fbpx

Wychowanie: szkoła jak marzenie

Wychowanie: szkoła jak marzenie
fot.123rf

Muzyka łączy się z fizyką, szachy to przedmiot równie ważny co angielski, matematyka jest we wszystkim, a wszystko jest zabawą. Szaleństwo? Nie, zerówka.
Wyobraźmy sobie szkołę, w której na przyrodzie dziecko pójdzie do lasu, pozna różne rodzaje drzew, nauczy się rozróżniać ślady zwierząt i dowie się, dokąd lecą ptaki na niebie. Na muzyce ktoś mu pokaże, jak wspaniała może być muzyka. Na plastyce zamiast rozczarować się wyblakłą barwą kredek Bambino, poczuje się jak artysta przed sztalugą z dobrymi farbami. Matematyka nie będzie kojarzyć się z wkuwaniem wyników dodawania, a nauka języka obcego – słówek. Piękna wizja? Zamiast ją ciągnąć, zdradzę, że to opis prawdziwej szkoły. Takiej, którą pewna matka wymarzyła dla swojego dziecka. Wymarzyła – i po prostu ją założyła. W Ustanowie pod Warszawą. Powstała tam wiejska szkoła Eureka.

Lekcja nielekceważenia talentów

Zaczęło się od Brunka. Żywy jak iskra, czarnowłosy, czarnooki, przybiega podczas przerwy przytulić się do pani dyrektor. – O, sprawca tej całej historii – mówi żartobliwym tonem.

Bo prywatnie Olga Woźniak jest jego mamą. To z myślą o synu stworzyła Eurekę. – Alternatywą była tutejsza państwowa podstawówka. Żeby poznać plan lekcji, trzeba iść do kościoła – mówi. – Mogłam jeszcze dowozić syna do Warszawy, ale nie po to mam wolny zawód, żeby stać co dzień przed ósmą rano w korkach do miasta.

Olga Woźniak, z wykształcenia polonistka i psycholożka, z zamiłowania jest popularyzatorką nauki. Przez lata kierowała działem nauki i cywilizacji w „Przekroju”. Dostała wiele dziennikarskich nagród; za teksty otrzymała też Nagrodę Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Potem pracowała w Centrum Nauki Kopernik. To, że w końcu założyła szkołę o profilu językowo-przyrodniczym, wydaje się logiczną kontynuacją tej drogi. Bo Woźniak naprawdę wierzy, że nauka jest dla każdego.

– Jest bardzo niewiele niezdolnych dzieci. To się niezwykle rzadko zdarza – przekonuje. – Zdolności matematyczne są naturalne dla naszego mózgu. Przejawiają się już jako umiejętność wyszukiwania rytmów, powtarzalności, regularności. W ten sposób poznajemy świat od niemowlęctwa.

Jej słowa to nie idealistyczna wiara, ale naukowo sprawdzony fakt. Jego weryfikacją przez lata zajmowała się profesor Edyta Gruszczyk-Kolczyńska z warszawskiej Akademii Pedagogiki Specjalnej. Opiekunka naukowa albo – jak mówi Olga – dobry duch Eureki.

To pani profesor zbadała, jakie cechy mają dzieci wybitnie uzdolnione matematycznie. Opracowała narzędzie do diagnozy talentu, bo okazało się, że wspomnianych cech nie mierzą żadne testy. Wreszcie, mając narzędzie diagnostyczne, sprawdziła, ile jest tych wybitnych. Pod lupę wzięła już przedszkolaki.

– Problem w tym, że rodzice i nauczyciele przedszkolni rzadko dostrzegają nadzwyczajne możliwości umysłowe dzieci. Nawet im do głowy nie przychodzi, że czterolatki manifestują wysokie uzdolnienia matematyczne – ubolewa Gruszczyk-Kolczyńska w podsumowaniu swych badań. A z jej diagnozy wynika, że talent do matematyki wykazuje aż dwie trzecie badanych. Jednakowo chłopcy i dziewczynki.

