1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kuchnia
  4. >
  5. Rewolucje kuchenne w PRL

Rewolucje kuchenne w PRL

123rf
123rf
Fundacja Architektury serdecznie zaprasza w najbliższy piątek na Rewolucje kuchenne – rzecz o przestrzeni kuchni i jej wyposażeniu w mieszkalnictwie PRL"

Fundacja Architektury serdecznie zaprasza na XV Festiwal Nauki, w ramach którego organizuje kilka spacerów i wykładów pokazujących społeczny wymiar architektury.

W NAJBLIŻSZY PIĄTEK:

Rewolucje kuchenne – rzecz o przestrzeni kuchni i jej wyposażeniu w mieszkalnictwie PRL

Zmiany społeczno – polityczne wymagały zaprojektowania przestrzeni kuchennej dla nowoczesnej gospodyni. Kuchnie – laboratoria, kawalerskie wnęki kuchenne i robotnicze kuchnie z aneksem jadalnym to jedne z rozwiązań mające zaspokoić potrzeby postępowego społeczeństwa. Wykład zaprezentuje proces projektowania, propozycje wyposażenia i jego układ w świetle normatywów budowlanych oraz źródła postulowanych idei.

Wykład poprowadzi Katarzyna Juchniewicz.

23 września · 16:30 - 17:30

Stary BUW (ul. Krakowskie Przedmieście 26/28), sala 106

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kuchnia

Grzyby służą zdrowiu

W grzybach znajdziemy witaminy A, C, D, PP i z grupy B, a także sole mineralne potasu, fosforu, wapnia, sodu i żelaza. (Fot. Getty Images)
W grzybach znajdziemy witaminy A, C, D, PP i z grupy B, a także sole mineralne potasu, fosforu, wapnia, sodu i żelaza. (Fot. Getty Images)
Jesień to najlepszy sezon na podstawowy składnik tradycyjnej kuchni polskiej – grzyby. Oprócz wspaniałego aromatu i smaku mają w sobie liczne właściwości odżywcze, a nawet antynowotworowe. Dlaczego jeszcze warto je jeść?

Wartość odżywcza grzybów jest zróżnicowana i zależna od gatunku czy pochodzenia. Zawarte są w nich witaminy A, C, D, PP i z grupy B, a także sole mineralne potasu, fosforu, wapnia, sodu i żelaza. Ponadto, dzięki dużej zawartości wody (80-90 proc.) oraz błonnika, przyrządzone z nich potrawy polecane są osobom walczącym z nadwagą.

Najbardziej wartościowe gatunki

Polskie lasy słyną z bogactwa wielu gatunków grzybów. Najbardziej cenione przez zbieraczy są borowiki szlachetne i pieprzniki jadalne (potocznie zwane kurkami ). Te popularne w naszej kuchni grzyby są źródłem białka, wapnia, fosforu, żelaza oraz witamin z grupy B i PP. Równie dużo wartości odżywczych mają boczniaki. Na tle innych gatunków wyróżnia je szereg właściwości leczniczych: wzmacniają naczynia krwionośne, obniżają poziom cholesterolu we krwi, a także podnoszą odporność. Najłatwiej dostępne i często wykorzystywane są grzyby hodowlane – pieczarki. Oprócz walorów smakowych, mają wysoką zawartość potasu, magnezu, selenu i sodu. W pieczarkach obecne są również witaminy z grupy B i witamina C.

Grzyby kontra rak

W składzie chemicznym boczniaka, borowika, pieczarki a także podgrzybka i grzybków Shitake czy Hiratake stwierdzono obecność betaglukanu. - Jest to substancja bioaktywna o silnych właściwościach przeciw utleniających, pobudzająca pracę układu immunologicznego. Zwiększa ona również produkcję białych ciałek krwi w szpiku kostnym i neutralizuje wolne rodniki, które są jedną z przyczyn powstawania nowotworów – mówi Joanna Zwolak, dietetyk z Centrum Nauturhouse w Lublinie. Co więcej, niektórzy naukowcy twierdzą, że zawarta w boczniaku substancja aktywna – pleuran, może zmniejszać guzy nowotworowe, natomiast przeciwutleniacz - ergotioneina, opóźnia procesy starzenia komórek oraz chroni je przed uszkodzeniem.

Gotowane, suszone czy marynowane?

A jak najlepiej przyrządzić przyniesione prosto z lasu grzyby? - Najzdrowszą metodą obróbki grzybów jest gotowanie, w czasie którego węglowodany ulegają rozkładowi na bardziej przyswajalne przez organizm cukry proste – radzi dietetyk z Naturhouse. - Ponadto sposób ten w niewielkim stopniu zmienia właściwości grzybów – dodaje. Do najpopularniejszych przetworów domowych zaliczane są marynaty grzybowe. Pomimo ich doskonałego smaku, duża zawartość kwasu octowego nie wpływa korzystnie na nasze zdrowie. Marynowanych grzybów nie powinny jeść osoby z nadkwasotą żołądka, wrzodami czy anemią. Jednym z najstarszych sposobów  jest suszenie grzybów, poddane temu procesowi zachowują w sobie dużo białka lecz zmniejsza się zawartość witaminy C.

Dla kogo grzyby nie są wskazane?

Znajdująca się w ścianach komórkowych grzybów chityna kwalifikuje je do produktów ciężkostrawnych. Ich spożywanie nie jest wskazane dla dzieci, ludzi starszych oraz cierpiący na schorzenia przewodu pokarmowego i nerek. Warto także wiedzieć, że alkohol ścina grzybowe białko, co dodatkowo obciąża żołądek i może doprowadzić do silnych bólów brzucha.

Ze względu na dobroczynne właściwości zawartych w grzybach składników, powinno się je jeść przez cały rok. Skorzystajmy zatem w pełni z sezonu grzybobrań i urozmaićmy nasze menu o ten zdrowy przysmak.

