1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Czy warto zmuszać dziecko do ręcznego pisania ?

Czy warto zmuszać dziecko do ręcznego pisania ?

fot. iStock
fot. iStock
Asia pisze najgorzej z całej klasy. Nienawidzi ćwiczeń, nie znosi babci, która ją do nich zmusza. Czy warto więc na siłę uczyć ją pisać ręcznie? Po co współczesnym dzieciom ta umiejętność? Czym zastąpić żmudne ćwiczenia i poprawić motorykę rąk? Na pytania Matki Na Ostatnich Nogach – odpowiada Ewa Nowak.

Wesoła rączka

Wychowuję Asię tylko z pomocą mojej mamy, ja odprowadzam córkę do szkoły, a mama ją przyprowadza. Problemy zaczęły się, gdy we wrześniu mama poszła z Asią na konsultacje do poradni, bo okazało się, że Asia pisze najwolniej i najgorzej z całej klasy. Moja mama była nauczycielką nauczania początkowego. Ja umiałam czytać i pięknie pisałam już jako czterolatka, dlatego mama cały czas robi mi wyrzuty, że za mało z Asią pracuję, za mało ją cisnę. Wymaga, żeby Asia ćwiczyła całe popołudnie. Czasami siedzą nad pisaniem cztery godziny. Asia płacze i prosi, żeby babcia jej nie odbierała ze szkoły. Nauczycielka i pedagog w poradni uważają, że Asia rzeczywiście ma bardzo słabą motorykę ręki i musi ćwiczyć, czego córka w ogóle już nie chce robić. Obie z moją mamą kłócą się przez cały czas. Gdy wracam do domu, są na siebie ciężko obrażone i każda mi opowiada, jaka ta druga była okropna. Co mam zrobić, żeby córka ćwiczyła to pisanie? Jak ją do tego przekonać? Czy w ogóle jest wyjście z tej sytuacji?

Matka Na Ostatnich Nogach

Nie tylko Asia, ale wiele współczesnych dzieci nie widzi żadnego sensu w nauce pisania ręcznego. W wieku 9 lat piszą już sprawnie, ale na klawiaturze. Istotnie, nie warto też porównywać pokolenia Asi do pokolenia jej mamy. My widzieliśmy głęboki sens w starannym pisaniu, bo było ono umiejętnością ważną i niezastępowalną, ale w dobie komputerów dzieci mają prawo tego nie rozumieć. A Asia, żeby chciała coś chętnie robić, jak każdy człowiek, musi zobaczyć sens w takim działaniu. Ponieważ poza szkołą dzieci coraz rzadziej używają umiejętności pisania ręką, warto zamiast ćwiczeń, stawiać Asi inspirujące zadania związane z pisaniem.

Trzeba jej powiedzieć: „Kochanie, ja i babcia bardzo cię przepraszamy, że tak cię męczyłyśmy pisaniem. Koniec z tym! Przez miesiąc nie będziesz robić żadnych ćwiczeń, w zamian codziennie napisz do mnie na jakiejś fajnej karteczce jedno zdanie”.

I proszę robić tak: każdego dnia pisać na karteczce liścik do Asi. Ponieważ dziecko nie będzie wiedziało, co właściwie ma napisać, proszę codziennie zadać jej jakieś konkretne opisowe pytanie: „Asieńko! Co teraz widzisz przez okno? Co robiliście na trzeciej lekcji? W co dziś ubrana jest babcia? Kim zostaniesz, gdy będziesz dorosła? Gdybyś miała smoka, to jak by on wyglądał?”.

Druga kwestia: babcia nauczycielka, jak nietrudno się domyślić, to specyficzny rodzaj babci. Nauczycielem zostaje się do końca życia, a jeśli chodzi o własne wnuki, to potrzeba wykorzystywania na nich wszystkich swoich umiejętności zawodowych jest jeszcze silniejsza niż była w stosunku do własnych dzieci. Babcia ma teraz więcej czasu. Asia i jej „problem” stały się całym światem Pani mamy i to trzeba zmienić – dla dobra relacji babci z wnuczką. Babcia nie powinna być dla Asi korepetytorem, bo to z pewnością wpłynie destrukcyjnie na ich kontakty. Lepiej zapłacić innej nauczycielce, żeby dwa razy w tygodniu wpadała na godzinę, niż żeby pisanie z Asią trenowała babcia. Ponieważ Pani mama na pewno źle się z tym poczuje, warto wyłożyć karty na stół. Kiedy są razem, mają robić inne, nieedukacyjne rzeczy. Być może to się nie uda. Być może babcia tak się obrazi, że trzeba będzie zabezpieczyć opiekę Asi przez inną osobę. Trudno. Jeśli babcia i wnuczka będą nadal funkcjonować na dotychczasowych zasadach, trwale się znienawidzą.

