1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy sukces rewiduje znajomości?

Czy sukces rewiduje znajomości?

Często nie zdajemy sobie sprawy, że osoby, które osiągają tzw. sukces, po prostu bardzo ciężko na niego pracowały i innym zazdroszczą na przykład wolnego czasu. Trzeba po prostu robić swoje, nie oglądając się na innych. (Fot. iStock)
Często nie zdajemy sobie sprawy, że osoby, które osiągają tzw. sukces, po prostu bardzo ciężko na niego pracowały i innym zazdroszczą na przykład wolnego czasu. Trzeba po prostu robić swoje, nie oglądając się na innych. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Jeśli z niepewnej siebie osoby przeobrazisz się w śmiałą i ambitną, to licz się z tym, że część twoich przyjaciół się wykruszy. Ale ci prawdziwi zostaną. O tym, jak sukces rewiduje nasze znajomości, opowiada coach Karolina Cwalina.

Czas zmiany, budowania swojego sukcesu – to moment próby dla naszych przyjaźni? Nie dla każdej. Sama mam przy sobie ludzi, których bardzo cieszy moje szczęście czy powodzenie w sprawach zawodowych. Kibicowali mi od samego początku, przez wiele lat, i trwali przy mnie, kiedy tego potrzebowałam, wspierali w gorszych momentach i popychali do przodu. Tacy przyjaciele są ze mną do dziś i wiem, że będą zawsze. Natomiast prawda jest taka, że każda relacja ma swoją dynamikę – coś wnosimy my, coś innego wnosi druga osoba. Duża zmiana w życiu jednej ze stron zaburza to status quo. Siłą rzeczy zmienia się też relacja.

To znaczy? Jesteśmy przyzwyczajeni, że nasz przyjaciel jest „jakiś”. Ma swoje wady oraz zalety, ale właśnie to w nim lubimy. Jeśli poznałyśmy przyjaciółkę jako niepewną siebie dziewczynkę, trudno nam nagle zmienić perspektywę i zobaczyć w niej silną kobietę sukcesu. Może okazać się, że dobrze nam było w sytuacji, kiedy była mniej przebojowa. Doświadczyłam tego na własnej skórze.

Schudłam kilkadziesiąt kilogramów, spełniłam swoje marzenia o byciu coachem, założyłam firmę „Sexy zaczyna się w głowie”. Wygląd, jak się okazało, był tylko małą cząstką mojej pracy nad sobą. Zmieniłam się głównie wewnętrznie. Uwierzyłam, że w końcu mogę działać i cieszyć się czasem, który już umiałam dobrze rozplanować. Wiedziałam, jak się motywować, aby sprostać wyzwaniom, które się przede mną pojawiały. Stawałam przed lustrem i potrafiłam się do siebie uśmiechnąć, nabrałam pewności, że jestem wartościowym człowiekiem, który nie boi się zmian i potrafi walczyć każdego dnia. Mogę więc śmiało powiedzieć, że doświadczałam różnych reakcji ludzi. Kilka osób było przyzwyczajonych do tamtej Karoliny – niepewnej siebie, która brak poczucia wartości pokrywała wiecznym uśmiechem, robieniem wszystkiego, żeby inni ją lubili. Byłam „siostrą z wyboru”. Kiedyś więcej mi wybaczano. „No bo ona taka biedna, chora”. Gdy wyszłam z ciężkiej choroby, a potem wzięłam się za siebie – niektórzy nie za bardzo wiedzieli, co z tym zrobić. Prawdziwi przyjaciele cieszyli się razem ze mną i byli bardzo dumni. Inni, których uważałam za bliskie osoby, potrafili powiedzieć, że mam po prostu szczęście w życiu i mogę sobie robić, co chcę… Bolało, ale też nauczyłam się stawiać temu czoła. Robię dalej swoje, wspieram kogo mogę, i widzę, jak dobro wraca. Grunt to się nie poddać, nieżyczliwi ludzie są wszędzie.

Nie wspierali cię? Zaczęłabym w ogóle od tego, że chyba łatwiej wspierać osoby słabsze od nas, potrzebujące pomocy. Po pierwsze, czujemy się wtedy naprawdę ważni i potrzebni. Po drugie, taki ktoś nie jest dla nas konkurencją, a dzisiejszy świat powoduje, że często konkurujemy nawet z najbliższymi. To my w tej pozycji jesteśmy silniejsi. Ja mam stałego partnera, ona nie ma, ja mam dobrą pracę, ona nie. Porównujemy się z innymi, nawet jeśli sobie tego nie uświadamiamy. Jeśli porównanie wypada na naszą korzyć – możemy odetchnąć z ulgą i dawać komuś wsparcie. Zaspokajamy w ten sposób dwie istotne potrzeby – bycia ważnym i poczucia, że jesteśmy wyjątkowi. A nie jest łatwo być wyjątkowym na tle kogoś zaradnego, prawda? Oczywiście, nie zawsze pomagamy komuś z pozycji wyższości, ale bardzo często dopiero, gdy ktoś odnosi sukces, widzimy, co nas z nim naprawdę łączy. I czy to „wspieranie” to była reakcja na jakieś jego przejściowe kłopoty, czy raczej nieuświadomiony sposób na wzmacnianie swojego ego.

Zazdrość u swoich źródeł wiąże się z poczuciem wartości. Kiedy myślałam, że czegoś nie zrobię, nie umiem, nie nadaję się do tego, patrzyłam z zazdrością na innych, którzy potrafili, i zastanawiałam się, jak to robią, zamiast sama ruszyć do działania. Dziś, kiedy jestem szczęśliwa sama ze sobą, robię to, co kocham, i mam poczucie, że moje działania mają sens – jest zupełnie inaczej. Kibicuję innym, cieszę się, gdy spełniają swoje marzenia. Bo wiem, ile to ich kosztuje, jaką drogę muszą pokonać. Gdy patrzymy z boku, wszystko wydaje nam się takie łatwe. Lubię zawołanie: „Wstań, zrób to sam”. Często nie zdajemy sobie sprawy, że osoby, które osiągają tzw. sukces, po prostu bardzo ciężko na niego pracowały i innym zazdroszczą na przykład wolnego czasu. Trzeba po prostu robić swoje, nie oglądając się na innych.

Co jest dla nas trudne w sukcesie innych? Sukces to pojęcie bardzo względne. Ale na ogół jako ludzi spełnionych postrzegamy tych, którzy osiągają swoje cele. To może nas złościć, szczególnie gdy my sami zamiast działać, wolimy narzekać, znajdować setki powodów, żeby nie realizować planów. Możemy wtedy zacząć unikać tej osoby albo dewaluować jej osiągnięcia.

Czyli? Czyli jeśli z niepewnej siebie osoby staniesz się kobietą sukcesu, która spełnia marzenia, jest ambitna – pewnie część twoich przyjaciół się wykruszy. Widzisz, bo to trochę jest tak, że im więcej my sami ze sobą zrobimy, tym mamy głębsze poczucie, że się da. Że to jest właśnie kwestia planu, pokonania swoich ograniczających przekonań, w końcu – ciężkiej pracy. Ale większość rzeczy, jeśli tylko zdrowie nam dopisuje, jest w zasięgu ręki. Tyle że takie myślenie nie pasuje do naszej polskiej mentalności. Jeśli taka się stajesz – możesz być zagrożeniem dla ludzi, którzy kurczowo trzymają się przekonań: „Zmiany są niemożliwe”, „Tego się nie da, tamtego też”, „To nie dla mnie” , „Ty możesz, ja nie, bo mam to i to na głowie”.

Mówiłaś o dewaluowaniu osiągnięć. Prawdziwy przyjaciel będzie cię wspierał, a gdy ci się uda osiągnąć cel, powie: „Super! Podziwiam. Cieszę się”, „Trzymaj tak dalej” – i będziesz czuć, że to jest autentyczne i szczere. Dewaluowanie to komunikaty wprost albo naokoło, ale chodzi w nich o pomniejszenie tego sukcesu. Ja słyszałam: „Coaching? To się nie sprzeda, bo za drogie”, „Jesteś za młoda, kto będzie do ciebie przychodził”, „Sexy zaczyna się w głowie? Co za infantylne hasło!”. Rzeczy totalnie niewspierające.