  1. Materiał partnera

Kulinarne spotkania „Dr Irena Eris Tasty Stories" na Wzgórzach Dylewskich

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Od czterech lat, każdej jesieni Hotele SPA Dr Irena Eris zapraszają w podróż po regionach, w których są położone, w poszukiwaniu „tasty stories”. Smakowitych, pełnych autentycznych emocji opowieści o lokalnej kuchni, o produktach, które trafiają na stoły hotelowych restauracji oraz o ludziach, dzięki którym można się rozsmakować w prawdziwym jedzeniu.

Poznane historie stają się inspiracją do specjalnych, pełnych atrakcji weekendów, ukazujących kulinarny świat Hoteli SPA i ich bliskich relacji z dziedzictwem kulinarnym. Są one niepowtarzalną okazją do spotkań z lokalnymi producentami i wytwórcami podczas kiermaszu najlepszych produktów, będących wizytówką regionu. Jednocześnie pozwalają na odkrywanie prawdziwych smaków, zbliżenie się do natury, czerpanie z niej, lecz z umiarem i szacunkiem dla środowiska, tego co ma najlepszego do zaoferowania.

Zeszłoroczna edycja „Tasty Stories' na Wzgórzach Dylewskich. (Fot. materiały prasowe) Zeszłoroczna edycja „Tasty Stories" na Wzgórzach Dylewskich. (Fot. materiały prasowe)

„Tasty Stories' to bogactwo lokalnych smaków. (Fot. materiały prasowe) „Tasty Stories" to bogactwo lokalnych smaków. (Fot. materiały prasowe)

Najbliższy, pełen smaków, weekend odbędzie się 23-25 października w Hotelu SPA Dr Irena Eris Wzgórza Dylewskie. Jego ukoronowanie będzie ekskluzywna kolacja, stanowiąca popis umiejętności kulinarnych szefów kuchni i będąca festiwalem najlepszych produktów lokalnych. Autorami wykwintnych dań są szefowie kuchni z Hotelu SPA Dr Irena Eris oraz zaproszeni do współpracy koledzy po fachu. W tym roku zaproszenie przyjęli znamienici szefowie młodego pokolenia Robert Trzópek z Restauracji Bez Gwiazdek oraz Sebastian Olma. Inspirując się nawzajem i odkrywając bogactwo regionów, stworzą oni wyjątkowe menu degustacyjne, w oparciu o sezonowe produkty i charakterystyczne dla danego miejsca, pochodzące z okolicznych gospodarstw i od lokalnych wytwórców.

Daniom towarzyszyć będą specjalnie dobrane do nich wina, o których podczas wieczoru opowie sommelier, przenosząc uczestników oczami wyobraźni i wyrafinowaniem kubków smakowych do świata uprawy winorośli, w pełnej harmonii z naturą i środowiskiem, które są głównym motywem tegorocznej, czwartej już, edycji Dr Irena Eris Tasty Stories.

  1. Styl Życia

Siostra Małgorzata Chmielewska o życiu i swoim zgromadzeniu

Nie ma prawdziwego życia bez kosztów (Fot. Mateusz Skwarczek/
Agencja Gazeta)
Nie ma prawdziwego życia bez kosztów (Fot. Mateusz Skwarczek/ Agencja Gazeta)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
To z inicjatywy Siostry Małgorzaty Chmielewskiej powołana została Fundacja „Domy Wspólnoty Chleb Życia”. Domów jest już 11, a w każdym z nich potrzebujący pomocy ludzie. I wszyscy liczą właśnie na nią. Jakie są koszty ciągłego bycia dla innych?

To z inicjatywy Siostry Małgorzaty Chmielewskiej powołana została Fundacja „Domy Wspólnoty Chleb Życia”. Domów jest już 11, a w każdym z nich potrzebujący pomocy ludzie. I wszyscy liczą właśnie na nią. Jakie są koszty ciągłego bycia dla innych? – Zużywamy się, wszyscy, pytanie tylko, w jaki sposób. Pewnie, że to, czym się zajmuję, wywołuje stres, napięcie. Żyję w getcie cudzego nieszczęścia. Spotykam się z prawdziwymi dramatami. Ale czy płacę za to więcej niż kobieta, która ma chorego męża? Nie ma prawdziwego życia bez kosztów – mówi Siostra Małgorzata Chmielewska.

Treścią życia siostry jest od ponad 30 lat pomoc: bezdomnym, biednym, potrzebującym. Jakie są koszty pomagania?
Materialne? Ogromne, nieprzebrane! Ale rozumiem, że nie o to pani pyta. Trudno mi ocenić, jakie ponoszę koszty. Na pewno trzeba umieć zachować równowagę. Bo co to znaczy być dla innych? Niektórzy uważają, że to oznacza być do czyjejś dyspozycji 24 godziny na dobę. To tak się pomagać nie da, tego nie powinno się robić – wtedy można rozmienić się na drobne.

Były takie pokusy na samym początku niesienia pomocy?
Nie, chyba nie. Zdrowy rozsądek, który – mam nadzieję – do dziś mnie nie opuścił, co, oczywiście, nie oznacza, że nie opuści za chwilę, zawsze podpowiadał mi dwie rzeczy. Po pierwsze, nie jesteś Panem Bogiem, czyli nie wszystkim i nie zawsze możesz pomóc. Po drugie, celem nie jest pomaganie jako takie. Trzeba wiedzieć, po co się pomaga. Bo to broń obosieczna. Pomaganiem można zrobić krzywdę. Celem jest miłość. A źródłem tej miłości, dla mnie, jest Bóg. Jeśli nie będę kierować się jego miłością, to albo zrobię ludziom krzywdę, albo zniszczę siebie. Rzeczywiście, czasem pojawia się w nas ambicja i pycha, ale to zgubne.

