1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Samotność w związku

Samotność w związku

Boimy się swoich uczuć – tego, że czasem mamy do siebie coś nieżyczliwego. Nie bardzo wiemy, co z tym zrobić. I albo sobie dokuczamy, albo się zatapiamy w swoim świecie. (Fot. iStock)
Boimy się swoich uczuć – tego, że czasem mamy do siebie coś nieżyczliwego. Nie bardzo wiemy, co z tym zrobić. I albo sobie dokuczamy, albo się zatapiamy w swoim świecie. (Fot. iStock)
Pięknie jest się mądrze różnić, ale co, gdy różnimy się codziennie? Kiedy nie umiemy, nie mamy ochoty, by wsłuchać się w drugą osobę? Albo jest nam ze sobą wygodnie, ale już nie tak blisko jak kiedyś? Lekarstwa na bolesną i raniącą samotność w związku szuka psycholożka Katarzyna Miller. 

 

Tym razem chciałam dotknąć dość smutnego tematu – samotności we dwoje...

Temat smutny i powszechny. Ogromna liczba ludzi czuje się samotna w związkach. Przypomina mi to fragment wiersza Rilkego: „kiedy ludzie, co się nienawidzą, spać muszą razem – bardziej jeszcze sami: samotność płynie całymi rzekami”. Przejmujący obraz – rzeka nienawiści pomiędzy ciałami!

Samotność to rzeka nienawiści czy jednak obojętności?

Jedna i druga. Jeśli w parze jest złość – to ta samotność jest bardziej agresywna, pełna noży i wzajemnych pretensji, ale nadal jest samotnością. Człowiek czuje się strasznie samotnie zarówno kiedy się ciągle kłóci, jak i kiedy panuje wokół cisza, taka niby grzeczność i układność, ale podszyta zimnem. Myślę, że człowiek może czuć się samotnie również wtedy, kiedy w parze dzieją się rzeczy pozornie wspólne. Każdy ma swoją rolę, dorośli chodzą do pracy, a dzieci do szkoły, mąż i żona na zmianę jeżdżą na zakupy... Wszyscy starają się jak najlepiej funkcjonować, ale im lepiej funkcjonują, tym bardziej stają się robotami. Samotność zaczyna się wtedy, gdy w życie wkrada się nadmierna zadaniowość. Gdy jest coraz mniej miejsca na spontaniczność, na poszukanie innej możliwości, na zapomnienie o obowiązkach.

Ciąg obowiązków i ról jedynie symuluje kontakt i prawdziwą relację?

Dokładnie tak. Stwarza pozór relacji. Nie żyjemy razem, tylko umawiamy się na to, co kto ma zrobić: ty przywozisz dzieci, ja odwożę, ty kupujesz jedzenie, ja sprzątam, ty dzwonisz po hydraulika, a ja będę w domu, kiedy przyjdzie...

Ja zrobię obiad, ty kupisz kwiaty, bo o 20 przychodzą goście...

Pary, które gdy przestają już ze sobą rozmawiać, bardzo często zapraszają gości – żeby było z kim pogadać albo żeby można było im pokazać, co ostatnio kupili. Choć zapraszanie gości może być też bardzo fajne, zwłaszcza jeśli się przedtem razem gotuje, razem sprząta mieszkanie, razem je dekoruje. Chodzi  mi o to, że czasem kiedy się ludzie dobrze pourządzają, to już nie mają specjalnie interesu do siebie. Zapominają, że najważniejszym interesem jest bliskość. Bo zobacz, dlaczego jest tyle samotności w tak zwanych porządnych rodzinach? Przecież nie rozmawiamy tu o domach dysfunkcyjnych, gdzie jest przemoc czy uzależnienie, a samotność bywa związana też ze strachem o przeżycie...

Czasem ta zadaniowość   jest  w  parze  większa,  dopóki  są  dzieci,  potem,  kiedy  idą  na studia  lub  zakładają  swoje  rodziny,  często  trzeba  po  raz  pierwszy  od  dłuższego  czasu spojrzeć  sobie  w  oczy.

