1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Perfekcyjne macierzyństwo - dylematy współczesnych matek

Perfekcyjne macierzyństwo - dylematy współczesnych matek

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Współczesna matka ma poczucie porażki, gdy dziecko nie mówi w wieku pięciu lat po angielsku, nie jeździ konno, jest grube albo chude. O tym, jak dałyśmy się zapędzić w perfekcyjne macierzyństwo, opowiada socjolożka, profesor Anna Giza-Poleszczuk.

Czym młode matki różnią się od matek pani pokolenia? Pierwsza różnica to wchodzenie w macierzyństwo. Kiedyś jak rodziło się dziecko i matka przychodziła z nim do domu, to nagle roiło się tam od kobiet. Wpadała babcia, teściowa, kuzynka, siostra. Kobieta była wprowadzana do macierzyństwa przez inne kobiety. To było społeczne wydarzenie. Kładło się ją spać, ktoś inny zajmował się dzieckiem, udzielało jej się rad wynikających z doświadczenia. Natomiast dzisiaj kobieta wraca do domu tylko z mężczyzną i dzieckiem.

Bo jej mama jest zupełnie w innym mieście? Jej rodzina jest rozsiana gdzieś po Polsce. A nawet jak jest blisko, to jednak daleko. Ostatnio miałam rozmowę z młodą dziewczyną, która urodziła pierwsze dziecko i od razu zapowiedziała swojej matce i teściowej, że nie chce ich widzieć. Że chce wrócić do domu i być sama z dzieckiem i mężem. Nawet jeżeli to starsze pokolenie jest dostępne, to ono już nie jest godne zaufania. I to jest ta druga różnica – macierzyństwo stało się medyczno-naukowe. Do macierzyństwa wdraża nas psycholog, terapeuta, pediatra, położna ze szkoły rodzenia, a nie jacyś amatorzy. W badaniach społecznych nazywa się to odbieraniem macierzyństwa środowisku społecznemu. Rodzicielstwo stało się umiejętnością nabytą, którą zdobywamy poprzez czytanie książek, na warsztatach i kursach różnego rodzaju. Kiedyś noworodka witało się z dużą ciekawością w domu, bo tkwiło w nas założenie, że dziecko jest już jakieś, że ono przynosi ze sobą coś określonego, w miarę gotowego, co musi się ujawnić.

A teraz już tak nie jest? Nie, dziecko od samego początku jest zadaniem do wykonania. Powinno dostawać do norm rodziców, spełniać nasze oczekiwania. Od razu patrzy się na dziecko w sposób zobiektywizowany, mamy różne „programy”, odniesienia. Dziecko to jest taka walizka, którą my musimy zapakować i przygotować do życia. Jedna z moich studentek zrobiła analizę treści porad dla przyszłych matek. „Jeśli planujesz zajść w ciążę, to się do tego przygotuj. Już dwa tygodnie wcześniej zrelaksuj się, żeby poczęcie odbyło się w miłej atmosferze, bo to jest wdrukowanie osobowości dziecka. Jak jesteś w ciąży, bacz, co robisz, bierz witaminy. Słuchaj odpowiedniej muzyki”. To straszenie matek konsekwencjami ich postępowania. W jednym z analizowanych artykułów była sugestia, że jak matka w ciąży dużo płacze, to może urodzić dziecko z zespołem Downa. Zawsze się uważało, że kobieta w ciąży nie może pić czy palić, ale to jest dosyć oczywiste. W tych pseudoporadach mówi się o kwestiach emocjonalnych. Kiedyś matka była odpowiedzialna za rzeczy fizyczno-pragmatyczne. Moja babcia uważała, że jak dziecko jest czyste, nakarmione, chodzi do szkoły, a nie na wagary, i przynosi jako takie stopnie, to matka mogła być z siebie dumna. Bycie dobrą matką było proste.

A jak się ten repertuar rozbudował? Coraz częściej kwestie bytowe zdejmuje nam z głowy marketing. Producent ugotuje za nas zupkę, dostarczy jednorazowe pieluchy. Współczesna matka jest odpowiedzialna za rozwój psychologiczno-emocjonalny dziecka, którego nie da się zmierzyć. Innymi słowy, o ile łatwo odhaczyć, czy syn umył zęby, czy nie, o tyle trudno wieczorem stwierdzić, czy jest szczęśliwy i spełniony. Czy ja, matka, odkryłam jego wewnętrzny potencjał? Czy on, kurczę, powinien jeszcze grać w rugby? W związku z tym kobiety mają emocjonalną sinusoidę. Raz im się wydaje, że są dobrymi matkami, za chwilę – że beznadziejnymi.

A wy tego nie czułyście? A skąd! Kobiety dbały o swoje dzieci i przeżywały różne dylematy, ale nie w ten sposób. Ja pamiętam radę, jakiej mi udzieliła babcia: „Aniu, pamiętaj, dziecko jest człowiekiem i musisz je szanować. Ale ty też jesteś człowiekiem i dziecko też cię musi szanować. Więc jeżeli boli cię głowa, a ono akurat postanowiło walić kijkiem w blaszak, to po prostu ma tego nie robić”. Kiedyś była większa równowaga, teraz rodzice są przystawką do dziecka. Wszystko jest naszą winą, naszą odpowiedzialnością.

Przykład? Byłam w odwiedzinach u młodej matki. W salonie stał nocnik z kupą. Moja znajoma podaje herbatę, ciasteczka, a kupa stoi. A ja mówię: „Słuchaj, a to?”. Ona: „Wiesz, co ja wyczytałam? Kupa to jest cząstka dziecka tożsamości, dziecka dzieło. Nie możesz mu pokazać braku szacunku i po prostu jej wyrzucić”.

Czy to nie jest tak, że my przeraźliwie boimy się być toksycznymi matkami. Nawet nie złymi, ale właśnie toksycznymi. Tak, dziewczyny są naprawdę zastraszone. Efekt jest taki, że młode kobiety boją się zostawać matkami. Nie dlatego, że nie mają pieniędzy, tylko wyczuwają ogromną odpowiedzialność. Poza tym został zdewaluowany przekaz tradycji – dziadkowie są źli, to ci, którzy przegrzewają dziecko. A współczesnej matce odebrano wszystkie naturalne kompetencje do wychowania dziecka i zostawiono poczucie winy. Kiedyś wierzono, że kobieta ma naturalne odruchy, które jej pomogą, gdy stanie się matką.

Było nawet coś takiego jak instynkt macierzyński. Już dawno go nie ma. „To jest produkt kulturowy, bardzo zły”. Tak to się pozycjonuje, że kobieta nie wie nic, nie potrafi wziąć dziecka na ręce, dotykać go, myć, przewijać. Musi się tego wszystkiego nauczyć. Kobiety dały sobie wmówić, że nic nie potrafią, ale mają do wykonania zadania – muszą wychować geniusza, obudzić w nim olbrzyma itd.

I za zdobycie tych wszystkich umiejętności płacą. Robi się przepaść życiowa, muszą na to wszystko zarobić, więc nie mają czasu na bycie z dzieckiem i robienie ludzików z kasztanów. Kiedyś moja znajoma pracująca w korporacji była na zwolnieniu i poszła ze swoimi bliźniaczkami na spacer. Usiadła przy piaskownicy, panie na nią spojrzały i powiedziały: „O, dziewczynki mają nową nianię”. Niezwykle to przeżyła, ponieważ to trafiało w sedno jej dylematu – spędzała całe dnie w korporacji, żeby wynająć nianię dla swoich dzieci, żeby być dobrą mamą. Żeby ją było stać na te wszystkie gadżety, które są podobno niezbędne do wychowania dziecka.

Paradoks polega na tym, że im więcej pracujemy, tym więcej wydajemy. Niania kosztuje 19 tysięcy złotych rocznie. Tak, ale z drugiej strony – znalazłyśmy się w pułapce bez wyjścia, ponieważ świat kobiet opustoszał. Matka, która idzie na urlop macierzyński, staje się więźniem własnego dziecka. Nie ma dokąd pójść, nie ma co ze sobą zrobić. Nagle okazuje się, że gdzieś tam świat się kręci, a ona siedzi z dzieciakiem w domu jak głupia. Kiedyś kobiety włóczyły się bandami. Chodziłyśmy z maluchami do kuzynki, koleżanki, siostry. Pamiętam, że podrzucałyśmy sobie nawzajem dzieci. Nie siedziałyśmy w tych grodzonych osiedlach, były rozwinięte sieci społeczne.