Drugi wniosek jest jednak mniej optymistyczny. Uczniowie zazwyczaj tracą zdolności w pierwszym roku nauczania szkolnego. Po ośmiu miesiącach w zwykłej podstawówce wysokie uzdolnienia demonstrował zaledwie co ósmy badany.

– Byłam wstrząśnięta tymi wynikami – opowiada profesor. – Mając taką bombę zegarową w kieszeni, pomaszerowałam do ministerstwa. Jednak gdybym czekała, aż ono zrobi rewolucję, moje siedmiolatki zdążyłyby zdać maturę. Dlatego robię rewolucję oddolną – uśmiecha się. – Przekonałam się, że wystarczy zetknąć ze sobą trzy grupy. Rodziców, którym zależy na edukacji dzieci, nauczycieli otwartych na naukę i opiekuna naukowego. Wtedy można przenosić góry – przekonuje.

Jej rewolucja opiera się na „wyspach pedagogicznej szczęśliwości”. Czyli szkołach, które po prostu zaczynają wdrażać napisany przez Gruszczyk-Kolczyńską program. Opracowany tak, by nie pozwolić uczniom zmarnować wrodzonych talentów. Rozwijanie zdolności i ciekawości nie może tu zmienić się w nudny i żmudny obowiązek. Tak właśnie pracuje z podopiecznymi Eureka.

– Uczniowie przychodzą do domów i na pytanie, czy dziś była matematyka, odpowiadają, że nie – mówi Olga Woźniak. I śmieje się, bo faktycznie wycięła podopiecznym numer. Przedmiotu owianego złą sławą w ogóle nie ma w planie lekcji. A jednocześnie jest we wszystkim. Jak to się dzieje?

Lekcja wymyślenia zabawy, która jest lekcją

Żółte ściany, słońce wpada przez okna. W kącie wielka klatka z królikami, wszędzie pełno rysunków, plakatów, gadżetów: słoje z kamykami, patyczki. Wszystko w odpowiedniej chwili można zmienić w materiał doświadczalny. 13 dzieci siedzi w kółku na dywanie. Wśród nich drobna, jasnowłosa pani od muzyki – Magdalena Padewska-Szeliga. Mówi im o trąbce takim tonem, jakby opowiadała baśń. Pyta: – Czy ktoś słyszał grę na trąbce? Może widział? Wspólnie zastanawiają się, z czego zrobiona jest trąbka. Z metalu? Może ze złota?

– A jak jest duża? Pokażcie rękami – zachęca, co skłania uczniów do żywiołowego rozstawiania ramion. Są tak przejęci, że trudno im usiedzieć. By zebrać rozbrykany tłumek, zniża głos do szeptu. Dzieci skupiają się wokół niej i nastawiają uszu.

– Wyczytałam w bardzo mądrej książce, że trąbka ma 150 centymetrów.

– O, ja! – przejmuje się Brunek, a pani proponuje teraz sprawdzić, ile to jest. Natalka rozwija na podłodze centymetr, Karolinka kładzie obok tasiemkę. Odmierzają w skupieniu. 150. Długość tasiemki zaskakuje wszystkich. Po pełnej napięcia ciszy, gdy 13 głów pochylało się nad miarką, teraz znów okrzyki niedowierzania.

– I co, zgadza się czy nie? – dopytuje nauczycielka. – Pokazaliście mi rękami, jak duża jest trąbka, mnie też się wydawało, że ma taki rozmiar. A popatrzcie na tasiemkę, jaka długa. Co z tym zrobimy?

– Owiniemy! – odgaduje Michał po chwili obopólnej konsternacji. I teraz dopiero pani pokazuje zdjęcia trąbek, dzieci wywijają tasiemkę, czytają nazwy części instrumentu. Potem przychodzi kolej na zagadkę, skąd bierze się w trąbce dźwięk. Okazuje się, że sześciolatki wiedzą już o drganiu powietrza, a nawet o falach dźwiękowych. Rozchodzenie się fal obserwowali, gdy pani przyniosła któregoś dnia wodę w dużym naczyniu. Mieli też lekcję o echolokacji, o tym, jak odmierzają przestrzeń delfiny czy nietoperze. Aby poznać, co to echolokacja, każde dziecko stawało się dźwiękiem, a pani wysyłała je w różne części klasy, gdzie mogły się o coś odbić i wrócić. W ten sposób namierzały sprzęty. Dźwiękiem zajmowali się już tyle razy, że teraz łatwo zgadują, co z tą trąbką. Nauczycielka pokazuje, jak się w nią dmucha.