Czasem ktoś ci mówi je wprost, a czasem obgadując w gronie znajomych. Warto pamiętać, że osoby, które nas krytykują, najczęściej robią to z poczucia niespełnienia. Albo zazdroszczą, albo nie mają dość siły i samozaparcia, żeby realizować swoje cele. Część tych emocji jest naturalna – większość z nas je odczuwa. Ważne jednak, co z nimi robimy.

Jakimi ludźmi warto się otaczać, kiedy chcemy się zmienić? Albo gdy już to robimy? Takimi, którzy inspirują, dodają energii, są szczerzy, ale którzy potrafią też nas zastopować. Czasem, gdy nagle odkrywamy jakąś pasję czy drogę, stajemy się egocentryczni. Prawdziwa przyjaciółka powie wtedy bez owijania w bawełnę: „Opamiętaj się!”, ale jednocześnie nigdy nie podetnie ci skrzydeł. Da ci pewność, że cokolwiek zrobisz dla siebie, ona będzie ci w tym kibicować, chyba że zaczniesz sama sobie szkodzić.

No właśnie, jak rozpoznać, czy nie uderzyła nam woda sodowa do głowy? Do momentu, kiedy traktujesz innych z szacunkiem – wszystko jest w porządku. My też mamy prawo na chwilę zająć się sobą, mieć inne priorytety. Ktoś, kto na przykład rozwija swoją firmę – nie ma już tyle czasu dla znajomych. Czasem wystarczy jeden SMS na miesiąc i wiemy, że ktoś o nas myśli. Warunek, oczywiście, żeby to nie zamieniło się w stan permanentny, choć pewnie im bardziej jesteśmy spełnieni, tym grono tych najbliższych jest węższe – nie musimy się już karmić innymi, żeby mieć poczucie wartości, sami dla siebie jesteśmy wsparciem.

Ja całe życie walczyłam o ludzi. Chciałam, żeby mnie każdy lubił, bo sama siebie nie akceptowałam. Dziś już nie mam poczucia, że musi mnie kochać cały świat, siłą rzeczy odpuściłam pewne relacje, gdy stałam się bardziej zabiegana. Transformacja to naprawdę ważny moment, dobry na odpowiedzenie sobie na pytanie: „Jakich przyjaciół wybierałam do tej pory?”, „Jakie związki z nimi budowałam?”, „Jakie ich potrzeby zaspokajałam, a jakie oni moje?”. Ważne też, żeby zobaczyć, kogo teraz przyciągamy. Może nagle zainteresowały się nami osoby do tej pory niedostępne, które kiedyś na nas patrzyły z góry? I warto też odpowiedzieć sobie na pytanie: „Czy naprawdę chcemy je mieć w gronie swoich bliskich?”.

Karolina Cwalina ECPC, coach, autorka programu „Sexy zaczyna się w głowie”. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Gdy pojawia się zazdrość o nowe dziecko w rodzinie

Starsze dziecko może przeżywać wiele sprzecznych emocji, gdy w domu pojawia sie niemowlę. (fot. iStock)
Starsze dziecko może przeżywać wiele sprzecznych emocji, gdy w domu pojawia sie niemowlę. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Kiedy pojawia się w domu nowe dziecko, starsze często czuje się odstawione na boczny tor. To zupełnie naturalna reakcja. Niestety, rodzice zazwyczaj odbierają dzieciom prawo do frustracji i wymagają ciągłego zachwytu niemowlakiem. To błąd! Ale do naprawienia…

Spodziewasz się kolejnego maluszka? Nawet jeżeli sama nie byłaś nigdy zazdrosna o młodsze rodzeństwo i wydaje ci się, że dom pełen dzieci to wyznacznik szczęścia, wiedz, że twoje pozytywne nastawienie nie jest gwarantem tego, że nie nadejdą żadne trudności. Noworodek w domu to test dla całej rodziny. Pojawia się kolejny – wymagający troski i miłości − domownik. Co zrobić, aby starsze rodzeństwo zbudowało z nim fajną relację, a pojawienie się malucha nie zachwiało całą strukturą rodzinną? Przede wszystkim nie myśl życzeniowo i nie licz na to, że wszystko samo się ułoży. Wręcz przeciwnie, chuchaj na zimne – zamiast ugłaskiwać rzeczywistość, zmierz się z możliwymi zagrożeniami. Oto, co najgorszego może cię spotkać:

Agresja

Bądź gotowa na hasła typu: „Oddajcie go z powrotem do szpitala. Nie chcę go u mnie w domu!”. Przejawami bezsilności mogą też być: bicie dorosłych, rzucanie przedmiotami, chlapanie jedzeniem, odmawianie wszelkiej współpracy w czynnościach codziennych. To typowe zachowanie dla dziecka, które nie radzi sobie z emocjami.

Głośne zabawy

Starsze dziecko chce nadal mieć prawo do bycia pierwszym. Głośne zachowanie to klasyczny przykład zawłaszczania uwagi dorosłych i wymuszania ich zainteresowania. Nie denerwuj się. Pamiętaj, że noworodek ma inne wymagania dotyczące snu. Będzie spał nawet wtedy, gdy brat czy siostra zacznie mu śpiewać nad uchem lub stukać klockami. Wymagając ciszy w domu, dajesz starszemu dziecku broń do ręki: wie, że krzyk zogniskuje twoją uwagę.

Regres

Kilkulatek odmawia samodzielnego jedzenia, ubierania się, załatwiania do ubikacji lub na nocnik, chce być noszony na rękach, przestaje mówić i wymaga, żebyś rozumiała jego „gaworzenie”? Zachowuje się tak, jakby cofnął się w rozwoju? To proste – podgląda noworodka i, widząc twoje zaangażowanie, też chce taki być. My również podglądamy zachowania ludzi, którym zazdrościmy. To naturalny mechanizm psychiczny.

Choroby

Nadal nie doceniamy psychosomatyki dziecka. Niesłusznie. Pod wpływem silnego stresu (przeprowadzka, brak kolegów, nowe dziecko w rodzinie) maluch szuka rozwiązania i tu może przyjść mu z pomocą ciało. Choroby, a raczej ich niekończący się ciąg, mogą nie być przypadkiem, jeśli zbiegną się z twoją kolejną ciążą.

Co robić?

Nie uciekaj od problemu. Nie traktuj zachowania starszego dziecka jako ataku na ciebie. Spróbuj postawić się w jego sytuacji − niemowlę w domu nie jest dla niego niczym fascynującym. To raczej mało atrakcyjny, męczący, odbierający spokój ducha intruz. Dlatego zadbaj o to, by starszy brat czy siostra czuli się przygotowani na czekające całą rodzinę zmiany. Pokaż na rysunkach, zdjęciach i filmach, czego można się spodziewać po noworodku. A także:

Angażuj starsze rodzeństwo w opiekę

Nie bój się kontaktu dzieci. Aktywność rozładowuje napięcie. Gdy jesteśmy w coś zaangażowani, łatwiej nam to polubić, zrozumieć. Zachęcaj do wspólnych kąpieli czy bujania wózka.

Pozwól na regres

Jeśli o to poprosi, kup starszemu dziecku smoczek, butelkę i rób mleko w proszku. Nawet nie myśl o tym, że go rozpieszczasz. Ty jedynie zapobiegasz powstaniu głębokiej niechęci do młodszego rodzeństwa. Faza regresu bardzo szybko minie, zwłaszcza jeśli przyznasz dziecku do niej prawo.

Tul, całuj i pieść

Jesteś mamą noworodka, więc nie brakuje ci kontaktu fizycznego, ale twojemu starszemu dziecku – tak. Gdybyś miała zrobić dla niego tylko jedną rzecz, to przytul je, kołysz, głaszcz i całuj. Możesz to robić w całkowitym milczeniu. Twój komunikat jest dla dziecka klarowny.

Rób zdjęcia starszemu dziecku

Wyjmij fotografie z okresu noworodkowego, rób zdjęcia rodzeństwu razem i nigdy nie dopuść, żeby fotki noworodka zdominowały waszą przestrzeń rodzinną.

Kup lalkę

Nowe dziecko kosztuje, ale zapobieganie niechęci między rodzeństwem jest bezcenne. Warto więc zainwestować w nowe zabawki. Starsze dziecko wyposaż w lalkę o wyglądzie noworodka, a jak trzeba, to i w wózek, małą wanienkę i wszelkie akcesoria. Chłopcu pomożesz rozładować frustrację, jeśli pozwolisz równolegle z tatą kąpać, przewijać i usypiać „swojego” dzidziusia.