Teraz te kontakty zastępujemy produktami i płatnymi usługami. Macierzyństwo się sprofesjonalizowało i skomercjalizowało, a branża dziecięca to jeden z większych przemysłów na świecie. Teraz jak się otwiera drzwi pokoju dziecięcego, to zalewa nas lawa zabawek. Pamiętam, że mój syn dostał wiele lat temu klocki Lego. To nie był żaden komplet, tylko kilkanaście elementów, które ktoś nam przysłał z Zachodu. Jaki to był skarb, każda palemka w tych klocuszkach, każdy kwiatuszek był przez niego szanowany. Na zabawki trzeba było wówczas zasłużyć. Dziś nie wiadomo, co kupić dziecku, bo ono wszystko ma.

Jak jeszcze zmieniła się pozycja dziecka w rodzinie? Dziecko stało się wehikułem spełnienia wszystkich naszych zadań, aspiracji, co powoduje, że zamęczamy i przeciążamy je lekcjami dodatkowymi. Wyścig o rangę społeczną przeniósł się już chyba do żłobka. Słyszałam, że matki na zebraniu w sprawie założenia żłobka pytały, czy dzieci będą uczone angielskiego. Zaczynam sobie zadawać pytanie, czy myśmy wszyscy po prostu nie oszaleli. To, co dziecku jest potrzebne w myśl mojego tradycyjnego światopoglądu, to dużo serdeczności, czułości i poczucie bycia użytecznym. Dla mnie najbardziej uderzające jest to, że dzieci dzisiaj nie mają żadnych obowiązków domowych. Oczywiście, myśmy z siostrą jęczały pod rządami „megatoksycznej” matki, bo trzeba było posprzątać i pójść po zakupy, zrobić pranie, ale jednocześnie miałyśmy poczucie, że jesteśmy potrzebne w domu. Nasz dom, nasza rodzina były wspólnym przedsięwzięciem. A dziś dziecko jest…

Księciem? Też nie do końca, bo ma przecież obowiązki, chiński i angielski od przedszkola. Teraz dziecko powinno błyszczeć, być najlepsze w klasie albo przynajmniej bardzo dobre.

Czy to nie jest tak, że jeżeli ktoś nam daje jakąś propozycję udoskonalenia naszego macierzyństwa, to my zawsze z niej skorzystamy? Czytałam wspaniałą książkę amerykańskiego etyka medycyny, filozofa Carla Elliotta: „Better than Well” [Lepiej niż dobrze]. Opowiada on o tym, że wiele procedur medycznych było wynajdowanych, żeby pomóc wąskiej grupie w nieszczęściu. Jest tam rozdział poświęcony historii ritalinu (lek stosowany np. przy ADHD). Powstał, żeby pomóc dzieciom, które miały problemy z koncentracją. W trakcie leczenia okazało się, że pośrednio prowadzi też do osiągnięcia lepszych wyników w szkole, więc matki zdrowych dzieci też zaczęły dawać im ritalin. Nagle stało się to powszechne i dzieci, którym rodzice nie dawali tego leku, zaczynały odstawać od grupy. Mówię o tym, bo trudno takiemu mechanizmowi nie ulec. Każdej matce chodzi o to, żeby dziecko poradziło sobie w życiu. Najgorszy koszmar dla rodzica to widzieć własne dziecko bez pracy, niekochane, sponiewierane, gdzieś na dnie. Wydaje mi się, że cała presja wywierana na matki trochę na tym żeruje.

Wydaje mi się, że we współczesne rodzicielstwo wpisany jest jakiś konkretny obraz. Oddzielny pokoik, wisząca karuzela nad kołyską, puszysty dywanik. To dzieciństwo ma być piękne i bogate. Nie chcemy, żeby było przypadkowe. Absolutnie tak. Młodzi ludzie myślą, że rodzicielstwo to jest monstrualne wyzwanie, do którego nie wiadomo, jak trzeba się przygotować finansowo i psychicznie. Nie mamy stałej pracy, więc zwlekamy, nie mamy mieszkania – czekamy. Ale jak sobie pomyślimy, w jakich warunkach kiedyś ludzie mieli dzieci, to perspektywa się zmienia. Moja mama zawsze mawiała, że na dziecko nie sposób się zdecydować racjonalnie. To zawsze jest taki element: „O, stało się”.

Dziś usłyszałaby, że takie nastawienie to jest nieodpowiedzialność. Tak, ale gdybyśmy mieli to sobie wszystko idealnie ułożyć, to byśmy tych dzieci nie mieli... Jakby narodzenie dziecka to była ruina życia. Musimy się wyrzec siebie, kariery, wolności, a nie myślimy, że po prostu przychodzi do nas mały przybysz.

Czy wasze pokolenie w ogóle zastanawiało się: „Czy stać mnie na dziecko?”. Nie. I tak było wiadomo, że własnego mieszkania doczekamy się po czterdziestce. 80 procent małżeństw mieszkało z rodzicami. Medycyna też była mniej rozwinięta, więc kobiety nie miały tego złudzenia, że mogą urodzić po czterdziestce. Jak ja rodziłam swojego syna w szpitalu, mając 25 lat, to mówiono o mnie „stara pierwiastka”. Trzeba dodać, że w czasach mojej młodości nie było tak szeroko dostępnych środków antykoncepcyjnych. W związku z tym myśmy musiały liczyć się z tym, że dziecko może się przytrafić. Dziś mamy pokolenie młodych kobiet i mężczyzn, którzy nie znają dzieci.

Zastanawiam się, jak zachować zdrowy rozsądek przy tych rosnących oczekiwaniach wobec współczesnych rodziców? Pokładam duże nadzieje w ruchu minimalistów i  świadomych konsumentów, bo to się łączy z  rodzicielstwem. Najważniejsze jest to, żeby nie stracić kontaktu z  samym sobą. Zadawać sobie pytania: Co ja czuję? Czego chcę? Kim jest moje dziecko? Czego potrzebuje? Ponieważ kiedy wszystkie dzieci w wieku dziesięciu lat mówią po angielsku, to to przestaje mieć znaczenie. Może w przyszłości wygrają osoby, które będą umiały ograniczyć swój apetyt, uśmiechnąć się do kogoś. Trudno powiedzieć, świat stał się bardzo nieprzewidywalny.

Anna Giza-Poleszczuk profesor, specjalizuje się w temacie socjologii rodziny i więzi społecznych, w latach 2012-2019 prorektor Uniwersytetu Warszawskiego, autorka wielu książek i pomysłodawczyni uniwersyteckiego żłobka. Oprócz rozwijania kariery naukowej zajmuje się wnukami.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego kobiety, częściej niż mężczyźni, zadręczają się rozpamiętywaniem zdarzeń? – badania psychologów

Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni przekraczają granicę między więzią emocjonalną z innymi a nadmiernym emocjonalnym zaangażowaniem w ich sprawy. U takich kobiet samoocena i dobre samopoczucie w zbyt wielkim stopniu wynikają z tego, co o nich myślą inni i jak rozwijają się ich relacje. (fot. iStock)
Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni przekraczają granicę między więzią emocjonalną z innymi a nadmiernym emocjonalnym zaangażowaniem w ich sprawy. U takich kobiet samoocena i dobre samopoczucie w zbyt wielkim stopniu wynikają z tego, co o nich myślą inni i jak rozwijają się ich relacje. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Czasem zakłada się, że większa podatność na rozpamiętywanie u kobiet w porównaniu do mężczyzn wynika z jakiejś różnicy biologicznej – na przykład kobiecych hormonów lub budowy kobiecego mózgu. Być może w przyszłości badania dostarczą dowodów na te teorie, obecnie jednak dowody wskazują na społeczne i psychologiczne podstawy rozpamiętywania u kobiet. – wyjaśnia psycholożka Susan Nolen-Hoeksema w swojej książce „Kobiety, które myślą za dużo. Jak uwolnić się od nadmiernego myślenia i osiągnąć spokój”.

Czasem zakłada się, że większa podatność na rozpamiętywanie u kobiet w porównaniu do mężczyzn wynika z jakiejś różnicy biologicznej – na przykład kobiecych hormonów lub budowy kobiecego mózgu. Być może w przyszłości badania dostarczą dowodów na te teorie, obecnie jednak dowody wskazują na społeczne i psychologiczne podstawy rozpamiętywania u kobiet. – wyjaśnia psycholożka Susan Nolen-Hoeksema w swojej książce „Kobiety, które myślą za dużo. Jak uwolnić się od nadmiernego myślenia i osiągnąć spokój”.

Kobiety mają więcej tematów do rozpamiętywania

Status kobiet w społeczeństwie uległ w ciągu ostatnich 50 lat diametralnej zmianie. W pracy zarobkowej kobiety nie muszą się już ograniczać do wąskiej grupy dostępnych zawodów i zaczynają przebijać się na sam szczyt w różnych branżach – a także żądają równych z mężczyznami wynagrodzeń. W relacjach z płcią przeciwną wiele kobiet oczekuje szacunku i równego dzielenia się domowymi obowiązkami.