Więc całego świata naprawiać siostra nie chce.
Oczywiście, są w moim życiu, jak w każdym innym życiu, sytuacje alarmowe, kiedy trzeba pracować non stop, bez wytchnienia, ale generalnie, na co dzień, staram się zachować harmonię. Przekazuję to również moim młodym współpracownikom – bądź gotowy zrezygnować z wolnego czasu, odpoczynku i wszystkiego, co lubisz, czy nawet potrzebujesz, ale tylko czasem, tylko wtedy, kiedy sytuacja jest naprawdę podbramkowa.

Ale uparcie wrócę do kosztów, jakieś muszą być…
Wie pani, życie – jak mówił w tytule filmu pewien reżyser – jest chorobą zakaźną, a każda choroba wiąże się z kosztami. Zużywamy się, wszyscy, pytanie tylko, w jaki sposób. Pewnie, że życie z ludźmi, z którymi ja żyję, wywołuje stres, napięcie. My żyjemy w getcie cudzego nieszczęścia. Spotykamy się z prawdziwymi dramatami. Ale czy płacę za to więcej niż na przykład kobieta, która ma chorego męża? Nie ma prawdziwego życia bez kosztów. Jeśli tych kosztów ustawicznie unikamy, płacimy za to podwójnie. Życie, które nie boli, które nie wymaga walki, cierpienia, to ułuda, którą wdrukowuje nam świat konsumpcji. Dzisiejsza sytuacja – pandemii – bardzo wyraźnie nam to pokazuje.

Jaka jest cena ustawicznego unikania bólu?
Samotność! Miłość do drugiego człowieka – poza chwilami szczęścia – zawsze niesie za sobą jakiś trud, wysiłek. Jeśli tego unikamy, na koniec zostajemy z pustymi rękoma, sfrustrowani, rozgoryczeni. Dostrzegamy w końcu, że te bariery, zasieki, które miały nas chronić przed cierpieniem, są do niczego. Cierpienie i tak nas dopadło, bo zawsze dopada, a dodatkowo mierzymy się z nim w pojedynkę. Widać to na przykładach ludzi, którzy całe swoje dorosłe życie poświęcili na ułudę szczęścia w postaci niepohamowanego zdobywania bogactw, wygód, luksusu. Na mecie uśmiechu, spokoju w ich oczach raczej nie dostrzeżemy…

A ta wspomniana równowaga – co siostra robi, by ją zachować?
Staram się robić sobie przerwy od mojej codzienności. Mam, muszę mieć, chwilę na relaks, modlitwę, krótki spacer. Szukam poczucia humoru, żartu, dowcipu, to mi bardzo dobrze robi. Słucham muzyki, którą lubię. Czasem wyjeżdżam na dwa dni. To nie jest proste, bo mam przybranego, niepełnosprawnego syna, ale fakt, że coś nie jest proste, nie oznacza, że jest niemożliwe. Wychowałam w sumie pięcioro przybranych dzieci, mogę na nie liczyć. Czasem wpada inny syn i zostaje z Arturem. A ja jestem wtedy wolna. Poza zasięgiem, nie tylko Artura, ale wszystkich, którzy ciągną mnie za habit.

Bo bardzo siostry potrzebują.
Albo mnie potrzebują, albo wydaje im się, że mnie potrzebują…

Właśnie, zapewne są ludzie, którzy chętnie na siostrze zawisną… Chcieliby i dostać jeść, i mieć w siostrze przewodnika, najlepiej na zawsze. Jak wtedy być i empatycznym, i twardym jednocześnie?
Nawet wczoraj miałam taką rozmowę. Potrafię powiedzieć: „Czas dojrzał, nie chcę więcej słyszeć próśb. Poradźcie sobie sami”. To jest balansowanie na cienkiej linii, oczywiście z latami nabiera się pewnej wprawy w ocenie czyichś możliwości, co nie znaczy, że nie można się pomylić i, nie daj Boże, nie podać ręki komuś, kto bez tej ręki rzeczywiście sobie dziś nie poradzi. Natomiast generalnie celem mojego życia jest to, by ludzie stawali się wolni, niezależni, by dojrzewali. A z tymi, którzy są przyzwyczajeni do wieszania się na innych, roszczeniowi – co zresztą dzisiejsza polityka socjalna, nie tylko w Polsce, ale na całym świecie bardzo wzmacnia, bo dużo łatwiej i bezpieczniej jest ludziom rozdawać niż pomagać, by stali się samodzielni w działaniu i co za tym idzie, w myśleniu – muszę „się rozprawić”. Nie ma rady. Nie ma miękkiego serca. I tak jak wspomniałam, nie dalej jak wczoraj powiedziałam: „nie”. Bo nie jestem w stanie pomóc tej pani, która zadzwoniła, zwłaszcza że ona może pomóc sobie sama.

I wtedy konieczna jest pewnie ta twardość, gruba skóra.
Staram się nie być brutalna, staram się dostosować język do emocjonalnego stanu człowieka. Ale ktoś, kto chce skutecznie pomagać, nie może składać się wyłącznie z serca. Wśród naszych mieszkańców są osoby, z którymi trzeba rozmawiać twardo, a wręcz powiedzieć: „Do widzenia, proszę opuścić dom”. To jest, oczywiście, poprzedzone wieloma rozmowami i prośbami, aby człowiek zabrał się do swojego życia i życia swoich dzieci. Ale czasem nic nie działa.