Czytaj mu książki

Historyjki o tym, jak w domu zjawia się okropne młodsze rodzeństwo, ale w końcu udaje się je polubić, będą ogromnym wsparciem dla starszego dziecka, które przestanie czuć się winne, że nie lubi maluszka.

Podkreślaj przywileje

Starsze dziecko widzi tylko jedną stronę swojej sytuacji: ktoś kradnie mu mamusię. Pokaż mu jego przywileje: „Możesz sam wybierać ubrania, sam jeść, sam się myć, możesz oglądać telewizję i masz swoich kolegów”. Warto pokazać dziecku, że jego sytuacja nie jest wcale tragiczna.

Znajdź czas tylko dla niego

Największą bolączką posiadania młodszego rodzeństwa jest fakt, że nie ma się już rodziców tylko dla siebie. Dlatego codziennie wygospodaruj czas na bycie tylko z jednym, starszym dzieckiem. Nawet jeśli będzie się to wiązać z zatrudnieniem niani, warto tak zrobić. Gdy chcesz być tylko ze mną, to znaczy, że mnie kochasz – każdy człowiek to rozumie. Gdy się czegoś spodziewamy i mamy plan, co zrobimy w razie problemów, nie wywołuje to stresu. Dlatego warto opracować strategię, jak się zachowasz, kiedy starsze dziecko zaprotestuje, że niszczysz mu życie.

Działaj zamiast mówić

Słowa to najłatwiejszy rodzaj komunikacji, ale nie w relacjach z dziećmi. W obszarze porozumiewania się z maluchami są wyjątkowo kiepską metodą. Dzieci, jeszcze niezmanierowane, doskonale widzą, że miłość to nie słowa, ale zachowanie. Dlatego najlepiej, żebyś nic nie mówiła, a skupiła się wyłącznie na swoim zachowaniu. „Kochamy cię. Zawsze będziesz dla nas najważniejszy. Za kilka lat zobaczysz, jak wspaniale mieć młodsze rodzeństwo” – takie słowa nie przekonają żadnego dziecka. Jeśli kogoś się kocha, to jest on dla nas całym światem i nie potrzebuje się innych, a „za kilka lat” nie istnieje nawet dla nastolatka. Liczy się tylko „tu i teraz”. Nie myśl więc, że wyjaśniliście sobie, jak się rzeczy mają. Dla dziecka liczą się wyłącznie zachowania dorosłych. Dlatego w tej sytuacji lepiej nic nie mówić, tylko w milczeniu na każdym kroku okazywać zrozumienie.

  1. Psychologia

Przyjaciółki, warsztaty, kręgi kobiet – co zrobić, gdy mężczyzna chce zatrzymać partnerkę tylko dla siebie?

Kobiety potrzebują wzajemnego wsparcia. Pragną się spotykać, rozwijać  i cieszyć życiem. Niestety, wielu mężczyzn jest o to zazdrosnych. (fot. iStock)
Kobiety potrzebują wzajemnego wsparcia. Pragną się spotykać, rozwijać i cieszyć życiem. Niestety, wielu mężczyzn jest o to zazdrosnych. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Gdy nasza partnerka spotyka się z przyjaciółkami, to nie znaczy, że czegoś nam brakuje. Dobrze, gdyby wreszcie do mężczyzn dotarło, że kobiety potrzebują kobiet, aby lepiej poznać, rozumieć i kochać siebie. I że to szansa dla związku – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Kongres Kobiet, kręgi kobiet, kobiece grupy rozwojowe, terapeutyczne, feministyczne, spotkania w gronie przyjaciółek – to dla mężczyzn, jak słyszę, prawdziwe wyzwanie. No bo dokąd ona chodzi? I po co? Co one tam robią? O czym rozmawiają? Gdy kobieta wychodzi na kobiecą jogę czy gimnastykę, to pół biedy. Gorzej, gdy on przeczuwa, że na spotkaniach w gronie kobiet dzieją się dla niej ważne rzeczy. Gdy pyta partnerkę o charakter tych spotkań, ona go zbywa: „Trudno to opisać, obowiązuje mnie zasada dyskrecji”. Albo jeszcze bardziej tajemniczo: „Co my robimy? No wiesz, różne ciekawe rzeczy!”. A do tego kobieta się zmienia, staje się bardziej asertywna, w sposób otwarty stawia granice, wyraża swoje potrzeby, oczekiwania.

On dochodzi do wniosku, że one się spotykają, żeby nadawać na mężczyzn, skarżyć się i spiskować. Psują mu kobietę. Mówią jej, co ma robić, a czego nie robić, i teraz są właśnie efekty. Fantazja zaczyna pracować pełną parą. To jest zazdrość o intymny świat kobiety, do którego on nie ma dostępu. Może czuć się odstawiony na boczny tor. Jeden z klientów zwierzał mi się, że jego żona zapomniała o rocznicy ślubu, bo umówiła się z przyjaciółką. Długo czekał z kwiatami i prezentem, aż zapadła noc. Innym razem wyjechała z przyjaciółkami na weekend w jego urodziny. Opuszczony, zraniony i rozżalony pytał mnie, co ma o tym myśleć. I że to dowód, iż słusznie się niepokoi, ponieważ z nią i z ich związkiem jest coraz gorzej. A to wszystko przez te spotkania z kobietami.

W jaki sposób mężczyzna okazuje swój niepokój? Jak sobie radzi? „Może byś się zajęła dziećmi”. „Lodówka pusta”. „Sterta prania czeka”. Może porównywać: „Janusz to ma żonę! Dom zadbany, czysto, ugotowane, jakoś to po ludzku wygląda, tak jak powinno być”. Może mieć pretensje: „Zobacz, co ty z nami robisz”. Może sabotować jej wyjścia z domu: „Nie wiem, jak to zrobimy. Nie wiem, kto zajmie się dziećmi, bo ja też wychodzę”. Może być zły, znajdować różnego rodzaju preteksty, żeby ją zatrzymać w domu – że chory, że źle się czuje, że ma coś pilnego do zrobienia. Może się obrażać, znikać z domu, upijać się, ostentacyjnie milczeć. Może wycofać się do swojego wewnętrznego świata: komputer, Internet, hobby, praca. Wejść w koalicję z dziećmi: „Mama znowu wychodzi! No, dzieci, musicie być samodzielne…”. Miałem pacjentkę, która planowała wyjazd na trening dla kobiet. Po raz pierwszy od lat miała spędzić sama tydzień poza domem. Jej partner był w bliskiej koalicji z synem do tego stopnia, że syn się rozchorował, miał problemy z poruszaniem się, wyglądało na zapalenie ścięgien. Lekarz rozłożył ręce: „Nie ma tu żadnych medycznych podstaw”. Ta kobieta popatrzyła na syna i powiedziała wolno i stanowczo: „I tak pojadę!”. Zanim pojechała, już następnego dnia choroba syna minęła. Warto zdać sobie sprawę, że mężczyzna odczuwa lęk przed nieznanym, nie wie, z czym może się liczyć. Skoro partnerka stała się tak wymagająca, to do czego to doprowadzi. Często cierpi na tym męskie ego i narcyzm związany z wyobrażeniem, że skoro już jesteśmy parą, to powinienem być dla niej całym światem. Już nie powinna mieć innych potrzeb, nie powinna szukać na zewnątrz.

„Już jej nie wystarczam” – to może być zagrażające? I bolesne. Konieczna jest tu świadomość, że spotkania z kobietami nie świadczą o tym, że mężczyzna ma jakieś braki. Wynikają z potrzeb kobiety. Dobrze, żeby wreszcie do mężczyzn dotarło, że kobiety potrzebują kobiet, aby lepiej zrozumieć siebie, wzmacniać poczucie wspólnoty, więzi i wymiany. To jest nowa świadomość na temat pełniejszego rozumienia kobiecych potrzeb i aspiracji. Tymczasem mężczyźni wydają się za tym nie nadążać. W dużym stopniu pozostali na etapie archaicznym, jakiś przestarzałych wzorców i ról.

