1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nie musisz być zawsze miła. Pozwól sobie na bunt!

Nie musisz być zawsze miła. Pozwól sobie na bunt!

Złość, wściekłość często świadczą o tym, że chcemy bronić siebie i swoich granic, ale nie wiemy jak... (fot. iStock)
Złość, wściekłość często świadczą o tym, że chcemy bronić siebie i swoich granic, ale nie wiemy jak... (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Kobiety często przełykają gorzką pigułkę i powstrzymują chęć wykrzyczenia, co naprawdę myślą, bo nie chcą robić zamieszania, kłopotu. OK, bądźmy miłe. Ale nie bójmy się też uderzyć pięścią w stół, kiedy ktoś nas lekceważy czy oszukuje. Nie rób afery? A może właśnie zrób!

Pamiętam dzień, kiedy kupowałam swój pierwszy samochód. Weszłam do salonu używanych aut i… zakochałam się w cudownym czerwonym cacku. Sprzedawca natychmiast zauważył mój babski zachwyt i zginając się w ukłonach, rozpływał się nad moim doskonałym gustem. Nie zapomniał dodać, że tapicerka jest w kolorze mojej torebki, a owal samochodu doskonale współgra z moim temperamentem (ciekawe, skąd on to wiedział). Kiedy wróciłam do domu, szybko okazało się, że cena wozu była znacznie wygórowana. Mąż namawiał mnie, żebym wróciła i próbowała ją negocjować. Podpisałam już umowę, ale nie to było najważniejsze. Zrozumiałam, że sprzedawca bez skrupułów wykorzystał mój zachwyt, moje babskie zauroczenie, które niewiele miało wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, i poczułam, że mam ochotę go zabić: zastrzelić, udusić albo przynajmniej na niego nawrzeszczeć. Oczywiście nic nie zrobiłam, po kilku dniach stałam się właścicielką czerwonego samochodu, ale ilekroć do niego wsiadałam, niewyrażona, stłumiona złość zaciskała mi przeponę, wywoływała gulę w gardle i przyprawiała o zawroty głowy, a mordercze instynkty ożywały.

Chów grzecznych dziewczynek

Ile razy czułaś podobnie: miałaś ochotę walnąć pięścią w stół albo kopnąć w kostkę kogoś, kto bez skrupułów nabił cię w butelkę, mamił, wykorzystując twoją łatwowierność, kolejny raz nie dotrzymywał danej obietnicy, naruszył twoje granice, manipulował tobą dla własnych interesów, wykorzystał, zlekceważył, kusił, wzbudził twoją litość? Chciałaś krzyknąć, zaprotestować, ale nie byłaś w stanie wydobyć głosu z zaciśniętego gardła. Miałaś ochotę tupnąć, trzasnąć drzwiami, przekląć jak szewc, ale tego nie zrobiłaś. Dlaczego? Agresywne sceny są przecież w złym guście, nie przystoją kobiecie, są ordynarne i nie na miejscu. A w każdym razie taki jest przekaz społeczny. Takie nauki pobierają dziewczynki w domu i w szkole. W konsekwencji są wychowywane do uległości. Powtarza się im, że powinny być delikatne, subtelne, ugodowe. Nie wchodzić w otwartą konfrontację, bo mężczyźni nie lubią agresywnych kobiet.

„Nikt cię nie zechce, jeśli nie przestaniesz być taką jędzą”, „Złość piękności szkodzi”, „Nie marszcz tak gniewnie czoła, bo ci zmarszczki wyjdą” – ile razy częstowano cię tego typu pogróżkami? Zgadzałaś się, by świat traktował cię pobłażliwie: „Wiadomo, baba”, drwił z twojej kobiecości: „Co ty taka wściekła, okres ci się zbliża?”. Byłaś ,,grzeczna”, choć złość zaciskała ci szczęki. Nie robiłaś awantury – dla świętego spokoju, z lęku, że ludzie przestaną cię lubić. Brałaś odpowiedzialność za uczucia innych, bo dobrze pamiętałaś słowa matki: „Mamusi jest przykro, kiedy tak się zachowujesz”. Bo w naszej kulturze kobieta ma być ugodowa, a mężczyzna ma prawo walczyć o swoje. To fakt, ale nie tylko o to chodzi…

Pewnego dnia byłam z wnukiem na placu zabaw i zaobserwowałam taką oto sytuację. Mali chłopcy biegali po całym placu z plastikowymi pistoletami, szabelkami i inną bronią. Byli głośni i rozbrykani. Na środku placu, na trawniku siedziały dwie około pięcioletnie dziewczynki i grzecznie bawiły się lalkami. Mali panowie poczuli zew natury i zaczęli zaczepiać spokojne koleżanki; a to poszturchali szabelką, a to pociągnęli za włosy, sypnęli piaskiem, rzucili kamyk na kocyk. Dziewczynki długo nie reagowały. Jednak w pewnym momencie jedna z nich wolno podniosła się z ziemi, spokojnym gestem otrzepała spódniczkę, potem stanęła na szeroko rozstawionych nóżkach, wyprostowała się, wypięła brzuszek, uniosła głowę, chwyciła się pod boczki i wrzasnęła jak dzika. Chłopcy wymiękli. I ja też, bo była w tej małej kobietce prawdziwa moc. Wtedy zrozumiałam, że kobieca agresja jest tak potężna, że przeraża nas same. Przez lata ją tłumimy z lęku, że kiedy damy jej upust, świat może tego nie wytrzymać.

Nie gódź się na rolę ofiary

Marta przychodziła do mnie na sesje już od kilku tygodni. Zawsze siadała na brzegu fotela: pochylona, z zamkniętą klatką piersiową i nieruchomym brzuchem, zaciśniętymi kolanami, włosami opadającymi na smutną twarz, prawie nie oddychała. Smętnym głosem relacjonowała, co on, czyli jej partner, znowu jej zrobił. Coraz mniej uważnie słuchałam, bo od tygodni „robił jej” to samo: lekceważył, pojawiał się i znikał, kłamał, nie dotrzymywał obietnic, raczył niewybrednymi żartami. Jednym słowem – typ bierno-agresywny. Patrzyłam na jej bezradność i sama robiłam się coraz bardziej bezradna.

Na jednej z sesji poczułam w sobie narastającą złość: gorącą kulę w środku brzucha, która wolno przemieszczała się do góry. Czułam, że moja złość jest nie do zatrzymania, postanowiłam za nią pójść. Wstałam z fotela, wyprostowałam się, zacisnęłam pięści i podniesionym głosem powiedziałam: „Albo coś z tym zrobisz, albo pogódź się z rolą ofiary”. Marta popatrzyła na mnie przerażonym wzrokiem, potem powiedziała nieśmiało:

– Masz rację, nie chcę dłużej tak żyć. – Co chcesz zrobić? Powiesz mu, żeby tak cię nie traktował, odejdziesz od niego? – zapytałam. – Mam ochotę dać mu w twarz.

Na pustym fotelu położyłam poduszkę i powiedziałam: – To twój facet. Odpłać mu pięknym za nadobne. Pokaż, na co cię stać.

Agresja to sposób chronienia naszego życia. Jeśli ją bezustannie tłumisz, to tak, jakbyś odbierała sobie prawo do życia. Doświadczasz jej każdego dnia: kiedy ktoś bezczelnie wepchnie się przed tobą do kolejki, szef pominie cię przy awansie, kolega z pracy opowie ordynarny kawał, robotnik na ulicy zagwiżdże na twój widok… Nierozładowana, a jeszcze wcześniej – nieprzeżyta agresja zamraża się w ciele w postaci napięć, które zamieniają się w symptomy: bóle kręgosłupa, dolegliwości barku czy bioder, depresję lub stany lękowe.