Ja bym powiedziała tak: jeśli sytuacja przed pojawieniem się dzieci była między parą żywa, to wtedy spojrzenie nie będzie takie niemiłe. Oczywiście, że będzie pustka, tęsknota czy poczucie straty, ale jeśli ludzie umieją być ciekawi siebie, kontaktowi i otwarci na przyjemność czerpaną z życia – to ogromnie dużo przecież im zostaje. To, co ich łączy, przyjaciele, ich pasje i też dzieci, które nadal wpadają do domu.

Podobną próbą dla związku może być wyjazd czy przeprowadzka – w nowym miejscu, wyjęci ze starych ram i starych znajomości, jesteśmy nagle pozostawieni  sami  sobie. Niektórzy dopiero wtedy orientują się, że niewiele ich łączy.

Tak, często zdarza się też, że para z dziećmi przeprowadza się z małego mieszkanka do wymarzonego domu. Wprawdzie wcześniej było im trochę ciasno, ale z perspektywy wspominają to jako cudowny i radosny czas. W nowym domu mają więcej miejsca, ale doszły też nowe obowiązki: dwa samochody, ogród, więcej okien do mycia. Każdy ma swój pokój, w którym się chowa przed resztą. Posiadanie i dobrobyt bardzo często ludzi od siebie oddala. Choć daje im też komfort. Sama pamiętam, kiedy budowaliśmy dom na wsi i przez ten czas mieszkaliśmy w wynajętej chałupce, która miała dwa pokoje i kuchnię – jak mi było tam dobrze! I byliśmy sobie znacznie bliżsi niż teraz, gdy on siedzi na górze, a ja na dole. Spędzamy ze sobą mniej czasu, bo każdy u siebie robi swoje rzeczy. I czasem tylko krzykniemy do siebie: „A wpadnij do mnie na chwilę”. Tyle że on wtedy ogląda swój serial, ja właśnie czytam ulubioną książkę, a za chwilę zadzwoni Joasia, żeby zrobić ze mną wywiad... Coraz trudniej się spotkać.

Ale skoro ja czuję się samotna w związku, może on też czuje się podobnie?

Moim zdaniem samotność w parze jest zawsze obustronna. Może tylko inaczej się przejawia. Ona jest zwykle tak przejęta zadaniami i rolą gospodyni, że jej się wydaje, że jeśli lepiej ugotuje, lepiej posprząta, to będzie w ogóle lepiej. Bo kiedy dom dobrze funkcjonuje, to wszystko dobrze funkcjonuje. Mężczyznom jest to znacznie mniej potrzebne. Oczywiście lubią wracać do domu jak do dobrze prosperującego lokalu gastronomicznego, ale to nie daje bliskości, tylko wygodę. A kobiecie iluzję, że ona pracuje dla dobra związku.

Poza tym boimy się swoich uczuć – tego, że się czasem nie lubimy, że się chętnie kłócimy albo mamy do siebie coś nieżyczliwego. Nie bardzo wiemy, co z tym zrobić. I albo sobie dokuczamy, oddając sobie wzajemnie razy, albo się zatapiamy w swoim świecie. A dziś można utonąć we wszystkim: w Internecie, Facebooku, Netfliksie.

Widziałam taki napis na moście: „Sypiasz z Netfliksem”.

W dodatku, jak ten Netfliks cię zna. Codziennie przysyła nową propozycję spędzenia wspólnego wieczoru, dopasowaną do twojego gustu. I niektóre z nich są wstrząsająco dobre. Niedawno do trzeciej w nocy siedziałam, oglądając serial „W rytmie bossanovy” i pomyślałam sobie, że w ciągu paru godzin obejrzałam życie paru osób, w dodatku na przestrzeni kilkunastu lat. Kilka godzin z zapartym tchem śledziłam losy obcych ludzi, sama nie żyjąc swoim życiem. Ja oczywiście nie mówię, żeby tego nie robić, nie oglądać filmów czy nie czytać – książki, w które wchodziłam na całego, w dużej mierze uratowały mi kiedyś życie, ale to jest jednak siedzenie samemu w swoim świecie.

Samotność w parze jest zawsze obustronna - może tylko inaczej się przejawiać. (Fot. iStock) Samotność w parze jest zawsze obustronna - może tylko inaczej się przejawiać. (Fot. iStock)

Czy jeśli się od siebie odsuwamy do swoich światów, to znaczy, że nasz związek się kończy?