Dostają plastikowe butelki z wyciętymi denkami i trąbią na potęgę. Jeszcze jedna niespodzianka: gdy zatka się rączką denko, dźwięk się nie wydobywa. Teraz gorączkowe sprawdzanie: czy trąbki w książce na pewno mają otwory? Dzieci eksperymentują, próbują grać z zatyczką lub bez – i same nie wiedzą, że ocierają się o zagadnienia z dziedziny fizyki. Na koniec pani puszcza im na dużym ekranie film, na którym dziewczynka gra piękny spokojny utwór „Il Silenzio”. Słuchają jak zaczarowani. Sami ustalają, że trąbka jednak na pewno ma otwór. A na deser oglądają kreskówkę z Myszką Minnie dyrygującą wykonaniem uwertury do opery „Wilhelm Tell”. Trąbka w bajeczce staje dęba, Miki ujeżdża gitarę, a dzieci puszczają się w tany w rytm Rossiniego i błagają o bis. Potem rzucają się pani w ramiona, o mały włos jej nie przewracając. I biegną na obiad nabrać sił przed kolejną zabawą, w której niechcący się czegoś nauczą.

W tej szkole eksperymentalny jest każdy przedmiot. Olga Woźniak sprowadziła nauczycieli, którzy nie boją się działać inaczej. Pan od przyrody, dziennikarz naukowy Wojtek Mikołuszko, wychodzi z dziećmi w teren, poznawanie roślin i zwierząt zmienia w przygodę. Angielski opiera się na metodzie opracowanej do nauki w domu, w założeniu stosują ją rodzice do codziennej komunikacji z dziećmi. W Eurece udało się zastosować tę metodę w szkolnym nauczaniu. Jedną z motywacji jest tu zasada, że wzmacniasz szanse swojej prośby, jeśli wypowiesz ją po angielsku.

– W efekcie dzieci zwracają się po angielsku i do pana od aikido, i do rodziców. Po prostu używają języka – mówi Olga Woźniak.

Strategii i przewidywania uczą się na grze w szachy. Dyrektorka dowiedziała się, że w pobliskim Zalesiu mieszka arcymistrz Bartosz Soćko. Gdy zaproponowała mu pracę w szkole, nie krył zdumienia: – Nigdy nie uczyłem dzieci, tylko zawodników.

Lekcja w jego wykonaniu to opowieść o dwóch armiach, królach, gońcach… Po kilku miesiącach nauki prawie cała klasa pojechała na turniej szachowy.

A przedmioty podstawowe to istne laboratorium. I wszystko opiera się na zasadzie: uczysz się sam.

Lekcja uczenia, aby dzieci same się uczyły

Nauczycielka Agnieszka Zawadzka stawia przed dziećmi dwie butelki. Do obu nalewa tyle samo wody. Zakręca je i pyta: gdzie jest więcej wody? Dzieci odpowiadają, co widzą: tu i tu tyle samo. Ale potem nauczycielka jedną butelkę kładzie. Gdzie teraz więcej? – Zdania są podzielone – mówi z uśmiechem Zawadzka. – A ja nie daję odpowiedzi. Kluczowe jest, żeby uczniowie sami do niej doszli. Doświadczenie trzeba co jakiś czas powtarzać. Najważniejsze jest zaobserwowanie, że nie odjęłam ani nie dodałam wody. Podobne doświadczenia robimy z plasteliną, kamykami, patykami…

Olga Woźniak: – To diagnostyczne ćwiczenie, aby się zorientować, na jakim etapie rozumowania znajduje się dziecko. Potem robisz z nim różne zabawy, aby manipulowało światem. Przelewało, dolewało, lepiło, liczyło, samo się przekonało, że jak naleje coś do różnych kształtów, to woda będzie się zachowywać inaczej. Sprawdzało wszystko przez doświadczenie. Przecież zupełnie inaczej się uczysz, jak sama do czegoś dojdziesz, a nie, gdy ktoś ci powie – uśmiecha się.