Zabawa to podstawowa forma aktywności dziewięciolatki, dlatego trzeba zamienić w nią ćwiczenia:

Wycinanki.
To, co dziecko interesuje najbardziej, to ono samo. Może warto wydrukować na zwykłym papierze kilkanaście zdjęć Asi i zachęcić, żeby zrobiła z nich kolaż? Gdy będzie to robić razem z zaproszoną na wycinanie koleżanką, nawet nie zauważy, kiedy nauczy się precyzyjnie posługiwać nożyczkami.

Wodzenie ręką po literach.
Idziecie ulicą we dwie, wygłupiacie się, stajecie obok siebie i z daleka wyprostowaną ręką wodzicie po literach na neonie, plakacie, billboardzie. Następnie to samo drugą ręką, a potem… nogą! Wkrótce Asia zapomni, że pisanie to dla niej trauma.

Siła nacisku.
Ponieważ dzieci nie mają okazji do ćwiczeń, nie umieją dostosować siły nacisku do narzędzia. Asia powinna dostać flamastry, ołówki o różnym stopniu twardości, kredki, cienkopisy, i rysować nimi.

Dziecko nauczycielem.
Asia musi cały czas kogoś słuchać, wykonywać czyjeś polecenia, bo „ma problem”. A gdyby tak to ona miała wymyślać dla mamy ćwiczenia? Wszystko by się zmieniło. Asia rysuje jakiś szalony kształt, a mama udaje, że ma problem z jego powtórzeniem. Na dodatek można zrobić mamie zdjęcie, wydrukować i powiesić na lodówce z napisem: „Mama uczy się pisać”.

Malowanie.
Warto, aby Asia uczęszczała na zajęcia z malowania. Nie chodzi o rysowanie, ale o malowanie farbami. Asia powinna dostać w prezencie bardzo cienki pędzelek (wymaga niezwykłej precyzji i doboru subtelnego nacisku ręki). Trudno się nim pracuje – i o to chodzi!

Kuchnia.
Idealny pomysł na czas spędzony z babcią? Gotowanie. Codziennie na przyjście mamy warto coś przygotować. Obrać ziemniaki obieraczką (a po roku – nożykiem), pokroić bułki, posiekać czosnek, wymieszać ręcznie ciasto na marchewkowe muffinki. A może babcia umie szyć, robić na drutach, haftować? Warto zachęcić Asię, żeby spróbowała, bo może to jej się spodoba.

Sport i taniec.
Na jakie zajęcia dodatkowe uczęszcza Asia? We współczesnym systemie edukacyjnym mamy tendencję do skupiania uwagi wyłącznie na słabościach. Zapytana „Z czym masz problem?”, Asia zapewne by powiedziała, że z pisaniem. A tymczasem warto ją pytać, w czym jest dobra. Każde dziecko potrzebuje zajęć o charakterze absolutnie nieedukacyjnym, jak judo, taniec, śpiew, grupa teatralna, pływanie. A zwłaszcza dziecko, które wymaga specjalnej uwagi. Choćby po to, żeby miało inny temat do rozmowy niż tylko swoje problemy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kuchnia

Grzyby służą zdrowiu

W grzybach znajdziemy witaminy A, C, D, PP i z grupy B, a także sole mineralne potasu, fosforu, wapnia, sodu i żelaza. (Fot. Getty Images)
W grzybach znajdziemy witaminy A, C, D, PP i z grupy B, a także sole mineralne potasu, fosforu, wapnia, sodu i żelaza. (Fot. Getty Images)
Jesień to najlepszy sezon na podstawowy składnik tradycyjnej kuchni polskiej – grzyby. Oprócz wspaniałego aromatu i smaku mają w sobie liczne właściwości odżywcze, a nawet antynowotworowe. Dlaczego jeszcze warto je jeść?

Wartość odżywcza grzybów jest zróżnicowana i zależna od gatunku czy pochodzenia. Zawarte są w nich witaminy A, C, D, PP i z grupy B, a także sole mineralne potasu, fosforu, wapnia, sodu i żelaza. Ponadto, dzięki dużej zawartości wody (80-90 proc.) oraz błonnika, przyrządzone z nich potrawy polecane są osobom walczącym z nadwagą.

Najbardziej wartościowe gatunki

Polskie lasy słyną z bogactwa wielu gatunków grzybów. Najbardziej cenione przez zbieraczy są borowiki szlachetne i pieprzniki jadalne (potocznie zwane kurkami ). Te popularne w naszej kuchni grzyby są źródłem białka, wapnia, fosforu, żelaza oraz witamin z grupy B i PP. Równie dużo wartości odżywczych mają boczniaki. Na tle innych gatunków wyróżnia je szereg właściwości leczniczych: wzmacniają naczynia krwionośne, obniżają poziom cholesterolu we krwi, a także podnoszą odporność. Najłatwiej dostępne i często wykorzystywane są grzyby hodowlane – pieczarki. Oprócz walorów smakowych, mają wysoką zawartość potasu, magnezu, selenu i sodu. W pieczarkach obecne są również witaminy z grupy B i witamina C.