Nie, ale to oznacza tyle, że będzie coraz trudniej dopracowywać się chwil wzajemnego wzruszenia czy radości.

Jest jeszcze inny rodzaj samotności, który może być bardzo dojmujący, a który pojawia się albo z racji tego, że ludzie się zmieniają, albo że wcześniej nie było czasu porozmawiać o naprawdę ważnych sprawach – różnice wartości.

Ostatnio badacze bardzo wyraźnie mówią o tym, że najważniejszą rzeczą, jaka łączy ludzi, są jednak wspólne wartości. Oczywiście łączą nas też wspólne doświadczenia, zainteresowania czy temperamenty, ale najbardziej wartości. Choć w sumie kiedy mamy wspólne punkty widzenia, to nie za bardzo jest o czym rozmawiać.

Miałam na myśli raczej to, że para buduje dom, a dopiero po wybudowaniu okazuje się, że ona chciała w nim wychowywać dzieci, a on chciał go mieć dla prestiżu.

Oj, masz rację! Nie uzgodnili! Myśleli, że jest świetnie, bo przecież oboje chcą mieć dom! Albo ona budowała go po to, by gości przyjmować, a on tego nie lubi. Z drugiej strony zawsze podkreślamy, że jeśli on z tobą nie chce iść do kina, to idź z przyjaciółką. Jeśli on nie lubi morza, to jedź nad morze sama, i nie miej mu za złe. Bardzo ważne jest uchronić coś miłego na temat partnera. Wiedzieć na przykład, za co go najbardziej lubię, co jest w nim takie nadzwyczajne. I żeby od czasu do czasu poświętować coś wspólnego. Nie można tego robić oczywiście codziennie, bo nie starczy na to czasu, ale by świadomie oddać się pewnym dobrym rytuałom, takiemu dbaniu o coś. Na przykład my z Edkiem specjalnie nie kultywujemy świąt, nie rajcuje mnie przygotowywanie dań, sprzątanie, dekorowanie – ale poczułam, że coś jednak przez to tracimy. Moglibyśmy sobie jakieś świeckie święta ustanowić.

Niektórzy lubią obchodzić związkowe rocznice: pierwsze spotkanie, pierwszy pocałunek... Albo odwiedzać miejsca, w których się poznali.

Moim zdaniem to kobiety przodują w kultywowaniu takich rocznic, choć może udaje im się wciągnąć w to i swoich partnerów. Na pewno jeśli na początku tym, co was łączyło, był nie tylko pociąg fizyczny, ale coś jeszcze – jest najlepiej. Macie wspólną bazę, wspólny język, wspólne zainteresowania. Ale widzisz, u nas on czyta książki polityczno-społeczne, a ja obyczajowe. Ja niespecjalnie mam ochotę z nim gadać o ekonomii, a on ze mną o psychologii.

A to nie powoduje u ciebie poczucia osamotnienia?

Czasem powoduje. Choć Edek też wielu rzeczy się nauczył: na przykład, że gdy wracam z grupy warsztatowej, to nie mogę sobie miejsca znaleźć – tak jak ekipa filmowa po miesiącach spędzonych razem na planie. I kiedy tak się czuję, to on mówi: „No tak, wiem, smutno ci teraz”. Tylko że ja nie mam poczucia, że on to rozumie. On to wie.

A chciałabyś, żeby to też rozumiał?

W ogóle chciałabym więcej wzajemnego porozumienia. Nie wiem, jak mają pary, które razem pracują – czy one się lepiej rozumieją? Może tak bywa, a może wcale nie? Ile razy ludzie zakładają wspólnie firmę, a potem i tak się rozstają. Może to nie wystarcza? Po prostu nigdy nie jest łatwo.

Nam zwyczajnie chodzi o empatię.

Oczywiście, że o to nam chodzi.

Świat nas mało rozumie, chcielibyśmy, żeby chociaż ta jedna, najbliższa osoba to, zrobiła. A jeśli tak się nie dzieje – to wtedy jest ci najsmutniej, najsamotniej na świecie.

Tak jak najsamotniej na świecie jest dzieciom w rodzinach, w których jest dobrobyt, ale nie ma uważności. „O co ci chodzi, przecież wszystko masz?!” – tak się odgradzają i tłumaczą rodzice. „No mam, ale nie mam tego, żeby ktoś widział mnie”.