Nadal jednak długa droga przed nami. Kobiety w dalszym ciągu za tę samą pracę dostają 74 centy za każdego zarabianego przez mężczyzn dolara, a luka płacowa widoczna jest szczególnie wśród pracowników o niskich dochodach. Kobiety wprawdzie proszą mężczyzn o więcej „pomocy” w domu i przy dzieciach, ale często jej nie dostają. Nasze badania wskazują, że większość zamężnych pracujących matek nadal wykonuje lwią część domowych obowiązków. A chociaż wykonują bardziej prestiżowe i lukratywne zawody niż kiedykolwiek wcześniej, wiele z nich twierdzi, że ich partnerzy nie cenią i nie szanują ich pracy w wystarczającym stopniu.

Ten chroniczny stres – nieustające frustracje i ciężary towarzyszące kobietom na skutek ich niższej pozycji społecznej – wydaje się sprzyjać ich podatności na rozpamiętywanie. Na podstawie przeprowadzonych badań stwierdziliśmy, że osoby doświadczające chronicznego stresu – a to częściej kobiety niż mężczyźni – znacznie częściej oddają się rozpamiętywaniu.

Chroniczny stres może także wpędzać kobiety w przekonanie, że niewiele w swoim życiu są w stanie kontrolować, a to dodatkowo zachęca je do rozpamiętywania. Podejrzewam jednak, że większość kobiet w sytuacji chronicznego stresu ma nadzieję, że da się jakoś poprawić ich sytuację, a w efekcie nie stają się całkowicie bezradne i pozbawione nadziei. Przeciwnie, szukają wytłumaczenia, dlaczego życie nie idzie po ich myśli, dlaczego czują się tak często sfrustrowane i zdenerwowane, jak mogą przekonać partnerów do pomocy w domu i przy dzieciach (bez narzekania!) i co mogą zrobić, by ich partnerzy i rodziny bardziej je doceniali.

Odpowiedzi na te pytania nie są niestety zawsze oczywiste. Psycholog Faye Crosby z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz stwierdziła, że wiele kobiet, które według obiektywnych standardów żyje w nierównych i pozbawionych wsparcia związkach lub doświadcza nieskrywanej dyskryminacji w pracy, nie przyjmuje – albo nie jest w stanie przyjąć – do wiadomości, że są ofiarami. Co więcej, nawet jeżeli przyjmą ten fakt do wiadomości, nie zawsze dysponują środkami, by wydostać się z takiej sytuacji. (…)

Doskonałym paliwem dla rozpamiętywania są bolesne, a często traumatyczne doświadczenia kobiet, które wynikają z braku równej z mężczyznami sprawczości i statusu. Do traum, których kobiety doświadczają częściej niż mężczyźni, należy przemoc seksualna. Możemy się kłócić o prawdziwy odsetek przypadków przemocy seksualnej w społeczeństwie, ale takie badania jak to przeprowadzone przez Mary Koss (M.P. Koss i D.G. Kilpatrick, „Gwałt i napaść na tle seksualnym”, Nowy Jork 2001) jednoznacznie wskazują, że kobiety przynajmniej dwukrotnie częściej niż mężczyźni padają ofiarą poważnych przypadków przemocy seksualnej, takich jak gwałt czy kazirodztwo. Na podstawie własnych badań stwierdziłam, że kobiety, które doświadczyły przemocy seksualnej, są znacznie podatniejsze na ataki rozpamiętywania (to samo dotyczy mężczyzn). Trauma tego rodzaju niszczy podstawowe wyobrażenia o świecie, w którym złe rzeczy przydarzają się innym. Jeżeli sprawcą traumy jest członek rodziny lub przyjaciel, takie doświadczenie niszczy zaufanie i poczucie bezpieczeństwa ofiary. W efekcie często pozostawiona jest ona sama sobie i rozpamiętuje, czemu coś takiego przydarzyło się właśnie jej. (…)

Z powodu braku sprawczości społecznej kobiety mają wiele innych problemów poza traumą na tle seksualnym. Psycholog Deborah Belle z Uniwersytetu Bostońskiego wykazała, że kobiety znacznie częściej niż mężczyźni żyją w ubóstwie. Ono z kolei prowadzi do podwyższonego ryzyka szeregu czynników stresogennych, w tym narażenia na przestępczość i przemoc, choroby i śmierć dzieci oraz przemoc fizyczną i seksualną. Ponadto ubóstwo skutkuje także chronicznymi i pozostającymi poza naszym wpływem negatywnymi warunkami życiowymi, w tym mieszkaniem w złych warunkach i w niebezpiecznych dzielnicach oraz niepewnością finansową. To dostarcza ubogim kobietom paliwo do rozpamiętywania – moje badania wskazują, że ubóstwo wśród kobiet wiąże się z tendencją do rozpamiętywania.

Samookreślenie sprzyja rozpamiętywaniu u kobiet

Jedną z największych i najpowszechniejszych różnic osobowościowych między kobietami a mężczyznami jest ich odniesienie do innych. Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni określają się w relacji do innych – jestem córką Catherine i Johna, żoną Richarda i matką Michaela. Kobiety budują także szersze i głębsze sieci społeczne niż mężczyźni. Jako kobiety znamy więcej osób na głębokim, emocjonalnym poziomie i bardziej niż mężczyźni wsłuchujemy się w emocje innych.

Rozległe i głębokie sieci społeczne wspaniale wzbogacają życie kobiet i są ważnym źródłem wsparcia w razie potrzeby. Niestety zwiększają także liczbę źródeł zmartwień. Socjolog Ron Kessler z Uniwersytetu Harvarda stwierdził, że traumatyczne wydarzenia w życiu innych ludzi mają znacznie większy wpływ na kobiety niż na mężczyzn. W przypadku choroby, wypadku czy innej stresogennej sytuacji przyjaciela czy członka rodziny kobiety znacznie częściej niż mężczyźni są smutne, martwią się i niepokoją.

Co więcej, jak odkryła psycholog Vicki Helgeson z Uniwersytetu Carnegie Mellon, kobiety znacznie częściej niż mężczyźni przekraczają granicę między więzią emocjonalną z innymi a nadmiernym emocjonalnym zaangażowaniem w ich sprawy. U takich kobiet samoocena i dobre samopoczucie w zbyt wielkim stopniu wynikają z tego, co o nich myślą inni i jak rozwijają się ich relacje. W efekcie nieustannie się martwią i niepokoją o implikacje najdrobniejszych nawet zmian w tych relacjach. Co więcej, prowadzi je to do podejmowania złych decyzji we własnym życiu, ponieważ starają się wszystkich zadowolić. Moje badania wykazały, że tendencja do nadmiernego zaangażowania emocjonalnego prowadzi u kobiet do chronicznego rozpamiętywania.

Za dobry przykład może tu posłużyć historia 29-letniej fizjoterapeutki Denise. Już sam fakt, że jej mąż Mark wstaje z łóżka lewą nogą, jest dla Denise dobrym powodem do rozpamiętywania. Mark nie lubi poranków i po przebudzeniu ma zły humor – szczególnie, jeżeli kiepsko spał. Snuje się w szlafroku i w milczeniu popija kawę. Przy śniadaniu bez potrzeby warczy na dzieci, że nie potrafią się zachować. Z kolei Denise uwielbia poranki i czuje się wtedy najlepiej. Budzi się o 5.30 rano, biegnie sześć kilometrów na mechanicznej bieżni i po szybkim prysznicu w doskonałym humorze schodzi na śniadanie. Gdy po wejściu do kuchni zauważa, że Mark jest w złym nastroju, jej mózg natychmiast zaczyna szaleć:

Czy zrobiłam wczoraj wieczorem coś, co go zdenerwowało? Nic nie pamiętam. Ale byłam tak śpiąca, że może i zrobiłam. Czy dzieciaki zrobiły coś strasznego? Może martwi się o pracę? O nie, nie będę nic mówić o pracy – jeżeli jest mu tam źle, nie zniosę tego.

Ostatecznie kobieta pokornie pyta męża, co się dzieje. Jeżeli ma naprawdę zły nastrój, odwarknie „Nic!”, ale zwykle zdaje sobie sprawę, że wstał z łóżka lewą nogą i jej to mówi. Partnerka jednak nie wierzy, że to prawda, i zastanawia się, co go tak naprawdę gryzie. (…)

Naturalnie nie chodzi o to, żeby kobiety stały się wobec innych chłodne i obojętne. Te z nas jednak, które za bardzo identyfikują się przez pryzmat swoich relacji, powinny znaleźć lepszą podstawę do samookreślenia, aby nie były zawsze rzucone na pastwę nieuniknionych wzlotów i upadków związków międzyludzkich. To jednak możliwe jest wyłącznie wtedy, kiedy uznamy, że mamy skłonność do rozpamiętywania, i wypracujemy strategie, by się z niego wyzwolić.