Grzyby kontra rak

W składzie chemicznym boczniaka, borowika, pieczarki a także podgrzybka i grzybków Shitake czy Hiratake stwierdzono obecność betaglukanu. - Jest to substancja bioaktywna o silnych właściwościach przeciw utleniających, pobudzająca pracę układu immunologicznego. Zwiększa ona również produkcję białych ciałek krwi w szpiku kostnym i neutralizuje wolne rodniki, które są jedną z przyczyn powstawania nowotworów – mówi Joanna Zwolak, dietetyk z Centrum Nauturhouse w Lublinie. Co więcej, niektórzy naukowcy twierdzą, że zawarta w boczniaku substancja aktywna – pleuran, może zmniejszać guzy nowotworowe, natomiast przeciwutleniacz - ergotioneina, opóźnia procesy starzenia komórek oraz chroni je przed uszkodzeniem.

Gotowane, suszone czy marynowane?

A jak najlepiej przyrządzić przyniesione prosto z lasu grzyby? - Najzdrowszą metodą obróbki grzybów jest gotowanie, w czasie którego węglowodany ulegają rozkładowi na bardziej przyswajalne przez organizm cukry proste – radzi dietetyk z Naturhouse. - Ponadto sposób ten w niewielkim stopniu zmienia właściwości grzybów – dodaje. Do najpopularniejszych przetworów domowych zaliczane są marynaty grzybowe. Pomimo ich doskonałego smaku, duża zawartość kwasu octowego nie wpływa korzystnie na nasze zdrowie. Marynowanych grzybów nie powinny jeść osoby z nadkwasotą żołądka, wrzodami czy anemią. Jednym z najstarszych sposobów  jest suszenie grzybów, poddane temu procesowi zachowują w sobie dużo białka lecz zmniejsza się zawartość witaminy C.

Dla kogo grzyby nie są wskazane?

Znajdująca się w ścianach komórkowych grzybów chityna kwalifikuje je do produktów ciężkostrawnych. Ich spożywanie nie jest wskazane dla dzieci, ludzi starszych oraz cierpiący na schorzenia przewodu pokarmowego i nerek. Warto także wiedzieć, że alkohol ścina grzybowe białko, co dodatkowo obciąża żołądek i może doprowadzić do silnych bólów brzucha.

Ze względu na dobroczynne właściwości zawartych w grzybach składników, powinno się je jeść przez cały rok. Skorzystajmy zatem w pełni z sezonu grzybobrań i urozmaićmy nasze menu o ten zdrowy przysmak.

  1. Materiał partnera

Kulinarne spotkania „Dr Irena Eris Tasty Stories" na Wzgórzach Dylewskich

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Od czterech lat, każdej jesieni Hotele SPA Dr Irena Eris zapraszają w podróż po regionach, w których są położone, w poszukiwaniu „tasty stories”. Smakowitych, pełnych autentycznych emocji opowieści o lokalnej kuchni, o produktach, które trafiają na stoły hotelowych restauracji oraz o ludziach, dzięki którym można się rozsmakować w prawdziwym jedzeniu.

Poznane historie stają się inspiracją do specjalnych, pełnych atrakcji weekendów, ukazujących kulinarny świat Hoteli SPA i ich bliskich relacji z dziedzictwem kulinarnym. Są one niepowtarzalną okazją do spotkań z lokalnymi producentami i wytwórcami podczas kiermaszu najlepszych produktów, będących wizytówką regionu. Jednocześnie pozwalają na odkrywanie prawdziwych smaków, zbliżenie się do natury, czerpanie z niej, lecz z umiarem i szacunkiem dla środowiska, tego co ma najlepszego do zaoferowania.

Zeszłoroczna edycja „Tasty Stories' na Wzgórzach Dylewskich. (Fot. materiały prasowe) Zeszłoroczna edycja „Tasty Stories" na Wzgórzach Dylewskich. (Fot. materiały prasowe)

„Tasty Stories' to bogactwo lokalnych smaków. (Fot. materiały prasowe) „Tasty Stories" to bogactwo lokalnych smaków. (Fot. materiały prasowe)

Najbliższy, pełen smaków, weekend odbędzie się 23-25 października w Hotelu SPA Dr Irena Eris Wzgórza Dylewskie. Jego ukoronowanie będzie ekskluzywna kolacja, stanowiąca popis umiejętności kulinarnych szefów kuchni i będąca festiwalem najlepszych produktów lokalnych. Autorami wykwintnych dań są szefowie kuchni z Hotelu SPA Dr Irena Eris oraz zaproszeni do współpracy koledzy po fachu. W tym roku zaproszenie przyjęli znamienici szefowie młodego pokolenia Robert Trzópek z Restauracji Bez Gwiazdek oraz Sebastian Olma. Inspirując się nawzajem i odkrywając bogactwo regionów, stworzą oni wyjątkowe menu degustacyjne, w oparciu o sezonowe produkty i charakterystyczne dla danego miejsca, pochodzące z okolicznych gospodarstw i od lokalnych wytwórców.