Masz dwa wyjścia: możesz być grzeczną dziewczynką, która wędruje od lekarza do lekarza, kiedy ból lub cierpienie stają się zbyt silne, albo… od czasu do czasu być kobietą „bez klasy”.

Irena pojawiła się u mnie, kiedy odkryła, że mąż ją zdradza. Przyznał się, a ona zachowała się „z klasą”: nie krzyczała, nie wystawiła mu walizek za drzwi, nie zagroziła rozwodem, nawet nie płakała (wiadomo, mężczyźni nie lubią płaczących kobiet). Przyszła z krwawiącym sercem. Utulałyśmy je tygodniami. Czekałam, kiedy pojawi się złość. – On mnie nawet nie przeprosił, nie okazał skruchy, nie zapewnił, że kocha – powiedziała na jednej z sesji.

Milczałam, bo po raz pierwszy poczułam w niej moc, wiedziałam, że poprowadzi ją jej złość. Miałam rację. Pewnego dnia Irena postanowiła przestać być kobietą z klasą.

– Jesteś złamanym k…em! – wykrzyczała mężowi prosto w twarz. – Kiedy ja zajmowałam się twoją chorą matką, ty zabawiałeś się z jakąś zdzirą. Chcę, żebyś mi za to zapłacił – i wręczyła zdumionemu mężowi listę żądań: złoty zegarek, sfinansowanie zabiegu wybielania zębów w najdroższej klinice, wyjazd na Bali, o którym zawsze marzyła, ale nigdy nie doszedł do skutku. Łaskawie zgodziła się, by wybrał jedno z nich. Bolesne zranienie zawsze wymaga zadośćuczynienia sprawcy. Kobiety „bez klasy” doskonale o tym wiedzą.

Poczuj złość, a potem zdecyduj co z nią zrobić

Latami przyuczana do nieujawniania agresji, w końcu przestajesz ją czuć. Można cię ranić do woli, a ty jesteś niczym zamrożona, wchodzisz w rolę ofiary („jak on mógł mi to zrobić?”) albo reagujesz z opóźnieniem. Jeśli chcesz wyjść z tego schematu, najpierw musisz nauczyć się czuć swoją złość. Oto ćwiczenie, które może ci w tym pomóc:

Usiądź i spróbuj się odprężyć. Potem przypomnij sobie sytuację, która cię zezłościła. Wyświetl sobie ją przed oczami, z najdrobniejszymi szczegółami, tak jak film na ekranie. Teraz skoncentruj się na doznaniach w ciele: co czujesz w klatce piersiowej, co dzieje się w twoim brzuchu, czy zęby masz zaciśnięte, czy rozluźnione? Wybierz najsilniejsze doznanie. To właśnie w ten sposób twoje ciało odczuwa złość. Kiedy następnym razem je poczujesz, będziesz wiedziała, że to złość.

Kolejny krok to sporządzenie listy sytuacji, słów, zachowań, które najbardziej cię złoszczą. To może być niewybredny żart, pominięcie, zlekceważenie.

Kiedy już wiesz, co cię najbardziej złości, jak i gdzie w ciele czujesz złość, decyzja, co z tym zrobić, należy do ciebie. Jeśli postanowisz nie reagować, bo uznasz, że to ci się bardziej opłaca albo chcesz mieć święty spokój – masz do tego prawo. Kiedy zaś twoje ciało poczuje smak walki: huknij, tupnij, przeklnij i… przekonaj się, że świat z tego powodu nie przestanie istnieć. No i bądź z siebie dumna!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Technika Uwalniania – sposób na trudne emocje i choroby psychosomatyczne

Korzyści stosowania Techniki Uwalniania realizują się na kilku poziomach: fizycznym, emocjonalnym, duchowym, a także relacyjnym. (fot. iStock)
Korzyści stosowania Techniki Uwalniania realizują się na kilku poziomach: fizycznym, emocjonalnym, duchowym, a także relacyjnym. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Badania dowodzą, że Technika Uwalniania, opracowana przez dr. n. med. Davida R. Hawkinsa, amerykańskiego psychiatrę, jest niezwykle skuteczniejsza w łagodzeniu fizjologicznych reakcji na stres. Dlatego warto o niej przypomnieć w czasach, które wielu osobom kojarzą się z silnym niepokojem.

Umysł, wraz z myślami, które tworzy, napędzany jest przez uczucia. Z kolei każde uczucie, które się u nas pojawia, generuje wiele tysięcy powiązanych z nim myśli. Tworzy to pewien mechanizm, który sam się napędza. Ponadto większość ludzi przez całe życie tłumi uczucia lub próbuje od nich uciec. Niestety, ta wyparta energia kumuluje się i szuka ujścia poprzez choroby psychosomatyczne, zaburzenia na poziomie fizycznym, zaburzenia emocjonalne, zaburzenia zachowania i relacji osobistych. Skumulowane emocje blokują zarówno rozwój duchowy, jak i świadomość, a także powodzenie w wielu obszarach życia. Z pomocą może przyjść Technika Uwalniania.

Technika Uwalniania, która wykorzystuje „mechanizm poddania”, to praktyczna metoda usuwania przeszkód i przywiązań.

Jakie są korzyści stosowania Techniki Uwalniania?

Poziom fizyczny

Na tym poziomie technika działa na autonomiczny układ nerwowy, który często jest nadmierne stymulowany poprzez tłumione w ciele emocje. Pozbycie się tych stłumionych emocji odblokowuje m.in. akupunkturowy system energetyczny. Praktykując stale uwalnianie, odczuwa się coraz mniej zaburzeń fizycznych i psychosomatycznych, które często całkowicie znikają. Ciało, bardziej odprężone, zaczyna z powrotem optymalnie funkcjonować.

Poziom behawioralny

Gdy zmniejsza się niepokój i negatywne emocje, znika wówczas potrzeba, by od nich uciekać. Ucieczka przed emocjami przybiera bardzo różne formy. Zwykle są to nałogi (narkotyki, alkohol), rozrywka, nadmiernie długi sen. Rezygnując z tej ucieczki, odzyskujemy ogromne pokłady energii. Zwiększa się witalność, uważność, dobrostan, wydajność i bezwysiłkowe funkcjonowanie we wszystkich obszarach życia.

Relacje międzyludzkie

Kiedy trudne uczucia (które postrzegamy jako negatywne dla nas) zostaną uwolnione, wówczas podnosi się poziom uczuć pozytywnych (budujących). Skutkiem tego jest widoczna poprawa wszelkich relacji. Zwiększa się również nasza zdolność do kochania. Mamy mniej konfliktów z innymi, przez co poprawia się wydajność naszej pracy. Pozbycie się negatywnych blokad pozwala także na osiąganie zawodowych celów z dużo większą łatwością. Zanikają też zachowania oparte na poczuciu winy. Coraz mniej intelektualizujemy, a coraz bardziej korzystamy z intuicji. Skupieni na wewnętrznym dojrzewaniu i rozwoju osobistym często ujawniamy kreatywność i zdolności psychiczne, których się po sobie nie spodziewaliśmy. Niezwykle ważne jest to, że zmniejsza się poczucie bycia zależnym, tak zgubne we wszystkich relacjach międzyludzkich.

Poziom świadomości /uważności /duchowości

Odpuszczenie negatywnych emocji sprawia, że doświadcza się stale rosnącego szczęścia, zadowolenia, spokoju i radości. Wzrasta uważność i doświadczanie w swoim wnętrzu jedności z Jaźnią.