Czy rozpamiętywanie to dla kobiet norma?

Być może kobiety są bardziej niż mężczyźni podatne na rozpamiętywanie dlatego, że są bardziej emocjonalnie nastawione. Nawet przedszkolaki wiedzą, że dziewczynki doświadczają emocji i okazują je bardziej niż chłopcy, a przekonanie to króluje także wśród dorosłych, we wszystkich grupach wiekowych. Jest to jeden z mitów kulturowych, w którym może być ziarno prawdy – przynajmniej jeśli chodzi o niektóre emocje. Psycholog Lisa Feldman Barrett z Boston College stwierdziła, że kobiety nie tylko mówią, że doświadczają więcej emocji niż mężczyźni, ale bezpośrednie obserwacje kobiet i mężczyzn z różnych grup wiekowych i obszarów geograficznych potwierdziły, że także w większym niż mężczyźni stopniu je artykułują i okazują. Feldman Barrett i jej współpracownicy poprosili respondentów z siedmiu różnych lokalizacji i grup zawodowych w USA i Niemczech o opisanie, jak czuliby się oni sami i inni ludzie w dwudziestu różnych scenariuszach. Jeden z nich brzmiał następująco: „Ty i twój najlepszy przyjaciel macie to samo stanowisko. Co roku przyznawana jest nagroda dla najlepszego pracownika. Oboje ciężko pracujecie, by ją zdobyć. W końcu ogłoszony zostaje zwycięzca – to twój przyjaciel. Jak się czujesz? Jak czuje się twój przyjaciel?” Uczestnicy mieli za zadanie zapisać odpowiedzi na pytania, a badacze analizowali je pod kątem ilości wyrażonych emocji. We wszystkich siedmiu grupach kobiety wykazały większą niż mężczyźni świadomość emocji tak własnych, jak i innych ludzi w podanych scenariuszach.

Czy świadomość emocjonalna to cecha, z którą kobiety się rodzą? Być może, ale są też podstawy, by przypuszczać, że kobiety od wczesnego wieku są „szkolone” do zwracania większej uwagi na uczucia niż mężczyźni. Badania prowadzone przez psychologów rozwojowych, jak np. Eleanor Maccoby z Uniwersytetu Stanforda i Judith Dunn z Instytutu Psychologii w Londynie, wykazały, że ogromną różnicą w sposobie traktowania córki i synów przez rodziców jest zwracanie uwagi na smutek i lęk oraz wspieranie wyrażania ich u dziewczynek oraz zniechęcanie do tego chłopców. Wielu teoretyków argumentuje, że zniechęcanie do wyrażania negatywnych emocji jest dla chłopców niezdrowe, ponieważ przez to uczą się zaprzeczać własnemu smutkowi i strachowi i je wypierać. Bez wątpienia jest to do pewnego stopnia prawda.

Są jednak coraz większe podstawy, by sądzić, że rodzice wcale nie działają na korzyść swoich córek, pielęgnując ich złe nastroje. Niektórzy nadmiernie wzmacniają ekspresję smutku i niepokoju u dziewczynek, zachęcając je na przykład do rozmowy o tych uczuciach i pomagając wymieniać wszystkie możliwe przyczyny smutku i lęku zamiast pomóc im wymyśleć sposoby na zmianę trudnej sytuacji czy lepsze radzenie sobie w takich okolicznościach. Dodatkowo niektórzy rodzice dużo mówią o własnym niepokoju czy smutku i wyrażają przy tym własną bezradność i brak nadziei. Co więcej, częściej pozwalają sobie na to przy córkach niż przy synach. Dziewczynki odbierają bardzo wyraźny sygnał – nieszczęście czyha wszędzie wokół i nic nie można z nim zrobić, trzeba się na nim po prostu skupić.

W naszych badaniach zapytaliśmy kobiety i mężczyzn, na ile są w stanie kontrolować negatywne emocje, jak na przykład smutek i lęk. Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni mówiły, że uczucia te nie poddają się kontroli – nic nie można z nimi zrobić. Jeżeli da się negatywnym uczuciom i powiązanym z nimi myślom wolną rękę, szybko prowadzi to do napadu rozpamiętywania. W naszym badaniu stwierdziliśmy, że im bardziej zdaniem danego respondenta negatywne emocje nie poddają się kontroli, tym większe prawdopodobieństwo, że jest rozpamiętywaczem.

Wiele kobiet angażuje się dodatkowo w rozpamiętywanie zbiorowe. Siedzą razem i poddają różne kwestie szczegółowej analizie zamiast zachęcać się do aktywnego zarządzania uczuciami czy rozwiązywania problemów. Kiedy podsycamy wzajemnie ogień negatywnych rozmyślań, czujemy się zrozumiani i usprawiedliwieni w naszych uczuciach, ale nadal jesteśmy przytłoczeni naszymi problemami i nic z nimi nie robimy.

Fragmenty z książki „Kobiety, które myślą za dużo”. Jej autorka, Susan Nolen-Hoeksema, była amerykańską profesor psychologii na Uniwersytecie Yale.

Jeśli mierzysz się z problemem rozpamiętywania, zadręczasz się minionymi zdarzeniami, rozmowami i nie potrafisz wyrwać się z myślowego kołowrotka i gonitwy myśli – ta książka może okazać się bardzo pomocna.

  1. Seks

Co nas kręci, co nas podnieca, czyli jakich mężczyzn pragną kobiety?

Stały związek wcale nie musi iść w sprzeczności z pożądaniem. W końcu natura dała nam seks (przynajmniej kobietom) w celach reprodukcji, ale też podtrzymywania więzi. (Fot. iStock)
Stały związek wcale nie musi iść w sprzeczności z pożądaniem. W końcu natura dała nam seks (przynajmniej kobietom) w celach reprodukcji, ale też podtrzymywania więzi. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Kobiety narzekają, że nie ma dziś fajnych mężczyzn, mężczyźni skarżą się, że nie rozumieją kobiet. Co trzecia pacjentka trafiająca do mojego gabinetu jest singielką, co drugi mężczyzna pyta: „Co jest ze mną nie tak, że ona ciągle narzeka?”. Czy oczekiwania w kwestii związku rozmijają się z potrzebami?

Statystyki wyraźnie pokazują, że wiele małżeństw nie dotrwa do pierwszej rocznicy ślubu i to kobiety, bez względu na wiek czy staż małżeński, coraz częściej są inicjatorkami rozstań. Badania socjologiczne dowodzą, że Marsjanie i Wenusjanki pozamieniali się rolami. Współczesny mężczyzna jest romantyczny; pragnie małżeństwa i dziecka, a ona, jeszcze do niedawna kobieta z Wenus, dziś jest bardziej pragmatyczna od niego i dobrze wie, czego nie chce. Nie kręci jej prezes banku czy właściciel świetnie prosperującego biznesu ani intelektualista o mózgu Einsteina, a małżeństwo nie jest dla niej awansem w hierarchii społecznej, bo ona sama doskonale potrafi wspiąć się po szczeblach kariery i sukcesu, czasami wyżej niż jej partner. Nie potrzebuje metroseksualnego Adonisa, który godzinami przesiaduje w salonie piękności, ani czułego Misia, który wzrusza się na byle jakim romansidle.

Tylko to nie rozwiązuje naszego, babskiego problemu, bo tak naprawdę wcale nie chcemy być bez pary, iść przez życie w pojedynkę, czuć się gorsze i z zazdrością patrzyć na te, którym się udało. Chcemy mężczyzny, tylko czujemy się trochę zagubione w tym trudnym momencie dziejowym, w którym ciągle jeszcze grają nam film z przeszłości, przebrzmiałą historię o Kopciuszku i Królewiczu z bajki. Choć scenariusz nadal aktualny, to już Królewicza przydałoby się wymienić. Pamiętasz piosenkę Danuty Rinn: „Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy… orły, sokoły, herosi…?”. Może właśnie takich mężczyzn chcemy?

