Ale ktoś inny może powiedzieć: „Pamiętam doskonale, jak ojciec bił matkę. Widzę to co noc w snach. Zapisałem się na boks, żeby ją obronić i któregoś dnia to się stało. Teraz sam mam studio sztuk walki, zarabiam nieźle, więc można powiedzieć, że spieniężyłem największą traumę swojego życia”. W obu przypadkach związek między stosunkiem do boksu a traumatycznym doświadczeniem z dzieciństwa jest jasny, bezdyskusyjny, ale konia z rzędem temu, kto, patrząc w przód, go przewidzi i powie, w którą stronę to pójdzie. Czemu tak jest? Z kilku powodów.

Po pierwsze, każde zdarzenie jest osadzone w całej masie innych czynników w rodzinie i one działają razem. Po drugie, dochodzi dziedziczność, wrażliwość układu nerwowego, inteligencja, sprawność fizyczna, wreszcie: wpływ środowiska. Może ktoś miał kiepską sytuację w domu, ale trafił w szkole na fajnego trenera boksu, który stał się takim „lepszym ojcem”, a może na wuefistę, który jak zobaczył chłopaka, co się trzyma trochę z boku, to postanowił sobie przy klasie na nim poużywać… W każdym z przypadków stosunek chłopca do sportu zmieni się o sto procent, choć układ rodzinny będzie ten sam. Wszystko się liczy. Wreszcie najważniejsze – liczymy się my sami. Uwarunkowania to otrzymany bagaż, ale to my go niesiemy. My decydujemy, co z nim zrobimy.

A co z dorosłymi, którzy jako dzieci musieli być odpowiedzialni? Mogą po latach choć trochę odzyskać dzieciństwo?
Doświadczeń, zarówno tych dobrych, jak i złych, nie da się usunąć, wymazać gumką. Można natomiast zrobić coś innego. Wrócić do tego dawnego doświadczenia i przeżyć wywoływane nim uczucia, nazwać je. Podam taki przykład: rodzice wysyłają dziecko na weekend do babci, a w tym czasie oddają komuś jego psa. Dzieciak wraca, psa nie ma. Ale kiedy zaczyna reagować, rodzic ucina: „Dość histerii, bo jeszcze chomika oddamy”. Co robi dziecko? Blokuje reakcję, ta zostaje uśpiona na resztę życia i wychodzi na jaw w postaci niezrozumiałych dla niego i dla otoczenia emocji, które pojawiają się przy różnych okazjach nie do końca adekwatnie. Nie wiadomo skąd. Ktoś mógłby powiedzieć: „Energia podąża za uwagą, więc skieruj uwagę na teraźniejszość i sprawa zniknie”. Albo: „Zastosuj radykalne wybaczanie, zrozum, że rodzice tak musieli”. To są wszystko bujdy na resorach. Emocje wracają, bo sprawa jest niezałatwiona i będą wracać, póki załatwiona nie zostanie. Przynajmniej wewnętrznie. Kiedy ktoś wypłacze wszystkie łzy, zaklnie: „K…, jak oni mogli mi to zrobić”, przeżyje wściekłość, rozżalenie – to dopiero wtedy świat wróci na swoje miejsce. Nadal nie jest super, ale przynajmniej odzyskuje się jakieś poczucie rzeczywistości.

Kłopot w tym, że najczęściej nie chodzi o pojedyncze zdarzenie, ale o cały styl. Styl traktowania dziecka w rodzinie. Pojedyncze doświadczenia są jedynie przykładami tego stylu, ale człowiek nasiąka nim przez lata i trudno się tego pozbyć. To długi proces. Nazywania, analizowania tego, w czym się wyrosło, z perspektywy wiedzy dorosłej osoby, uzyskiwania swojej dorosłej opinii o tym wszystkim i wreszcie takiego jakby samowychowania. Uczenia się innych reakcji, innych możliwości. Tego, że wcale nie muszę zachowywać się tak, jak mnie nauczono w domu. Że są dostępne inne sposoby życia i można znajdować w nich przyjemność.

Czyli nauczyć się nowych reakcji?
Tak. Najpierw musimy nazwać i przeżyć to, co się stało, a potem poszukać nowych reakcji w powiązaniu z tym, co się odkryło. Dopiero dzięki temu mogę zrozumieć, co źle teraz robię i spróbować czegoś innego, co mógłbym robić zamiast.