Każdy może łagodnie realizować wszystkie te cele poprzez ciche uwalnianie i odpuszczanie w każdej chwili codziennego życia. Dla lepszego śledzenia postępów zaleca się jednak robienie notatek  na temat swoich osiągnięć. Po chwilowej ekscytacji łatwo popaść w „znudzenie” systematycznością tej techniki. Pojawia się wtedy typowy opór i przekonanie, że „to nie działa”.

Jak praktykuje się Technikę Uwalniania krok po kroku?

  • Uświadom sobie dane uczucie, pozwól mu się w pełni ukazać i pozostań z nim w kontakcie. Pozwól sobie na odczuwanie.
  • Nic w nim nie zmieniaj – pozwól, aby swobodnie płynęło. To oznacza, że wyrażasz zgodę na to, że to czujesz, bez oceniania, opierania się, bez obawiania się tego uczucia, potępiania siebie za nie. Skupiasz się na uwolnieniu ukrytej za tym energii. Oznacza to porzucenie osądów i zdanie sobie sprawy, że to tylko uczucie.
  • Jesteś obecna / obecny z tym uczuciem i odpuszczasz wszelkie wysiłki, aby w jakikolwiek sposób je zmienić. Odpuść też chęć, by mu stawić opór. To właśnie opór powoduje, że uczucie trwa. Gdy przestaniesz stawiać opór lub próbować je zmienić, przejdzie ono w następne uczucie i będą mu towarzyszyć łagodniejsze doznania. Uczucie, któremu się nie opieramy, zniknie, gdy tylko wyczerpie się energia, która je napędza.
  • Kiedy uwolnienie następuje, natychmiast odczuwamy lekkość i szczęście.
Ważne: podczas uwalniania ignorujemy wszelkie myśli. Skupiamy się na samym uczuciu, a nie na myślach, które mu towarzyszą. Myśli nigdy się nie kończą, napędzają się same i generują kolejne. Myśli są racjonalizacjami umysłu, który stara się wyjaśnić obecność uczuć. Jeśli całkowicie uwolnimy i odpuścimy dane uczucie, zazwyczaj wszystkie myśli, które były z nim powiązane całkowicie znikają. (źródło: strona informacyjna Wyd. Virgo „Technika Uwalniania. Podręcznik rozwijania świadomości” Davida R. Hawkinsa).

Więcej na temat Techniki Uwalniania Davida R. Hawkinsa w wywiadzie („Droga do wolności”) z Joanną Heidtman, socjolożką i psycholożką :

  1. Psychologia

W poszukiwaniu równowagi. Jakie powinny być związki, żeby miały szansę przetrwać?

John Gray, autor książki „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus”, twierdzi, że współcześnie kobiety w większym stopniu przejawiają swój męski aspekt, a w odpowiedzi na to mężczyźni coraz śmielej ujawniają kobiecy. (Fot. iStock)
John Gray, autor książki „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus”, twierdzi, że współcześnie kobiety w większym stopniu przejawiają swój męski aspekt, a w odpowiedzi na to mężczyźni coraz śmielej ujawniają kobiecy. (Fot. iStock)
Mamy już to, o co się biłyśmy: równouprawnienie, niezależność, partnerstwo. Osiągamy sukcesy zawodowe, realizujemy siebie, wybieramy, jak chcemy żyć. Czy to przekłada się na szczęście i trwałość związków? Okazuje się, że niekoniecznie.

Można by westchnąć z ulgą: nareszcie współczesne młode kobiety potrafią realizować swoje ambicje zawodowe, wspólnie z partnerem podejmować decyzje, czy i kiedy chcą mieć dzieci, kto i jak długo zostaje z nimi w domu.

Można by, gdyby nie kryzys małżeństwa, i to na całym świecie. Nawet w Norwegii, kraju szczycącym się dbałością o równouprawnienie we wszystkich sferach życia, gdzie niestosowne jest choćby sugerowanie, że kobieta i mężczyzna są różni. Mimo to właśnie tam odnotowuje się duży odsetek rozwodów, coraz mniej też ludzi decyduje się na małżeństwa.

Dlaczego zatem jest tak źle, skoro jest tak dobrze?

O jeden krok za daleko

John Gray, autor popularnej książki „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus”, twierdzi, że jedną z głównych przyczyn problemów w związkach jest rozmycie się linii podziału między płciami. W najnowszej książce „Marsjanie i Wenusjanki. Nowe wyzwania” zauważa, że dawniej tkwiliśmy na jednym biegunie: mężczyźni tłumili swoją kobiecą stronę, a kobiety męską, choć wiadomo, że wszyscy mamy obie. Teraz, kiedy każda z płci odzyskała dostęp do swej kobiecości i męskości, wiele osób przeszło na drugi, skrajny biegun – kobiety w większym stopniu przejawiają swój męski aspekt, a w odpowiedzi na to mężczyźni coraz śmielej ujawniają kobiecy. To przyniosło bardzo dużo dobrych skutków, jak choćby większą swobodę bycia sobą czy dzielenie się domowymi obowiązkami. Ale wzrostu liczby trwałych i szczęśliwych związków ta zmiana nie przyniosła.

Na czym polega paradoks? Zdaniem Graya między innymi na tym, że dzisiaj ignoruje się różnice między płciami. A one są, i to na podstawowym, biologicznym (w tym hormonalnym) poziomie.

Gray mówi tak: Większość współczesnych kobiet przejawia w pracy swoją męską stronę. I nic w tym złego. Ale po powrocie do domu są tak zmęczone, że nie mają siły i ochoty na dbanie o stronę kobiecą. Na terapii przyznają, że nauczyły się, jak być asertywne, pewne siebie, jak tłumić emocje, podejmować decyzje. I przez pewien czas odczuwają z tego powodu dumę. W którymś momencie zaczynają jednak czuć, że płacą za to wysoką cenę: są zestresowane, cierpią na choroby psycho­somatyczne, depresję. Bo widzą, że choć to wszystko osiągnęły, choć czasem to one głównie utrzymują rodzinę, nie są szczęśliwe, tracą kontakt z dziećmi, oddalają się od męża.

Gray tłumaczy, dlaczego tak się dzieje. Otóż dlatego, że kobieta, odwołując się do swojej męskości w pracy i w domu, zwiększa poziom testosteronu w organizmie. Okazuje się bowiem, że poziom hormonów żeńskich i męskich zależy także od tego, co i jak robimy. Kobieta pracująca w sposób stereotypowo męski, czyli twardy, bezkompromisowy, funduje sobie wzrost testosteronu, co upodabnia ją pod względem hormonalnym do mężczyzny. Z kolei mężczyzna przejmujący rolę stereotypowo kobiecą (opieka nad dziećmi) pobudza wzrost progesteronu. A chodzi o to, żeby kobiety i mężczyźni zadbali o zachowanie równowagi między tym, co w nich kobiece i męskie. A u każdego z nich ta równowaga jest inna. Mężczyzna realizujący swoją kobiecą stronę nadal pozostaje mężczyzną i bardzo różni się od kobiety realizującej swoją męską stronę. Kiedy zapominamy o tych różnicach, twierdzi Gray, trudniej nam uświadomić sobie, że potrzebujemy specyficznego i odmiennego wsparcia emocjonalnego. Efekt? Żadna z płci nie otrzymuje tego, czego oczekuje.