Kobiety mówią, że odkąd przebywają z innymi kobietami, przestały wreszcie wymagać od mężczyzny, żeby był im matką, ojcem, przyjaciółką, terapeutą, doradcą. Mówią, że to wielka ulga. Chyba także dla mężczyzn? Kobiety wzmacniają się i dojrzewają. Więc jako partnerki też są bardziej dojrzałe. Przestają być córeczkami, którym trzeba tatusiować. Kłopot w tym, że wielu mężczyzn lubi opiekować się kobietami jak dziećmi, ponieważ wtedy czują, że mają kontrolę. „Ja ci załatwię specjalistę od depresji, na pewno ci pomoże, znam człowieka”. „Wyszukam ci leki”. „Znajdę ci zajęcie”. „Załatwię pracę”. To on wybiera, decyduje. Wie kto, kiedy, z kim, dlaczego i po co. To daje mu paradoksalnie poczucie bezpieczeństwa, pewność siebie – ona zależy ode mnie, beze mnie sobie nie poradzi. Wyzwaniem dla mężczyzn nie są kobiece grupy, ale nowe myślenie o relacji, o partnerstwie. Czym ono jest? Potrzebujemy rozmów, aby zmienić stare przekonania i nawyki.

Od czego zacząć? Dobrze, gdyby kobiety mówiły wprost: „To nie jest przeciwko tobie. Nie wychodzę z domu, dlatego że nie chcę być z tobą czy z dziećmi. Zależy mi na was. A jednocześnie potrzebuję tego, co mogą mi dać tylko kobiety. Dzięki tym spotkaniom czuję się silniejsza i jestem pewna, że wszyscy na tym korzystamy. Ufam, że będziesz mnie w tym wspierał; zajmiesz się dziećmi i domem, gdy wychodzę”. Ważne, aby mężczyzna wyrażał zainteresowanie: „Co jest dla ciebie ważnego w tych spotkaniach? Czy może w naszym związku czegoś brakuje?”. Można powiedzieć o swoich fantazjach, podejrzeniach, obawach. „Gdy wychodzisz, niepokoję się. Tyle mówi się dzisiaj o tak zwanych grupach destrukcji, które mają charakter zamknięty, odcinają od rodziny”. Dobrze, żeby dopytywał, wyrażał troskę, miłość. „Pytam również dlatego, ponieważ ciekawi mnie, co się z tobą dzieje, co przeżywasz. Zależy mi na tobie, na nas”. Jeśli kobieta uczestniczy w grupie terapeutycznej, niech powie tyle, ile może, bez szczegółów, czemu ta grupa służy; że jej celem jest wzmacnianie kobiecej siły. Niech zwróci uwagę na to, w jaki sposób to wzmocnienie może wpłynąć na związek, na rodzinę. Dobrze, gdyby kobiety były otwarte: „Jeśli masz jakieś pytania, chętnie odpowiem na tyle, na ile będę mogła”. Takie podejście działa uspokajająco, wzmacnia zaufanie i poczucie bezpieczeństwa, ponieważ już nie trzeba się domyślać. Konieczne są też wspólne uzgodnienia, jak będzie funkcjonował dom na czas nieobecności kobiety. Bardzo konkretne ustalenia; kto w tym czasie odprowadzi dzieci do szkoły, przedszkola, kto zajmie się zakupami, posiłkami. Takie ustalenia działają cuda. Mężczyzna ma wtedy poczucie, że uczestniczy w czymś ważnym, ma wpływ, kontrolę. Niepokoi się, gdy jest zaskakiwany, uspokaja się, gdy wie, czego się spodziewać.

Najtrudniej – jak się wydaje – radzić sobie z męską zazdrością. Spróbujmy popatrzeć głębiej: jeśli on wyraża zazdrość, mówi o swoim niepokoju, niezadowoleniu, można pomyśleć, że to dobry znak, że mu zależy, nie jest obojętny, żywi uczucia. Byłoby znacznie gorzej, gdyby wycofał się w swój świat: rób sobie, co chcesz, nic mnie nie obchodzi, mam tu w Internecie ciekawsze rzeczy. Więc zamiast się denerwować („Czyś ty zwariował z tą zazdrością!”), można zazdrość docenić i powiedzieć: „Cieszę się, że dzielisz się tym ze mną, że zadajesz pytania, interesujesz się moimi sprawami. Odbieram to jako zaufanie do naszej relacji. Powiedz coś więcej na ten temat. Czy w twoim odczuciu spędzamy ze sobą zbyt mało czasu?”. Gdy słuchamy siebie nawzajem, wtedy do głosu dochodzą prawdziwe potrzeby: kontaktu, docenienia, bliskości. Poprzez otwartość, rozmowy budujemy kontakt, pogłębiamy więź. Mężczyzna nie czuje się wtedy nie w porządku, że w ogóle śmiał zapytać czy krytycznie się wyrazić. Czuje się zrozumiany, ponieważ partnerka akceptuje, że on może tak się czuć.

Oczywiście, potrzebujemy, i kobiety, i mężczyźni, dużej dozy życzliwości i spokoju. Niewycofywania się z kontaktu. Otwartości. Słuchania i pytania. Jednak bywa i tak, że zmiana, która dokonuje się w kobiecie, jest ryzykowna dla relacji. Samoświadomość kobiet, ich asertywność, domaganie się respektowania granic, potrzeb i dążeń może wydawać się czymś negatywnym, utratą tego, co było. Jednak to właśnie szansa dla związku. Oczywiście, nie wszyscy mężczyźni wytrzymają takie zmiany, nie wszyscy podejmą dialog. Warto jednak przynajmniej spróbować rozmawiać, w otwarty sposób wyjaśniać, co się dzieje. Wielu mężczyznom wydaje się, że zmiana, jaką musieliby przejść, narusza ich wolność, tożsamość. „Wymagasz ode mnie, żebym stał się inny, nie akceptujesz mnie takim, jaki jestem”. W podtekście jest pragnienie, aby nic się nie zmieniło, żeby mogło być tak jak dotychczas, taki sam podział zadań, obowiązków. Jednak kobieta nie godzi się już na dotychczasową sytuację, którą na przykład traktuje jako niesymetryczną, eksploatującą. Mówi: „Teraz chcę być z tobą jako wolna kobieta, a nie uzależniona, biedna córeczka”. Czy to nie jest bardziej dojrzałe, pełniejsze? Otwiera się nowy etap dla związku, nowa jakość relacji, głębsza, pełniejsza. Nie wszystkim mężczyznom zależy na pogłębionej relacji, mogą więc nie chcieć wsiąść na statek, który wypływa na szerokie wody…

…nieświadomi, że tego rejsu nie da się już zatrzymać. Żebyśmy mogli być szczęśliwi w naszych związkach, potrzebujemy kontaktu z innymi, ze światem. Gdy tego nie ma, związek obumiera. Może trwać w sposób formalny latami, jednak nie ma w nim życia. Niektórzy mówią, że skończyła się chemia. Raczej skończył się pokarm, którym związek się żywił. Jeśli spędzamy ze sobą większość czasu, nie podróżujemy, nie uczymy się nowych rzeczy, nie uczestniczymy w inspirujących zdarzeniach, to z czego czerpać? Seks nie wystarczy. Wydaje mi się, że mężczyźni ciągle nie zdają sobie sprawy z tego, że kobieta, która wychodzi z domu, spotyka się z przyjaciółkami, uczestniczy w zajęciach grupowych, zasila tym samym związek, ponieważ wszystko, czego się nauczyła, co odkryła, przynosi do domu, jest ożywiona, szczęśliwsza. To jest nowa energia, nowy świat, z którym mamy okazję się spotkać, a to poszerza nasze perspektywy, pozwala wychodzić poza ograniczenia, schematy czy stereotypy. Wielka szansa na rozwój. Naszym partnerkom należy się wdzięczność, a nie sabotowanie ich aspiracji.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP. Niedawno ukazała się książka „Zrozumieć mężczyznę”, którą napisał z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.

  1. Psychologia

Kim naprawdę dla mężczyzny jest jego przyjaciółka?