Światem rządzą kobiety

Tak, to prawda. I nie chodzi wyłącznie o to, że jesteśmy coraz bardziej wyzwolone, że potrafimy sobie same poradzić, zadbać o bezpieczeństwo materialne czy choćby  naprawić cieknący kran. Ewolucyjnie jesteśmy silniejszą płcią i nawet w sprawach reprodukcji poradzimy sobie wkrótce pewnie bez faceta. W relacjach damsko-męskich to my rozdajemy karty. Przedstawicielka płci pięknej o w miarę atrakcyjnym wyglądzie, a przede wszystkim szerokich biodrach, błyszczących oczach i lśniących włosach jest w stanie zainteresować sobą niezliczoną ilość mężczyzn. Za to on – samiec musi się postarać. Trzeba, aby miał coś, co jest dla nas atrakcyjne, czyli określone zasoby. I właśnie owe pożądane przez nas zasoby tak bardzo zmieniły się na przestrzeni lat. Kiedyś mężczyzna musiał jedynie zapewnić kobiecie byt materialny oraz opiekę na czas ciąży, porodu i wychowania potomstwa. Dziś pragniemy czegoś więcej. Tylko z realizacją i integracją nie zawsze nam wychodzi.

Małgosia jest od lat w związku małżeńskim z prezesem wielkiej korporacji. Na co dzień przykładna żona i matka, raz w miesiącu wyjeżdża do puszczy. Oficjalnie na warsztaty ziołolecznictwa, realnie na namiętne spotkania ze swoim kochankiem „dzikusem” – zaangażowanym społecznie ekologiem. Marta – singielka z wyboru, od lat kocha się w Andrzeju – buddyście podróżniku. Ona nie wyklucza stałego związku, choć nie jest to warunek konieczny, on jest wolnym ptakiem, który niezależność ceni o wiele bardziej niż jakiekolwiek stałe zobowiązania. I właśnie to ją w nim najbardziej podnieca. Czyżbyśmy bardziej pragnęły namiętnego seksu niż harmonijnego związku?

Daniel Bergner, autor książki „Czego pragną kobiety”, twierdzi, że w miłości najpierw dogadują się nasze geny, potem na scenę wchodzą feromony i wreszcie na samym końcu do głosu dochodzi oksytocyna, czyli hormon więzi. Dlatego, kiedy nasze potrzeby bytowo-materialne zostają zaspokojone – a to, jak już wiemy, jest w granicach naszych możliwości – do głosu dochodzi pierwotny instynkt, czyli biologia, a jeszcze prościej: pożądanie, które niekoniecznie idzie w parze z małżeństwem.

Brzuch kontra głowa

Przed laty przy wyborze partnera kierowałyśmy się zdrowym rozsądkiem. Chlubą było zostać „doktorową”, potem „dyrektorową”, szefową męża albo uległą kobietą domową. Jednak rozsądek i moda rzadko idą w parze z pożądaniem. Bergner przekonuje, że kobiece pożądanie przez lata było niedoceniane, i to głównie przez nas same. Pomimo wyzwolenia seksualnego przyznawanie się przez kobietę do ochoty na dziki seks ciągle jeszcze nie jest dobrze widziane. Ale natury nie da się oszukać.

Monika rok temu urodziła dziecko. W roli mamy nie czuła się zbyt komfortowo, choć – jak sama twierdzi – pragnęła dziecka. Niedawno wróciła do pracy. Kiedy kilka dni temu przyszła na sesję, miałam wrażenie, że siedzi przede mną zupełnie inna kobieta: zagęszczone rzęsy, seksowna fryzura, mocno umalowane usta. Monika pracuje w firmie, w której są prawie sami mężczyźni, a więc testosteron unosi się w powietrzu. Kiedy zapytałam ją, czy ma świadomość swojego seksapilu, zarumieniła się i powiedziała, że przecież jest żoną i matką. Jednak twierdzi, że powrót do pracy to była świetna decyzja. Myśli też o tym, żeby zapisać się na warsztaty tantry. Powiedziałam, że to doskonały pomysł, i zapytałam, czy wybiera się razem z partnerem. – Chyba nie, boję się, że przy nim nie byłabym naturalna – powiedziała.

Mamy coraz lepszy kontakt ze swoim ciałem, jednak trudno jest nam dzielić się tą wiedzą z partnerami. Role męża i kochanka jakoś nie bardzo nam się łączą. Mąż kojarzy się z poczuciem bezpieczeństwa i spokoju. Kochanek to szaleństwo i niezależność. Jeśli mamy odwagę przyznać się do tęsknot płynących „z brzucha”, pragniemy mężczyzny, który jest nieco narcystyczny i charyzmatyczny, wymagający, ale nie uzależniający. Powie, co lubi, co go podnieca w kobiecie, ale tobie pozostawi decyzję, czy zechcesz spełnić jego pragnienia. Będzie cię podziwiał, ale nie adorował. Spędzi z tobą namiętną noc, a potem wyjedzie na miesiąc na samotną wyprawę na koniec świata. Romantyczne pragnienia, by stopić się z partnerem albo być dla siebie nawzajem dopełnieniem, to mylny standard w namiętnej relacji.

Za czym tęsknimy?

Chcemy być aktywną stroną w relacji, pragniemy podrywać i uwodzić, a nie tylko dawać znaki i czekać, aż on zapoluje. Bywa, że mamy ochotę na seks bez zobowiązań albo „szybki numerek” bez gry wstępnej. Tęsknimy za mężczyzną, który jest troskliwy (kiedy trzeba), ale bywa też nieco szorstki i władczy, dobrze zna siebie i wie, czego chce. Nie chroni się jedynie za swoją rolą czy pozorną siłą, ale ma dostęp także do swoich wewnętrznych zasobów. Liczy się w społeczeństwie i to niekoniecznie ze względu na status materialny czy zajmowane stanowisko zawodowe. Hydraulik – złota rączka, aktywny działacz lokalnej społeczności czy przewodnik duchowy to dziś najbardziej pożądani partnerzy. Mężczyzna, który zaprzecza swojej dzikości, naturalnej skłonności do rywalizacji i duchowości, albo wręcz nie ma do nich dostępu – jest na przegranej pozycji.

Stały związek wcale nie musi iść w sprzeczności z pożądaniem. W końcu natura dała nam seks (przynajmniej kobietom) w celach reprodukcji, ale też podtrzymywania więzi. Najważniejszy jest trafny wybór partnera, z brzucha, a nie z głowy. Potem pozostaje jedynie trzymanie się ról wyznaczonych przez biologię, podsycanie wzajemnej atrakcyjności i ciekawości wobec siebie nawzajem, zachowanie równowagi pomiędzy pielęgnowaniem części wspólnej związku a własną niezależnością, potrzebą wolności, rozwijaniem własnych pasji i apetytów. Bycie razem na dobre i na złe, ale także osobno, kiedy zachodzi taka potrzeba. Nietraktowanie związku jako twierdzy, chronionej przed światem grubym murem, ale także odnajdowaniem swojego miejsca w społeczeństwie.

Ewa Klepacka-Gryz psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trener warsztatów rozwojowych dla kobiet. 

  1. Styl Życia

Montessori w domu. Pomóż dziecku rozwijać jego niezależność

Zastosowanie podejścia Montessori w domu naprawdę oznacza, że dzieci otrzymują bezwarunkową miłość i mogą ćwiczyć swoją siłą i swoje możliwości, gdyż ich rodzice są w stanie przekroczyć barierę strachu. ( Fot. iStock)
Zastosowanie podejścia Montessori w domu naprawdę oznacza, że dzieci otrzymują bezwarunkową miłość i mogą ćwiczyć swoją siłą i swoje możliwości, gdyż ich rodzice są w stanie przekroczyć barierę strachu. ( Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Mów dziecku każdego dnia, że je kochasz. Wszystko inne jest ważne, ale drugorzędne. Wiedza o tym, że jest kochane, a zatem cenne i zdolne, to paszport, którego dziecko może użyć, aby dostać się tam, gdzie chce. Dzieci rodzą się kompletne, czyste, spokojne, zgodne z własnym wewnętrznym nauczycielem. Musimy tylko pozwolić im pozostać autentycznymi-  mówi Beatriz M. Muñoz, mama czterech córek, propagatorka metody Montessori.

Mów dziecku każdego dnia, że je kochasz. Wszystko inne jest ważne, ale drugorzędne. Wiedza o tym, że jest kochane, a zatem cenne i zdolne, to paszport, którego dziecko może użyć, aby dostać się tam, gdzie chce. Dzieci rodzą się kompletne, czyste, spokojne, zgodne z własnym wewnętrznym nauczycielem. Musimy tylko pozwolić im pozostać autentycznymi-  mówi Beatriz M. Muñoz, mama czterech córek, propagatorka metody Montessori.

Montessori – to system wychowawczy stworzony przez włoską lekarkę Marię Montessori, który pomaga we wszechstronnym rozwoju dziecka. Duży nacisk w tej metodzie edukacyjnej postawiony jest na środowisko oraz nauczycieli, dlatego dotychczas metoda ta stosowana była głównie w przedszkolach i szkołach. Ukazały się właśnie dwie książki, które są przewodnikami po metodzie Montessori do zastosowania w domu.

