1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Na czym polega dogoterapia?

Na czym polega dogoterapia?

123rf.com
123rf.com
Terapia przy obecności psów może być nie tylko przyjemna, ale także bardzo efektywna. Dogoterapia posiada wiele zastosowań dzięki czemu doskonale sprawdza się niezależnie od wieku i stanu zdrowia pacjentów.

Dogoterapia obejmuje bardzo szerokie spectrum aktywności z udziałem psów i ludzi. Odnosi się więc zarówno do terapii dzieci z autyzmem wspomaganej obecnością psa, zajęć dla seniorów, jak i do swobodnej zabawy z psem pikniku szkolnym. Zajęcia sprawdzają się niezależnie od wieku uczestników. Mogą także służyć rozwijaniu niektórych kompetencji przydatnych w pracy, takich jak asertywność czy komunikacja w zespole.

Przebieg zajęć różni się w zależności od celu, np. czytanie psu na głos lub na odczytywanie słów z tabliczek wskazywanych przez zwierzę będzie może wspomagać naukę czytania, funkcje motoryczne można rozwijać przez naśladowanie sztuczek wykonywanych przez zwierzę lub wspólne wykonywanie z nim określonych zadań. Dogoterapia może także koncentrować się na poprawie nastroju odbiorców poprzez prosty kontakt fizyczny z psem, głaskanie, przebywanie obok siebie. Przynosi to duże korzyści zwłaszcza u osób długotrwale hospitalizowanych czy przebywających w domach opieki. Dzięki psom pacjenci ćwiczą z większą radością – są bardziej zmotywowani, aby mocniej rzucić psu piłkę czy przejść dodatkowe kilka kroków, by wrzucić mu smakołyk do miski. Żmudne i często nudne ćwiczenia nabierają większego sensu i są wykonywane dużo chętniej.

Warto jednak pamiętać, że zamierzony skutek przyniosą jedynie zajęcia z wykwalifikowanym prowadzącym. Sama interakcja z psem - choć bez wątpienia bardzo przyjemna - bez właściwiego pokierowania nie spełni swojej funkcji. Dlatego też terapię logopedyczną dla dzieci powinien prowadzić logopeda, który ma odpowiednio wyszkolonego i przygotowanego psa, a zajęcia trenerskie dla dorosłych – trener specjalizujący się w szkoleniach miękkich. Obecność zwierzęcia sprawia, że uczestnicy zajęć szybciej i chętniej nawiązują kontakt z prowadzącym, zapominają o stresie, są bardziej otwarci na interakcje społeczne.

na podst. info. Maxi Zoo

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zrób to jak salamandra. Na czym polega teoria poliwagalna?

Teoria poliwagalna oferuje szereg ćwiczeń, które można wykonać samodzielnie. Jednym z nich jest tzw. ćwiczenie salamandry. (Fot. iStock)
Teoria poliwagalna oferuje szereg ćwiczeń, które można wykonać samodzielnie. Jednym z nich jest tzw. ćwiczenie salamandry. (Fot. iStock)
Chcąc zmylić drapieżnika, zwierzęta zamierają, a ich funkcje życiowe zwalniają. Tak samo może zareagować człowiek w niebezpiecznej dla niego sytuacji. To efekt działania autonomicznego układu nerwowego. Jak go wspierać, korzystając z teorii poliwagalnej – pytamy terapeutkę pracy z ciałem, Beatę Krokowską.

"Zgodnie z teorią poliwagalną, jeżeli człowiek czuje się bezpiecznie – czyli nikt mu nie grozi ani nie znajduje się w niebezpiecznej sytuacji – a jego ciało jest zdrowe i funkcjonuje właściwie, może znajdować się w stanie fizjologicznym umożliwiającym zachowania angażujące społecznie” – pisze Stanley Rosenberg w książce o terapeutycznej mocy nerwu błędnego. Teoria poliwagalna została sformułowana przez amerykańskiego psychiatrę prof. Stephena W. Porgesa. Do czego odnosi się jej nazwa?
Głównymi pojęciami w teorii poliwagalnej są autonomiczny układ nerwowy oraz nerw błędny, i właśnie od łacińskiej nazwy nerwu błędnego – nervus vagus – bierze ona swoją nazwę. Autonomiczny, niezależny od naszej woli układ nerwowy składa się z układu sympatycznego – współczulnego, kojarzonego z pobudzeniem, reakcją „walcz lub uciekaj” oraz układu parasympatycznego – przywspółczulnego, kojarzonego ze stanem uspokojenia, komfortu i poczucia bezpieczeństwa. Kluczową częścią tego układu nerwowego jest nerw błędny, dziesiąty nerw czaszkowy, który biegnie od rdzenia przedłużonego do klatki piersiowej i brzucha. Reguluje on działanie wielu organów wewnętrznych, ale wpływa też na takie procesy, jak oddychanie, krążenie, trawienie, wydalanie. Jego funkcjonowanie jest bardzo ważne dla zachowania zdrowia i równowagi całego organizmu.