Daniom towarzyszyć będą specjalnie dobrane do nich wina, o których podczas wieczoru opowie sommelier, przenosząc uczestników oczami wyobraźni i wyrafinowaniem kubków smakowych do świata uprawy winorośli, w pełnej harmonii z naturą i środowiskiem, które są głównym motywem tegorocznej, czwartej już, edycji Dr Irena Eris Tasty Stories.

  1. Styl Życia

Lagom - szwedzki sposób na szczęśliwe życie

Słownik szwedzko-polski określa lagom jako „umiarkowanie, wystarczający, odpowiednia ilość; właśnie tyle, ile trzeba”. (Fot. iStock)
Słownik szwedzko-polski określa lagom jako „umiarkowanie, wystarczający, odpowiednia ilość; właśnie tyle, ile trzeba”. (Fot. iStock)
Lagom, czyli skandynawski sposób na znalezienie złotego środka - umiejętność określenia, ile wystarczy nam do szczęścia i kiedy powiedzieć „dość”. To po prostu szwedzki sposób na szczęśliwe życie.

 

Słownik szwedzko-polski określa sprawę jasno: lagom to „umiarkowanie, wystarczający, odpowiednia ilość; właśnie tyle, ile trzeba”. Może się to odnosić do liczby pochłoniętych mięsnych pulpetów, temperatury kaloryfera, a także do wysokości zarobków. Kto odwiedził kiedyś naszych północnych sąsiadów, miał z pewnością okazję zauważyć, że lagom to po prostu szwedzki sposób na życie – zamiłowanie do tego, co funkcjonalne, lecz dyskretne, i organiczna wręcz niechęć do przesady. W każdej dziedzinie życia: od architektury przez modę i motoryzację po urządzanie wnętrz czy kuchnię. Brzmi znajomo? Oczywiście, wystarczy przecież zajrzeć do Ikei. Dlaczego zatem dopiero teraz ten termin zaczął robić karierę?

Od ekscesu do pokuty

Nie oszukujmy się: od kiedy umiar jest sexy? Wiele z nas uwielbia się obżerać tylko po to, żeby potem katować się detoksami; wydajemy ostatnie pieniądze na szałowe buty, żeby do końca miesiąca jeść tylko ryż; żyjemy od ekscesu do pokuty. Z tego, na szczęście, nikt nie zrobił jeszcze life­style’owego trendu, choć potencjał marketingowy byłby ogromny. Ze skandynawskich pojęć hygge (wym. huga) miało o wiele łatwiejszą drogę do kariery, bo jak nie myśleć ciepło o idei, która kojarzy się z przyjemnością, gorącą czekoladą, puszystym kocem i ogniem w kominku? Filozofia lagom nie wyklucza co prawda ani koców, ani czekolady, ale zgodnie z trendem przyjemność czerpie się właśnie z tego, że – nieco upraszczając –  koc może być wełniany, a niekoniecznie z kaszmiru, a kubek słodkiego napoju wystarczy dla dwojga. Lagom to skrót od frazy „laget om” – wokół drużyny, dla całego zespołu. Na biesiadach w czasach wikingów butlę miodu pitnego podawano z rąk do rąk i każdy pociągał z niej łyk – taki, żeby zaspokoić pragnienie, ale żeby wystarczyło również dla innych. Dbanie o dobro wspólnoty jest przecież również dbaniem o każdego z jej członków. Szwedzkie przysłowie „Lagom är bäst” znaczy dosłownie „odpowiednia ilość jest najlepsza”, ale tłumaczy się je też jako „umiar jest źródłem cnoty”.

Bez przesady

Cnota, powściągliwość, pamiętanie o potrzebach innych – czy ktoś widział coś równie trudnego do wypromowania? Szwedom nie tylko się to udało, ale zrobili z tego pomysł na życie. Pytać Szweda, co to jest lagom, to jak zapytać rybę, czym jest woda. – To droga środka. Jest jak wewnętrzny głos, który mówi ci, żeby nie budować największego domu w mieście, ale przypomina, że nie chcesz żyć w biedzie. Nie powinieneś być bezczelny, ale nie daj też z siebie zrobić popychadła – tłumaczył w brytyjskim „The Telegraph” producent muzyczny Johan Hugo. – Widać to też w naszych wartościach społecznych – przecież od pokoleń jesteśmy socjalistycznym krajem.

– Lagom to część skandynawskiej psychiki – mówi mi Bronte Aurell, autorka książki kucharskiej „The Scandi Kitchen” i właścicielka szwedzkiej restauracji w Londynie. – Umiar widać we wszystkim, co robimy. Moda nie epatuje przesadą – wystarczy spojrzeć na takie marki jak Filippa K, Acne czy sieć H&M. Szwedzki design to lekcja funkcjonalizmu bez kompromisu z estetyką. Ciekawe też, że Szwedzi, niezależnie od figury, z reguły dobrze czują się we własnej skórze, nagość jest czymś naturalnym, a botoksu stosuje się tam o wiele mniej niż w innych krajach Europy.