Czy możliwe jest dorastanie bez bólu, bez porażek, bez łez?
Chyba nie. W życiu zawsze jest jakiś element rozczarowania, niepewności, klęski albo braku. Powiedziałbym, że mądre wychowanie polega na tym, żeby nazywać rzeczy po imieniu. Adekwatna reakcja emocjonalna na to, co dziecko przeżywa, to jest po prostu taka reakcja, która logicznie pasuje do tego przeżycia. To nie znaczy, że rodzic ma być np. zawsze łagodny albo zawsze wyrozumiały. Weźmy przykład: dziecko jest smutne, bo miało urodziny, ale zaproszone dzieci w większości nie przyszły. To bardzo trudna sytuacja i dziecko siedzi osowiałe. Podchodzi babcia: „Chora jesteś?”. No i bach, parzy dziecku herbatkę i kładzie do łóżka. W sumie jest troskliwa, ale nie odnosi się do rzeczywistości. Tłumaczy treść emocjonalną na język medyczny, bo z tym jej łatwiej się uporać. Jest łagodna, ale szkodzi dziecku, mimo że nie wywołuje łez. A gdyby zamiast tego babcia nazwała rzeczy po imieniu? „To barany przeklęte, nie przyszły” – nawet jeśli taka babcia okaże się do tego stopnia szalona, że wścieknie się i czymś rzuci w reakcji na tę sytuację, to będzie to mniej szkodliwe niż opcja z tabletką. Dlaczego? Bo mimo że to jest niedojrzała i przerażająca reakcja i nie wspiera dziecka w żaden sposób, to przynajmniej jakoś logicznie pasuje do sytuacji i nie zakłamuje jej. Oczywiście najlepsza byłaby reakcja wprost wspierająca na zasadzie: „Dlaczego jest ci smutno? Może jakoś wspólnie uda nam się ciebie rozweselić”, ale jeśli jej nie ma, to dobrze by było, żeby przynajmniej nie wprowadzać emocjonalnej dezorientacji.

Na to, jacy jesteśmy, ma wpływ nie tylko to, jacy byli czy są nasi rodzice, ale też fakt, czy w ogóle byli obecni w naszym życiu. A jeśli w dzieciństwie zabrakło matki czy ojca?
Coraz więcej jest rodzin nietypowych. Dzieci wychowują: samotny ojciec, samotna matka, dziadkowie, para jednej płci… Załóżmy, że dziewczynka wychowuje się bez matki. Ma kolegów, koleżanki, chłopaka, kończy studia, znajduje dobrą pracę. Wszystko jest OK. Kłopot może się pojawić, kiedy ona postanowi założyć rodzinę. Bo to uruchamia temat bycia matką, tego, kim jest matka, jaka jest jej rola… Może pojawić się trudność w odtworzeniu tego kulturowego wzorca, bo go nie zna. Świetnie radzi sobie w innych układach, ale ten jest dla niej problemowy. Albo wychowuje się bez ojca. Jest fajna i sympatyczna, realizuje się w pracy… Ale może – podkreślam: może, nie musi – napotkać na trudności w momencie, kiedy próbuje stworzyć stały związek z mężczyzną. Nie jest w stanie zreprodukować wzorca kulturowego pt. „stały związek”, bo jej tego nie nauczono.

Niektórzy ludzie przeżywają szczęśliwie całe życie po prostu dzięki temu, że nawet nie podchodzą do prób zrealizowania wzorców kulturowych, których nie mieli w dzieciństwie. Na przykład ktoś wychował się bez rodziców i po prostu nie zakłada rodziny. Odnosi sukcesy zawodowe, miewa przelotne związki, przyjaźnie i radzi sobie doskonale. Po prostu nie wchodzi w takie sfery, w których brak mu treningu i których nie wyczuwa. Ale, podkreślam, to nie jest tak, że jak ktoś wychował się bez rodziców, to nie może założyć własnej rodziny. Oczywiście, że może. Tyle że może mu być trudniej, bo to, co inni odtwarzają bez zastanowienia, on musi trochę zgadywać.