Na czym polega jego działanie zgodnie z teorią poliwagalną?
Nerw błędny ma dwie gałęzie: brzuszną oraz grzbietową – obie należą do przywspółczulnej części autonomicznego układu nerwowego. I właśnie to rozdzielenie jest kluczowe dla teorii poliwagalnej i całkowicie zmienia spojrzenie na to, jak organizm reaguje na sytuację stresową. Zwykle, kiedy mówimy o odczytywaniu przez organizm informacji płynących z otoczenia, mamy na myśli świadomy proces percepcji. Natomiast skanowanie otoczenia przez układ nerwowy, w celu sprawdzenia, czy jest bezpiecznie, odbywa się na poziomie nieświadomym i nazywa się neurocepcją. I w czasie tego procesu informacje są przetwarzane dużo szybciej. W teorii poliwagalnej mówimy o trzech układach neuronalnych i trzech poziomach intensywności reakcji na stres: części brzusznej nerwu błędnego, która daje nam stan odprężenia, poczucie bezpieczeństwa, zaangażowanie społeczne; układzie sympatycznym (reakcja: walcz lub uciekaj) oraz części grzbietowej nerwu błędnego, która odpowiada za reakcję zamrożenia, zamarcia, poczucie beznadziei i depresji.

Stan odprężenia i reakcja: walcz albo uciekaj są dość znane. A na czym polega zamrożenie?
Widząc, że zbliża się drapieżnik, antylopa początkowo próbuje uciekać, lecz gdy uzna, że nie jest w stanie uniknąć ataku, pada na ziemię i zamiera w nadziei, że drapieżnik uzna ją za nieżywą i nie zainteresuje się nią. Jej funkcje życiowe, takie jak oddech, rytm serca, metabolizm – zwalniają; zaczynają wydzielać się endorfiny, by zwierzę nie czuło bólu, gdy będzie zabijane przez napastnika. To właśnie takie zamarcie, połączone z poczuciem oddzielenia od ciała, dysocjacją – to ostatni poziom reakcji na traumatyczne wydarzenia, za który odpowiada część grzbietowa nerwu błędnego.

Czy doświadczenie czegoś w rodzaju znieruchomienia zawsze wiąże się z traumą?
Nie, może do niego dojść na przykład podczas medytacji czy bliskości z drugą osobą. Wtedy nie towarzyszy mu lęk i odpowiada za nie część brzuszna nerwu błędnego.

Rozumiem, że dochodzi do tego w sytuacji poczucia bezpieczeństwa, o której wspomina przywołany na początku naszej rozmowy cytat. Co wtedy dzieje się w oganizmie a dokładnie w autonomicznym układzie nerwowym?
Gdy organizm czuje się bezpiecznie, działa z poziomu części brzusznej nerwu błędnego. To właśnie stan nazywany zaangażowaniem społecznym, kiedy możemy swobodnie nawiązywać relacje z innymi ludźmi. Mimika jest naturalna, mięśnie twarzy – zwłaszcza te znajdujące się w pasie między oczami a ustami – kurczą się szybko, a co za tym idzie adekwatnie zmienia się wyraz twarzy. Osoba czuje się spokojnie, spontanicznie nawiązuje kontakt wzrokowy z drugim człowiekiem, pozwala uczuciom swobodnie pojawiać się i rozwijać. Twarz takiej osoby odzwierciedla stan emocjonalny rozmówcy, ton głosu jest swobodnie modulowany i zmienia się w zależności od tego, jakie treści i do kogo są kierowane. W tym stanie człowiek jest otwarty i empatyczny, zaciekawiony światem, percepcja nie jest zawężona do wychwytywania informacji o potencjalnym zagrożeniu, oddech płynie swobodnie.

A co jeśli zagraża nam niebezpieczna sytuacja, w której będziemy być może musieli przez jakiś czas pozostać?
Kluczowe jest zadbanie o swoje wewnętrzne zasoby oraz zapewnienie sobie sieci społecznego wsparcia. Dobre relacje nie tylko dają pewność, że w razie potrzeby możemy liczyć na pomoc. Rozmawiając z życzliwymi osobami, zyskujemy poczucie, że w niebezpiecznej sytuacji nie jesteśmy osamotnieni, że inni może mieli podobne przeżycia lub zareagowaliby również lękiem, odczuliby nieporadność i że to jest naturalne. Przez zasoby wewnętrzne rozumiem odporny, elastyczny układ nerwowy i poczucie ugruntowania oraz dawanie sobie samemu wsparcia.

Stephen W. Porges napisał, że „uzdrowiciele umożliwiają organizmowi samoleczenie” – co możemy wyleczyć, korzystając z tej metody?
Możemy wyregulować działanie naszego układu nerwowego, co przekłada się na funkcjonowanie narządów wewnętrznych, gospodarkę hormonalną organizmu oraz komfort życia, rozumiany jako rozwijanie poczucia bezpieczeństwa, osadzenie w sobie, bycie w tu i teraz oraz tworzenie satysfakcjonujących relacji z innymi ludźmi.

Jak możemy samodzielnie wspierać nasz autonomiczny układ nerwowy?
Kluczową kwestią znowu jest posiadanie sieci wsparcia społecznego, ponieważ dobre relacje aktywizują brzuszną część nerwu błędnego, odpowiedzialną za poczucie dobrostanu i harmonijne funkcjonowanie organizmu. Ważne jest też otoczenie, w którym czujemy się bezpiecznie. Wnętrze mieszkania powinno być kojące, przytulne, ciche lub wypełnione harmonijną muzyką. Moim klientom proponuję technikę zwaną ugruntowaniem, która daje poczucie uziemienia i zwiększa poczucie bezpieczeństwa. Przekierowanie uważności do stóp i ich kontaktu z podłożem, znalezienie w sobie poczucia tego, że ziemia nas podpiera, sprowadza do tu i teraz oraz uświadamia fakt bycia połączonym z czymś większym, ze światem. Bardzo korzystna będzie również praca z oddechem, na przykład Stephen Porges wspomina, że sam fakt przedłużania fazy wydechu wycisza układ nerwowy.