By żyć lepiej

Dzięki kilku czarodziejom marketingu lagom zatacza coraz szersze kręgi. Ikea i H&M od lat sprzedają lagom na cały świat, ale w Wielkiej Brytanii meblarski gigant dopiero ostatnio zainwestował w program „lagom living”. Rozdał pracownikom i klientom setki kuponów na niedrogie produkty, dzięki którym można oszczędzać wodę i energię, łatwo segregować śmieci i zdrowiej żyć. Naukowcy z Uniwersytetu Surrey monitorują powodzenie tego projektu, a w brytyjskich sklepach Ikea można się zwrócić o radę do „lagom hero”, który doradzi, które gadżety z ich oferty pomogą nam lepiej żyć.

Na Wyspach, zawsze głodnych nowych trendów, powstał też magazyn „Lagom”. Wydawany co pół roku w Bristolu przez małżeństwo, Elliota i Samanthę Stocksów, celebruje ludzi, a nie pusty image. „Interesują nas osobiste historie, które stoją za pokazywanymi przez nas produktami, i motywacje światowych twórców” – głosi ich strona internetowa. Grupa międzynarodowych autorów prezentuje w każdym numerze ciekawe wnętrza, wywiady z artystami i rzemieślnikami oraz pomysły na spędzanie czasu. Bo ten magazyn, jak tłumaczą jego założyciele, ma pokazywać, że można wieść piękne życie w prostocie i harmonii. Proszę nie ziewać – wywiad z grenlandzkim artystą rzeźbiącym w kości był naprawdę ciekawy.

Czy lagom – w sumie znajomy, ale wciąż słabo wypromowany sposób na życie – będzie trendem roku lub kilku lat? Oby. W świecie, w którym ciągle namawia się nas do konsumpcji, lagom oferuje alternatywę. Pierwszy krok to zdanie sobie sprawy z tego, że prawdziwa satysfakcja z życia nie płynie z ilości nagromadzonych dóbr. To dobre nie tylko dla psyche, ale i dla kieszeni. Drugi to wzięcie odpowiedzialności za swój wpływ na lokalną społeczność i na otaczający nas świat. Można zacząć od dbania o środowisko, ale warto na tym nie poprzestawać.

  1. Kultura

W rolach głównych... jedzenie, czyli najpiękniejsze filmy o kuchni

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Podobno nic tak nie odpręża jak gotowanie... albo dobry film. Dla fanów i jednego i drugiego, mamy coś wyjątkowego - listę najpiękniejszych i najciekawszych filmów o jedzeniu, gotowaniu i najmodniejszych restauracjach na świecie!

"Chef's Table"

Londyńska królowa kuchni, nowozelandzki szef kuchni światowej sławy, brazylijski podróżnik i jeden z lepszych kucharzy na świecie - każdy odcinek (a jest ich sporo - na Netflixie dostępnych jest już 6 sezonów serii) poświęcony jest innemu szefowi kuchni z całego świata, który przedstawia swoją historię i kuchnię, której się poświęcił. Oglądając serię "Chef's Table" możemy uczestniczyć w przygotowywaniu najpiękniejszych potraw świata przez profesjonalistów, którzy wprowadzają nas w tajniki gotowania, przyrządzania potraw i opowiadają o swojej miłości do wykonywanego zawodu. Ten serial to uczta dla oczu - przepiękne zdjęcia, świetny montaż, oglądając go aż chce się pobiec do kuchni!

"Cooked"

Jak jedzenie zmienia i kształtuje świat? Serial dokumentalny Netflixa "Cooked" poprzez osobę prowadzącego - Michaela Pollana opowiada o tym, jakie znaczenie ma to co jemy, jak jemy, z kim jemy... Każdy z czterech odcinków opiera się na jednym z żywiołów: ogniu, ziemi, wodzie i powietrzu wykorzystywanych do przekształcania produktów w wysublimowane dania. "Cooked" to też pochwała kuchni jako takiej i zachęcenie do tego, aby gotować w domu częściej i chętniej.

"Jiro śni o sushi"

Film dokumentalny o kimś, kto sztukę robienia sushi opanował do perfekcji. Jiro Ono to (wówczas) 85-letni mężczyzna, który prowadzi swoją restaurację Sukiyabashi w Tokio. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że po pierwsze - znajduje się w podziemiach biurowca, po drugie jest najmniejszą restauracją na świecie (ma tylko 6 miejsc siedzących), która... otrzymała 3 prestiżowe gwiazdki Michelin. Jiro został jednym z najsłynniejszych mistrzów sushi na świecie, a film o nim to także opowieść o wyjątkowej pasji i poświęceniu.