A czy poczucie samotności może się brać z tego, że nie mamy swojego życia i tak bardzo zależymy od partnera?

Może i tak być, oczywiście… Ale ja na przykład mam bardzo swoje życie. Nawet wyjątkowo bardzo. Nie uwieszam się na partnerze, brakuje mi jednak tego, żebyśmy byli bardziej do siebie podobni, bardziej zgodni. A może byśmy chętniej i ciekawiej zapraszali się do swoich światów?

Może nic nas nie ratuje przed tym, że czasem czujemy się samotni?

Też ważna prawda! Jeżeli druga osoba nie odkrywa ci siebie i jednocześnie nie prosi ciebie o odkrycie się przed nią, to będziesz mieć poczucie samotności – w związku z nią, nie ze swoim życiem. Jeśli masz swoje życie, po prostu lepiej sobie z tym radzisz. A wrażliwy człowiek może się czuć jeszcze bardziej samotnie w otoczeniu ludzi, którzy tak nie mają. Po prostu nie ma dobrego rozwiązana tego problemu w jednym człowieku – do szczęścia związanego z bliskością jest nam potrzebna druga osoba.

Chodzi o to, by pogodzić się z osamotnieniem i cieszyć się, jak uda nam się z kimś znaleźć porozumienie?

Można też sobie powiedzieć: „Kocie, ja ciebie nie rozumiem, ty mnie, ale zróbmy coś razem, posiedźmy sobie chociaż przytuleni”. Ale prawdą jest też, że za dużo oczekujemy od związków. One nie uchronią nas całkowicie przed samotnością. A czasem poczucie zrozumienia dostajemy nie stąd, skąd się go spodziewamy. Na przykład od spotkanych przypadkowo ludzi... Ja wiele zrozumienia i bliskości duchowej z innymi brałam i dostawałam z książek. Dały mi poczucie niesamowitej więzi, tak jakby ktoś pisał o mnie, czytał w mojej duszy – i to ktoś dajmy na to w XVIII wieku! Porozumienie duchowe jest możliwe, nawet pomiędzy wiekami. A poza tym: „Jest jeszcze śledź w śmietanie, metafizyczne danie” jak śpiewał Młynarski. A mój chłop nie lubi śledzi, no rozumiesz?

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Nie mam czasu na seks

Jeśli w porę nie wyłapiesz momentu przekroczenia granicy w codziennym zabieganiu, zza której zazwyczaj trudno już wrócić, może pojawić się rachunek w postaci braku własnego życia prywatnego, seksualnego i emocjonalnego. (Fot. iStock)
Jeśli w porę nie wyłapiesz momentu przekroczenia granicy w codziennym zabieganiu, zza której zazwyczaj trudno już wrócić, może pojawić się rachunek w postaci braku własnego życia prywatnego, seksualnego i emocjonalnego. (Fot. iStock)
To, że życie w ciągłym biegu i nieustanne podnoszenie sobie poprzeczek ma niszczący wpływ na nasze samopoczucie, wiemy już od dawna. A jak zatracanie się w gonitwie obowiązków wpływa na sferę intymną? I czy można się z zabiegania wyzwolić? Odpowiada seksuolog Andrzej Depko.

Na początku wygląda niewinnie: uznajesz swoją karierę zawodową za priorytetową i masz po prostu duże ambicje. Stawiasz więc na fachowe wykształcenie: kończysz studia, potem studia podyplomowe, różne kursy doszkalające, może MBA… Ten okres jest rozciągnięty w czasie, a jego wypełnienie zadaniami powoduje, że możesz nie mieć ani chwili na budowanie relacji. Później wchodzisz w kierat pracy, pojawiają się też realne obowiązki zawodowe. Zaczyna się szybka wspinaczka po szczeblach kariery – kolejne stanowiska, coraz wyższe i wyższe... Jeśli w porę nie wyłapiesz momentu przekroczenia granicy, zza której zazwyczaj trudno już wrócić, może pojawić się rachunek w postaci braku własnego życia prywatnego, seksualnego i emocjonalnego.