Jak Adam Ewie, tak Ewa Adamowi

Jakie zatem powinny być według Graya związki, żeby miały szansę  przetrwać? Po pierwsze, partnerzy powinni nie tylko dopuszczać do głosu obie strony swojej natury, ale także je równoważyć. Po drugie – muszą akceptować swoją odmienność i wiedzieć, jak się nawzajem wspierać emocjonalnie. Oni muszą wiedzieć, że kobiety robiące kariery potrzebują progesteronowego zastrzyku: okazywania im miłości, czułości, przytulania, komplementowania, zapewnienia wypoczynku. Natomiast kobiety, które wybrały opiekę nad dziećmi i prowadzenie domu, potrzebują zachęty do podejmowania wyzwań poza domem, na przykład studiowania, robienia prawa jazdy (zastrzyku testosteronowego). To pozwoli im odzyskać harmonię hormonalną i złagodzić stres wynikający z dotychczasowego braku równowagi.

Kobiety z kolei powinny wiedzieć, że mężczyzna zajmujący się domem i dziećmi, czyli odwołujący się do swoich kobiecych cech i kompetencji, potrzebuje uznania, zauważenia swoich starań, docenienia osiągnięć, bo gdy to wszystko otrzymuje, wzrasta poziom testosteronu w jego organizmie. A jeśli robi karierę, to dobrze, by w domu zajmował się dziećmi, wyciszał się, bo dzięki temu podwyższy poziom progesteronu. Chodzi o to, żeby mężczyźni tak jak kobiety równoważyli swoją męską i kobiecą stronę.

Jak donosi Gray, nowe odkrycia dotyczące różnic między płciami (w tym hormonalnych) pokazują, że jeśli kobieta chce sprawić, żeby mężczyzna się otworzył, musi go akceptować i doceniać. A jeśli mężczyźnie zależy na otwarciu się kobiety, powinien słuchać tego, co ona mówi, i okazywać jej zrozumienie. Bo kiedy obdarzamy partnera miłością, jakiej naprawdę potrzebuje, otrzymujemy w zamian to samo.

Można się z Grayem nie zgadzać, ale jego postulaty warte są zastanowienia. Bo o ile dotąd nadrabialiśmy zaniedbania w myśleniu o sobie, to teraz powinniśmy zrobić krok dalej i zadbać o potrzeby partnera. Emocjonalne, bo o te materialne na ogół potrafi zadbać sam.

  1. Styl Życia

Kobiety i mężczyźni za kierownicą. W czym się różnimy?

Różnice między płciami ujawniają się już podczas kursu na prawo jazdy. Kobiety przystępują do niego, mając zwykle przeświadczenie, że będą dobrymi kierowcami, ale muszą się wiele nauczyć. A mężczyźni często już po kilku godzinach jazdy myślą o sobie „jestem świetny”. (Fot. iStock)
Różnice między płciami ujawniają się już podczas kursu na prawo jazdy. Kobiety przystępują do niego, mając zwykle przeświadczenie, że będą dobrymi kierowcami, ale muszą się wiele nauczyć. A mężczyźni często już po kilku godzinach jazdy myślą o sobie „jestem świetny”. (Fot. iStock)
Kobiety prowadzą spokojniej i mniej twórczo. Mężczyźni bardziej wierzą w swoje siły i pewniej czują się na drodze. Ale niezależnie od płci budzi się w nas czasem agresywny władca szos. Jak go wygonić zza kółka?

Równouprawnienie na drodze? Jak najbardziej. Zwłaszcza jeśli oznacza odrzucenie stereotypów w stylu: „baba za kierownicą równa się nieszczęście”. Dziś już nikogo nie dziwi widok kobiety wiozącej swojego męża i dwójkę dzieci na wakacje czy drobnej brunetki za kierownicą ciężarówki. Co nie oznacza, że kobiety w niczym nie różnią się w tej dziedzinie od mężczyzn. Wprost przeciwnie. Według policyjnych statystyk, nadal jeżdżą bardziej asekuracyjnie niż mężczyźni, ale bezpieczniej. Bo czy tego chcemy, czy nie, na ulicach rządzi nami bardziej biologia niż rozum.

Ryzykanci kontra grzeczne dziewczynki

Różnice między płciami ujawniają się już podczas kursu na prawo jazdy. Kobiety przystępują do niego, mając zwykle przeświadczenie, że będą dobrymi kierowcami, ale muszą się wiele nauczyć. A mężczyźni?

– Często już po kilku godzinach jazdy myślą o sobie „jestem świetny”, bo im samochód nie gaśnie – śmieje się Jolanta Szulecka, instruktorka nauki jazdy, właścicielka Ośrodka Szkolenia Kierowców „Mustang” w Warszawie. – Najzabawniejsze, że auto nie gaśnie, bo ja im pomagam. Ale oni w to nie wierzą. Miałam kiedyś ucznia, który był tak przeświadczony o swoich umiejętnościach, że po szóstej godzinie jazdy poprosił mnie o egzamin. To niebezpieczne, gdy samoocena i samopoczucie nie przekładają się na rzeczywistą sprawność – komentuje.

Mężczyźni mają też o sobie jako o kierowcach zwykle lepsze zdanie niż kobiety. Panie są bardziej pokorne. Po zdanym egzaminie jeżdżą przez jakiś czas z duszą na ramieniu, czują się dość niepewnie, nie lubią zostawać same w samochodzie. Mężczyźni zaś cieszą się, że pozbyli się instruktora, nikt i nic ich nareszcie nie ogranicza. Mogą na przykład puścić sobie muzykę, którą lubią, i w drogę...

– Różnimy się przede wszystkim pod względem stosunku do ryzyka – mówi Szulecka. – Mężczyzna podejmie je od razu, zaryzykuje. Kobieta nie. On pójdzie na żywioł, ona się dwa razy zastanowi, zanim się na coś porwie. On będzie dumny, że w trzy godziny dojechał z Warszawy do Gdańska, choć wielokrotnie był na granicy ryzyka. Ona wybierze jazdę bezpieczną, choć o godzinę dłuższą.

Jednego panie mogłyby panom pozazdrościć: radości za kółkiem. Mężczyźni na ogół jeżdżą swobodniej, żywiołowo, spontanicznie, czyli bardziej twórczo. Kobiety też lubią prowadzić auto, ale robią to bardziej schematyczne i zachowawczo. Jeżdżą tak, jak je nauczono na kursie. Rzadko interpretują przepisy, raczej się do nich stosują. Nie kombinują, jak wykonać „bandycki”, lecz skuteczny manewr na drodze, żeby na przykład ominąć długi korek. A nawet jeśli wymyślą jakiś sposób, rzadko zdobywają się na jego realizację.

Jeśli ktoś jedzie pod prąd i jeszcze na nas trąbi, to na sto procent za kierownicą samochodu nie siedzi kobieta. Tylko mężczyzna może wpaść na taki pomysł i mieć odwagę wykonać manewr w stylu: przejedzie kawałek po chodniku, kawałek pod prąd, potem wymusi pierwszeństwo i… ominie korek. Kobieta będzie grzecznie stała. I to wcale nie dlatego, że jest bardziej praworządna, raczej dlatego, że jest mniej pewna siebie. Czegoś się przecież trzeba trzymać...

– Kulturowo kobiety nie były wyznaczone do podejmowania decyzji, tylko do poddawania się decyzjom mężczyzn – tłumaczy Małgorzata Zaryczna, psycholożka i terapeutka. – Dziś wciąż jeszcze wiele pań robi prawo jazdy „do szuflady” albo jeździ tylko po zakupy, ewentualnie zawozi dzieci do szkoły. I tyle. Nadal uważamy, że droga to domena mężczyzn. Nic dziwnego, że kobiety czują się za kierownicą mniej pewnie. Więc kiedy zdarzy się w drodze sytuacja stresowa, myślą gorączkowo: „O Boże, co ja mam robić?!”. Po czym postanawiają: „Zrobię, jak każą przepisy”.