"Podróż na sto stóp"

Choć nie jest to film dokumentalny, a fabuła ostatecznie i tak zostaje sprowadzona do wątku miłosnego, jest to jeden z piękniejszych filmów, w którym jedną z ważniejszych ról odgrywa jedzenie. Helen Mirren wciela się tu w rolę dystyngowanej kobiety, która od lat prowadzi elegancką i odnoszącą ogromne sukcesy restaurację na południu Francji. Pewnego dnia do małego, francuskiego miasteczka przyjeżdża rodzina emigrantów z Indii, którzy otwierają własny lokal naprzeciw wykwintnej restauracji Madame Mallory, którą wyróżniono nawet gwiazdką Michelin. Smaki i zapachy Orientu mieszają się tu z bagietkami, francuskimi serami i owocami morza w przepiękny sposób.

"Julie i Julia"

Film oparty na opowiadaniu, który przenosi nas do dwóch historii - Julii Child, która napisała legendarną książkę kucharską i nauczyła miliony gotować oraz Julie Powell - niespełnionej pisarki, która postanawia wykonać wszystkie przepisy z książki swojej idolki Julii. Pasja do gotowania, przepiękne potrawy i kuchenne zmagania w jednym.

"El Bulli. Kuchnia to sztuka"

Gotowanie jako sztuka - to sformułowanie już dawno nie budzi żadnych kontrowersji. To, że obecnie jedzenie często o wiele bardziej przypomina oryginalną mini-rzeźbę lub inne dzieło sztuki nie budzi już żadnych wątpliwości. Taka też jest kuchnia szefa kuchni bardzo znanej na całym świecie hiszpańskiej restauracji - El Bulli (lokal restauracji otwarty jest jedynie sześć miesięcy w roku, aby przez kolejne sześć, grupa ekspertów pracowała nad stworzeniem nowego menu) , który zmienił gotowanie w prawdziwą sztukę.

"Szef"

Film opowiada historię niejakiego Carla Caspera, który jest szefem kuchni z ogromnymi ambicjami. Gdy Carl traci pracę, zaczyna sprzedawać kanapki kubańskie w foodtrucku, które stają się ulubionym przysmakiem na amerykańskich ulicach. "Szef" to przyjemna opowieść nie tylko o samym jedzeniu, które bez wątpienia odgrywa tu główną rolę, ale także o przezwyciężaniu niepowodzeń, wiary w siebie i ciężkiej pracy, która zawsze popłaca.

"Ramen. Smak wspomnień"

Kto nie kocha ramenu? Ta jedna z obecnie najpopularniejszych zup na świecie doczekała się swojej własnej historii opowiedzianej poprzez przygody młodego, wrażliwego kucharza, który wyrusza w kulinarną podróż. W Singapurze zaczyna coraz mocniej zagłębiać się w azjatyckie potrawy i próbuje poprzez wzorowanie się na dawnych przepisach swojej zmarłej mamy, przypomnieć sobie chwile, które razem spędzili. Spożywanie przeróżnych dań kuchni azjatyckiej będzie tu nie tylko doświadczeniem kulinarnym, ale również podróżą wgłąb relacji rodzinnych i drogą do wybaczania.

 

  1. Styl Życia

Czym jest dla nas jedzenie?

(fot. iStock)
(fot. iStock)
Historia ludzkości to w dużej mierze bardzo barwna,  czasem smakowita, a niekiedy obrzydliwa opowieść o  jedzeniu. Jaki z niej płynie morał? Że pogoń za sytością i zadowalaniem naszego podniebienia może być równie zwodnicza co obsesja na punkcie zdrowego odżywiania.

Podobno wszyscy jesteśmy zaprogramowani w ten sposób, że staramy się unikać bólu i szukamy przyjemności. Te dążenia wyjątkowo mocno dochodzą do głosu, gdy w grę wchodzi odżywianie. Posilając się, unikamy cierpienia, jakim niewątpliwie jest głód, i dostarczamy przyjemności kubkom smakowym. Na szczęście w naszych czasach i w naszej szerokości geograficznej pierwszy cel możemy osiągnąć dość łatwo. Częściej więc skupiamy się na drugim, sięgając po coraz bardziej wyszukane potrawy i smaki.

Menu ludzkości jest przebogate. Z jednej strony wiadomo, że dieta wegetariańska znana była już w starożytności, z drugiej w tym samym czasie z lubością spożywano nogi wielbłądów (podobno gustowała w nich Kleopatra). Przez wieki głód zmuszał ludzi do jedzenia koniny, mimo że mogło to być odczuwane jako swego rodzaju ludożerstwo (według niektórych teorii psychoanalitycznych koń jest projekcją naszej nieświadomości). W starożytnych Atenach jedzono pawie, w Rzymie – młode gołębie. Żeglarze biorący udział w wyprawie Kolumba chętnie konsumowali iguany, w nowożytnym Meksyku na stoły trafiały traszki. Pierwsi angielscy osadnicy w Wirginii łapali wędrowne gęsi, a  łabędzie zniknęły z europejskich półmisków dopiero w w XVIII wieku.