Zamiast relacji – praca

Co się dzieje po przekroczeniu tej granicy? Nie ma czasu na relacje, a budowanie związku zaczyna być postrzegane jak rezygnacja z części siebie. Włącza się mechanizm samooszukiwania się: „Jak już osiągnę ten cel, będę mieć czas na wszystko”. Ale zza horyzontu od razu wyłania się kolejny cel do zdobycia. To jest życie w ciągłym napięciu i stresie. Pojawia się lęk: „Czy jestem najlepsza? Czy zdążę zrealizować plan? Czy nie zawalę czegoś po drodze?”. A jeżeli ktoś zyskuje świadomość własnej samotności, odkrywa dodatkową motywację do tego, żeby uciekać w pracę. Kiedy pojawia się potrzeba seksualna, brak partnera wymusza podejmowanie zachowań zastępczych – seks przez Internet lub inne formy masturbacji. Można w ten sposób szybko rozładować napięcie i znów zająć się pracą.

Skutki pracoholizmu

Odpowiedzią organizmu na życie w przewlekłym napięciu jest wzrost hormonu prolaktyny, która powoduje spacyfikowanie potrzeby seksualnej. Ciągłe skupianie się na pracy zawodowej i życie w nieustającym stresie może doprowadzić też do dysfunkcji seksualnych.

Wyobraźmy sobie taką sytuację, że ona czeka na niego w seksownej bieliźnie, a kiedy on, pomimo że właśnie wrócił z biura i nie marzy o niczym innym jak sen, stara się sprostać apetytowi kochanki, okazuje się, że nie może. Pojawia się problem ze wzwodem. Ona zaczyna mu wyrzucać: „Już cię nie podniecam” albo: „Masz kogoś innego!”. On się frustruje, bo nikogo nie ma i wciąż tylko ciężko pracuje. Rozstają się w złości, a kiedy znowu następnym razem im nie wyjdzie, on zbagatelizuje problem, bo przecież praca jest ważniejsza. Albo uzna wagę problemu, tylko ucieknie od niego w obowiązki.

Gdy życie seksualne zaczyna zanikać, a stan napięcia i stresu jest coraz silniejszy, mogą również pojawić się przedwczesne wytryski. Dochodzi nowy stres spowodowany tym, że było za szybko. Mężczyzna zaczyna unikać kontaktów seksualnych lub w ogóle świadomie z nich rezygnuje.

Całkowitemu zaangażowaniu w pracę towarzyszy napięcie oraz lęk przed porażką i utratą zajęcia, co doprowadza często do depresji, której konsekwencją jest osłabienie lub utrata libido. Jeżeli depresja zaczyna przeszkadzać w pracy, pracoholik idzie do psychiatry i prosi o leki, które pomogą mu być sprawnym zawodowo. Mają one stabilizować nastrój, ale jednocześnie pacyfikują seksualność. I gdy partnerka będzie miała potrzeby seksualne na tym samym poziomie jak dotychczas, on nie będzie już mógł im sprostać.

A ponieważ kobiety biologicznie (ze względu na gospodarkę hormonalną i poziom neuroprzekaźników) są dwa razy bardziej predysponowane do wystąpienia depresji, pracoholizm przekłada się u nich dwa razy częściej na pojawienie się depresji i bezsenności. Kobiety szybciej też sięgną po tabletki nasenne i antydepresyjne.

Samotni w parze

Częsta forma związku pracoholików to „living aparat together” – czyli jesteśmy razem, ale żyjemy osobno. To dotyczy par, w których obie osoby są mocno zaangażowane w pracę i spędzają razem jedynie weekendy i urlopy. A po powrocie każde wraca do siebie i swoich zajęć. Oficjalnie są parą, ale bycie razem ogranicza się do krótkiego czasu wolnego. Oboje zakładają, że chcą mieć rodzinę i dzieci, ale najpierw muszą zrealizować swoje cele zawodowe, bo to da im gwarancję bezpieczeństwa. Nie zdają sobie sprawy, że w sferze deklaratywnej można być szczerym, ale istnieje jeszcze taki aspekt, jak przyzwyczajenie do życia w samotności i do różnych nawyków.