– Na łamanie przepisów pozwalają sobie czasem kobiety, które się bardzo dobrze czują za kierownicą – przyznaje Jolanta Szulecka. – Ale i tak robią to z ogromnym poczuciem winy.

Mężczyzna jest przewodnikiem stada, samcem, więc w trudnej sytuacji od razu włącza mu się myślenie: „nieważne przepisy, ja muszę to jakoś rozwiązać”. Jedno trzeba przyznać: rzeczywiście w sytuacjach stresujących mężczyźni statystycznie mają lepszą orientację w terenie niż kobiety. Jest to związane z różnicami w organizacji mózgu. Są też bardziej zdecydowani, szybciej potrafią oszacować sytuację i podjąć błyskawiczną decyzję.

– Powtarzam moim uczennicom, że w samochodzie nie możemy być stuprocentowymi kobietami – przyznaje Szulecka. – Musimy wykrzesać z siebie parę męskich cech: nauczyć się szybkiego podejmowania decyzji, zaplanować trasę i strategię jazdy, a nie w ostatniej chwili zastanawiać się: „co ja robię na tym skrzyżowaniu?!”. Kobieca tendencja do zastanawiania się nad posunięciami uniemożliwia szybką reakcję. Trzymanie się przepisów zwalnia z kolei z obowiązku szukania wyjścia i dokonywania natychmiastowych wyborów. Łatwiej jest zadziałać według reguł, niż je na szybko ustalić. Bo wtedy nie trzeba samej oceniać sytuacji, kalkulować ryzyka, po prostu twórczo rozwiązywać problemu…

Prawdą jest jednak, że choć mężczyzna szybko decyduje, to nie zawsze dobrze. Gdyby się pokusić o zajrzenie w statystyki, więcej wypadków powodują mężczyźni niż kobiety. Panie są wprawdzie mniej twórcze za kierownicą, ale bardziej odpowiedzialne, a to przekłada się na bezpieczeństwo. Być może jeżdżą z mniejszą swadą, bo na tylnym siedzeniu wiozą dzieci?

 

Anonimowi, wściekli i źli

Jest jednak coś, co łączy obie płcie: skłonność do agresji. Teoretycznie agresja jest domeną mężczyzn, ale na drodze panie wcale im nie ustępują. Różnią się tylko sposobem jej okazywania. Ta męska jest bardziej raptowna. Mężczyzna opuści szybę i zwymyśla drugiego kierowcę. Pokaże parę obraźliwych gestów, ciskając przy tym przekleństwa. Czasem wjedzie komuś przed nos i gwałtownie zahamuje, a nawet zatrzyma samochód i pójdzie się kłócić. Może też uciec się do przemocy fizycznej. Kobieta z kolei unika bezpośredniej konfrontacji. Raczej błyśnie światłami, użyje klaksonu, zajedzie drogę, a jeśli jest bardzo zdenerwowana – pokaże trzeci palec. Jednak nie zrobi nic, co by zahaczało o bezpośrednią przemoc.

Dlaczego na drodze zachowujemy się agresywnie? Bo jesteśmy anonimowi, choć niekoniecznie za zaciemnionymi szybami. W samochodzie jesteśmy odcięci od tego, co na zewnątrz, dlatego nasze frustracje mają większe pole do popisu. Im mniej nas widać, tym czujemy się bardziej anonimowi i mamy mniejszą kontrolę nad swoimi zachowaniami.

– Możemy mignąć światłami, oślepić innego kierowcę, zatrąbić, najechać na tylny zderzak, zahamować przed maską i… bezkarnie pojechać dalej – uważa Zaryczna. – Nikt przecież nic z tym nie zrobi, nie będzie nas gonić, nie zapisze naszych numerów. Najwyżej będzie klął pod nosem. Ta anonimowość napędza nas i nakręca. Podobnie jest w Internecie: tu też rodzi bezkarność i sprawia, że pozwalamy sobie na pisanie o innych krytycznie, a nawet bezlitośnie.

Coś w tym jest. Kiedy jedziemy komunikacją miejską, gdzie mamy bezpośredni kontakt z otaczającymi ludźmi, zachowujemy się bardziej „cywilizowanie”. Bo tu ktoś może odpowiedzieć, oddać zniewagę, popchnąć, ale przede wszystkim tu stoi się z innymi twarzą w twarz, patrzy komuś w oczy, a to poskramia reakcje. Natomiast karoseria jak rycerska zbroja oddziela kierowcę od innych, skrywa, chroni, pozbawia cech charakterystycznych. Dzierżąc kierownicę, dzierży władzę, a więc rośnie w siłę i znaczenie.

Gdy inni kierowcy działają na nerwy…

Ale to nie prowadzenie samochodem przemienia kierowcę z doktora Jekylla w Mr Hyde’a. Agresja i frustracja są już w nim zanim zatrzaśnie drzwi auta. Bo a to szef go zdenerwował, a to żona zrzędziła, koleżanka w pracy rozczarowała – wtedy nie wybuchnął, stłumił odruch, a złość… wsiadła z nim do samochodu.

– Z władzą i anonimowością nie trzeba mieć cech psychopaty, żeby pozwolić sobie na niepokojące zachowania czy dojście do głosu zduszonym emocjom, których normalnie człowiek do siebie nie dopuszcza– tłumaczy psycholożka.

Wzbieranie i uzewnętrznianie trudnych emocji wzmagają trudne warunki na drodze. Mniej prawdopodobne, że uczestnicy ruchu będą się agresywnie zachowywać, gdy nawierzchnia jest gładka, pogoda sprzyjająca i wszystko idzie sprawnie. Taka jazda może wręcz relaksować. Ale na polskich drogach to raczej rzadkość. Prędzej spotkamy się z korkami w godzinach szczytu, dziurami w asfalcie, fatalnie zorganizowanymi objazdami, bezmyślnie postawionymi tablicami informacyjnymi i pieszymi przemykającymi na czerwonym świetle lub w miejscach niedozwolonych.

– Nawet największa wściekłość przechodzi, jeśli są ku temu warunki – mówi Zaryczna. – Ale gdy do już kiepskiego nastroju dodamy jazdę w korku, gdzie wszyscy trąbią i zajeżdżają drogę, to nie ma co liczyć na poprawę humoru. Czujemy się bezsilni, a to jeden z najtrudniej tolerowanych stanów emocjonalnych. I przepis na wybuch agresji gotowy.

Jak nie dać się emocjom?