Beata Krokowska, absolwentka psychologii, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana Provider metody TRE, instruktorka jogi i jogi Nidry, instruktorka BODYART. Prowadzi gabinet Przepływ Art w Krakowie. 

Autoterapia

Teoria poliwagalna oferuje szereg ćwiczeń, które można wykonać samodzielnie. Oto trzy propozycje: Ćwiczenie podstawowe wykonujemy w pozycji leżenia na plecach, z dłońmi splecionymi w koszyczek i ułożonymi pod potylicą.
  • Utrzymując głowę nieruchomo, popatrz najpierw w prawą stronę, przesuwając oczy tak daleko, jak to możliwe, bez wywoływania uczucia dyskomfortu. Po kilkunastu lub kilkudziesięciu sekundach pojawi się potrzeba przełknięcia śliny, ziewnięcia czy westchnienia, co jest oznaką, że autonomiczny układ nerwowy się rozluźnia. Skieruj teraz spojrzenie na wprost, możesz chwilę odpocząć, a następnie zwróć wzrok w lewo. Po zakończeniu ćwiczenia ułóż ramiona w wygodnej dla siebie pozycji i powoli przejdź do pozycji siedzącej lub wstań. Przenieś uwagę na doznania płynące z ciała – jaki teraz jest oddech, czy zmienił się zakres ruchu szyi, czy pojawiło się coś jeszcze? Ćwiczenie salamandry stopniowo poprawia elastyczność piersiowego odcinka kręgosłupa, co wpływa na poprawę wydolności oddechowej. Dzięki temu mózg otrzymuje informację, że organy wewnętrzne funkcjonują prawidłowo i jesteśmy bezpieczni, a to z kolei aktywizuje część brzuszną nerwu błędnego.
  • Łatwiejszą wersję tego ćwiczenia wykonujemy w wygodnej pozycji stojącej lub siedzącej. Najpierw bez poruszania głową skieruj oczy w prawą stronę i z twarzą zwróconą nadal do przodu przechyl głowę w prawo, zbliżając prawe ucho do prawego barku. Utrzymaj tę pozycję 30 do 60 sekund, a następnie wróć głową do centrum, do pozycji neutralnej i skieruj wzrok przed siebie. Odpocznij chwilę i powtórz ćwiczenie na lewą stronę.
  • Pełna wersja ćwiczenia jest wykonywana w klęku podpartym z głową ustawioną dokładnie na przedłużeniu kręgosłupa. Najpierw skieruj spojrzenie w prawą stronę, a następnie zbliż prawe ucho do prawego barku i dokończ ten ruch poprzez zgięcie ciała na bok przez całą długość kręgosłupa, poza odcinkiem szyjnym. Po 30–60 sekundach zmień stronę. Technika rozluźniania nerwowo-powięziowego polega na stymulacji nerwów znajdujących się u podstawy czaszki, co przywraca równowagę w mięśniach łączących podstawę czaszki z kręgami szyjnymi.
  • Przyjmij wygodną pozycję siedzącą, niech oddech płynie swobodnie. Wyczuj u podstawy czaszki po jednej stronie kość potyliczną, delikatnie przesuń skórę nad kością w prawo, wróć do centrum, a następnie przesuń w lewo. Zauważ, przy którym kierunku ruchu odczuwasz większy opór, i teraz przesuń skórę właśnie w tę stronę. Bądź uważny na doznania, zatrzymuj się przy pierwszych oznakach oporu przynajmniej na 30 sekund. Układ nerwowy zacznie się uspokajać, może pojawić się ziewanie lub potrzeba przełknięcia śliny. Po zakończeniu rozluźniania na jedną stronę, skóra powinna swobodnie się przesuwać na obie strony. Odpocznij chwilę i powtórz to samo na drugą stronę. Zaobserwuj, czy pojawia się różnica między doznaniami z prawej i lewej strony.
Więcej w książce: „Terapeutyczna moc nerwu błędnego”, Stanley Rosenberg, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.

  1. Styl Życia

Vedic Art - malowanie, które zmieni twoje życie

Vedic Art jest metodą rozwojową, ale może mieć również mocne efekty terapeutyczne. (Fot. iStock)
Vedic Art jest metodą rozwojową, ale może mieć również mocne efekty terapeutyczne. (Fot. iStock)
Vedic Art oparty jest na malowaniu intuicyjnym. Przedstawiasz nie to, co widzisz, ale to, co czujesz. Nauczycielka Anna Pruszko wyjaśnia, jaki efekt terapeutyczny ma ta metoda.

Na czym polega Vedic Art? Czy jest to metoda bardziej rozwojowa, czy arteterapeutyczna?
Vedic Art jest metodą rozwojową, ale może mieć również mocne efekty terapeutyczne. Na warsztatach odkrywamy, że cała nasza wewnętrzna mądrość, prawda i kreatywność są już w nas i wystarczy do nich dotrzeć. To są często bardzo wzruszające momenty dla ludzi.