Rzadko się zdarza, aby partnerka akceptowała przyjaźń swojego mężczyzny z kobietą, bo nie do końca wierzy,że ta relacja jest tylko przyjacielska. (Fot. iStock)
Rzadko się zdarza, aby partnerka akceptowała przyjaźń swojego mężczyzny z kobietą, bo nie do końca wierzy,że ta relacja jest tylko przyjacielska. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Przyjacielska relacja sprawia, że lepiej poznajemy siebie. Jeśli przyjaciółka widzi i akceptuje ukryte dotąd części mnie i mimo wszystko pozostaje w relacji ze mną, wtedy niejako zwraca mnie samemu sobie – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Pytam ostatnio bliskiego mi mężczyznę, w jaki sposób udało mu się przejść przez serię traumatycznych doświadczeń, kto mu pomógł, a on bez zastanowienia mówi: „przyjaciółka”. To kobieta, z którą nie jest w związku partnerskim, nie łączy ich relacja seksualna. Znają się od kilku lat, dzwonią do siebie, spotykają się, żeby pogadać, podzielić się tym, czego doświadczają i co przeżywają. Proste ludzkie rozmowy. Niby niewiele. To jest to, co najważniejsze. Relacje są najważniejsze. Ten mężczyzna ma szczęście. Gdy ja rozmawiam z mężczyznami, wyczuwam w nich dojmującą samotność. Przyjaźń nazywają luksusem, w podtekście jest, oczywiście, sugestia, że oni na taki luksus nie mogą sobie pozwolić. Dramat dzisiejszych czasów polega na tym, że to, co jest postrzegane jako luksus, jest jak powietrze, bez którego dusimy się i obumieramy. Kiedy brakuje przyjaźni, pojawia się to pytanie, które tak często słyszę od mężczyzn: „Po co to wszystko?”. Coś się wydarza, może awans w pracy, jakieś nowe możliwości. Jeśli jednak nie mamy z kim porozmawiać, trudno to nowe zintegrować, w pełni się ucieszyć. W pracy różnie bywa – jedni gratulują, inni zazdroszczą, jeszcze inni intrygują. W domu? Nierzadko zdarza się, że żona, partnerka ma dość rozmów o pracy, słuchania, wspierania. Brakuje jej dystansu, bo jest z mężem na co dzień. Musi ogarnąć wiele spraw. Mówi: „W najbliższy czwartek jest wywiadówka. Z Zuzą trzeba iść do ortodonty, ja nie mogę w tym czasie”. Kobiety są przeciążone obowiązkami, zmęczone. Bardzo łatwo wtedy w relacji partnerskiej zagubić aspekt przyjaźni. Relacja z przyjaciółką, która nie jest partnerką, pozwala odzyskać ten skarb, jakim jest możliwość pełnego zaufania, otwartego rozmawiania, zainteresowania, dzielenia się. To szansa na wyjście z męskiej klatki. Przyjaźnie z mężczyznami są inne. Najczęściej oparte na aktywności, na różnych działaniach, które wspólnie podejmujemy: wspinamy się w górach, latamy na paralotni, jeździmy na ryby. Jesteśmy razem, od czasu do czasu o czymś pogadamy…

…głównie o faktach, co się wydarzyło? Tak, o działaniach. Z kobietami jest inaczej. Przyjaciółka jest bardziej otwarta, wrażliwa na różne kwestie emocjonalne, stany wewnętrzne. Kobiety mają dużo więcej samoświadomości, mądrości. My, mężczyźni, możemy z tej mądrości czerpać i uzupełniać swoje deficyty. Dzięki przyjaźniom z kobietami mamy szansę rozwinąć kobiecy punkt widzenia, wrażliwość, a tym samym zyskać więcej wewnętrznej równowagi.

I kobiety, i mężczyźni potrzebują różnych punktów odniesienia w świecie, żeby relacja partnerska mogła być bliska, dobra; żebyśmy się w niej nie udusili. Wewnętrzna mądrość podpowiada, abyśmy nie robiły z mężczyzny ojca, matki czy przyjaciółki. Ale też nie najlepiej, gdy mężczyźni oczekują od nas, że będziemy dla nich matkami czy terapeutkami. W relacji z przyjaciółką nie ma oczekiwań, jakie są w związku partnerskim. Jedna z kobiet powiedziała mi: „Borykam się z problemami, dzieci chorują, rodzice wymagają opieki, a on przyszedł z pracy i się rozpłakał!”. Gdyby ten mężczyzna zapłakał w obecności przyjaciółki, ona nie czułaby się tym tak obciążona. Dzielenie się z kimś tym, co przeżywamy, w sposób wolny od uwikłań systemowych, związanych z pracą czy z domem, to wielka szansa na głębsze poznanie siebie. Jest tu jeszcze coś. Gdy rozmawiamy z kimś w sposób otwarty i szczery, to nas zmienia, transformuje, ożywia, rozwija w nas nowe umiejętności. Z całą pewnością mężczyzna, który ma kontakt z przyjaciółką, wszystko, co pozytywne w tej relacji, przeniesie na inne sfery życia, także do swojej partnerskiej relacji. Choćby świadomie o tym nie myślał, to i tak się stanie.

Moja przyjaciółka mawia, że zazdrość jest poniżej jej godności, i to powiedzenie stało się hitem wśród bliskich mi kobiet. Jednak zazdrość partnerki o przyjaciółkę może mocno skomplikować relacje. No bo o czym oni tak rozmawiają? Czy ta przyjaźń nie przerodzi się w romans? No tak, to dla wielu mężczyzn spory problem. Zresztą dla kobiet też – szczególnie dla tych po rozstaniach i dla singielek. Zaczyna się od przyjaźni, tak nam się swobodnie rozmawia, tak się rozumiemy, już mamy do siebie zaufanie, jest coraz bliżej i pojawia się tęsknota za czymś więcej, za związkiem intymnym. Często tak właśnie się dzieje: z przyjaźni rodzi się partnerska relacja.

A więc partnerki mężczyzn mogą mieć uzasadnione obawy o romantyczny finał relacji z przyjaciółką… Rzadko się zdarza, aby partnerka czy żona akceptowała przyjaźń swojego mężczyzny z kobietą, ponieważ nie do końca wierzy, że ta relacja jest tylko przyjacielska. A poza tym jest zazdrosna o czas poświęcany innym ludziom, kolegom, a co dopiero innej kobiecie. Wielu mężczyzn ogranicza z tego powodu swoje relacje przyjacielskie. Kobiety są przepracowane tak jak mężczyźni. Gdy więc ona ma na głowie swoją pracę zawodową, sprawy związane z domem, z dziećmi, z rodzicami, z chorobami w rodzinie, a on umawia się na wieczór z przyjaciółką, to może nie sprzyjać harmonii domowej. Jeśli jednak kobieta widzi, że relacja z przyjaciółką buduje jej mężczyznę, ponieważ jest bardziej otwarty, żywy, chętnie dzieli się tym, co odkrył, zyskał, wtedy warto wspierać relację z przyjaciółką.

„Idź, pogadaj, pozdrów ją ode mnie”? Dlaczego nie? Gdyby jednak pojawiło się zauroczenie seksualne przyjaciółką, dojrzały mężczyzna zwróciłby uwagę na to, co takiego wydarzyło się w tej relacji, czego brakuje w jego związku z żoną. Dlaczego jego energia i zainteresowanie podążyły w inną stronę? To zawsze szansa dla związku. Otwiera się przestrzeń do rozmowy: w jaką rutynę popadliśmy, co wymaga zaopiekowania, jak na nowo rozniecić ogień. Gdyby rozmowy nie pomogły, warto podjąć terapię dla par. Wszelkie relacje wymagają czujności, świadomości tego, co się dzieje, i odpowiedzialności.

Przyjaciel to ktoś, przy kim można odpocząć; rozluźnić się, odprężyć. Musimy mieć pewność co do pozytywnych intencji; przyjaciółka akceptuje mnie, dobrze mi życzy, jestem dla niej ważny jako osoba. Czym innym są przyjaźnie biznesowe, a czym innym przyjaźnie naturalne – spotykamy się jako istoty ludzkie, a wszystko inne to jedynie elementy towarzyszące. Czujemy się ze sobą dobrze, bezpiecznie, po spotkaniu jesteśmy zainspirowani, odświeżeni, bogatsi. Relacja z przyjaciółką sprawia, że widzę świat jako lepszy, a to napawa mnie optymizmem, daje poczucie więzi, wspólnoty, rezonansu. Egzystencjaliści tacy jak Irvin Yalom czy Martin Buber mówią o spotkaniu ja i ty, spotkaniu egzystencjalnym, które bardzo trudno zdefiniować. To spotkanie jest wartością samą w sobie, ono przerasta jednostkowe potrzeby.