  • Nie oceniaj. Na drodze o wiele częściej czyha pokusa wcielenia się w surowego sędziego. Momentalnie ocenić przytomność umysłu, a czasem nawet poziom inteligencji innych uczestników ruchu, a może nawet dać im nauczkę. Zwłaszcza drogowym ślamazarom. W ten prosty sposób można podreperować swoją samoocenę. Tylko skąd pomysł, że mam prawo oceniać, a potem karać lub nagradzać innych?– Trochę winne są media lansujące pogląd, że za kierownicę powinni wsiadać najlepsi – mówi Szulecka. – Kierowcy chcą, by wszyscy włączyli się w ten nurt sprawnej, szybkiej, agresywnej jazdy. Nie wolno hamować biegu, spowalniać; każde wyłamanie się budzi sprzeciw. A przecież trzeba tolerować słabszych. Człowiek, który jedzie wolniej, nie musi być zaraz idiotą, może: mieć zwyczajnie gorszy dzień, być zmęczony, nie znać okolicy i szukać ulicy, w którą ma skręcić. A może nie spojrzał na znak i nie jest pewien pierwszeństwa, a nie chce ryzykować. Bądźmy raczej wdzięczni za to, że zachowuje się ostrożnie, bo jeśli spowoduje wypadek, my także na tym możemy ucierpieć. A więc dbając o swoje, dba także o nasze bezpieczeństwo.
  • Nawiąż bezpośredni kontakt. Jolanta Szulecka mówi swoim uczniom, że jeśli chcą się z kimś identyfikować, niech omijają grupę agresorów. Lepiej się utożsamiać z tymi, którzy nawiązują przyjazny kontakt, uśmiechają się, wpuszczają na pas lub dziękują za wpuszczenie. – Na szczęście od lat obserwuję, że uprzejmość polskich kierowców rośnie, a grupa tych agresywnych zmniejsza się – twierdzi instruktorka. – Częściej myślimy: dziś ja kogoś wpuszczę, jutro ktoś wpuści mnie. Sama, gdy chce wjechać przed innego uczestnika ruchu, nawiązuje z nim kontakt wzrokowy, podnosi dłoń i prosi o wpuszczenie na pas. „Przysuwa się” odrobinę do drugiego samochodu, z włączonym kierunkowskazem, by kierowca wiedział, o co jej chodzi, ale nie zajeżdża mu drogi. I dziękuje z góry. – Niezwykle rzadko spotykam się z negatywną reakcją – komentuje.
  • Bądź życzliwy. Jeśli potraktujesz drugiego kierowcę „z góry” i krzykniesz np.: „baranie, jak jedziesz?!”, to wcale nie znaczy, że tamten dojdzie do wniosku, że chyba rzeczywiście powinien się poduczyć, lecz zareaguje podobnie i odkrzyknie: „sam jesteś baran, zapisz się na kurs!”. Zaciśnięcie pięści, inwektywy, agresja sprawiają, że w odpowiedzi dostajesz dokładnie to samo. Podobnie jest z uśmiechem. Życzliwość wybija agresji broń z ręki.
  • Nie pozwól, by udzieliły ci się negatywne emocje. – Zdarzyło mi się kilka razy, że ktoś wyskoczył z samochodu, pieklił się, pokazywał trzeci palec – wspomina instruktorka. – W takiej sytuacji nie należy się podłączać do jego wściekłości i nakręcać samemu. Lepiej po prostu poczekać, aż uzna, że pora zakończyć występ.
A gdy spotkamy pirata drogowego? Wtedy nie ma czasu na perswazje. Co zrobić?
  • Zejdź agresorowi z drogi. Nie wiadomo, czy pirat drogowy jest pijany, wściekły czy zwyczajnie agresywny – zresztą to bez znaczenia. Trzeba zadbać o bezpieczeństwo swoje, pasażerów i auta. Może ta osoba ma powody, żeby się tak zachowywać? – Może to ktoś, kto ma obok siebie rodzącą kobietę i pędzi do szpitala? Nie wiesz przecież, czemu się tak spieszy – mówi Małgorzata Zaryczna. – Spróbuj sobie wyobrazić trzy powody, dla których tak pędzi. Im śmieszniej, tym lepiej, bo to rozładuje napięcie.

  1. Psychologia

Wszyscy bywamy wariatami

Manipulujący współpracownik? Roszczeniowy rodzic? A może rozchwiany emocjonalnie partner? Niemal każdego dnia musisz sobie poradzić z przynajmniej jedną irracjonalną osobą. (Fot. materiały prasowe)
Manipulujący współpracownik? Roszczeniowy rodzic? A może rozchwiany emocjonalnie partner? Niemal każdego dnia musisz sobie poradzić z przynajmniej jedną irracjonalną osobą. (Fot. materiały prasowe)
Psychiatra Mark Goulston twierdzi, że każdy człowiek wykazuje czasami przykład tzw. wariactwa codziennego. I nie ma na myśli zachowań charakterystycznych dla zaburzeń czy chorób psychicznych, ale sytuację, gdy do zdominowanego przez ciało migdałowate mózgu nie trafiają logiczne argumenty. Co zrobić, gdy na drodze stanie nam furiat?

Przepracowałem dziesięciolecia jako psychiatra i wiem, jak wygląda „wariactwo” – a widziałem parę naprawdę poważnych przypadków. Jakiś czas temu jednak doznałem olśnienia – ja oczekuję wariactwa na co dzień, bo to moja praca. Zdałem sobie jednak sprawę, jak często ty musisz stawiać czoło furiatom – przy czym nie są to stalkerzy Britney Spears czy osoby ze skłonnościami samobójczymi, tylko ludzie, którzy przejawiają coś, co nazywam „wariactwem codziennym”. Założę się, że niemal każdego dnia musisz sobie poradzić z przynajmniej jedną irracjonalną osobą. Szef, który oczekuje niemożliwego? Roszczeniowy rodzic? Wrogo nastawiony nastolatek? Manipulujący współpracownik? Sąsiad, który zawsze szuka dziury w całym? A może rozchwiany emocjonalnie partner albo irracjonalny klient?

Czas na wyjaśnienie słowa „wariat” – wiem, że ma ono zabarwienie pejoratywne i jest zupełnie niepoprawne politycznie. Kiedy się jednak nim posługuję, nie mam na myśli osób cierpiących na choroby psychiczne.

Nie używam go też do napiętnowania żadnej grupy ludzi. Po prostu każdy z nas czasami zachowuje się jak „wariat”. Ludzie, z którymi się stykasz, potrafią być irracjonalni na cztery różne sposoby:

  • Mają zaburzone postrzeganie świata.
  • Myślą lub mówią rzeczy, które nie mają sensu.
  • Podejmują decyzje i działania, które nie leżą w ich najlepszym interesie.
  • Kiedy starasz się sprowadzić ich z powrotem na drogę rozsądku, stają się nie do wytrzymania.

Wbrew instynktowi

Lata temu usłyszałem radę, co zrobić, kiedy pies ugryzie cię w rękę – jeżeli poddasz się instynktowi i spróbujesz wyszarpnąć mu dłoń z pyska, zaciśnie tylko mocniej zęby. Jeżeli jednak na przekór odruchowi wepchniesz dłoń głębiej, pies zwolni uchwyt. Dlaczego? Bo kolejnym krokiem dla niego jest przełknięcie smacznego kęsa, a w tym celu musi rozluźnić szczęki. To właśnie moment, kiedy możesz wyciągnąć dłoń. Tę samą zasadę stosuje się̨w rozmowie z irracjonalnymi osobami. Jeżeli zachowujesz się tak, jakby postradali zmysły, a ty nie, po prostu pogrążą się głębiej we własną rzeczywistość. Jeżeli jednak wczujesz się w ich irracjonalność, to radykalnie zmienisz dynamikę całej sytuacji.

Oto przykład:

Po koszmarnym dniu, jednym z najbardziej frustrujących w życiu, wracałem samochodem do domu w zasadzie na autopilocie, rozmyślając o swoich problemach. W Kalifornii jest to niestety bardzo niebezpieczne. Wjeżdżałem właśnie do Doliny San Fernando, jadąc na południe Sepulveda Boulevard, kiedy niechcący wymusiłem pierwszeństwo na półciężarówce, którą prowadził ogromny facet, z żoną obok. Zatrąbił na mnie, a ja podniosłem rękę na przeprosiny. A potem, niecały kilometr później, jak ten idiota znowu wjechałem mu przed maskę. Gość wyprzedził mnie, zajechał mi drogę i się zatrzymał, więc ja też musiałem stanąć. Widziałem, jak jego żona gestykuluje nerwowo i próbuje go nakłonić, żeby odpuścił. Nie posłuchał jej jednak i wysiadł z samochodu – miał prawie dwa metry wzrostu i ważył ze sto pięćdziesiąt kilogramów. Podszedł do mojego wozu i walnął w szybę od strony kierowcy, przeklinając, ile sił w płucach. Byłem tak oszołomiony, że otworzyłem okno, a potem po prostu poczekałem, aż zrobi przerwę na dalsze inwektywy.