Twórcą tej metody jest szwedzki malarz Curt Källman. Opiera się ona na 17 zasadach wedyjskich i malowaniu intuicyjnym. Pod koniec lat 70. Curt spotkał na swojej drodze indyjskiego mistrza duchowego Maharishi Mahesh Yogiego, który przekazał mu nauki zawarte w Wedach, świętych księgach hinduizmu. Maharishi Mahesh Yogi marzył o tym, aby otworzyć w Europie szkoły, w których ludzie mogliby zrozumieć, że wszystkie dane do rozwoju mają w sobie. Z kolei Curt chciał stworzyć metodę, która pozwalałaby uczyć się poprzez doświadczenie. Poświęcił na to 14 lat, każdą z Wed sprawdzał na sobie. Dzięki temu Vedic Art umożliwia przełamywanie wewnętrznych blokad i barier oraz dotarcie do ukrytego potencjału. To proces głębokiego wglądu w siebie. Wszystkie nauki przekładają się na zaradność i kreatywność w życiu.

Dlaczego zasady są przekazywane tylko podczas kursu, zamiast być powszechnie znane?
Taka jest tradycja, ale i mądrość. Wedy w Vedic Art to klucze do podświadomości, działają tylko wtedy, kiedy są praktykowane od razu. Kursanci otrzymują Wedę i przystępują do jej ćwiczenia albo malowania i dopiero to połączenie działa. I to jak!

Co o efektach metody mówią uczestnicy warsztatów, którym Vedic pomógł?
Efekty są bardzo różne w zależności od tego, z czym przychodzi dana osoba, jakie ma marzenia, pragnienia, cele, w jakim miejscu życia jest, na ile jest świadoma siebie, jakie ma doświadczenia z pracą nad własnym rozwojem, na co jest gotowa. Po warsztatach dzieją się różne rzeczy, ludzie w mądry sposób przeorganizowują swoje życie albo wręcz całkowicie je zmieniają. Opuszczają korporacje i rozpoczynają własną działalność, odkrywają swoje talenty, odważnie startują z nowymi pomysłami, piszą książki, przygotowują wystawy swoich obrazów, znajdują miłość, bo odważyli się na nią otworzyć, a kobiety zachodzą w upragnioną ciążę. Jedni wpadają na pomysły, jak sfinansować swoje marzenia, inni powracają do pasji, na które nie mieli czasu czy przestrzeni. Znam też przypadek uleczenia porannych lęków, na które kobieta cierpiała odkąd pamięta, a miała 50 lat. Inna kursantka wreszcie mogła popracować nad swoją traumą na terapii, bo pojawiła się w niej gotowość.

Rozumiem, że rezultaty są związane z głęboką, wewnętrzną pracą. Do kogo metoda jest w głównej mierze skierowana?
Przychodzą do mnie osoby, które szukają swojej drogi. Ale i ci, którzy już ją znaleźli, ale nie mają odwagi nią pójść. Jedni potrzebują inspiracji do pracy, drudzy stracili wiarę w siebie, są na rozdrożu. Zgłaszają się też osoby, które są w kryzysie, doświadczają wypalenia zawodowego albo straciły sens życia. Na warsztaty trafiają naprawdę różne osoby: dyrektorzy finansowi, menedżerowie, właściciele firm, studenci, matki na urlopach macierzyńskich, które chcą wrócić do pracy, emeryci, a także artyści.

No właśnie, a jak podchodzą do tej metody artyści?
Ci artyści, którzy pojawiają się na moich warsztatach, często są bardzo zablokowani, nie wierzą w siebie. To są na przykład ludzie po ASP, którzy nie wiedzą, jak wystartować ze swoim pomysłem. To oni na początku mają najciężej. Trudno jest im się skupić na tym, co czują, i zrozumieć, że malowanie intuicyjne jest tylko metodą dotarcia do swojego potencjału. Bardzo skupiają się na formie, na tym, aby obraz był namalowany zgodnie ze sztuką. Dobrze to znam, też przechodziłam to na I stopniu kursu. Z tyłu głowy miałam myśl, że jako architekt nie mogę namalować czegoś, co nie będzie estetyczne i poprawne. To bardzo ograniczające przekonanie. W połowie warsztatu najczęściej następuje przełom i ludzie zaczynają malować z głębi duszy, często dłońmi, jest w tym tyle emocji i pasji. W efekcie powstają niezwykłe, bardzo poruszające prace, a po pewnym czasie dostaję zaproszenia na pierwsze wystawy! Mają gotowość i odwagę zorganizować je sami albo pojawia się na ich drodze odpowiednia osoba, która im w tym pomaga. Zaczynają też sprzedawać swoje prace.

Nie możesz zdradzać zasad, zdradź chociaż jedno ćwiczenie, które można zrobić w domu.
Zaopatrz się w średniej wielkości podobrazie, farby akrylowe, pędzle i wodę. Kiedy masz już wszystko, usiądź wygodnie, skoncentruj się na swoim oddechu. Poczuj każdy wdech i wydech. A teraz zadaj sobie pytanie: Jak się dzisiaj czuję? Następnie zacznij malować to, co ci w duszy, ciele, sercu gra.

Anna Pruszko, nauczycielka Vedic Art, coach, psychoterapeutka, www.vedicart.net.pl.

  1. Psychologia

Zazdrość i wolność w związku – co tracimy próbując zawłaszczyć partnera?

Posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną. (fot. iStock)
Posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną. (fot. iStock)
Wiele osób, wiążąc się z kimś na stałe, ucina kontakty towarzyskie, zwykle z przyjaciółmi przeciwnej płci, często pod wpływem partnera... i odbywa się to powoli, prawie niezauważalnie. Partner nie daje drugiej połówce przestrzeni w związku, a ta połówka pozwala na to lub nie... Jak powstaje proces zawłaszczania i kiedy możemy mieć powody do niepokoju? – wyjaśnia psycholożka Dorota Krzywicka.