To jest podróż duchowa, ponieważ gdy jesteśmy z kimś blisko, bardzo szybko dochodzi do głosu cień, deficyty, ograniczenia, słabsze strony, nieuświadomione części siebie, lęk. Bardzo wyraźnie widać, z czym przyjaciel się boryka. Widać całość. I sztuką jest przyjąć tę całość. Być uważną. Nie interpretować, nie oceniać. Tak, jednak w przyjaźni widzimy coś więcej – poprzez cień, maski, nawyki, ograniczenia i pozory promieniuje rdzeń, centrum z pełnym potencjałem, bez ograniczeń. Ograniczenia są na zewnątrz, w centrum rozpoznajemy wolną istotę i na nią rezonujemy. Właśnie wtedy możemy głęboko odpocząć, bo to pomaga również nam; łatwiej skontaktować się z naszym własnym centrum.

Trzeba się jednak zaangażować, zadzwonić, umówić się, pogadać, dać wyraz temu, że jestem, myślę, zależy mi na relacji. W jaki sposób mężczyzna ma znaleźć w sobie energię na pielęgnowanie przyjaźni? Przyjaźń to jest ten rodzaj więzi, że niezależnie od tego, kiedy się spotykamy, jesteśmy cały czas w przyjacielskim rezonansie, w przestrzeni otwartości, zrozumienia i zaufania. Jeśli więc przyjaciel przez jakiś czas się nie odzywa, rozumiemy, że coś ważnego zaprząta jego uwagę; że najpewniej jest przeciążony. Wiem, że dla mężczyzn już sama świadomość, że przyjaźń istnieje, jest ważna. Kobiety potrzebują więcej czasu i uwagi, pragną, aby przyjaźń była zasilana, dążą do częstszego kontaktu, rozmowy. Najwyraźniej różnimy się w tym względzie. Poza tym mężczyźni angażują się najczęściej w przyjaźnie zawodowe, służbowe; są partnerami w biznesie, wspólnikami. To coś innego niż przyjaźnie naturalne, niepowiązane interesami. Prawdziwe przyjacielskie relacje to wielkie źródło radości. Radykalnie i totalnie zmieniają jakość naszego życia. Dlatego gdy w psychoterapii pytam mężczyznę, jak w jego życiu wygląda sprawa relacji, przyjaźni, a on mówi, że miał ją kiedyś, w szkole, ale teraz nie ma czasu, to wiem, że sprawa jest poważna, a nawet dramatyczna.

Tak jakby odmawiał sobie wsparcia. Ktoś obecny w naszym życiu, kto o nas myśli, słucha, akceptuje, kto dobrze nam życzy, to wyjątkowy dar. Wsparciem jest istnienie przyjaciółki. Samo istnienie. To nawet nie o to chodzi, że musimy być wsparciem dla siebie w trudnych chwilach, choć to, oczywiście, bezcenne. Wystarczy samo bycie, dzielenie się sobą. To nas wzajemnie inspiruje. W trudnych chwilach możemy dać jakąś radę. Jednak w przyjaźni pozostawiamy drugiej osobie wolność; może zrobić z tą radą, co zechce, może nic nie zrobić.

Jak w każdej relacji bywają też kryzysy w tej przyjaźni. W relacjach przyjacielskich uczymy się metakomunikacji, czyli porozumiewania się w kwestii tego, jak się porozumiewamy. W przyjaźni możemy o tym mówić – nawet jeśli pojawia się ból, złość, irytacja, zniecierpliwienie. Żadne stany wewnętrzne nie przesłaniają relacji jako takiej. W innych przypadkach ludzie się obrażają, dystansują, zamykają, wyziębiają. Dlaczego w przyjaźni potrafimy o tym mówić? Bo wiemy, że to są odpryski, sprawy poboczne, przemijające, wynikające z naszych emocji, stanów wewnętrznych.

Przyjacielska relacja sprawia, że zyskujemy świadomość, bardziej poznajemy siebie. Jeśli przyjaciółka widzi i akceptuje ukryte dotąd części mnie i mimo wszystko pozostaje w relacji ze mną, wtedy niejako zwraca mnie samemu sobie.

Nie warto, oczywiście, na siłę szukać przyjaźni z kobietą, zresztą z nikim, bo nie da się jej w ten sposób znaleźć. Paradoksalnie im bardziej gorączkowo poszukujemy relacji, tym bardziej się wymyka. Przyjaźń to spotkanie; zaczynamy odczuwać rezonans. Nawet jeśli na początku ta siła przyciągania nie jest zbyt wyraźna i silna, warto sobie na nią pozwolić. Dać przyjaźni szansę.

 

 

  1. Psychologia

Zazdrość w związku może pomóc - rozmowa z Katarzyną Miller

Zazdrość w związku może zaszkodzić, ale również pomóc. (Fot. iStock)
Zazdrość w związku może zaszkodzić, ale również pomóc. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
"Mam dobrą wiadomość. Z zazdrości można odbić się jak z trampoliny i zanurkować w dobrą miłość" - zapewnia psychoterapeutka Katarzyna Miller w rozmowie z Beatą Pawłowicz. 

Czasem, by poczuć niepokój, wystarczy mało wiarygodny news portalowy: najczęściej romansują i zdradzają w pracy analitycy giełdowi, brokerzy, finansiści. A twój partner pracuje w finansach, i to po 12 godzin na dobę. Jeśli ktoś czuje niepokój z takiego powodu, to znaczy, że jest zajączkiem, czyli siedzi na strachu. A ten strach więcej mówi o wierze tegoż zajączka w siebie, a raczej o braku tejże wiary, niż o apetycie na seks jego drugiej połowy. Więcej mówi o zajączka samoocenie – raczej mizernej jak zwiędnięta kapusta – niż o tym, co wyczynia, jakie ma ekscesy seksualne w godzinach pracy jego partner czy partnerka.

Zajączek też człowiek! Co ma zrobić, żeby zazdrość schrupać? Na przykład jeździć w przerwie lunchowej do swojej drugiej połowy na seks? Eeee... Jak ma taką ochotę, niech jeździ. Ale po co cokolwiek robić? Jak ona czy on chce się w pracy splątać z kimś, to niech to robi. Namawianie partnera do zmiany profesji na taką, w której zdrada statystycznie zdarza się rzadko, też nie ma sensu. Nauczyciel polskiego wbrew statystykom też może mieć kochankę, a nawet parę, jak będzie chciał... Moim zdaniem niech sobie zdradza, jak mu tak zależy.

Nigdy nie byłaś zazdrosna? Tak solidnie – raz. Dawno temu, jak pozwoliłam sobie zapragnąć mężczyzny, który mi się naprawdę bardzo podobał. Przedtem nie czułam zazdrości, bo byłam z mężczyznami, którzy mnie wybierali i o mnie bardzo zabiegali. A więc wiedziałam, że się im podobam, że mnie bardzo chcą i nie musiałam być zazdrosna. Ten też mnie chciał, ale że on mi się tak bardzo podobał jak dotąd nikt, poczułam, że dookoła jest wiele atrakcyjnych kobiet. A skoro on mi się aż tak podoba, to im pewnie też aż tak i będą chciały razem z nim odlecieć.

I co? Pozwoliłaś mu na zdradę, pokonując swoją zazdrość? Gdzie tam! Zwołałam zebranie wszystkich dziewczyn, z jakimi się kolegowałam, i kazałam im sobie pomóc w zmaganiach z tą zazdrością. Powiedziałam, że chcę wiedzieć, jak one się czują w tym temacie. To zwołanie przyjaciółek było wielkim krokiem dla mnie i prywatnym, i zawodowym, bo wtedy przyznałam się przed nimi do czegoś, czego bardzo się wstydziłam: że wcale nie jestem taka pewna siebie, jak udaję. Odwrotnie – nie jestem i dlatego każda ładna dziewczyna, jaką widzę na ulicy, idąc z nim na spacer czy do sklepu, budzi we mnie lęk, że on mnie zostawi i zaraz za nią poleci.

