fbpx

Macierzyństwo non-fiction? Wokół książki Joanny Woźniczko – Czeczott

Macierzyństwo non-fiction? Wokół książki Joanny Woźniczko - Czeczott
fot. materiały prasowe Wydawnictwo Czarne

Przyznam szczerze, że po pierwszym przejrzeniu książki Joanny Woźniczko-Czeczott odłożyłam ją zniecierpliwiona, a w głowie płynęły mi takie myśli: jakie to macierzyństwo bez fikcji, skoro opis tego, co jest w nim fajne, zajmuje dwie strony?
Owszem, ja też mam dość lukrowanych tekstów na temat bobasów i z zaciekawieniem czytam o tym, jak inne matki radzą sobie ze swoimi emocjami. Ale nieprawdą jest, że macierzyństwo to tylko zmagania. Jak bez patosu, lukru, różu i błękitu opisać to, co w nim piękne, twórcze, dobre i niepowtarzalne – to pytanie pozostawiam otwarte dla siebie, Joanny i innych piszących mam.

Ale po kilku dniach zajrzałam do książki ponownie. I traf chciał, że otworzyłam na słowach: „pułapka: biorę na siebie większość obowiązków przy Fallon.” Znam dobrze tę pułapkę, często o niej rozmawiam z kobietami. Sprawa wygląda tak: oboje pracujecie, macie wykształcenie, pozycję, pasję. Rodzi się dziecko, kobieta zostaje w domu, mężczyzna pracuje i zarabia pieniądze na rodzinę. Za obopólną zgodą. I w kobiecie pojawia się pytanie: ile wsparcia mogę oczekiwać od partnera, czego od niego wymagać w relacji z dzieckiem, jak wiele czasu, energii i uwagi powinien poświęcić dla domu. Opis tych dylematów w „Macierzyństwie non-fiction” jest uczciwy, głęboki i dowcipny. Mnie przekonał na tyle, że przeczytałam całą książkę.

To ważna pozycja pośród lektur dla kobiet (byłoby wspaniale ,gdyby sięgnęli po nią również mężczyźni). Mądrze, szczerze, odważnie i z poczuciem humoru odkrywa świat macierzyńskich bolączek, utrapień, lęków i wariactw. Z naukową wnikliwością obserwuje zmiany, jakie zachodzą w wyglądzie i zwyczajach posiadaczy dzieci. W zabawny sposób pokazuje trudności komunikacyjne pomiędzy dzieciatymi a bezdzietnymi. Ciekawie opisuje nudę codziennych spacerów, zabaw, kąpieli i bajek. Trafnie diagnozuje stan absolutnego zagubienia pośród metod i mód na wychowanie, w jaki popaść może współczesna mama. A co najważniejsze pokazuje młodą, inteligentną, spełnioną kobietę, która mówi: nie wiem, gubię się, nie daję rady, czasem mam poczucie, że to mnie przerasta i nie wierzę wam, wszystkim uśmiechniętym, wiecznie zadowolonym mamuśkom, że to was nie dotyczy.

Już na początku książki, w rozdziale poświęconym usypianiu, określa jeden z bardzo ważnych mitów współczesnego macierzyństwa. Ono nie może płakać. Co robić, żeby uspokoić niemowlę? Rzadko kiedy w odpowiedzi usłyszymy: dać mu się wypłakać, co wcale nie znaczy to samo co: zostaw, niech się wypłacze. Być z nim i przy nim w tym płaczu, tulić je i otaczać czułą opieką, a nawet płakać razem z nim, ale bez oczekiwania, że zaraz przestanie, bez poczucia winy, że jesteśmy do niczego. Noworodki i niemowlaki bardzo często potrzebują odpłakać trudy porodu. Te propozycje pochodzą ode mnie, nie od autorki, ona jedynie konstatuje problem i pokazuje naszą bezradność, a nawet przerażenie w obliczu sprzecznych metod wychowawczych. Ona sama, jak podkreśla, nie wierzy w coś takiego jak instynkt macierzyński, czym się bardzo różnimy.

Joanna Woźniczko – Czeczott szuka sprawdzonych pomysłów w książkach i rozmowach z innymi matkami. Ja szukam odpowiedzi w sobie, w swoim ciele, w odczuciach i intuicji. Ale pomimo tej, zasadniczej wydawałoby się, różnicy, polubiłam autorkę. O tym również mówi ta książka: „Macierzyństwo nauczyło mnie tolerancji.” Nie ma jedynie słusznej drogi w byciu mamą, ale na każdej z naszych ścieżek przydaje się dystans i poczucie humoru. Dlatego bardzo dziękuję Pani Joannie za cudowną kołysankę z dzieciństwa Blejka.

Joanna Woźniczko-Czeczott, „Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego”, wydawnictwo Czarne.