Biada tym, którzy po znalezieniu partnera odcinają go od jego znajomych i przyjaciół! Ten błąd popełniają ludzie którzy:

1. Żywią bezsensowne przekonanie, że od momentu zostania parą wystarczy im ich własne towarzystwo. Nie wystarczy. Czujemy się kompletni gdy pełnimy równolegle kilka ról: partnera, przyjaciela, znajomego, rodzica lub dziecka (dla własnych rodziców) itd. Oczywiście w różnych okresach czasu i sytuacjach w każdą z nich jesteśmy zaangażowani mniej lub bardziej, ale dobrze gdy nie ograniczamy się do jednej. Zamknięcie w jednej roli jest frustrujące o czym świetnie wiedzą wszyscy, którzy z jakichś powodów muszą w niej tkwić - albo pracować 14 godzin na dobę albo siedzieć tylko w domu i pilnować dzieci (oraz garów, pralki i odkurzacza), ale cierpią też ci, którzy tylko „balują” ze znajomymi – bycie non-stop imprezowiczem też po jakimś czasie przestaje wystarczać do szczęścia.

2. Uważają, że całe szczęście zaczerpną z jedynej, ukochanej osoby. Nie zaczerpną, bo nikt nie jest w stanie być jedynym źródłem szczęścia. Zadowolenie z życia bierze się z różnych sytuacji, bo ona np. nie zagra z nim w piłkę, a on nie pogada o nowych trendach w modzie, ją nie interesuje dyskusja o wyższości motoru Suzuki nad Hondą, on zaśnie oglądając komedię romantyczną, ona najlepiej relaksuje się w SPA, on na siłowni – lista różnych drobnych przyjemności, których każde z pary potrzebuje, a których spełnienia nie sposób oczekiwać od partnera jest nieskończona i jedno jest pewne – potrzebni są nam do towarzystwa inni ludzie, bo jeden człowiek (nawet najfajniejszy) nie udźwignie takiego obciążenia.

3. Żyją w lęku, że ktoś ukradnie im skarb. Tutaj potencjalnymi złodziejami są znajomi nie tej samej płci co „skarb”. Ten lęk miewa różne źródła. Wywołują go np.

- przykre doświadczenia z przeszłości - zaczyna działać zasada: „Kto raz się sparzył, ten na zimne dmucha” – głupie, bo przecież w kuchni parzymy się nie jeden raz, a mimo to gotujemy dalej.

- tkwiący w głowie stereotyp „Przyjaźń między osobnikami różnej płci jest niemożliwa, zawsze ma podtekst seksualny” – absurdalne, nie wszyscy jesteśmy nadpobudliwi seksualnie, nie wszystkim „tylko jedno w głowie”. Podejrzanym o zbytnie „rozseksualnienie” otoczenia jest raczej ten kto żywi takie przekonanie, a nie ci, których on się obawia (zgodnie z zasadą „Każdy sądzi według siebie”…).

- niska samoocena – ktoś, kto wątpi w swoją wartość czuje się zawsze zagrożony, bo przecież inni są lepsi, mądrzejsi, piękniejsi itd., więc partner tylko wtedy zostanie przy „wybrakowanym egzemplarzu”, gdy nie będzie widział „pełnowartościowych”. W tej sytuacji najlepiej byłoby trzymać partnera w piwnicy, bo uniemożliwienie mu kontaktu z przyjaciółmi odmiennej płci nic nie da, świat jest pełen osobników płci odmiennej.

- niska lub błędna ocena partnera – pogląd, że nasza druga połowa to wymagający nieustannego dozoru „pies na baby” albo „niestała trzpiotka” rzeczywiście popycha do czujnego sprawdzania z kim, gdzie i po co się spotyka, ale zamiast tracić energię na kontrolę jego kontaktów chyba sensowniej zużyć ją na zastanowienie się po co MY się z nim spotykamy?

Pozytywy posiadania przyjaciół przez naszego partnera

O tym, że dzięki nim nie musimy grać z nim w piłkę albo chodzić na romantyczne filmy, czyli uszczęśliwiać w każdej minucie życia już było i chyba każdy zgodzi się, że to bezcenne. Poza tym znajomi dają nam odsapnąć - nie musimy po raz dziesiąty słuchać tej samej historii, do której partner uwielbia wracać, są inne uszy, które nas odciążą, inni pośmieją się z jego ukochanego dowcipu, który nas już tylko denerwuje. Kolejny plus - partner z pogaduszek ze znajomymi wraca do nas zadowolony, bo miał przed kim błyszczeć, roztaczać pawi ogon – my ten ogon znamy na wylot, wiemy gdzie przetarty, gdzie podmalowany farbkami, więc wyszedłby na głupca próbując nas nim olśnić. Chwała znajomym, że od czasu do czasu są widownią w tym teatrze jednego aktora – większość ludzi lubi sobie czasem „poaktorzyć”, a jak to zrobić w związku, w którym partnerzy znają się jak łyse konie? Kolejna korzyść to fakt, że posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną.