Fragment książki „Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat.” Beatriz M. Muñoz

Stosowanie metody Montessori w domu ma dużo wspólnego z nauczaniem przez dawanie przykładu, a niewiele z zakupami (specjalnych mebli, materiałów, gadżetów - przyp. red.). Dzięki temu sami jesteśmy zmianą, którą chcemy widzieć w świecie, a ponadto staramy się być jak najlepszymi ludźmi. Korzystając z tej metody, uczymy się współczucia, uzdrawiania i przebaczania, gdy pracujemy nad wszystkim, co w naszym dzieciństwie szwankowało, aby nie powtarzać w założonych przez siebie rodzinach błędnych wzorców. Metoda ta pomaga nam również cieszyć się chwilą, żyć teraźniejszością, spędzać dobrze czas i żyć w pełni. Dzieci są niewątpliwie szczęśliwsze, ponieważ czują się szanowane i bardziej związane z rodzicami, ci z kolei mogą się stać dużo czystszym i bardziej gładkim lustrem, w którym ich pociechy zobaczą siebie. Zastosowanie podejścia Montessori w domu naprawdę oznacza, że dzieci należą do swojej rodziny i wiedzą o tym, że mogą być w niej użyteczne, że są słuchane, że mają zaspokojone poczucie niezależności i wolności, a przede wszystkim – że otrzymują bezwarunkową miłość i mogą ćwiczyć swoją siłą i swoje możliwości, gdyż ich rodzice są w stanie przekroczyć barierę strachu.

Bycie autentycznym, podążanie za własną naturą, ale z poszanowaniem zasad grupy społecznej, wspólnie przez nią przemyślanych i ustalonych, oraz posłuszeństwo sobie samym to dary, na które wszyscy zasługujemy, dary, które są prawdziwą pomocą w życiu.

Nie wolno nam bać się błędów. Wychowanie dzieci w strachu jest jednym z najgorszych uchybień, jakie mogą popełnić rodzice, pozytywne jest natomiast wychowywanie dzieci w spokoju. Powiedziałabym, że z miłością, ale nie wszyscy rozumiemy miłość w ten sam sposób, więc mówię o wychowaniu z wzajemnym szacunkiem, ponieważ jeśli będziemy traktować dzieci z szacunkiem, nigdy ich nie skrzywdzimy.

Powiedzieliśmy, że materiały nie są niezbędne w domu, ponieważ dla dzieci najważniejsze jest to, żeby spędzać czas ze swoimi rodzicami. Oferując im swój czas, nigdy się nie pomylisz. Bezwarunkowa miłość i instynkt nigdy nie zawodzą. Błąd jest motorem nauki, powinniśmy go traktować jako okazję do poprawy. Jeśli w dzieciństwie nauczono nas, żeby błąd kojarzyć z poczuciem winy i porażką, możemy się bać, że powtórzymy ten schemat. (…)

Wychowanie to odkrywanie

Maria Montessori mówi w swoich książkach, że największymi przeszkodami dla nauczyciela, a więc także dla rodziców, którzy są pierwszymi nauczycielami swoich dzieci, są duma i złość. Obie uniemożliwiają nam komunikowanie się z naszymi dziećmi z miłością. Duma skłoni nas do myślenia, że my, jako dorośli, wiemy więcej niż one, a towarzysząca jej złość pojawi się, gdy dzieci będą chciały podążać za swoją naturą, a nie robić to, czego my, dorośli, od nich oczekujemy. Krótko mówiąc, największym błędem w rodzicielstwie jest nadmierna kontrola. Pochodzi ona z przekonania, że wiemy więcej, i jest konsekwencją nieuzyskania oczekiwanych rezultatów. Pochodzi z naszego ego, z przekonania, że dziecko jest naszą własnością, a nie po prostu samym sobą. Mówił to już Khalil Gibran: „Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi”.

Oczywiście, nie powinniśmy tolerować wszystkich zachowań dzieci, ale miłość i ochrona naszej więzi muszą być zawsze obecne w naszej relacji z nimi. Musimy być zarówno życzliwi, jak i stanowczy. W przeciwnym razie konsekwencje mogą być tak bardzo katastrofalne, że nasze dzieci spędzą resztę życia, próbując się pozbierać. Frederick Douglass powiedział, że łatwiej jest kształtować silne dzieci, niż naprawiać złamanych dorosłych, i myślę, że miał rację.

Dziecko daje nam możliwość naprawy naszego życia dzięki uczuciom przeciwstawnym dumie i złości – pokorze i cierpliwości; to są wielkie dary, jakie przynosi nam rodzicielstwo, jeśli jesteśmy gotowi je przyjąć. Maria Montessori mawiała, że wychowywanie jest pomocą na całe życie i czasami myślę, że prawdziwa pomoc na całe życie jest przekazywana w nasze ręce przez dzieci w momencie ich narodzin.

Naszym zadaniem jest towarzyszenie maluchom w tym procesie, który rozpoczyna się od poznania samego siebie, a następnie swoich rówieśników, swojej kultury i swojego społeczeństwa, a prowadzi do poznania wszechświata i odkrycia tego, co dzieci chcą robić w życiu. (…)

Włączaj dziecko do swojego życia, do praktycznych czynności życiowych, do załatwiania spraw, do posiłków, do spacerów. Otaczajcie się pięknem, kiedy tylko możecie, dzielcie się wszystkim, nawiązujcie więź, rozmawiajcie, szukajcie razem odpowiedzi – to jest najważniejsze. Czas, który spędzacie razem, jest najcenniejszym prezentem dla was obojga.

Być może w pewnym momencie poczułeś się przytłoczony, bezradny, zniechęcony. Pozwól sobie przypomnieć, że to, czego potrzebujesz, znajduje się w twoich rękach, ponieważ są one pełne miłości i dobrej woli. Jeśli wola cię zawiedzie i zdecydujesz się zrezygnować z tej drogi, to komu ją wskażesz? Jeśli nie zaczniesz procesu zmian od razu, teraz, gdy umysł twojego dziecka jest chłonny bardziej niż kiedykolwiek, to kiedy to zrobisz? Możesz zmienić świat. A świat potrzebuje ciebie, potrzebuje twojego światła, twojego pragnienia, twojej siły, twojego impetu, twojego przykładu.

Zrób wszystko, co tylko możliwe, aby cieszyć się każdą chwilą spędzoną z waszym dzieckiem, ponieważ dni mijają bardzo wolno i jednocześnie bardzo szybko.

Znaleźć najlepszą wersję siebie

(…) Kiedy zachowanie naszych dzieci nas denerwuje, dobrze jest zatrzymać się na chwilę i przeanalizować, co zakłóca nasz spokój. Jakieś wydarzenia z dzieciństwa? Jakieś aktualne wydarzenia? Jesteś zmęczony i zestresowany i masz tendencję do korzystania z „dolnego” mózgu zamiast „górnego”? Czujesz, że nie są spełnione twoje oczekiwania? Zachowanie, które nam przeszkadza, to sygnał do zanurzenia się w naszej świadomości. Podobnie, jeśli coś, o czym przeczytałeś w tej książce, ci przeszkadza, być może jest to również zaproszenie do przemyślenia i odkrycia, dlaczego tak się dzieje. Nie znam uniwersalnej prawdy ani odpowiedzi na wszystkie pytania, ale jeśli to, co wybrałeś dla swojej rodziny, działa, żadna książka nie powinna zmieniać twojego zachowania. Po prostu czuj, płyń, rozważaj, żyj.

Poczucie winy nas zakotwicza, powstrzymuje, blokuje przed postępem i poprawą. Nie obwiniaj się, zrób to dla siebie samego, ale także dla swojego dziecka lub dzieci. Gdybym cię zapytała, czy chciałbyś, aby twoje dzieci czuły się źle z powodu czegoś, czego nie można rozwiązać, jestem pewna, że odpowiedziałbyś: nie. Chcesz, żeby dzieci cieszyły się życiem, naprawiały swoje błędy, ale równocześnie nie pozwalały, aby te błędy ciągnęły je na dno. Błędy to wielkie możliwości, które oferuje nam życie, abyśmy mogli konstruować samych siebie, być tym, kim jesteśmy. Jestem dzisiaj taką, a nie inną matką z powodu błędów, które popełniłam z moimi córkami. Dzięki tym błędom możesz dzisiaj czytać tę książkę.

Nie zachęcam cię też do zastępowania poczucia winy – być może nieodłącznego elementu związanego z byciem matką lub ojcem – samozadowoleniem. Proszę tylko, abyś był dla siebie miły i zamienił poczucie winy na świadomą odpowiedzialność za to, co dajesz dzieciom jako najlepszą wersję samego siebie.