To dlatego tu nauczyciele nie mówią: „masz rację” lub „nie masz racji”. Dzieci udzielają po prostu odpowiedzi adekwatnej do swojego poziomu rozumowania. Według Gruszczyk-Kolczyńskiej między uczniami potrafią być aż cztery lata różnicy. Siedmiolatki na poziomie pięcio- albo dziewięciolatków. I to nijak nie rzutuje na zdolności. – Widziałam nieraz poczwarki, z których wykluwał się motyl – wspomina pani profesor. I porównuje ten proces do jabłek. Są szybko dojrzewające, letnie papierówki. I są jabłka późnojesienne, słodkie złote renety. Jaki sens miałoby ocenianie ich smaku wiosną?

Tymczasem w zwykłych szkołach uczniów często nie tylko się ocenia, ale i tępi.

– Dziecko utalentowane matematycznie często bywa „niegrzeczne” – mówi Olga Woźniak. – Zrzuca coś ciągle ze stołu, żeby zobaczyć, jak spada. Na wycieczce nie patrzy na omawianą wieżę, tylko na jej cień. W szkole styka się najczęściej z matematyką papierową, której pojęć może
w ogóle nie rozumieć na swoim etapie myślenia, niezależnie od uzdolnień. W podręcznikach ma cyfry, dwa dodać dwa i pusta kratka, w którą musi wpisać wynik. To abstrakcja. W tej szkole gdy uczeń odejmuje, to fizycznie zabiera coś z kupki. Musi zadziałać: sama nazwa „działanie” oznacza przecież akcję. Dziecko przez manipulowanie przedmiotami uczy się samo. W „papierowej matematyce” ta samodzielność zanika. Uczniów nagradza się wtedy, gdy robią to, co inni. Więc szybko się uczą, że nie opłaca się samemu kombinować – dodaje Woźniak.

Z zabawy na jej „wyspie szczęśliwości” ma więc wynikać nie tylko frajda. Gruszczyk-Kolczyńska diagnozowała pod koniec stycznia dzieci Eureki. I zachwyciła się: – Cudnie prowadzone, już teraz umieją dużo więcej niż inne. A to dopiero parę miesięcy pracy! – cieszy się profesor. Po cichu liczy, że tak właśnie zrobi swoją rewolucję. Od jednej „wyspy szczęśliwości” do drugiej. Krok po kroku, na całą oświatę.

Gdzie jeszcze dzieci uczą się według programu profesor Edyty Gruszczyk-Kolczyńskiej?

Pierwszą placówką, która zaczęła go realizować, jest prywatna szkoła w Kołobrzegu Morska Kraina. Wdraża program od 2010r., jest pod stałą opieką merytoryczną pani profesor i – w jej opinii – osiąga świetne wyniki. Obecnie 24 placówki w całej Polsce realizują program Gruszczyk-Kolczyńskiej w klasach zerowych. W czerwcu dyrektorzy tych szkół, nauczyciele oraz rodzice uczniów zadecydują, czy kontynuować program w klasach 1–3. Jeśli się na to zgodzą, zobowiążą się prowadzić dzieci tą metodą przez trzy lata. Wśród placówek, które uczestniczą w eksperymencie, są (oprócz Eureki) między innymi: Szkoła Podstawowa nr 9 im. Aliny i Czesława Centkiewiczów w Bełchatowie, Szkoła Podstawowa nr 5 w Chorzowie, Szkoła Podstawowa nr 125 im. Janusza Korczaka w Łodzi. W tym mieście i jego okolicach znajduje się największe zagłębie szkół realizujących program pani profesor. Większość to instytucje publiczne. Metody Gruszczyk-Kolczyńskiej pozwalają realizować podstawę programową MEN-u.

Tekst: Joanna Bielawska
Artykuł pochodzi z numeru 03/2013

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>