I jeszcze jeden plus – w każdym związku, nawet najfajniejszym, czasem coś zgrzyta. Reakcje na zgrzyt: albo kłótnia czyli mówimy za dużo, albo foch czyli w ogóle nie mówimy, albo chcemy pogadać, ale nie z „wrednym” partnerem (bo nie chodzi o rozwiązanie problemu tylko o wyżalenie się komuś, ponarzekanie - jak to zrobimy to nam ulży). Do kogo pójść? Jeśli partner pójdzie na „wyżalanki” do własnych rodziców to jest ogromne ryzyko, że jemu i nam na drugi dzień złość przejdzie, wszystko między nami wróci do normy… ale teściowie będą pamiętać „krzywdy” wyrządzone ich ukochanemu dziecku. Trudno się potem dziwić, że zaczną na nas krzywo patrzeć (co skutkuje tym, że my na nich z czasem będziemy patrzeć tak samo). Jeśli pójdzie do naszych rodziców może być jeszcze gorzej, bo krytykując ich dziecko krytykuje ich, wykazuje producentowi wady produktu. To już jest gol samobójczy. Tylko przyjaciele wysłuchają, pocieszą i nie będą robić afery czyli jest ulga bez przykrych konsekwencji. Warto mieć taką „grupę wsparcia”.

Największym jednak pozytywem jest to, że dzięki ludziom otaczającym nas i naszego partnera rozwijamy się i wzbogacamy związek. Szczególne przydatnymi w rozwoju osobami są właśnie te, które najczęściej kasujemy z życia partnera/partnerki – przedstawiciele płci przeciwnej, a im atrakcyjniejsi (zewnętrznie lub wewnętrznie) tym lepiej! Oni są jak szczupak w stawie pełnym karpi. Karpie czując zagrożenie szybciej rosną, podwajają muskulaturę, stają się rybą z prawdziwego zdarzenia, a nie gnuśnieją w bezruchu, stając się skarlałą i obrośniętą tłuszczem byle jaką rybką. Potencjalny „drapieżnik” wśród znajomych nie ma budzić panicznego lęku tylko motywować do starań. Świadomość, że musimy dbać o naszą atrakcyjność, bo nasz partner otoczony jest innymi ludźmi, popycha nas do dbałości o ciało i duszę. Nie pozwala „spocząć na laurach”, uznać że zostanie oficjalną parą zakończyło etap wkładania wysiłku w podobanie się wybrankowi/ wybrance. Bez tego wysiłku stajemy się z czasem do bólu przewidywalni więc nudni, bezbarwni, nijacy, wtapiamy się w tło, zamiast zawsze być dla ukochanej osoby barwnym akcentem skupiającym uwagę i wywołującym pozytywne emocje.

Wszyscy wiemy, że konkurencja jest zdrowa w gospodarce – tak samo jest zdrowa w związku. Widząc zadbane koleżanki partnera mądra kobieta nie traci czasu na zazdrość, tylko wykorzystuje go na zadbanie o siebie. Mądry mężczyzna nie obrzydza swojej kobiecie wysportowanych kolegów mówiąc o nich z pogardą „mięśniaki”, tylko bierze się za siebie. Słuchając toczącej się wartko rozmowy partnera z przyjaciółkami kobieta nie obgryza z wściekłości paznokci tylko zapamiętuje co warto poczytać, co obejrzeć, poszerza SWOJE horyzonty, a nie próbuje zawęzić ich partnerowi (mężczyznę obowiązuje ta sama zasada). Dobrze, że są „szczupaki”! Dzięki nim chce nam się dbać o siebie, a tym samym o związek.

Dla tych, którym przykład stawu z rybami nie przemawia do wyobraźni, przykład drogowy - „konkurencja” w postaci odmiennej płci jest jak wyboisty, chropawy brzeg szosy celowo w ten sposób zrobiony, by obudzić kierowcę, któremu przysnęło się za kółkiem i za chwilę wypadnie z trasy. „Konkurencja” budzi zasypiających w związku, więc cieszmy się, że jest!

Kiedy warto odciąć przyjaciół/ przyjaciółki?

Nigdy. Jeśli widzimy, że przyjaciele/ przyjaciółki stają się dla naszego partnera ważniejsi niż my, to nic nam nie da odizolowanie go od nich. Bo problem nie tkwi w nich tylko w naszym związku. Braku dobrej więzi nie uleczymy zamykając się przed światem. Co z tego, że partner nigdzie nie wyjdzie sam, z nikim się nie spotka, tylko z nami będzie chodził na spacer, do kina, a najlepiej, żeby siedział w domu i nigdzie nie wychodził, bo przecież wszędzie czai się „wróg”? Stanie się przez to milszy, cieplejszy, rozmowniejszy, czulszy, bardziej zainteresowany naszą osobą? Nie, i on i my staniemy się sobie jeszcze bardziej obcy, bo zgorzkniejemy, zanudzimy się, wszystkie nasze wady tylko rozkwitną a nie znikną, problemy zwiększą się a nie zmniejszą. Jeśli między partnerami wszystko gra to nikt się między nich nie wciśnie, nawet, gdy otacza ich tłum. Warto więc dokładać starań, by zawsze grało.

A gdyby jakiś „szczupak” zaczął nachalnie podskubywać naszego partnera to nie czynimy wyrzutów „podskubywanemu” ani nie uciekamy przed drapieżnikiem tylko dajemy mu delikatnie do zrozumienia: „Odpłyń na rozsądną odległość, jestem tu i też mam zęby”.

  1. Psychologia

Jak losy kobiet w rodzinie wpływają na twoje życie?

Badanie własnych korzeni jest niezwykle inspirujące, pozwala w pełni zrozumieć, kim naprawdę jestem, skąd się wywodzę, jakie mam zasoby, z których mogę czerpać, a jakie obciążenia, na które trzeba uważać. (fot. iStock)
Badanie własnych korzeni jest niezwykle inspirujące, pozwala w pełni zrozumieć, kim naprawdę jestem, skąd się wywodzę, jakie mam zasoby, z których mogę czerpać, a jakie obciążenia, na które trzeba uważać. (fot. iStock)
Czy wracając do losów swoich przodkiń, wzmacniam się? Czy życie prababek wpłynęło na mój portret? - z psychoterapeutką Małgorzatą Lipko rozmawia Katarzyna Droga.