Rodzicielstwo to nie matematyka

W całej książce zachęcałam cię do skupienia się na długoterminowej perspektywie, na celu, na dorosłym, którym w przyszłości będzie twoje dziecko. Cel jest istotny, ale nie myśl już o tym. Ciesz się procesem tak jak dzieci, które koncentrują się na zadaniu, a nie na jego wyniku, i obserwuj, jak przebiega ten proces: a zobaczysz życie. Baw się dobrze, bo jeśli będziesz się dobrze bawić, jeśli spróbujesz sprawić, by podróż, a nie tylko jej cel, była warta zachodu, dostaniesz to, co chcesz: zostaniesz rodzicem, którym chcesz zostać.

Może próbowałeś czegoś, co nie zadziałało. Pamiętaj, że rodzicielstwo to nie matematyka. Nie znam wszystkich odpowiedzi, a nawet gdybym znała, nie mogłabym ci ich udzielić, bo pozbawiłabym cię przywileju ich znalezienia, dumy, szczęścia i mocy, które czujesz, gdy coś wreszcie działa i idzie po twojej myśli. Wszystkie odpowiedzi są w tobie i tylko w tobie. (…)

Dbaj o siebie i nie zapominaj, że jeśli nie dbasz o siebie, nie możesz zadbać o innych. Wprowadzasz to poczucie spokoju i chciałbyś, aby czuły je twoje dzieci. Złe dni miną, nie musisz sięgać po wszystko, pozwól sobie być człowiekiem.

Znajdziesz swoją drogę i będzie cudownie, bo to będzie twoja własna droga. Jeśli codziennie myślisz o tym, jak się poprawić, to dobrze ci idzie. Absolutnie fantastycznie. Nie musisz wierzyć mi, nie potrzebujesz mnie, po prostu spójrz na tę małą twarzyczkę, która jest tuż przy tobie, spójrz na nią, odpowiedź znajduje się w spojrzeniu twojego dziecka.

„Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat.” Beatriz M. Muñoz;  „Montessori. 80 zabaw z dziećmi'. Beatriz M. Muñoz, Nitdia Aznárez; Wydawnictwo Samo Sedno „Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat.” Beatriz M. Muñoz;  „Montessori. 80 zabaw z dziećmi". Beatriz M. Muñoz, Nitdia Aznárez; Wydawnictwo Samo Sedno

  1. Psychologia

Uparte dziecko - czy upór należy oduczać?

Wiele typowych cech uparciucha ma związek z jego temperamentem, czyli wrodzoną skłonnością do reagowania w określony sposób. (Fot. iStock)
Wiele typowych cech uparciucha ma związek z jego temperamentem, czyli wrodzoną skłonnością do reagowania w określony sposób. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Uparte dziecko jest powodem wielu naszych frustracji. Nie wiemy, jak je traktować i jak reagować w konkretnej sytuacji. Nie chcemy tolerować złego zachowania. Zanim jednak zaczniemy działać, musimy zrozumieć, skąd się bierze jego upór.

Krzyczy, kopie, gryzie, pluje, wali pięściami – repertuar jego zachowa jest doprawdy imponujący. A wszystko po to, żeby postawić na swoim. Bo co by o małych uparciuchach nie mówić, jedno nie ulega wątpliwości – mają bardzo silne poczucie niezależności. To cecha skądinąd pozytywna. Sprawia, że ludzie nią obdarzeni są stanowczy, pewni siebie, zdecydowani i wytrwali. Niestety, silnemu poczuciu niezależności często towarzyszy nieustępliwość, kłótliwość i buntowniczość, a silna wola dzieci na ogół pozostaje w konflikcie z tym, co rodzice uważają za stosowne i dobre.

Dlaczego ono tak się upiera?

Wiele typowych cech uparciucha ma związek z jego temperamentem, czyli wrodzoną skłonnością do reagowania w określony sposób. Wyobraźmy sobie dwóch maluchów biegających po trawniku. Nagle się przewracają. ¯Żadnemu z nich nic się nie stało, ale jeden krzyczy i płacze, drugi natomiast sam wstaje i śmiejąc się, wraca do zabawy. Sposób, w jaki dzieci zareagowały na upadek, po części odzwierciedla różnice w ich temperamencie.

Jak uczyć spokojnego reagowania?

Niestety bywa, że pewne metody wychowawcze, jak na ironię, nasilają upór dziecka. Rodzice zapominają bowiem, że najskuteczniej uczymy się nie poprzez nakazy, napominanie, tylko przez obserwowanie przykładów (tak zwane modelowanie). Jeżeli więc sami wpadamy w złość w trudnej sytuacji, to jest wielce prawdopodobne, że dziecko zareaguje tak, jak my.

Często stosowana przez dorosłych filozofia „rób, jak mówię, nie jak robię” nie skutkuje, ponieważ modelowanie wpływa na dziecko silniej niż słowa. Dlatego nade wszystko trzeba dawać dziecku dobry przykład. Jeżeli, powiedzmy, zostaniemy wyprowadzeni z równowagi, reagujmy stanowczo, a nie agresywnie. Gdy robimy coś trudnego, bądźmy wytrwali. Niech maluch widzi, że mimo trudności, sukces jest możliwy do osiągnięcia.

Innym sposobem uczenia w ogóle, a w szczególności spokojnego reagowania, jest wzmocnienie (czyli nagradzanie, ale nie należy mylić go z nagrodami materialnymi). To klucz do umiejętności społecznych. Zasada wzmacniania jest prosta. Nagradza się zachowanie, które przynosi jakieś pozytywne efekty, co daje duże prawdopodobieństwo, że pojawi się ono w przyszłości. Trzeba jednak pamiętać, że żadne pojedyncze nagradzanie nie będzie miało istotnego wpływu na zachowanie. Pozytywne wzmocnienia działają bowiem powoli i – żeby w zauważalny sposób wpłynąć na czyjeś zachowanie – muszą się powtarzać.

W jaki sposób wzmacniamy pozytywne reagowanie dziecka? Poprzez dotyk, przytulenie, uśmiech, komplement, miłe spojrzenie, słowa zachęty. To o wiele skuteczniejsze metody niż nagrody materialne takie jak zabawki, słodycze czy pieniądze. I co ważne – takie wzmocnienia wracają potem od dzieci do rodziców. Dokładnie w takiej samej postaci, w jakiej zostały przekazane – uśmiechu, miłego słowa itp.

Jakich pułapek unikać?

Wielu rodziców najchętniej posługuje się jednak inną metodą oduczania uporu – karaniem. Ale trzeba być tu niezwykle ostrożnym, bo nadmiar kar rodzi więcej problemów, niż przynosi korzyści. Jest dla dziecka informacją, czego nie należy robić, ale nie uczy, co robić należy. Rodzi agresję. Częste stosowanie kary osłabia jej skuteczność, dlatego rodzice zaczynają karać coraz dotkliwiej, co może doprowadzić do przemocy.

Ale i wzmacnianie może mieć negatywne skutki, jeżeli nagradzamy (najczęściej w sposób nieuświadomiony) zachowania, które próbujemy wyeliminować.

Klasyczny przykład: Mama robi zakupy z malcem, a on nagle zaczyna domagać się nowej zabawki. Na nic zdają się tłumaczenia. Dziecko płacze, krzyczy, rzuca się na podłogę. Mama próbuje go uspokoić i pocieszyć. Ale to nie skutkuje. Więc zrezygnowana i zła, dla świętego spokoju, kupuje mu zabawkę.

Co się stało podczas tego zdarzenia? Nagrodzony został płacz i krzyk. Czego mały Jaś się nauczył? Że płaczem i krzykiem może nie tylko zwrócić uwagę, ale i dostać to, co chce. Następnym razem, gdy znowu czegoś zechce, prawdopodobnie zacznie płakać i krzyczeć. A my znów mu ulegniemy. Psychologia nazywa to pułapką pozytywnego wzmocnienia.

Podobny pojedynczy incydent nie wpłynie na zachowanie dziecka. Jeżeli jednak takie sytuacje będą się zdarzały częściej, może to prowadzić do eskalacji uporu. Ponieważ z pewnością nie chcemy wzmacniać złego zachowania dziecka, musimy przeanalizować swoje postępowanie. Czy nie nagradzamy złego zachowania dziecka? Jeżeli odkryjemy, że i owszem, musimy natychmiast zaprzestać tych praktyk. Nie dziwmy się jednak, że może okazać się to bardzo trudne. Stare nawyki nie tak łatwo bowiem zmienić.

Dzieci często upierają się, aby uniknąć tego, czego nie lubią. Częsty przykład: Mówisz dziecku, aby pozbierało porozrzucane zabawki. Ono tego nie robi, więc powtarzasz polecenie kilkakrotnie, aż w końcu tracisz cierpliwość i zaczynasz je strofować. Na co malec reaguje płaczem, mówi, że jesteś wstrętna i ucieka do innego pokoju. Dochodzisz do wniosku, że pozbieranie zabawek nie jest warte tylu nerwów. I w końcu robisz to sama.