Inna możliwa sytuacja życiowa dla pracoholików to życie w pełnym związku. Może to być relacja dwóch osób bardzo zaangażowanych w pracę albo jedna z nich może być poświęcona karierze zawodowej, a druga może pracować niewiele lub wcale, zajmując się prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci.

Andrzej Depko dr n. med., seksuolog, neurolog, autor książek. 

  1. Psychologia

Jak losy kobiet w rodzinie wpływają na twoje życie?

Badanie własnych korzeni jest niezwykle inspirujące, pozwala w pełni zrozumieć, kim naprawdę jestem, skąd się wywodzę, jakie mam zasoby, z których mogę czerpać, a jakie obciążenia, na które trzeba uważać. (fot. iStock)
Badanie własnych korzeni jest niezwykle inspirujące, pozwala w pełni zrozumieć, kim naprawdę jestem, skąd się wywodzę, jakie mam zasoby, z których mogę czerpać, a jakie obciążenia, na które trzeba uważać. (fot. iStock)
Czy wracając do losów swoich przodkiń, wzmacniam się? Czy życie prababek wpłynęło na mój portret? - z psychoterapeutką Małgorzatą Lipko rozmawia Katarzyna Droga.

Czy losy przodkiń wpływają na nasz charakter lub problemy?
Często wydaje nam się, że to, jak wygląda nasze życie, zależy w zupełności od nas. Tymczasem, gdy przyjrzymy się losom rodzin w kontekście systemowym, można zauważyć wiele podobieństw, wręcz powtarzających się faktów w kolejnych pokoleniach. Badanie własnych korzeni jest niezwykle inspirujące, pozwala w pełni zrozumieć, kim naprawdę jestem, skąd się wywodzę, jakie mam zasoby, z których mogę czerpać, a jakie obciążenia, na które trzeba uważać.

Nie wyobrażam sobie, aby w procesie terapeutycznym pominąć z pacjentem kontekst systemowy – otoczenie, w którym dorastamy, przekazy transgeneracyjne „wyssane z mlekiem matki” mają na nas ogromny wpływ. Kształtują system wartości, sposób przeżywania, patrzenia i komunikowania się ze światem, a wreszcie – obraz samego siebie (to najpierw od najbliższych dowiadujemy się, jacy jesteśmy).

Jakie znaczenie dla kobiety może mieć fakt, że jej matka, babka i prababka nie realizowały swoich ambicji zawodowych, a poświęciły się wychowaniu dzieci?
Jeśli ta kobieta pragnie zrealizować ambicje zawodowe, może przeżywać nieświadomy wewnętrzny konflikt pomiędzy lojalnością wobec własnego systemu (do którego przynależy i jest jego potomkinią) a własnymi pragnieniami, które nie są w zgodzie z wzorcami rodzinnymi – choć ma do nich prawo. Wybór, przed jakim stoi, jest dramatyczny – jakkolwiek bowiem by zdecydowała, wyklucza w sobie część siebie, co rodzi w efekcie frustrację, złość, smutek, a te często prowadzą do depresji, poczucia niespełnienia w życiu.

Jeśli spróbuje pogodzić te obszary, może przeżywać poczucie winy, że robi coś dla siebie, a w tym czasie powinna być przy dzieciach, dbać o dom itp.Realizując model Matki Polki, niechęcią obdarza kobiety, które pracują i dbają o swój obszar rozwoju zawodowego. Często, żeby poczuć się lepiej, rywalizuje, wyższościowo ocenia i użala się nad biednymi, „niezaopiekowanymi” mężami i dziećmi tychże żon… Tak naprawdę im zazdrości, ale nie ma odwagi wyjść ze schematu, w którym tkwi – staje się jego uciemiężoną niewolnicą, palącą na stosie powinności swoje potrzeby, pragnienia, marzenia i fantazje.

Decydując się na kontrę do wzorca systemowego, czyli: „będę singielką i w pełni poświęcę się karierze zawodowej” – odcina się od kobiet w swoim systemie, patrzy na nie z pogardą. Zdecydowanie bliżej jej do mężczyzn, którzy są dla niej autorytetami, wzorcami. Jednak nie szanując kobiet, nie może od nich czerpać, być z nimi blisko, cieszyć się z bycia kobietą. Z impetem wchodzi w świat męski – chętnie zakłada „męskie buty”. Odżegnuje się od kobiecości, bo ta kojarzy jej się ze słabością, poświęceniem, zbytnią emocjonalnością, brakiem ambicji, tanimi serialami… Nie chce, żeby ktoś ją tak postrzegał – staje się zimna, skoncentrowana na sobie, i w efekcie – samotna.