Czym dla ciebie jest jedzenie?

Powody, dla których ludzie sięgają po tę czy inną żywność, mogą być różne. Potrzeba, ciekawość, bardzo często jednak także nieposkromiona żądza... Ogromną słabością do jedzenia odznaczał się Aleksander Wielki (jednocześnie zabraniał swoim żołnierzom żucia liści mięty, żeby wywołane w ten sposób pobudzenie seksualne nie utrudniało im walki). Adolf Fryderyk znany jest w Szwecji jako król, który zmarł z obżarstwa. Właściwie na atak serca, tyle że nastąpił on po uczcie, podczas której władca spożył homara, kawior, wędzone śledzie, kiszoną kapustę, zupę z kapusty i – bagatelka! – 14 porcji ulubionego deseru. A wszystko to podlane było szampanem. Zachary Taylor, jeden z mniej znanych prezydentów Stanów Zjednoczonych, zmarł w pięć dni po Święcie Niepodległości, które obchodził, wypełniając żołądek wiśniami i mrożonym mlekiem (w ilościach hurtowych).Niektórzy uważają, że właśnie ten brak umiaru w jedzeniu doprowadził do jego śmierci. Mieszko Otyły z dynastii Piastów potrzebował 15 pieczonych kurczaków i kilku litrów wina, żeby jego organizm powiedział „dość”. Podobno gospodarzem największej uczty w historii Rzeczypospolitej był Michał Korybut Wiśniowiecki. Przyjmuje się, że przyczyną zgonu było w jego wypadku pęknięcie wrzodu żołądka. Według mniej oficjalnej wersji zadławił się ogórkiem.

Włosi są autorami powiedzenia: „Nie żyje się po to, żeby jeść, ale je po to, żeby żyć”. Być może chroni ich to przed zatraceniem się w przysmakach lokalnej kuchni. Przywołują się w ten sposób do porządku, przypominają sobie, że jedzenie to nasze paliwo, że to jego podstawowa funkcja.

Co robimy z głodu?

Pamiętam, jak wiele lat temu przeczytałam po raz pierwszy „Głód” Knuta Hamsuna. Naturalistyczne opisy głodu, skręconych wnętrzności, fantazje o jedzeniu, rozpacz. Wypełnianie żołądka odpadkami znalezionymi na ulicy, żucie wiórów.

I dramat, gdy wreszcie można dostarczyć coś organizmowi, ale nie jest on w stanie niczego przyjąć. Wszystko boleśnie, przejmująco prawdziwe. Z  życia wzięte. Podczas lektury „Głodu” często sięgałam po coś do jedzenia – jakby upewniając się, że jest, że go nie zabraknie...

Maguelonne Toussaint-Samat, autorka książki „Historia naturalna i moralna jedzenia”, twierdzi, że głód to źródło wszelkiej ludzkiej energii, podstawa rozwoju, przyczyna konfliktów, alibi dla sumienia i główny powód wysiłków, jakie podejmujemy. „Wokół żywności wyrastały cywilizacje i  ścierały się imperia, z jej powodu popełniano zbrodnie, ustanawiano prawa i zdobywano wiedzę” – pisze Francuzka. I sięga do bardzo odległych dziejów – jakieś 60 milionów lat wstecz, kiedy to pewne żyjące na drzewach stworzenie spostrzegło, że przyjemniej mu będzie jeść, jeśli posłuży się czubkami kończyn górnych zamiast pyskiem. Później zaczęło korzystać ze światła dziennego, by łatwiej znaleźć żer. A że zaspokojenie głodu sprawiało dwunożnej istocie tak dużą rozkosz, przez kolejne miliony lat wyrażała je mlaskaniem, któremu towarzyszyło westchnienie. We wszystkich językach świata ten zestaw akustyczny tłumaczy się jako „jeść/pić”, „matka”, „życie”, „dobre”...

W historii jedzenia było kilka przełomów. Chociażby moment, kiedy zaczęto przyrządzać żywność na ogniu. Kiedy nauczono się siać zboża, uprawiać rolę, co pozwoliło na prowadzenie osiadłego trybu życia. Kiedy wraz z cywilizacją pojawiło się pojęcie kuchni. A potem różne zakazy i nakazy, związane z jedzeniem. Obok władców (którzy ogłaszali prawa dotyczące na przykład polowań), najwięcej do powiedzenia miały religie, chociażby przez wprowadzanie postów.

Uczestnicy wystawnych uczt w starożytnych Atenach czy Rzymie nie znali pojęcia grzechu, więc zasiadali ochoczo do stołów pełnych mięsiwa. Nie brakowało tam takich specjałów, jak pochwa i sutki maciory czy cielęce jądra (do dziś nazywane w Langwedocji „frywolnościami”).