Co się zdarzyło tym razem? Otóż malec nauczył się, że płacząc i uciekając od ciebie, osiąga to, że przestaje być strofowany i nie musi wykonywać poleceń. To z kolei przykład pułapki negatywnego wzmocnienia. Specyfika bliskich związków w rodzinie powoduje, że jej ofiarami są zarówno rodzice, jak i dzieci.

Amerykański psycholog Gerald Patterson przeprowadził na ten temat badania i odkrył coś, co nazwał procesem przymusowym. Zachodzi on w wielu rodzinach, w których są uparte dzieci. Ich zachowanie staje się coraz gorsze, a zdolność rodziców do kierowania dzieckiem maleje. Uparciuch coraz częściej ma napady złości, a rodzice częściej krzyczą i wymierzają coraz mocniejsze klapsy. I tak powstaje błędne koło.

Naukowcy zdefiniowali cechy, które obserwuje się u większości uparciuchów:

  • Gwałtowny sposób reagowania,
  • Trudności w przystosowaniu się do nowych sytuacji i zadań,
  • Wytrwałość. Ta cecha ma zazwyczaj pozytywne skutki, ale u uparciuchów przybiera negatywne formy. Takie dzieci są zazwyczaj zawzięte i bez przerwy czegoś się domagają,
  • Niestabilność emocjonalna. Nastroje uparciuchów ciągle się zmieniają, ale przeważają te złe. Dlatego uparty malec nieustannie marudzi i grymasi. Może to wynikać z jego temperamentu, ale także z wychowania. W jakich proporcjach? Tej kwestii nie da się rozstrzygnąć jednoznacznie. Wiele badań sugeruje, że cechy temperamentu upartego dziecka mogą się zmieniać w miarę jego rozwoju. A to znaczyłoby, że nie są one biologicznie utrwalone, ale że są to raczej pewne skłonności, które mogą być modyfikowane przez wychowanie i środowisko.

Co robić, żeby zmniejszać upór dziecka?

  • Staraj się dawać dziecku możliwość wyboru. Dzieci niemogące się spełnić, próbują osiągnąć cel upartymi naleganiami, natomiast gdy są pewne siebie – negocjują. Kiedy jednak dokonają dobrych wyborów, powinny usłyszeć słowa pochwały.
  • Nie dyskutuj, gdy dziecko coś wymusza. Wstrzymaj nalegania: „Już mi wszystko powiedziałeś, teraz muszę się nad tym zastanowić”.
  • Mów jasno o regułach postępowania, oczekiwaniach i ograniczeniach. Godzina na placu zabaw i ani chwili więcej. Dwa ciasteczka. Dla upartych dzieci chwila twojego wahania jest oznaką słabości, a jednocześnie sygnałem, co by tu można jeszcze wskórać.
  • Pozwól dziecku samemu wyznaczać granice, których nie należy przekraczać. Czasami rodzice narzucają nieposłusznym dzieciom tyle ograniczeń, że czują się one zbyt skrępowane.
  • Zachęcaj do zaprzestania marudzenia. Starszym dzieciom tłumacz, że nikt nie lubi marud.
  • Zamieniaj wadę w zaletę: Naucz dziecko, jak uporem zdobywa się laury.

  1. Psychologia

Pochwały są ważne dla dziecka

Wbrew powszechnym opiniom, dziecko często nagradzane i chwalone stara się być jeszcze lepsze. (Fot. iStock)
Wbrew powszechnym opiniom, dziecko często nagradzane i chwalone stara się być jeszcze lepsze. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Wszyscy od chwili urodzenia pragniemy dwóch rzeczy: akceptacji i samorealizacji. Dzięki tym aspektom osiągamy potem sukces i spełnienie w zgodzie z sobą i ze światem. Pierwszymi osobami dającymi akceptację i rozwijającymi talenty są rodzice, następnie nauczyciele, partnerzy i szefowie. Każda z tych osób wpływa na nasz rozwój.

Wszyscy od chwili urodzenia pragniemy dwóch rzeczy: akceptacji i samorealizacji. Dzięki tym aspektom osiągamy potem sukces i spełnienie w zgodzie z sobą i ze światem. Pierwszymi osobami dającymi akceptację i rozwijającymi talenty są rodzice, następnie nauczyciele, partnerzy i szefowie. Każda z tych osób wpływa na nasz rozwój.

Jednak często te dobre intencje rozmijają się z efektami. Problem polega na tym, że, wpływając na innych, ludzie koncentrują się na korygowaniu naszych zachowań poprzez udzielanie informacji krytycznych, pokazywanie błędów i wad. Nie byłoby nic w tym złego, gdybyśmy jednocześnie słyszeli także informacje pozytywne i mieli podkreślane zalety. W naszej mentalności ukształtował się nawyk narzekania, krytykowania innych oraz skupiania uwagi na błędach. „No nie, znowu zrobiłeś to nie tak, jak powinieneś”, „Czwórka w szkole! Dlaczego nie piątka?!”, „Dlaczego zawsze musisz przypalić obiad?”. „Znowu się pani spóźniła!”. „Dlaczego nie zrobiłeś wszystkich rzeczy, co jest z tobą nie tak?”. - Pewnie wiele razy spotkaliśmy się z takimi zarzutami, a może sami stawiamy je innym. Wychowując dzieci, zarządzając zespołami ludzkimi, najłatwiej przychodzi zwracanie uwagi na błędy i to, co innym się nie udało.

Nagminna krytyka wpływa ujemnie na relacje między ludźmi, motywację do pracy i rozwój, a krytykowana osoba zaczyna rozwijać niechęć do osoby krytykującej, którą będzie jednak ukrywać. Krytykowanie może zmobilizować kogoś na krótką metę do zmiany postępowania, ale na dłuższą działa zniechęcająco. Dlatego wszystkim polecam inną postawę – docenianie naszych bliskich czy współpracowników, chwalenie, gdy ktoś zrobi coś dobrze, nawet jeśli to jest jakaś drobnostka, cieszenie się z sukcesów i osiągnięć drugiej osoby, wspólne ich świętowanie, szczere komplementy.

Pochwały z perspektywy wychowania dziecka:

Wbrew powszechnym opiniom, dziecko często nagradzane i chwalone stara się być jeszcze lepsze. Z drugiej strony – dziecko stale krytykowane dochodzi do wniosku, że jego wysiłki i tak nie mają sensu, skoro rodzice okazują jedynie niezadowolenie. Pochwały i zachęty pomagają dziecku w kształtowaniu samooceny, budują wiarę we własne możliwości, pomagają lepiej radzić sobie z problemami, dają poczucie bezpieczeństwa. Są silnym fundamentem dla poczucia własnej wartości w dorosłym życiu.

Jak skutecznie chwalić dziecko?

Aby chwalenie było skuteczne:
  • Pochwały muszą być skierowane na konkretne zachowania, nie stosuj pochwał ogólnych.
  • Nagradzaj dziecko za dobre zachowanie.
  • Chwal każdy mały kroczek dziecka ku pożądanemu zachowaniu.
  • Próbuj „wyłapać” dobre zachowanie u dziecka i chwal je.
  • Pochwal dziecko, kiedy zaprzestało negatywnego zachowania.
Chwaląc, pamiętaj:
  • Opisz, co widzisz – np. „Widzę misie poukładane na półce i klocki w pudełkach”.
  • Opisz, co czujesz – np. „Przyjemnie jest wejść do twojego pokoju i zobaczyć porządek”.
  • Podsumuj godne pochwały zachowanie dziecka – np. „Cieszę się, że potrafisz sam uporządkować swoje zabawki”.

Pułapki i szanse dobrej pochwały:

  • Gdy oceniamy zachowanie lub twórczość dziecka mówiąc „ładnie, ślicznie, pięknie” dziecko nie wie, co tak naprawdę nam się podoba. Ważne, żeby nasza pochwała była opisowa i szczegółowa, a nie ogólna. Dzięki temu dziecko zobaczy, że jesteśmy naprawdę nim zainteresowani.
  • Unikaj takiej pochwały, w której ukryte jest przypomnienie wcześniejszego niepowodzenia dziecka – np. „No widzisz – jak chcesz, to potrafisz”.
  • Rujnuje naszą pochwałę wyraz „ale” – np. „Cieszę się, że posprzątałeś swój pokój, ale szkoda, że ubrania nadal leżą na krześle”.
  • Lepiej unikać komunikatów „Jestem z ciebie taka dumna”, powiedzmy raczej: „Możesz być z siebie dumny” – dziecko wtedy nabiera pewności siebie.