Często tak się zdarza?
Zdarza się, teraz też mamy taką sytuację, ona dotyczy pewnej rodziny – jesteśmy na etapie wypraszania ich z naszego domu. Wie pani, kilka razy w życiu, czasem podczas różnych ważnych narad, spotkałam osoby, które nagle zaczynały mi dziękować. Pytałam zaskoczona – nie sposób zapamiętać każdego, przez nasze domy przewinęło się ponad 20 tys. ludzi – za co te podziękowania. I słyszałam: „Wiele lat temu wyrzuciła mnie siostra z domu. Dziękuję, znalazłam mieszkanie, pracę, wykształciłam dzieci, a dziś sama pomagam potrzebującym”. Innym razem szłam na jakąś konferencję i w szatni uczelni, na której ona się odbywała, spotkałam wdzięczną kobietę, której też kiedyś powiedziałam: „dosyć”. Pewnie, są też tacy, których rzuciliśmy na głęboką wodę, nie poradzili sobie i wrócili do nas. Ale to jest zupełnie inna bajka – próbowali.

Siostra Małgorzata Chmielewska stara się w życiu zachować wewnętrzną równowagę; mieć w ciągu dnia chwilę na relaks, modlitwę, krótki spacer. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta) Siostra Małgorzata Chmielewska stara się w życiu zachować wewnętrzną równowagę; mieć w ciągu dnia chwilę na relaks, modlitwę, krótki spacer. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)

A ile razy można dać człowiekowi szansę?
Tysiąc razy, dwa tysiące, trzy tysiące. Zawsze. Tak jak Pan Bóg daje każdemu z nas szansę nieskończoną ilość razy. Nigdy nie wiemy, co będzie. Choć wymaga tego od nas wiele instytucji, nie prowadzimy statystyk, prowadzenie ich w takim życiu, jakie my wiedziemy, jest rzeczą śmieszną. Wychowując dziecko, nigdy nie wiemy, co z niego wyrośnie, ale możemy mieć pewność, że baza, korzenie, jakie mu daliśmy, zaowocują za 20, może 30 lat. Mieliśmy przypadki, że ktoś wracał do nas kilka razy, nie udało się, a po kilku latach trafił do innej pomocowej organizacji i zaskoczyło! Właśnie jeden z takich panów robi w tej chwili doktorat. To nie jest inwestycja z gwarancją sukcesu za trzy do sześciu miesięcy.

Bywa siostra rozczarowana swoimi podopiecznymi?
„Rozczarowanie” to nie jest dobre słowo. Rozczarowanie możliwe jest wtedy, kiedy spodziewamy się jakiegoś efektu. Bywam zła z powodu bezradności wobec ludzkiej głupoty. Mam takie zwykłe ludzkie odruchy – wściekam się, kiedy kolejny raz patrzę, jak ktoś siebie niszczy. Boli mnie to, ale daję sobie radę. Rozczarowana nie jestem, bo nie jestem naiwna – każdy człowiek ma swoją historię i dojrzewa w swoim czasie.

I nigdy nie wiadomo, czy się uda…
Wiadomo natomiast, ja wiem, że inwestycja miłości, inwestycja w człowieka, jaką staramy się robić, stwarzając ludziom możliwość odbicia się od dna, to nigdy nie jest inwestycja stracona, ale nie do mnie należy ocena. Kiedyś jeden z naszych pracowników spotkał na ulicy dawnego podopiecznego i zapytał go, czy pije alkohol – za to został wyrzucony z naszego domu. Ten człowiek odpowiedział: „Nie, u was, kilka lat temu, wypiłem ostatnią kroplę”. Ten pan niedługo potem zmarł w szpitalu, ściskając w dłoniach krzyż, o który poprosił. A nikt go u nas nie nawracał, nie robimy tego. Więc naprawdę nigdy nie wiemy, jakie owoce przyniosą nasz trud i wysiłek. Czy mamie nie przypomni się za pięć lat to, co próbowaliśmy jej przekazać w naszym domu – że o dzieci trzeba się troszczyć, że trzeba dać im śniadanie, obiad i kolację, że w domu trzeba mieć względny ład i porządek. Moja praca to inwestycja w ciemno, ale nigdy nie powiem: „Inwestycja stracona”.

(Inwestycja miłości, inwestycja w człowieka, to nigdy nie jest inwestycja stracona - mówi Siostra Małgorzata Chmielewska. Fot. Piotr Milewski/Forum) (Inwestycja miłości, inwestycja w człowieka, to nigdy nie jest inwestycja stracona - mówi Siostra Małgorzata Chmielewska. Fot. Piotr Milewski/Forum)

Siostra pomaga ludziom od bardzo dawna. Co było pierwsze, co było źródłem: powołanie i chęć życia w habicie, czy chęć niesienia pomocy?
Pierwsze było moje osobiste spotkanie z Chrystusem, a co za tym idzie, próby – nieudane do dzisiaj – wprowadzenia tego, co rozumiem z Ewangelii, w życie. Tam kilka rzeczy powiedziane jest niezwykle prosto: „Byłem głodny, daliście mi jeść” itd. A że spotykałam na swojej drodze ludzi, którzy według mojej wiary i spojrzenia na świat byli obrazem cierpiącego Chrystusa, starałam się zrobić wszystko, by stali się tym, do czego człowiek został stworzony, czyli by byli wolni i piękni. I nie mam, oczywiście, na myśli symetrii w rysach twarzy. Tyle o źródle. A później, to był rok 1988, spotkałam z moją współpracownicą bezdomne osoby śpiące wieczorami w kościołach. Kiedy kończyła się ostatnia msza, ci ludzie musieli opuścić kościół. Pamiętam, że Tamara, do dziś razem pracujemy, powiedziała: „Zobacz, my idziemy do ciepłych łóżek, a ci ludzie idą do śmietników i kanałów”. Od tego zdania narodził się pomysł, by coś konkretnego, dużego zrobić. Tak powstał pierwszy dom. Dziś mamy ich 11. To nie był, i do dziś nie jest, rozpisany biznesplan. Nie, po prostu staramy się odpowiadać na bieżące potrzeby człowieka, który przed nami staje.