– Czy kiedykolwiek miał pan tak upiorny dzień, że po prostu liczył pan na spotkanie kogoś, kto wyciągnie spluwę, strzeli do pana i zakończy te męczarnie? Czy to pan jest tą osobą? – zapytałem, kiedy brał wdech. Opadła mu szczęka. – Co? – wydukał.

Do tego momentu zachowywałem się jak idiota, ale tutaj zrobiłem coś genialnego. Nie wiem jak, ale w oszołomieniu powiedziałem właśnie to, co należało powiedzieć. Nie próbowałem się kłócić z tym olbrzymem – prawdopodobnie na próby argumentacji wyciągnąłby mnie z samochodu i mi przyłożył. Nie odpowiedziałem też agresją. Zamiast tego wczułem się w jego emocje. Gapił się na mnie, więc kontynuowałem. – Zwykle nie wjeżdżam ludziom przed maskę, a już na pewno nigdy nie robię tego dwa razy z rzędu. To po prostu taki dzień, że nieważne, co zrobię albo kogo spotkam – w tym pana! – wszystko idzie nie tak. Czy będzie pan tak miły i mnie zastrzeli?

Zmienił się w oczach – w ułamku sekundy uspokoił się i zaczął dodawać mi otuchy. – Hej, chłopie, będzie dobrze. Serio! – wyrzucił z siebie. – Spokojnie, będzie dobrze. Każdy ma czasem taki dzień. – Łatwo panu powiedzieć! – perorowałem dalej. – To nie pan spieprzył dziś wszystko, a ja tak. Nie będzie dobrze, nie sądzę. Ja już chcę, żeby to się skończyło! Pomoże mi pan? – Nie, naprawdę, będzie dobrze, po prostu spróbuj się uspokoić – wspierał mnie z zaangażowaniem.

Pogadaliśmy jeszcze parę minut, a potem wsiadł do półciężarówki, powiedział coś do żony i pomachał do mnie w lusterku wstecznym, jakby mówił: „Pamiętaj, rozluźnij się. Będzie dobrze”. A potem odjechał.

Przyznam, że nie jestem z siebie dumny. Ten facet w półciężarówce na pewno nie był tego dnia jedynym wariatem na drodze... Ale o to właśnie chodzi. Mógł mnie sprać na kwaśne jabłko i pewnie by to zrobił, gdybym próbował się z nim kłócić albo zaczął cokolwiek wyjaśniać. Ja jednak spotkałem się z nim w jego rzeczywistości, w której to ja byłem tym złym, a on miał pełne prawo zrobić mi krzywdę. Dzięki instynktownemu wykorzystaniu techniki, którą nazywam asertywnym poddaniem się, w niecałą minutę przestałem być agresorem i stałem się sojusznikiem.

Na szczęście ta reakcja była dla mnie instynktowna, nawet w zły dzień – to dlatego, że od lat jako psychiatra musiałem wczuwać się w emocje innych. Robiłem to tysiące razy, na różne sposoby, i wiem, że ta metoda się sprawdza. Wiem też, że sprawdzi się w twoim przypadku.

Wczucie się w emocje jest strategią, którą możesz wykorzystać wobec każdej irracjonalnej osoby. Możesz na przykład skorzystać z niej w rozmowie z:

  • partnerem, który na ciebie wrzeszczy – albo nie chce z tobą rozmawiać;
  • dzieckiem, które mówi: „Nienawidzę cię” albo „Nienawidzę siebie”;
  • starzejącym się rodzicem, który mówi: „Nie kochasz mnie już”;
  • pracownikiem, który bezustannie przeżywa załamania w pracy;
  • despotycznym zwierzchnikiem.
Nieważne, z jakim rodzajem „wariactwa codziennego” masz do czynienia – wczucie się w nie pozwoli ci się wyrwać z błędnego koła strategii komunikacyjnych, które nie działają, i dotrzeć do ludzi, z którymi musisz się porozumieć. W efekcie poradzisz sobie z niemal każdą wypełnioną emocjami sytuacją.

Koło racjonalności

Przede wszystkim musisz zrozumieć, że wczucie się̨ w cudze wariactwo nie jest reakcją instynktowną. Twoje ciało nie chce tego robić. W kontakcie z kimś irracjonalnym twój organizm wysyła ci sygnały informujące o zagrożeniu. Zwróć na to uwagę – czujesz ucisk w gardle, tętno ci przyspiesza, w brzuchu coś́ się kotłuje albo zaczyna cię boleć głowa. Czasem samo wspomnienie takiej osoby powoduje reakcję fizjologiczną.

Dlaczego tak się dzieje? Twój mózg gadzi daje ci wybór między walką i ucieczką. Jeżeli jednak irracjonalna osoba jest stałym elementem twojego życia, żadna z tych reakcji nie rozwiązuje problemu. Zamiast tego nauczę cię, jak podejść do wariactwa od zupełnie innej strony z wykorzystaniem sześcioetapowego procesu, który nazywam kołem racjonalności.

Oto, co trzeba zrobić na poszczególnych etapach:

1. Przyjmij do wiadomości, że osoba, z którą masz styczność, nie jest w stanie myśleć racjonalnie w bieżącej sytuacji. Dodatkowo zrozum, że jej szaleństwo jest głęboko zakorzenione w odległej lub niedawnej przeszłości, a nie w chwili obecnej, więc nie jest to coś, z czym możesz polemizować albo się kłócić.

2. Ustal schemat działania rozmówcy – konkretny sposób, w jaki przejawia się jego szaleństwo. To strategia, którą wykorzystuje, aby wyprowadzić cię z równowagi – wpędzając cię w złość, poczucie winy, wstyd, strach, frustrację albo twoje własne szaleństwo. Kiedy już przejrzysz ten schemat, poczujesz większy spokój, koncentrację i kontrolę nad waszą rozmową – a także będziesz w stanie dobrać odpowiednią kontrstrategię.

3. Zrozum, że to nie ty jesteś przyczyną tej huśtawki emocjonalnej, tylko osoba, z którą rozmawiasz. Nie bierz jej słów osobiście – w tym celu przed rozmową zidentyfikuj i zneutralizuj własne punkty zapalne. Podczas rozmowy będziesz korzystać ze skutecznych narzędzi mentalnych, aby nie dać się sprowokować. Dzięki temu unikniesz przejęcia kontroli przez ciało migdałowate (to termin zaproponowany przez psychologa Daniela Golemana) – dochodzi do niego, gdy ciało migdałowate (część mózgu odpowiedzialna za poczucie zagrożenia) blokuje racjonalne myślenie.

4. Rozmawiaj z osobą irracjonalną, wczuwając się w jej emocje poprzez wejście w jej świat ze spokojem i jasno określonym zamiarem. Na początku załóż jej niewinność – musisz wierzyć, że to tak naprawdę dobry człowiek, a jego zachowanie ma uzasadnioną przyczynę. Nie osądzaj – zamiast tego zainteresuj się, co leży u podstaw takiego zachowania. Następnie wyobraź sobie, że sam odczuwasz to, co rozmówca – czujesz się atakowany, niezrozumiany i zepchnięty do defensywy.