Czy losy przodkiń wpływają na nasz charakter lub problemy?
Często wydaje nam się, że to, jak wygląda nasze życie, zależy w zupełności od nas. Tymczasem, gdy przyjrzymy się losom rodzin w kontekście systemowym, można zauważyć wiele podobieństw, wręcz powtarzających się faktów w kolejnych pokoleniach. Badanie własnych korzeni jest niezwykle inspirujące, pozwala w pełni zrozumieć, kim naprawdę jestem, skąd się wywodzę, jakie mam zasoby, z których mogę czerpać, a jakie obciążenia, na które trzeba uważać.

Nie wyobrażam sobie, aby w procesie terapeutycznym pominąć z pacjentem kontekst systemowy – otoczenie, w którym dorastamy, przekazy transgeneracyjne „wyssane z mlekiem matki” mają na nas ogromny wpływ. Kształtują system wartości, sposób przeżywania, patrzenia i komunikowania się ze światem, a wreszcie – obraz samego siebie (to najpierw od najbliższych dowiadujemy się, jacy jesteśmy).

Jakie znaczenie dla kobiety może mieć fakt, że jej matka, babka i prababka nie realizowały swoich ambicji zawodowych, a poświęciły się wychowaniu dzieci?
Jeśli ta kobieta pragnie zrealizować ambicje zawodowe, może przeżywać nieświadomy wewnętrzny konflikt pomiędzy lojalnością wobec własnego systemu (do którego przynależy i jest jego potomkinią) a własnymi pragnieniami, które nie są w zgodzie z wzorcami rodzinnymi – choć ma do nich prawo. Wybór, przed jakim stoi, jest dramatyczny – jakkolwiek bowiem by zdecydowała, wyklucza w sobie część siebie, co rodzi w efekcie frustrację, złość, smutek, a te często prowadzą do depresji, poczucia niespełnienia w życiu.

Jeśli spróbuje pogodzić te obszary, może przeżywać poczucie winy, że robi coś dla siebie, a w tym czasie powinna być przy dzieciach, dbać o dom itp.Realizując model Matki Polki, niechęcią obdarza kobiety, które pracują i dbają o swój obszar rozwoju zawodowego. Często, żeby poczuć się lepiej, rywalizuje, wyższościowo ocenia i użala się nad biednymi, „niezaopiekowanymi” mężami i dziećmi tychże żon… Tak naprawdę im zazdrości, ale nie ma odwagi wyjść ze schematu, w którym tkwi – staje się jego uciemiężoną niewolnicą, palącą na stosie powinności swoje potrzeby, pragnienia, marzenia i fantazje.

Decydując się na kontrę do wzorca systemowego, czyli: „będę singielką i w pełni poświęcę się karierze zawodowej” – odcina się od kobiet w swoim systemie, patrzy na nie z pogardą. Zdecydowanie bliżej jej do mężczyzn, którzy są dla niej autorytetami, wzorcami. Jednak nie szanując kobiet, nie może od nich czerpać, być z nimi blisko, cieszyć się z bycia kobietą. Z impetem wchodzi w świat męski – chętnie zakłada „męskie buty”. Odżegnuje się od kobiecości, bo ta kojarzy jej się ze słabością, poświęceniem, zbytnią emocjonalnością, brakiem ambicji, tanimi serialami… Nie chce, żeby ktoś ją tak postrzegał – staje się zimna, skoncentrowana na sobie, i w efekcie – samotna.

Czy fakt, że narzeczony babki zaginął albo że druga babka była żoną zdradzaną – może jakoś ukształtować losy wnuczki czy córki? Jak?
Jeśli tak było, córka i wnuczka wychowały się z przekazem systemowym: „Mężczyznom nie można ufać”. Konsekwencje takiego przekazu mogą być przeróżne. Począwszy od powtórzenia losów babki czy matki, po różnego rodzaju wariacje na ten temat, typu: „stanę się narzędziem sprawiedliwości i zemszczę się na mężczyznach za krzywdę babki, matki…”, „nie zaufam żadnemu mężczyźnie, nie dam się skrzywdzić – nie zwiążę się z nikim”, „będę czujna – będę go sprawdzać, kontrolować”, „będę się o niego bać, skupiać się na nim, żeby nic mu się nie stało”, „mężczyzna jest słaby – nie ma co traktować go poważnie, jak zawiedzie, nie będę rozpaczać”.

Niejednokrotnie w swojej pracy terapeutycznej widziałam skutki takich wariacji. Jeśli kobieta jest związana w sposób szczególny ze swoją babką, która utraciła narzeczonego, istnieje prawdopodobieństwo, że powtórzy jej los, czyli że dobierze sobie partnera, który też w pewien sposób ją opuści. Forma może być nieco inna, ale sam fakt utraty będzie obecny. Przykłady: babka straciła pierwszego męża, UB zamordowało go podczas przesłuchiwań. Jej wnuczka traci narzeczonego miesiąc przed ślubem – zabijają go bandyci okradający dom. Innej kobiecie rozpadają się związki partnerskie po dwóch latach, traci mężczyzn podobnie jak ojca, którego ledwie pamięta, bo umarł nagle na zawał serca, gdy miała dwa lata. Kobieta przychodzi z problemem braku akceptacji przez rodzinę jej narzeczonego, który jest wyznawcą innej wiary, okazuje się, że babka popełniła mezalians, wiążąc się z mężczyzną z klasy niższej. Podobnie z sytuacją doświadczania zdrady. Z lojalności do zdradzonej babci, systemu – wnuczka wybiera mężczyznę, który nie będzie jej wierny, a nawet jeśliby chciał, to ona go do tego nieświadomie sprowokuje – żeby się „wypełniło”…

Małgorzata Lipko: psychoterapeutka, trenerka, współzałożycielka Ośrodka Psychoterapii i Rozwoju Osobistego FENIKS.