Podobno cuda się dzieją, kiedy odpowiada się na potrzeby potrzebujących.
Tak, wielu takich cudów doświadczyłam. Pamiętam sytuację z samych początków. Z trudem zbieraliśmy pieniądze na powstanie pierwszego domu. Na każdy materac i widelec. I kiedy to wszystko wreszcie się udało, w domu pojawiły się wszy. Próbowaliśmy wszystkiego, co było wtedy dostępne, żeby się ich pozbyć – bez żadnego efektu. I kiedy wyczerpały się wszystkie ludzkie możliwości, zrobiłam Panu Bogu lekką awanturę. Następnego dnia wszy zniknęły!

Rozumiem, że cuda się zdarzają, pod warunkiem że poprzedzimy je naszym ludzkim wysiłkiem.
Dokładnie to chcę powiedzieć! Zawsze tak było, ale mam wrażenie, że dziś bardzo się ten trend nasilił, by traktować wiarę jak czary: „Przyjdzie dobra wróżka i wyleczy mnie z zapalenia płuc, po co mam iść do lekarza”, podobnie jest – a to bardzo niebezpieczne – z problemami psychicznymi: „Pomodlę się i mi przejdzie”. Oczywiście, modlitwa jest potrzebna, ale niezbędna jest także wizyta u psychiatry. Bo wiara to nie czary. Jednak zdarza się w naszym życiu dużo sytuacji, może nie tak spektakularnych jak  zlikwidowanie wszy, ale z pogranicza cudu właśnie. Pan Bóg daje nam rozmaite narzędzia, czasem paczka z nimi dochodzi z 15-minutowym opóźnieniem i wtedy można osiwieć, ale zwykle dochodzi. I to jest cud właśnie.

Tylko czy potrafimy go dostrzec?
Rożnie z tym bywa. Cały czas powtarzam: Pan Bóg – czy jesteś wierzący czy nie – dobrze, Siła Wyższa, wysyła nam pewne sygnały. Każde spotkanie z drugim człowiekiem, np.: zgubiłam szalik, ktoś go podnosi i biegnie za mną, jest spotkaniem z życzliwością, która może dać nam światło, znak, że świat nie jest taki zły. W życiu każdego człowieka zdarza się wiele takich sytuacji, tylko pytanie, czy potrafimy na tyle otworzyć i oczyścić oczy, spojrzenie na siebie i na innych, by je zobaczyć.

W jaki sposób możemy oczyścić oczy?
Przede wszystkim trzeba starać się żyć dobrem, prawdą, uczciwością. Wtedy zaczniemy patrzeć na drugiego człowieka, także np. na tego, który ma odmienne poglądy polityczne, inaczej. I znowu, wczoraj miałam taką sytuację: dostałam telefon z pytaniem, czy przyjmę środki czystości z urzędu państwowego, czyli wiadomo, związanego z konkretną partią. Zaśmiałam się i powiedziałam, że, oczywiście, przyjmę. Bo przyjmę pomoc od każdego człowieka dobrej woli. Powiem więcej, nie wiem nawet, jaką wolą dysponuje ktoś, kto oferuje pomoc, nie wiem, czy to ktoś, kto w swoim życiu popełnił dużo złego, czy jest święty, nie mam pojęcia. Ale wiem, że w tym momencie ten dar, te środki stają się punktem jedności między nami. Są zawarciem pokoju dla czyjegoś dobra. I w tym momencie jego inna bajka, czy to kulturowa, czy polityczna, nie ma znaczenia. Tu i teraz razem czynimy dobro. Oczyścić oczy to szukać tego, co łączy nas z drugim człowiekiem, a nie patrzeć wyłącznie przez pryzmat tego, co nas dzieli. To jest ćwiczenie: „Widzę dobro”. Oczywiście, czasem to ziarenko jest w ogromnej górze kurzu. Ale staramy się widzieć ziarenko. W sobie i w innych.

Wierzy siostra, że to ziarenko jest naprawdę w każdym…
W każdym. Doświadczam tego codziennie, także od tych, po których ciężko by było się tego spodziewać. I dodam jeszcze, że ta wiara absolutnie nie jest tożsama z naiwnością. Bo naiwna nie jestem.

(Siostra Małgorzata Chmielewska adoptowała i wychowała pięcioro dzieci. Na zdjęciu z synem Arturem. Fot. Piotr Milewski/Forum) (Siostra Małgorzata Chmielewska adoptowała i wychowała pięcioro dzieci. Na zdjęciu z synem Arturem. Fot. Piotr Milewski/Forum)

Siostra jest kobietą bardzo zajętą! Mogłoby się wydawać, że nie ma już miejsca ani czasu na kolejne obowiązki, a i pojemność serca jest przecież ograniczona. Tymczasem adoptowała siostra niepełnosprawnego syna Artura…
Jeśli chodzi o czas – to cudów nie ma, rozciągnąć się go rzeczywiście nie da. Więc jeśli mamy ambicję, by opierać się wyłącznie na sobie, to wyczerpiemy się szybko. Ale ja takich ambicji nie mam. Wychowałam pięcioro dzieci. Czeka pani na receptę?