5. Pokaż rozmówcy, że jesteś sojusznikiem, a nie zagrożeniem. Wysłuchaj jego wybuchu spokojnie i z empatią. Zamiast próbować go opanować, zachęcaj, by dał upust emocjom. Zamiast odpowiadać atakiem, dostosuj się do niego, a wręcz go przeproś. Jeżeli go życzliwie wysłuchasz i będziesz empatycznie naśladować jego zachowanie, on zacznie słuchać i naśladować ciebie.

6. Kiedy już twój rozmówca się uspokoi, spróbuj sprowadzić go na drogę bardziej racjonalnego myślenia.

Koło racjonalności ma w sobie potężną magię, pamiętaj jednak, że przeprowadzenie samego siebie i irracjonalnego rozmówcy przez wszystkie sześć etapów nie zawsze jest łatwe i zabawne, a przy tym nie zawsze działa od razu. Ponadto, jak w każdej sytuacji w życiu, czasami ta metoda nie działa – istnieje wręcz niewielkie ryzyko, że tylko pogorszy sytuację. Kiedy jednak musisz rozpaczliwie dotrzeć do osoby trudnej, niemożliwej albo całkowicie pozbawionej kontroli, jest to technika, która daje ci największe szanse na sukces.

Fragment książki „Jak rozmawiać z furiatami. Techniki, ćwiczenia, strategie”. wszystkie skróty pochodzą od redakcji. Książka do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep.

Mark Goulston, psychiatra, trener negocjacji w FBI i policji, konsultant i doradca biznesowy. Jego teksty ukazują się m.in. w „Harvard Business Review”, „Huffington Post” i „Psychology Today”, pracuje z wieloma liderami z prestiżowego rankingu biznesowego Fortune 500. Jego książka „Jak rozmawiać z furiatami” ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

  1. Psychologia

Moc zaklęta w gniewie - wypieranie „trudnych” uczuć pozbawia nas energii

Gdy tłumimy swoją prawdziwą moc i pozwalamy innym, by mieli nad nami władzę, ogarnia nas słuszny gniew (fot. iStock)
Gdy tłumimy swoją prawdziwą moc i pozwalamy innym, by mieli nad nami władzę, ogarnia nas słuszny gniew (fot. iStock)
Jedną z najczęstszych trudności, z jakimi spotykam się w pracy terapeutycznej, jest niezrozumienie własnych uczuć. Większość z nas nie ma pojęcia, że nie przeżywając i nie wyrażając ich, zamykamy przepływ życiowej energii. Nie rozumiemy, dlaczego życie przestaje dawać nam radość, dlaczego odczuwamy emocjonalny i fizyczny dyskomfort.

Często nie pozwalamy sobie na doświadczanie tak zwanych „negatywnych emocji” - smutku, gniewu, rozpaczy - z obawy, że zostaniemy przez nie zagarnięci. Tymczasem właśnie przeżycie w pełni jakiegoś uczucia odblokowuje energię i sprawia, że znika. Terapia pomaga nam przeżyć w pełni zablokowane emocje i odzyskać utracony spokój.

Złość i gdziew budzą strach

Złość jest emocją, której najbardziej się boimy i którą najczęściej tłumimy, bo kojarzy nam się z agresją, z zadawaniem ran. Ale właśnie zabraniając sobie czuć złość, stajemy się agresywni wobec siebie. Ważne, aby oprócz przeżywania złości, umieć odczuć i wyrazić także lęk przed nią, wtedy nie będziemy musieli atakować czy oskarżać siebie lub innych. Wyrażona złość staje się dla nas źródłem energii do działania, wnosi autentyczność, siłę.

Pragniemy bliskości i namiętności w związkach, a nie mamy świadomości, że związek umiera, gdy ludzie przestają wyrażać uczucia. Tłumiąc złość, pozbawiamy się mocy, przyjmujemy rolę ofiary. Nasze ciała wyrażają tę słabość poprzez odrętwienie. Gdy tłumimy swoją prawdziwą moc i pozwalamy innym, by mieli nad nami władzę, ogarnia nas słuszny gniew. Dlatego nawiązywanie kontaktu z własną złością umożliwia nam odzyskanie własnej mocy. Tylko w ten sposób może powrócić do nas siła i energia.

To cudowne patrzeć jak ludzie, którzy czasem przez dziesiątki lat skrywali bolesne uczucia, pozbywają się ich w kilka chwil. Bardzo istotne jest nauczyć się rozumieć i akceptować swoje uczucia w momencie, gdy się rodzą, bo wtedy pozwalamy im swobodnie płynąć, zmieniać się. Taka postawa sprawia, że jak dzieci czerpiemy z życia, z naszych zmieniających się uczuć pełną radość.

Zgubne ideały

A co z tak zwanym pozytywnym myśleniem? Jeśli przeszkadza nam ono w pełnym i prawdziwym przeżywaniu naszego życia, może wcale nie jest takie pozytywne. Jeżeli myślimy „pozytywnie”, żeby nie przyznać się do strachu, bólu, złości, to okłamujemy siebie i innych. Życie może być piękne pod warunkiem, że je przeżywamy. Lubimy mieć ideały, próbujemy nawet nimi żyć, zapominamy jednak, że one „nie akceptują” życia. Dlatego zawsze warto zapytać siebie, czy żyjemy naszym prawdziwym życiem, czy naszymi idealnymi ideałami? W życiu lepiej być sobą, nieidealnym, ale szczęśliwym. Lepiej wiedzieć, co rzeczywiście czujemy i czego chcemy, niż to, co wydaje nam się, że byłoby idealnie czuć czy chcieć.

Potrzeba ideałów wyrasta z nieakceptacji rzeczywistości. Im mniej kochamy siebie, tym większą odczuwamy potrzebę bycia idealnymi. Chcemy być idealnymi dziećmi, kochankami, partnerami. W ten sposób pragniemy zdobyć akceptację i miłość. Uwierzyliśmy, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy tacy, jacy jesteśmy, więc zaczynamy udawać. Boimy się mówić o swoich oczekiwaniach, bo nie chcemy być postrzegani jako egoiści. Nie potrafimy wyrazić naszego bólu, bo nasz partner miał ciężkie dzieciństwo i pomyśli, że „czepiamy się” jak jego matka. Kneblujemy sobie usta, narzucamy sztuczne miny, przyklejamy sztuczne uśmiechy, żeby utrzymać dobrą opinię o sobie, wywrzeć dobre wrażenie. Tylko, gdzie w tym wszystkim jesteśmy my?

Jeżeli nie potrafimy nawiązać kontaktu ze sobą, ze swoimi uczuciami, to nie pomoże nam czytanie książek o duchowości czy wykonywanie najwspanialszych praktyk religijnych. Ze wszystkiego możemy uczynić mechanizm represji. Nawet w jogę możemy wejść jak do wojska.

Możemy wykonywać ćwiczenia, kontrolować ciało, śpiewać mantry, odmawiać dziesiątki różańców, koronek i nigdy nie doświadczyć poruszenia serca, nie poczuć miłości. Bo niemożliwe jest medytowanie chwili obecnej, jeżeli są w nas niezagojone rany z przeszłości. Jeżeli nie możemy pokazać ich komuś bliskiemu, odsłonić się, przyznać się do bólu, złości, wyrazić gniew, przerażenie. Dopiero wtedy, gdy poczujemy się bezpiecznie sami ze sobą, gdy nauczymy się bez strachu wyrażać wszystkie swoje uczucia, będziemy mogli odczuwać tę błogość, o której piszą duchowi mistrzowie. I nie ważne, czy siedząc, leżąc, albo skacząc, delektować się własnym oddechem i chwilą obecną.

Hanka Bondarenko: poetka, aktorka, reżyserka, psychoterapeutka.