Czy fakt, że narzeczony babki zaginął albo że druga babka była żoną zdradzaną – może jakoś ukształtować losy wnuczki czy córki? Jak?
Jeśli tak było, córka i wnuczka wychowały się z przekazem systemowym: „Mężczyznom nie można ufać”. Konsekwencje takiego przekazu mogą być przeróżne. Począwszy od powtórzenia losów babki czy matki, po różnego rodzaju wariacje na ten temat, typu: „stanę się narzędziem sprawiedliwości i zemszczę się na mężczyznach za krzywdę babki, matki…”, „nie zaufam żadnemu mężczyźnie, nie dam się skrzywdzić – nie zwiążę się z nikim”, „będę czujna – będę go sprawdzać, kontrolować”, „będę się o niego bać, skupiać się na nim, żeby nic mu się nie stało”, „mężczyzna jest słaby – nie ma co traktować go poważnie, jak zawiedzie, nie będę rozpaczać”.

Niejednokrotnie w swojej pracy terapeutycznej widziałam skutki takich wariacji. Jeśli kobieta jest związana w sposób szczególny ze swoją babką, która utraciła narzeczonego, istnieje prawdopodobieństwo, że powtórzy jej los, czyli że dobierze sobie partnera, który też w pewien sposób ją opuści. Forma może być nieco inna, ale sam fakt utraty będzie obecny. Przykłady: babka straciła pierwszego męża, UB zamordowało go podczas przesłuchiwań. Jej wnuczka traci narzeczonego miesiąc przed ślubem – zabijają go bandyci okradający dom. Innej kobiecie rozpadają się związki partnerskie po dwóch latach, traci mężczyzn podobnie jak ojca, którego ledwie pamięta, bo umarł nagle na zawał serca, gdy miała dwa lata. Kobieta przychodzi z problemem braku akceptacji przez rodzinę jej narzeczonego, który jest wyznawcą innej wiary, okazuje się, że babka popełniła mezalians, wiążąc się z mężczyzną z klasy niższej. Podobnie z sytuacją doświadczania zdrady. Z lojalności do zdradzonej babci, systemu – wnuczka wybiera mężczyznę, który nie będzie jej wierny, a nawet jeśliby chciał, to ona go do tego nieświadomie sprowokuje – żeby się „wypełniło”…

Małgorzata Lipko: psychoterapeutka, trenerka, współzałożycielka Ośrodka Psychoterapii i Rozwoju Osobistego FENIKS.

  1. Psychologia

Od jakich emocji uciekasz będąc w związku?

Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje? (fot. iStock)
Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje? (fot. iStock)
Miłość nie oznacza odczuwania nieustannie tego samego. Jej bogactwo wynika z pozwolenia sobie na przyjmowanie tego, co się pojawia, bez oceniania, co jest dobre, a co złe. Kiedy jesteś świadoma emocji, które wywołuje w tobie partner, masz szansę na poznanie siebie.

Najbliższe nam osoby pełnią dość niewdzięczną rolę: to na nie projektujemy swoją bezsilność, swoje lęki, pustkę i wszystko to, do czego nie chcemy się przyznać. One niejako zgodziły się wyświetlić obraz nas samych, naszych przekonań, tego, w co wierzymy, co sobie wyobrażamy. Właśnie z tego powodu wiele związków się nie udaje albo nie trwają one długo, ponieważ w którymś momencie już nie możemy wytrzymać patrzenia na siebie poprzez partnera, czujemy tyle lęku przed bólem wywołanym niektórymi emocjami, że wolimy odejść, zamiast pozwolić sobie czuć. Dlatego to, w jaki sposób reagujemy na ból wywołany niektórymi uczuciami, pokazuje nam, jak wyglądają nasze relacje.