Tak!
Trzeba po prostu iść do przodu i nie bać się, że czegoś nam nie wystarczy. Kiedyś pewna stara zakonnica w Laskach, oddając mi ze swojej kuchni ostatni kawałek chleba dla moich podopiecznych, powiedziała coś, co zapamiętałam na całe życie. Zapytałam, co zrobi, skoro oddaje ostatnią kromkę. Odpowiedziała: „Popatrz, jeśli mam zacisinięte dłonie, to mi Pan Bóg nie nałoży, jeśli je otworzę, ma jak mi dać”. Proste, prawda? Im więcej się daje, tym więcej się dostaje. A jeśli nie będziemy mieć, to znaczy, że Pan Bóg nie chce, żebyśmy dawali…

Kiedy dzwoniłam do siostry jakiś czas temu, usłyszałam, że możemy porozmawiać, ale teraz tylko przez chwilę, bo Artur ma właśnie atak padaczki. Chciałam zapytać o ciężar odpowiedzialności. Liczą na siostrę tysiące ludzi, ale na pewno odpowiedzialność za nich jest inna niż ta za własne, tym bardziej chore dziecko. Podjęła siostra kolejne wielkie wyzwanie.
To nie tak. Po prostu staje przede mną dziecko i teraz mam wybór – albo oddać je do sierocińca, z pełną świadomością, co będzie je tam czekać i co z tego wyniknie dla niego jako dorosłego człowieka, albo powiedzieć: „Dobra, spróbujemy”. Zatem taki miałam wybór. Przyzna pani, trudno mieć wątpliwości. Albo będziesz świnią, albo człowiekiem. Oczywiście, to wymagało ogromnego wysiłku, determinacji, moje starsze dzieci są już mocno dorosłe, pokończyły studia. Spróbowaliśmy i się udało. Kiedy wychodzi pani za mąż, nie wie pani, czy mąż ciężko nie zachoruje, czy nie urodzi pani chorego dziecka itd. To jest ryzyko miłości. Po prostu. Miałam szczęście, moje dzieci są świetnymi ludźmi. Udało nam się stworzyć taką śmieszną rodzinę. Jeden z moich synów przedstawia się jako „bękart siostry”. Są bardzo dowcipni, a ja uwielbiam ludzi z poczuciem humoru. Robili sobie rozmaite happeningi. Pamiętam, idę kiedyś ulicą, z pięciorgiem, a nawet dziewięciorgiem, bo były z nami wtedy dzieci mojej przyjaciółki, i one nagle, tak się umówiły, na środku Nowego Światu zaczynają krzyczeć do mnie: „Mamo!”. Ja w habicie, cała ulica ogląda się na nas, szepczą coś pod nosem. Znakomite! Bardzo się kochamy.

Co siostra robi, kiedy jest już tak naprawdę zmęczona?
Czytam totalnie głupią książkę, np. kryminał. Zresztą kryminały właśnie to lekarstwo, które stosuje wielu członków naszej wspólnoty. Wymieniamy się nimi.

I wtedy, z krymianałem w ręku, zamyka siostra drzwi i nikt nie ma przez chwilę dostępu?
O nie, droga pani, tak to nie działa. Takiego luksusu nie mam. Drzwi zamknąć nie mogę, nawet gdybym je zamknęła, Artur będzie w nie walił do skutku. Taki czas na lekturę mam późnym wieczorem. Muszę spać z synem w jednym pokoju ze względu na jego ataki padaczki, ale kiedy liczne psy Artura są już posegregowane – część śpi z nim w łóżku, reszta pod łóżkiem – i kiedy syn też już spokojnie zaśnie, przychodzi mój czas! Wtedy pracuję albo właśnie sięgam po głupią książkę. Mam swój reset.

(Siostra Małgorzata Chmielewska była inicjatorką powstania fundacji „Domy Wspólnoty Chleb Życia”. Aktualnie takich domów jest już 11. Fot. Piotr Milewski/Forum) (Siostra Małgorzata Chmielewska była inicjatorką powstania fundacji „Domy Wspólnoty Chleb Życia”. Aktualnie takich domów jest już 11. Fot. Piotr Milewski/Forum)

Małgorzata Chmielewska, siostra zakonna, przełożona wspólnoty Chleb Życia. W latach 90. organizowała na warszawskim dworcu wigilie dla bezdomnych. Prowadzi domy dla bezdomnych, chorych, samotnych, noclegownie i manufaktury zatrudniające osoby wykluczone. Jest adopcyjną matką piątki dzieci.

  1. Styl Życia

Powstają Punkty Pomocy Okresowej, czyli miejsca z darmowymi środkami higienicznymi dla kobiet

W Polsce nadal zdecydowanie za mało mówi się o miesiączce. (Fot. iStock)
W Polsce nadal zdecydowanie za mało mówi się o miesiączce. (Fot. iStock)
Akcja Menstruacja to pierwsza organizacja w Polsce, która walczy z ubóstwem i tabu menstruacyjnym. Z jej inicjatywy powstają właśnie Punkty Pomocy Okresowej, czyli szafeczki z darmowymi środkami higienicznymi dla potrzebujących kobiet. Bo miesiączka i temat ubóstwa menstruacyjnego w XXI wieku wciąż pozostaje tematem tabu, również w naszym kraju.  

Jak wynika z raportu Kulczyk Foundation na temat menstruacji, w Polsce o miesiączce nadal mówi się zdecydowanie za mało. I choć od kilku lat widoczne są próby oddemonizowania i odczarowania tego tematu (jeszcze kilka lat temu o miesiączce nie mówiło się prawie nic), są to zazwyczaj inicjatywy oddolne i punktowe. Temat miesiączki praktycznie nie istnieje w popkulturze, reklamy krew miesiączkową ukazują jako niebieski płyn, a ślady krwi na bieliźnie nadal wywołują wśród ludzi niesmak i obrzydzenie. Zamiast słów "mam okres" pojawia się określenie "mam te dni". To temat tabu, a przecież miesiączkujemy wszystkie.

Takie podejście przekłada się również na zjawisko ubóstwa menstruacyjnego. Określeniem ubóstwo menstruacyjne nazywa się problem braku dostępu do środków higienicznych, który wbrew pozorom nie dotyczy jedynie krajów słabo rozwiniętych - z takimi sytuacjami muszą borykać się również kobiety w Polsce. Według raportu Kulczyk Foundation 4 proc. Polek nie ma pieniędzy na zakup środków higienicznych. Czyli blisko 50 tys. kobiet każdego miesiąca staje przed wyborem: posiłek czy podpaska? Co więcej, tylko 1 proc. tych osób udało się do jakiejś instytucji w poszukiwaniu pomocy - dlaczego tak mało? Z powodu wstydu, który nie pozwala im głośno mówić o swoich potrzebach. Stąd właśnie zrodził się pomysł stworzenia Punktów Pomocy Okresowej.