Zmysłowość jedzenia

Jedzenie oddziałuje silnie nie tylko na zmysł smaku. To również aromaty, uciecha dla oczu (wystarczy przejrzeć Instagram czy Facebook, żeby przekonać się, z jakim upodobaniem ludzie fotografują potrawy!), pretekst do spotkań towarzyskich, randek. Wiele osób kojarzy pokarm z opieką, spokojem, miłością, poczuciem bezpieczeństwa, dostatku. Nic dziwnego, że traktują go jako ukojenie czy nagrodę. Jedzenie często idzie też w parze z seksem – działa jak afrodyzjak, może stanowić znakomity element gry wstępnej.

Jeśli szukasz inspiracji, obejrzyj chociażby „Dziewięć i pół tygodnia”. Czego tam nie ma... Oliwki i jajka, papryczki i świderki, wisienki, truskawki i rozedrgana czerwona galaretka. Szampan, syrop, mleko i litry miodu... A słynna scena z kremówką w filmie „Dawno temu w Ameryce”? Trudno nie zrozumieć zmagań chłopca, w którym rodzi się już męskie pożądanie, ale wciąż obecne jest dziecięce łasuchostwo. I raczej nie dziwimy się, że wygrywa to drugie. „Uczta Babette”, „Wielkie żarcie”, „Czekolada”, „Julie i Julia”, „Życie od kuchni”, „Volver” czy chociażby „Pulp Fiction” z dialogami na temat frytek z majonezem i ćwierćfunciaka z serem – o  filmach z wątkami gastronomiczno-kulinarnymi można by pisać rozprawy. Tak jak o dziełach sztuki. O powieściach, poematach, wierszach... W samym tylko ,,Panu Tadeuszu” wciąż trafiamy na różne smakowite kąski: jak nie bigos, to grzyby, jak nie nabiał, to wędliny, jak nie ogórki, to jedzony „milczkiem” chołodziec litewski. Ale można też napisać błyskotliwie (wierszem!) o cebuli. Zwłaszcza gdy ktoś nazywa się Szymborska.

Dziś nieczęsto zachwycamy się „cebulicznością” cebuli. Mamy ostrygi i homary, kawior i kalmary, trufle oraz przepiórcze jaja, mango, awokado, granaty i całą masę innych pyszności, delicji, smakołyków, specjałów i frykasów. Mamy mnóstwo przypraw, które podkreślają, wzbogacają, a czasem całkowicie zmieniają smak potraw. Mamy sklepy z orientalną żywnością i dostęp do książek kucharskich z całego świata. Mamy nowoczesny transport i  systemy przechowywania, dzięki którym wszystko, co smakuje, jest na wyciągnięcie ręki przez okrągły rok. Mamy też globalizację, fast foody i problemy z otyłością. Jednocześnie wciąż kultywujemy tradycje kulinarne – narodowe, regionalne. Jest w czym wybierać.

Z badań przeprowadzonych na Uniwersytecie Teksańskim wynika, że jeśli czerpiemy przyjemność z jedzenia, podnosi to walory odżywcze pokarmu. Że łatwiej przyswajamy minerały i witaminy z żywności, która nam smakuje. Wniosek? Jeśli jesz zdrowo, ale bez przyjemności, może wcale nie jest to takie zdrowe, jak mogłoby się wydawać... Czyli znów okazuje się, że smak to podstawa!Ciekawostki:

Makaron, konfitury i marchewki – czyli co jadali znani

Król Francji Franciszek I Walezjusz przepadał za konfiturą z pigwy. Pewnego dnia wpadł z niezapowiedzianą wizytą i wypełnionym słodkością słoikiem do swojej faworyty, pani d’Étampes. W chwili pożegnania wsunął słój pod łóżko, zwracając się do ukrytego tam konkurenta: „Masz, Brissac, każdemu przecież coś się należy!”.

Ludwik XV tak lubił jajka na miękko, że wraz z panią de Pompadour zainstalował nioski na poddaszach pałacu wersalskiego (najbardziej produktywne przemieszczały się wraz z dworem).

Jeśli wierzyć Matthew i Markowi Jacobom (autorom książki "What the Great Ate: A Curious History of Food and Fame) ulubionym śniadaniem Gary’ego Coopera była pokaźna porcja kiszonej kapusty. Luciano Pavarotti uwielbiał, jak łatwo się domyślić, makaron. Bracia Jacobowie obliczyli, że w ciągu swojej kariery łącznie przytył i schudł 2268 kilogramów. Kurt Cobain też przepadał za makaronem (z serem wybranej marki), a Steve Jobs pałaszował takie ilości marchewki, że przez jakiś czas jego skóra miała kolor pomarańczowy. Mariah Carey dla odmiany woli fiolet – trzy razy w tygodniu je żywność tylko w tym kolorze.

Z kolei prezydent George Bush wydał zakaz spożywania w Białym Domu warzywa, które z jakichś powodów gryzło się z jego podniebieniem: „Jestem prezydentem Stanów Zjednoczonych i nigdy więcej nie zamierzam jeść brokułów” – miał oświadczyć.