Koleżanki jako lek na zazdrość o mężczyznę? Pomogły bardzo, bo powiedziały prawdę o sobie. Jedne przyznały, że są zazdrosne, drugie powiedziały, że nie. I już samo to, że szczerze pogadałyśmy, bardzo pomogło. Wtedy też samą siebie zaskoczyłam, zadziwiłam tym, że oto mogę o sobie samej czegoś nie wiedzieć. A więc pomyślała: „Jest tak, że człowiek nie spotyka się ze swoimi ważnymi, a trudnymi uczuciami, myślami, dopóki nie poczuje konieczności, żeby się z nimi spotkać. Tak jak ja!”. Ja się wtedy dopiero spotkałam ze swoją niepewnością, kiedy poczułam zazdrość, bo ona bardzo mnie bolała. Bardzo mi więc ta moja zazdrość pomogła także w pracy, bo wiedziałam, o co chodzi, kiedy na różnych grupach, które prowadziłam już jako terapeutka, słyszałam, jak dziewczyny mówiły: „Ośmieliłam się na najbardziej atrakcyjnego faceta i nawet z nim jestem, i co?! I dostaję spazmów lęku, że on mnie zostawi. Przy poprzednich nie miałam czegoś takiego...”. Mówię wtedy naprawę szczerze: „Bardzo cię rozumiem”.

Rozumiesz, ale też co radzisz, kiedy kobiety mówią ci o tym, jak bardzo boli je zazdrość? Radzę zacząć od zdania sobie sprawy, że jest to bardzo ważny moment w ich życiu! Bo oto spotykają się same z sobą. A to ogromna szansa na poznawanie siebie. Czując zazdrość, docieramy bowiem do najbardziej głębokiego punktu intymności, czyli do naszej potrzeby bycia przyjętym, akceptowanym, kochanym, wybranym przez ważnych dla nas ludzi na kogoś bardzo szczególnego. To jest ten punkt, wokół którego rozgrywają się wszelkie nasze cierpienia, pragnienia, tęsknoty, marzenia. Szczególnie te związane ze związkami, z tą intymną przestrzenią, która jest ukryta przed ludźmi, nienazwana. Którą się nie dzielimy i nie wiemy, co z nią zrobić, bo tam w tej zazdrości stajemy się bezradnymi, małymi dziećmi.

Zazdrość jako drzwi do prawdy o mnie? Tak, bo czując ją, dochodzimy do sedna siebie, do najbardziej głęboko ukrytego lęku – lęku przed odrzuceniem. Siła tego lęku zasadza się na tym, na ile zostaliśmy przez rodziców przyjęci tacy, jacy jesteśmy. Na ile zostaliśmy przez nich zaakceptowani, a więc też na ile zostaliśmy wyposażeni w poczucie wartości, w wiarę w siebie, a na ile nie.

Zazdrość mówi, że chyba nie za dużo tej miłości bezwarunkowej dostaliśmy jako dzieci od naszych opiekunów? Jest na pewno sygnałem, że znów wydani jesteśmy na pastwę tego, czy ktoś nas przyjmie, czy się nami zachwyci, czy nie zachwyci, i znów w kącie będziemy gryźć paznokcie i nie będziemy mogli ruszyć z naszym życiem dalej. Kiedy ja sama poczułam zazdrość, podjęłam decyzję, że skoro to jest taki ważny moment, bo tak dalece sama spotykam się ze sobą, muszę go uszanować. A więc już nie ten mężczyzna jest najważniejszy, tylko ja i moje uczucia. On jest ważny, ale głównie jako ktoś, kto te uczucia we mnie wywołuje.

No właśnie, te uczucia to przede wszystkim lęk przed odrzuceniem, który bywa nad siły. I właśnie! Pierwsza rzecz, którą zrobiłam, a która była dla mnie bardzo trudna, to powiedziałam mu coś, co by mi kiedyś przez usta nie przeszło: „Boję się, że mnie zostawisz”. Byłam do tego dnia neurotycznie ambitna, bo też ambicja jest osią neurozy, i nigdy nie pokazywałam tego, co mnie boli. Udawałam mocniejszą, niż jestem. Ale wtedy postawiłam na prawdę. I dobrze, bo on powiedział: „Nie chcę cię zostawiać”. Wtedy zabrałam się do intensywnej pracy nad sobą, zapisałam tony papieru, nazywając swoje uczucia, wzmacniając się afirmacjami, pisząc listy do wszystkich ważnych dla mnie osób o tym, co czuję, co mi zrobili, zapisując sny. Chodziłam też na terapie, kursy, warsztaty, wykłady. A więc przeorałam się przez siebie. To był czas nie tylko zazdrości, ale też bezradności, którą przy tym mężczyźnie poczułam.

Bezradność obok zazdrości? Oj... Tak, byłam jak mała dziewczynka, bo oto rycerz się pojawił na białym koniu, ale zamiast wspaniałej królewny, w której się zakochał, spotkał dzidzię płaczącą ze strachu, że on będzie kolejną osobą, która ją opuści. Albo nie ukocha tak, jak ona tego potrzebuje. Moi rodzice mnie nie porzucili, a więc bałam się nie tyle tego, że będę porzucona, ile tego, że nie będę przyjęta taka, jaka jestem. Że mężczyzna, którego pokocham, nie potraktuje mnie tak, jak tego potrzebuję. A na to nie miałam wpływu. Wszystko wydawało mi się zależne od niego.

Gdzie tu pozytywne doświadczenie, które pomogło ci nie czuć już nigdy potem zazdrości? Przeżyłam dużo lęku, bezradności, dużo zwątpień, ale też zobaczyłam, jak potrafię się sobą zajmować, jaka jestem wobec siebie uczciwa. Ile mogę zrobić dzięki ludziom, o ile jestem wobec nich otwarta i nic nie udaję. Postawiłam na siebie i na prawdę, a nie na „zwycięstwo”. Kobiety często poprzestają na tym „zwycięstwie”, a ma nim być to: „Mam go! I wszyscy to widzą, ja sama też”. Kobiety myślą, że to im wystarczy – mieć tego mężczyznę. Myślą, że miłość je uleczy. Ale nie uleczy, bo nie chodzi o miłość, która płynie z zewnątrz, tylko o miłość do siebie, o to wewnętrzne uczucie.

Niektórzy zazdrośnicy robią jednak coś innego, wolą wynająć detektywa. Tropienie? Po co? To ja mam sobie zagwarantować dobrostan, odrzucić kompleksy i lęk przed zdradą, wypełnić się wiarą w siebie. Jeśli zacznę śledzić swojego mężczyznę, nigdy nie pokocham siebie, nie poczuję się pewna swojej wartości, nie uniezależnię się od oceny i akceptacji innych. A chodzi w tej zazdrości o to, by już nie być zewnątrzsterowną, czyli już nie oceniać siebie na podstawie opinii innych. Ani nie podejmować działań dla innych, tylko dla siebie. A tego, żeby tak robić, nauczyli nas rodzice. Rodzice przeważnie chcą, na szczęście nie wszyscy, żeby dziecko ich słuchało, a nie żeby słuchało siebie. Wydaje im się, że to potwierdzi ich ważność. To iluzja. A dzieci uczą się w ten sposób niesamodzielności życiowej. Szczególnie kobiety jej nabywają, bo są często przekazywane z rąk rodziców do rąk męża i nie mają gdzie nabrać wiary w swoje siły. I są urządzone! Na amen, bo zewnątrz sterowność polega na budowaniu swojej wartości na tym, że on mnie chce. Ale nawet jeśli chce, to co z tego? Nie wiadomo przecież, jak długo będzie mnie chciał?

Może będzie chciał mnie całe życie? A co ze mną, jeśli nie? Kiedy spotkamy kogoś, o kogo jesteśmy tak zazdrosne, że nie możemy tego znieść, sięgnijmy nie po portfel, by zapłacić detektywowi, ale głęboko w siebie. Szczerość to nasza droga. Ja wtedy myślałam tak: „Skoro aż tak się boję, że moje wewnętrzne dziecko się obudziło, to czy jest szansa na to, by dowiedzieć się, kim naprawdę jestem?”. Poszłam trudną drogą poznania siebie, ale skoro już zaczynałam wtedy pracować jako psychoterapeutka, chciałam wiedzieć, co jest pod spodem zazdrości. To mi się udało, ta wiedza stała się bazą dla mojego życia i dla pracy.