Punkt Pomocy Okresowej to miejsce, w którym potrzebujące osoby będą mogły anonimowo i bezpłatnie otrzymać niezbędne im środki higieniczne. To małe szafeczki o wielkiej mocy, z których będzie mógł skorzystać każdy. Docelowo Punkty Pomocy Okresowej będą umieszczone w każdym województwie. Szafki mają stanąć w przeróżnych miejscach, łatwo dostępnych dla każdego, między innymi na dworcach kolejowych i autobusowych, w siedzibach organizacji pomocowych i zaangażowanych społecznie przestrzeniach.

Na początku w szafce znajdzie się: 30 podpasek, 30 tamponów, 15 wkładek higienicznych i 5 chusteczek antybakteryjnych. Ma to być jednak także miejsce, gdzie każda osoba dobrej woli może zostawić paczkę środków higienicznych i tym samym przyczynić się do walki z ubóstwem menstruacyjnym. - Chcemy, by Punkty Pomocy Okresowej stały się symbolem wzajemnej solidarności i rozpoczęły dyskusję na temat pomocy kobietom na tej płaszczyźnie - mówią twórczynie projektu.

Punkty Pomocy Okresowej powstały z inicjatywy Akcji Menstruacji, czyli pierwszej organizacji w Polsce, która walczy z ubóstwem i tabu menstruacyjnym. Założyły ją cztery licealistki: Emilia Kaczmarek, Magdalena Demczak, Julia Kaffka oraz Wiktoria Szpunar, a obecnie cały zespół liczy 16 osób. Jej celem jest długofalowa pomoc kobietom przy jednoczesnym poszanowaniu środowiska naturalnego. Fundacja współpracuje z 17 organizacjami pozarządowymi. Organizuje zbiórki produktów menstruacyjnych w całym kraju i aktywnie działa w mediach, w celu zwiększenia świadomości ubóstwa menstruacyjnego w Polsce.

Założycielki Akcji Menstruacji. Od lewej: Magdalena Demczak, Wiktoria Szpunar, Emilia Kaczmarek, Julia Kaffka. (Fot. materiały prasowe) Założycielki Akcji Menstruacji. Od lewej: Magdalena Demczak, Wiktoria Szpunar, Emilia Kaczmarek, Julia Kaffka. (Fot. materiały prasowe)

Wśród inicjatyw, które zorganizowała organizacja Akcja Menstruacja, były między innymi: zbiórka pieniędzy na kubeczki menstruacyjne dla kobiet w Polsce (1000 kubeczków) i w Kamerunie (250 kubeczków) oraz konkurs Krwawię z okazji Dnia Higieny Menstruacyjnej, który został stworzony po to, by uświadamiać społeczeństwo o ubóstwie menstruacyjnym. Co więcej, Akcja Menstruacja zorganizowała zbiórkę pieniędzy dla szkół w Mataram na wyspie Lombok w Indonezji. Według Plan International Indonesia 2018 w Indonezji aż 39 proc. dziewcząt jest wyśmiewana z powodu okresu, a 1 na 6 dziewczynek nie chodzi podczas niego do szkoły. 67 proc. rodziców nawet nie rozmawia ze swoimi córkami o menstruacji. Prowadzi to do obniżenia ich poczucia wartości, problemów z nauką i powstawania nierówności społecznych. Dlatego oprócz zbiórki podpasek i tamponów w szkołach będą prowadzone zajęcia edukacyjne.

Aktualnie, obok Punktów Pomocy Okresowej, organizacja prowadzi projekt,„Hej, dziewczyny!”, którego celem jest przełamywanie barier edukacyjnych na temat okresu i zmniejszenie skali ubóstwa menstruacyjnego wśród nastolatek za pomocą pudełek z darmowymi środkami higieny w szkolnych toaletach. Każda szkoła objęta projektem będzie otrzymywała co miesiąc zapas środków higienicznych, które umieszczane będą w oznakowanym pudełku w toalecie. Organizacja planuje także przeprowadzenie zajęć edukacyjnych na temat okresu oraz wydanie poradnika na temat prawidłowego dystrybuowania środków menstruacyjnych, by każdy właściwie podchodził do problemu ubóstwa menstruacyjnego wśród uczennic.

Akcja Menstruacja otrzymała w czerwcu bieżącego roku  Złotego Wilka dla jednego z najlepszych projektów społecznych w Polsce w ramach Olimpiady Zwolnieni z Teorii. Inicjatywy organizacji można wesprzeć na portalu pomagam.pl, a po więcej informacji o Akcji Menstruacji odsyłamy na jej oficjalny profil facebookowy.

  1. Styl Życia

Lagom - szwedzki sposób na szczęśliwe życie

Słownik szwedzko-polski określa lagom jako „umiarkowanie, wystarczający, odpowiednia ilość; właśnie tyle, ile trzeba”. (Fot. iStock)
Słownik szwedzko-polski określa lagom jako „umiarkowanie, wystarczający, odpowiednia ilość; właśnie tyle, ile trzeba”. (Fot. iStock)
Lagom, czyli skandynawski sposób na znalezienie złotego środka - umiejętność określenia, ile wystarczy nam do szczęścia i kiedy powiedzieć „dość”. To po prostu szwedzki sposób na szczęśliwe życie.