  1. Psychologia

Od jakich emocji uciekasz będąc w związku?

Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje? (fot. iStock)
Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje? (fot. iStock)
Miłość nie oznacza odczuwania nieustannie tego samego. Jej bogactwo wynika z pozwolenia sobie na przyjmowanie tego, co się pojawia, bez oceniania, co jest dobre, a co złe. Kiedy jesteś świadoma emocji, które wywołuje w tobie partner, masz szansę na poznanie siebie.

Najbliższe nam osoby pełnią dość niewdzięczną rolę: to na nie projektujemy swoją bezsilność, swoje lęki, pustkę i wszystko to, do czego nie chcemy się przyznać. One niejako zgodziły się wyświetlić obraz nas samych, naszych przekonań, tego, w co wierzymy, co sobie wyobrażamy. Właśnie z tego powodu wiele związków się nie udaje albo nie trwają one długo, ponieważ w którymś momencie już nie możemy wytrzymać patrzenia na siebie poprzez partnera, czujemy tyle lęku przed bólem wywołanym niektórymi emocjami, że wolimy odejść, zamiast pozwolić sobie czuć. Dlatego to, w jaki sposób reagujemy na ból wywołany niektórymi uczuciami, pokazuje nam, jak wyglądają nasze relacje.

Powiedz STOP

Zwróć uwagę, jak reagujesz na niechciane emocje: czy pozwalasz sobie poczuć jądro bólu, czy wręcz przeciwnie – kurczysz się i zamykasz? Jeśli denerwujesz się na partnera lub irytują cię niektóre jego zachowania, możesz być pewna, że to upomina się o uwagę emocja, której nie chcesz odczuwać. Kiedy świadomie przyznasz się, że to, co czujesz, jest twoje, możesz otworzyć serce na tego człowieka, a potem na to, co czujesz. I tym samym uzdrowić siebie. Jeśli wpadłaś w sidła wewnętrznego dialogu, w którym krytykujesz cały czas partnera, to najwyższy czas powiedzieć „STOP” i zadać sobie pytanie: Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje?

Cios w czułe miejsce

Jeśli miałabym jednym zdaniem odpowiedzieć na pytanie, jaka jest recepta na szczęśliwy związek, powiedziałabym: „Bądź wdzięczna za to, co jest, a szczęśliwych dni w twoim związku będzie coraz więcej”. Ta prosta rada jest niczym magiczne zaklęcie, które każdy ma w zasięgu ręki. Jednak do momentu, kiedy nie przejmę odpowiedzialności za to, czego doświadczam, będę nieustannie wciągana w te same tryby, schematy będą się powtarzać, to, z czym nie chcę się skonfrontować, będzie domagało się uwagi poprzez stwarzanie okoliczności, w których nie będę mogła więcej przeoczyć uczucia, przed którym uciekam. Jedynym antidotum na tę sytuację jest przyjęcie tego, co czuję, uznanie, że to po prostu chce być zauważone i zaakceptowane. Tylko tyle.

Jeśli na przykład boimy się odrzucenia w związku, wchodzimy w relacje, które nie dadzą nam satysfakcji, albo żyjemy cały czas w lęku przed odrzuceniem. Wówczas partner może swoim zachowaniem zmuszać nas niejako do przyznania się do bólu, ponieważ jeśli chronimy się przed bólem, zawsze otrzymamy cios właśnie w to miejsce.

Ty, on i lęk

Przyjąć to, co czuję, nie oznacza rozpamiętywania starych historii i na ich podstawie tworzenia nowych. Przyjęcie oznacza pozwolenie na odczuwanie bez dołączania złowieszczych treści, przestawienie się na czyste odczuwanie. Mroczne historie przyklejają się do nas wtedy, kiedy to, co czujemy, uznajemy za złe. Wtedy tak naprawdę odrzucamy część siebie. Ale ta część chce na nowo zostać przyjęta, abyśmy mogli stać się całością, oddychać bez wstrzymywania powietrza, żyć bez ciągłego napięcia wynikającego z potrzeby kontroli, zburzyć mur, który wybudowaliśmy z lęku przed pełnym doświadczaniem siebie.

W słynnej książce „Biegnąca z wilkami” Clarissa Pinkola Estés pisze: „Jeśli jesteś w związku z osobą, którą bardzo kochasz, nigdy nie będziecie szli we dwójkę, będziesz w trójkącie: ty, on i lęk”. Dlatego jedyne, czego potrzebujesz, to zaakceptować to, co czujesz, a wtedy emocje, nie tylko lęk, przestaną mieć nad tobą władzę, a ty będziesz gotowa, aby prawdziwie rozluźnić się i otworzyć z ufnością serce na partnera, który już nigdy cię nie zawiedzie.

Dorota Hołówka, prezeska Stowarzyszenia Nowa Psychologia, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą Somatic Experiencing.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się