Można być szczęśliwą z tym, kto zdradza, bo dzięki zazdrości zdobywamy się na samopoznanie? Nie było zdrady, a już zaistniała zazdrość i obawa, że może zdradzić, bo było tyle niepewności. Ważne, żeby się zdobyć na samopoznanie, postawić na siebie. To ze sobą spędzę na pewno całe życie. A przede wszystkim myślę, że nie ma sensu zajmować się tym, czy on „to” robi, czy nie. Dlaczego ja mam się tym zajmować? Po co? Jeśli uprawia seks z kimś innym, to znaczy, że mu to potrzebne. Ja się nauczyłam nie brać wszystkiego, co ludzie robią, do siebie. Nie wszystko ma przyczynę we mnie. I to ja tego pana, o którego byłam tak zazdrosna, zdradziłam, bo mi było z nim smutno. Potrzebny mi był ktoś radosny i fajny. I powiedziałam mu, że nie zamierzam go za to przepraszać, bo zrobiłam to dla siebie. Potrzebowałam tego, ale też nie wymagam od niego, żeby był kimś innym, niż jest.

A może nie ma co walczyć z zazdrością, bo wtedy walczymy z samą miłością? Może to jej cena? Mówi się przecież, że kto nie jest zazdrosny, to nie kocha. Zazdrosny trzyma na smyczy, chce zawłaszczyć, a nie kochać. Mówi: „Ja ci nie pozwalam!”, ale czy to jest miłość?! Sama powiedz.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, autorka książek, filozofka i poetka.

  1. Psychologia

Zazdrość w związku - jakie ma oblicza?

Zazdrość w związku nie wymaga dowodów, potrafi sama je wyprodukować. (fot. iStock)
Zazdrość w związku nie wymaga dowodów, potrafi sama je wyprodukować. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
„Kto nie jest zazdrosny, nie kocha” – twierdził święty Augustyn. Większość z nas dobrze zna ukłucie zazdrości, gdy partner wydaje się interesować kimś innym. Jeśli kochamy, to chcemy, by nasza miłość była odwzajemniona i trwała wiecznie.

Zazdrość ostrzega, stoi na straży związku, służy jego trwałości. Ale nadmiar zazdrości potrafi zabić największą miłość, choć początki wydają się zwykle niegroźne. Jak u Tomka i Beaty.

Gdyby Beata zdradzała męża, a przynajmniej interesowała się innymi mężczyznami, jego zazdrość byłaby zrozumiała. Mamy tu jednak do czynienia z wcale nierzadkim przypadkiem zazdrości, która karmi się jedynie podejrzeniami, a te nie giną wraz z brakiem dowodów na to, że są uzasadnione. Tomek kontroluje Beatę na każdym kroku, w swoim poczuciu uniemożliwia jej zdradę, ale czy to znaczy, że zapobiega jej pragnieniom? A co się dzieje wtedy, gdy on jest w pracy? Co się dzieje, gdy wyjeżdża w delegację? Mężczyzna męczy się podejrzeniami i zaostrza środki kontroli. Wraca do domu wcześniej, niż zapowiedział, czatuje na Beatę pod pracą, chce widzieć, z kim wychodzi. Oddycha z ulgą, ale wkrótce znów zaczyna się dręczyć, szuka dowodu jej winy, jakby to zdrada mogła przynieść mu ulgę.

Zazdrość w związku: jak kreujemy piekło?

Paweł nie może znieść poczucia niepewności, odkąd jego dziewczyna, Monika, wyjechała na studia do Madrytu. Chłopak ma świadomość, że problem tkwi w nim, nie w Monice. Zawsze był zazdrosny, jego zazdrość zniszczyła już dwa związki, teraz niszczy trzeci. Wydzwania do Moniki 10 razy dziennie, każe się jej rozliczać z każdej godziny. W przypływie szlachetności sam zachęca, żeby się z kimś spotkała, doskonaliła język w kontakcie z ludźmi, ale gdy nie ma jej na Skypie, oddaje się bolesnym fantazjom. Co teraz robi, gdzie jest, może kogoś poznała? Pojechał do niej znienacka, była sama w mieszkaniu, odetchnął z ulgą i spędzili razem tydzień. Po powrocie męka zaczęła się na nowo.

– Co mam robić? – Paweł czuje się bezradny wobec swoich uczuć. – Wciąż porównuję się z innymi facetami, wydaję się sobie gorszy od nich wszystkich, jestem pewien, że ona to w końcu odkryje, czemu miałaby chcieć być ze mną?

Paweł płacze, choć wie, że to mężczyznom nie przystoi. Jego ojciec też był mazgajem, jak sam o nim mówi. Może dlatego porzuciła go żona? Ojciec nigdy się z tego nie podniósł. Zostali sami, mama brała czasem Pawła do siebie, ale gdy w jej życiu pojawiał się nowy mężczyzna, syn przeszkadzał, oddawała go ojcu. Paweł, choć wie, że to nie ma nic wspólnego z Moniką, jednak wciąż podejrzewa ją o zdradę. W końcu postanawia z nią zerwać. – Najpierw muszę uporać się ze sobą – stwierdza z bólem.

Gdyby umieli to stwierdzić inni zazdrośnicy, nie zamienialiby życia swoich rodzin w piekło. Niestety. Wielu z nich zamiast pracować nad sobą, woli zmniejszać swój niepokój, wciąż zwiększając kontrolę nad partnerką.

Gdy patrzymy przez pryzmat podejrzliwości, świat nabiera nowych znaczeń. Każde zachowanie partnerki podlega interpretacji: nie chce ze mną rozmawiać, bo myśli o innym. Chce rozmawiać, jest miła i czuła – próbuje ukryć to, że myśli o innym. Niemal każde zachowanie wzmaga czujność i wymaga zwiększenia kontroli. Brak dowodów w niczym nie przeszkadza.

Zazdrość ma swoje ewolucyjne uzasadnienie

Niezliczone ofiary zazdrości padają na polu bitwy, która z miłością ma niewiele wspólnego. Zazdrość jest główną przyczyną przemocy fizycznej w małżeństwie. Wszystkie inne powody razem wzięte nie mogą się z nią równać! Spośród 60 maltretowanych kobiet, badanych w ośrodku dla ofiar przemocy w Północnej Karolinie, 57 stwierdziło, że ich partnerzy są tak zazdrośni, że każde wyjście kobiet z domu kończy się oskarżeniami o niewierność i przemocą fizyczną.

Zazdrość doczekała się wielu definicji naukowych. Mowa w nich o tym, że to reakcja na zagrożenie związku, który jest dla danej osoby wartością i w który wiele zainwestowała. Zazdrość motywuje do zachowań mających przeciwdziałać zagrożeniu, a więc pełni funkcję chroniącą związek i właśnie po to w procesie ewolucji powstała. Dlaczego zatem to uczucie tak często niszczy związek? David M. Buss, psycholog ewolucyjny, autor książki „Zazdrość – niebezpieczna namiętność” wyjaśnia to za pomocą teorii mniejszego zła. Błąd polegający na niezauważeniu oznak zdrady pociągał za sobą większe koszty w postaci wydatkowania energii na opiekowanie się cudzymi dziećmi niż błąd polegający na niesłusznych podejrzeniach o zdradę. Ewolucyjnie uzasadniona skłonność do nadmiernej zazdrości nie pojawia się jednak bez powodu. Predysponuje do niej niskie poczucie własnej wartości, traumatyczne wydarzenia z przeszłości – zdrada czy porzucenie, wysoki poziom lęku, zaburzenia erekcji, różnica w atrakcyjności partnerów. Wierność czy niewierność partnerki nie ma tu większego znaczenia.

Kontrola seksualności kobiet wpisana jest w patriarchat od wieków. Jeszcze dziś zdrada kobiety w krajach islamskich to plama na honorze mężczyzny – tak poważna, że jedynie zamordowanie żony może ten honor oczyścić. Aż do roku 1974 w stanie Teksas zabójstwo niewiernej żony nie podlegało karze, jeśli zostało dokonane, nim osoby zamieszane w akt cudzołóstwa opuściły miejsce zbrodni.

Zabicie kochanków, zanim wyszli z łóżka, nie było przestępstwem również w prawie angielskim, gdyż „nie można sobie wyobrazić większej prowokacji niż cudzołóstwo”.

I to wszystko w imię miłości!