 

Słownik szwedzko-polski określa sprawę jasno: lagom to „umiarkowanie, wystarczający, odpowiednia ilość; właśnie tyle, ile trzeba”. Może się to odnosić do liczby pochłoniętych mięsnych pulpetów, temperatury kaloryfera, a także do wysokości zarobków. Kto odwiedził kiedyś naszych północnych sąsiadów, miał z pewnością okazję zauważyć, że lagom to po prostu szwedzki sposób na życie – zamiłowanie do tego, co funkcjonalne, lecz dyskretne, i organiczna wręcz niechęć do przesady. W każdej dziedzinie życia: od architektury przez modę i motoryzację po urządzanie wnętrz czy kuchnię. Brzmi znajomo? Oczywiście, wystarczy przecież zajrzeć do Ikei. Dlaczego zatem dopiero teraz ten termin zaczął robić karierę?

Od ekscesu do pokuty

Nie oszukujmy się: od kiedy umiar jest sexy? Wiele z nas uwielbia się obżerać tylko po to, żeby potem katować się detoksami; wydajemy ostatnie pieniądze na szałowe buty, żeby do końca miesiąca jeść tylko ryż; żyjemy od ekscesu do pokuty. Z tego, na szczęście, nikt nie zrobił jeszcze life­style’owego trendu, choć potencjał marketingowy byłby ogromny. Ze skandynawskich pojęć hygge (wym. huga) miało o wiele łatwiejszą drogę do kariery, bo jak nie myśleć ciepło o idei, która kojarzy się z przyjemnością, gorącą czekoladą, puszystym kocem i ogniem w kominku? Filozofia lagom nie wyklucza co prawda ani koców, ani czekolady, ale zgodnie z trendem przyjemność czerpie się właśnie z tego, że – nieco upraszczając –  koc może być wełniany, a niekoniecznie z kaszmiru, a kubek słodkiego napoju wystarczy dla dwojga. Lagom to skrót od frazy „laget om” – wokół drużyny, dla całego zespołu. Na biesiadach w czasach wikingów butlę miodu pitnego podawano z rąk do rąk i każdy pociągał z niej łyk – taki, żeby zaspokoić pragnienie, ale żeby wystarczyło również dla innych. Dbanie o dobro wspólnoty jest przecież również dbaniem o każdego z jej członków. Szwedzkie przysłowie „Lagom är bäst” znaczy dosłownie „odpowiednia ilość jest najlepsza”, ale tłumaczy się je też jako „umiar jest źródłem cnoty”.

Bez przesady

Cnota, powściągliwość, pamiętanie o potrzebach innych – czy ktoś widział coś równie trudnego do wypromowania? Szwedom nie tylko się to udało, ale zrobili z tego pomysł na życie. Pytać Szweda, co to jest lagom, to jak zapytać rybę, czym jest woda. – To droga środka. Jest jak wewnętrzny głos, który mówi ci, żeby nie budować największego domu w mieście, ale przypomina, że nie chcesz żyć w biedzie. Nie powinieneś być bezczelny, ale nie daj też z siebie zrobić popychadła – tłumaczył w brytyjskim „The Telegraph” producent muzyczny Johan Hugo. – Widać to też w naszych wartościach społecznych – przecież od pokoleń jesteśmy socjalistycznym krajem.

– Lagom to część skandynawskiej psychiki – mówi mi Bronte Aurell, autorka książki kucharskiej „The Scandi Kitchen” i właścicielka szwedzkiej restauracji w Londynie. – Umiar widać we wszystkim, co robimy. Moda nie epatuje przesadą – wystarczy spojrzeć na takie marki jak Filippa K, Acne czy sieć H&M. Szwedzki design to lekcja funkcjonalizmu bez kompromisu z estetyką. Ciekawe też, że Szwedzi, niezależnie od figury, z reguły dobrze czują się we własnej skórze, nagość jest czymś naturalnym, a botoksu stosuje się tam o wiele mniej niż w innych krajach Europy.

By żyć lepiej

Dzięki kilku czarodziejom marketingu lagom zatacza coraz szersze kręgi. Ikea i H&M od lat sprzedają lagom na cały świat, ale w Wielkiej Brytanii meblarski gigant dopiero ostatnio zainwestował w program „lagom living”. Rozdał pracownikom i klientom setki kuponów na niedrogie produkty, dzięki którym można oszczędzać wodę i energię, łatwo segregować śmieci i zdrowiej żyć. Naukowcy z Uniwersytetu Surrey monitorują powodzenie tego projektu, a w brytyjskich sklepach Ikea można się zwrócić o radę do „lagom hero”, który doradzi, które gadżety z ich oferty pomogą nam lepiej żyć.

Na Wyspach, zawsze głodnych nowych trendów, powstał też magazyn „Lagom”. Wydawany co pół roku w Bristolu przez małżeństwo, Elliota i Samanthę Stocksów, celebruje ludzi, a nie pusty image. „Interesują nas osobiste historie, które stoją za pokazywanymi przez nas produktami, i motywacje światowych twórców” – głosi ich strona internetowa. Grupa międzynarodowych autorów prezentuje w każdym numerze ciekawe wnętrza, wywiady z artystami i rzemieślnikami oraz pomysły na spędzanie czasu. Bo ten magazyn, jak tłumaczą jego założyciele, ma pokazywać, że można wieść piękne życie w prostocie i harmonii. Proszę nie ziewać – wywiad z grenlandzkim artystą rzeźbiącym w kości był naprawdę ciekawy.

Czy lagom – w sumie znajomy, ale wciąż słabo wypromowany sposób na życie – będzie trendem roku lub kilku lat? Oby. W świecie, w którym ciągle namawia się nas do konsumpcji, lagom oferuje alternatywę. Pierwszy krok to zdanie sobie sprawy z tego, że prawdziwa satysfakcja z życia nie płynie z ilości nagromadzonych dóbr. To dobre nie tylko dla psyche, ale i dla kieszeni. Drugi to wzięcie odpowiedzialności za swój wpływ na lokalną społeczność i na otaczający nas świat. Można zacząć od dbania o środowisko, ale warto na tym nie poprzestawać.