  1. Zwierciadło

Zdrowe, orzeźwiające wody smakowe, które podnoszą poziom energii – nie tylko na piknik

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki
5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Pysznie i energetycznie to dwa słowa, którymi z powodzeniem można opisać każdą z moich wiosennych wód. Od ciebie zależy, którą wybierzesz, a i tak każdy wybór będzie właściwy.

Składniki:

  • grejpfrut (1 sztuka mała - 220g)
  • cynamon (laska)
  • rozmaryn (2 gałązki)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Grejpfruta nie obieramy, jedynie szorujemy porządnie szczoteczką pod bieżącą wodą. Pokrojonego w plastry wrzucamy do dzbanka. Dodajemy gałązki rozmarynu i laskę cynamonu. Całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Pozgniatamy wszystkie składniki drewnianą łyżką i dokładnie mieszamy. Po dziesięciu minutach woda smakowa jest już gotowa.

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki 'Zdrowe wody')5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")

Składniki:

  • cytryna (1 sztuka duża - 130g)
  • mięta cytrynowa (11 świeżych listków)
  • pokrzywa (11 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Cytryna chociaż wcale nie jest liderem wśród cytrusów pod względem zawartości witaminy C, to bogata jest w witaminy z grupy B, potas, wapń, o czym nie każdy wie. Oczywiście dzięki zawartej w niej witaminie C moja orzeźwiająca woda smakowa ma moc energetyzującą, natomiast dzięki witaminom z grupy B, takim jak B3, czyli niacynie i witaminie B6, czyli pirydoksynie, usprawnia pracę układu nerwowego i wzmacnia układ immunologiczny. Zalecam celebrowanie święta cytryny nie tylko pod koniec zimy w miasteczku Mentona, ale dużo, dużo częściej.

Składniki:

  • kawa (2 łyżeczki mielonych ziaren)
  • grejpfrut (1/3 sztuki - 90g)
  • limonka (1 sztuka - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Kawa znalazła się w mojej wodzie smakowej nie tylko ze względu na zawartość kofeiny. Oczywiście jej właściwości pobudzające są najbardziej znane, co nie oznacza, że kawa nie może się też pochwalić innymi. Pozwólcie, że wymienię niektóre jeszcze przed wypiciem mojej wody smakowej: poprawia perystaltykę jelit, wzmacnia pamięć, przyspiesza metabolizm. Nie wymieniając dodatkowo zalet grejpfruta, limonki i mięty, czyli reszty składników mojej mieszanki, zapewniam, że jest to woda smakowa bardzo zdrowa.

Składniki:

  • zielona herbata (2 łyżeczki suszu)
  • pomarańcza (1/2 małej sztuki - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Do dzbanka wsypujemy zieloną herbatę i zalewamy średniozmineralizowaną wodą o temperaturze 80 stopni. Czekamy, aż napar wystygnie i dodajemy listki mięty i plastry pomarańczy. Mieszamy całość drewnianą łyżką, rozgniatając plastry pomarańczy, a po chwili woda smakowa jest już gotowa.

Składniki:

  • czarny bez (2 łyżki soku z owoców)
  • ogórek gruntowy (3 sztuki - 90g)
  • mięta zwyczajna (6 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Ogórki myjemy pod bieżącą wodą i kroimy je w plastry, nie obierając ze skórki. Pokrojone warzywa wrzucamy do dzbanka i wlewamy dwie łyżki stołowe bezcukrowego, ekologicznego soku z czarnego bzu. Dodajemy listki mięty i całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Mieszamy składniki drewnianą łyżką. Woda smakowa jest gotowa po 10 minutach od zamieszania.

Zdjęcia z książki „Zdrowe wody. Pyszne wody smakowe i izotoniki” Anety Łańcuchowskiej-Jeziorowskiej. Więcej przepisów na wody na każdą porę roku znajdziecie w książce dostępnej w naszym sklepie internetowym.

  1. Zwierciadło

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas.
Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła?
Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka?
Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność?
Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką?
Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana?
Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi?
Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową.
Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej?
Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie?
To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała?
Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz?
Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu?
Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie?
Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza.
Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi?
Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia.
Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim?
Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu?
Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”?
Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda.
Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne?
Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę?
Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi?
Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata?
Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.