Powiedz STOP

Zwróć uwagę, jak reagujesz na niechciane emocje: czy pozwalasz sobie poczuć jądro bólu, czy wręcz przeciwnie – kurczysz się i zamykasz? Jeśli denerwujesz się na partnera lub irytują cię niektóre jego zachowania, możesz być pewna, że to upomina się o uwagę emocja, której nie chcesz odczuwać. Kiedy świadomie przyznasz się, że to, co czujesz, jest twoje, możesz otworzyć serce na tego człowieka, a potem na to, co czujesz. I tym samym uzdrowić siebie. Jeśli wpadłaś w sidła wewnętrznego dialogu, w którym krytykujesz cały czas partnera, to najwyższy czas powiedzieć „STOP” i zadać sobie pytanie: Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje?

Cios w czułe miejsce

Jeśli miałabym jednym zdaniem odpowiedzieć na pytanie, jaka jest recepta na szczęśliwy związek, powiedziałabym: „Bądź wdzięczna za to, co jest, a szczęśliwych dni w twoim związku będzie coraz więcej”. Ta prosta rada jest niczym magiczne zaklęcie, które każdy ma w zasięgu ręki. Jednak do momentu, kiedy nie przejmę odpowiedzialności za to, czego doświadczam, będę nieustannie wciągana w te same tryby, schematy będą się powtarzać, to, z czym nie chcę się skonfrontować, będzie domagało się uwagi poprzez stwarzanie okoliczności, w których nie będę mogła więcej przeoczyć uczucia, przed którym uciekam. Jedynym antidotum na tę sytuację jest przyjęcie tego, co czuję, uznanie, że to po prostu chce być zauważone i zaakceptowane. Tylko tyle.

Jeśli na przykład boimy się odrzucenia w związku, wchodzimy w relacje, które nie dadzą nam satysfakcji, albo żyjemy cały czas w lęku przed odrzuceniem. Wówczas partner może swoim zachowaniem zmuszać nas niejako do przyznania się do bólu, ponieważ jeśli chronimy się przed bólem, zawsze otrzymamy cios właśnie w to miejsce.

Ty, on i lęk

Przyjąć to, co czuję, nie oznacza rozpamiętywania starych historii i na ich podstawie tworzenia nowych. Przyjęcie oznacza pozwolenie na odczuwanie bez dołączania złowieszczych treści, przestawienie się na czyste odczuwanie. Mroczne historie przyklejają się do nas wtedy, kiedy to, co czujemy, uznajemy za złe. Wtedy tak naprawdę odrzucamy część siebie. Ale ta część chce na nowo zostać przyjęta, abyśmy mogli stać się całością, oddychać bez wstrzymywania powietrza, żyć bez ciągłego napięcia wynikającego z potrzeby kontroli, zburzyć mur, który wybudowaliśmy z lęku przed pełnym doświadczaniem siebie.

W słynnej książce „Biegnąca z wilkami” Clarissa Pinkola Estés pisze: „Jeśli jesteś w związku z osobą, którą bardzo kochasz, nigdy nie będziecie szli we dwójkę, będziesz w trójkącie: ty, on i lęk”. Dlatego jedyne, czego potrzebujesz, to zaakceptować to, co czujesz, a wtedy emocje, nie tylko lęk, przestaną mieć nad tobą władzę, a ty będziesz gotowa, aby prawdziwie rozluźnić się i otworzyć z ufnością serce na partnera, który już nigdy cię nie zawiedzie.

Dorota Hołówka, prezeska Stowarzyszenia Nowa Psychologia, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą Somatic Experiencing.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Czy można być dobrym rodzicem, jeśli samemu nie zaznało się dobrego rodzicielstwa?

Wychowanie to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. (Fot. iStock)
Wychowanie to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. (Fot. iStock)
Bycie dobrym rodzicem będzie wymagać od ciebie należytego dbania o siebie, abyś zachował czujność i nie działał na autopilocie. Właśnie wtedy jesteśmy narażeni na powielenie rodzinnych błędów, postępując w sposób, którego solennie się wyrzekliśmy.

Fragment książki „Matka niedostępna emocjonalnie”

Choć prawdą jest, że większość rodziców, którzy emocjonalnie zaniedbują swoje dzieci lub stosują względem nich psychiczną przemoc, przekazuje dalej to, czego sami doświadczyli, z radością stwierdzam, że na przestrzeni lat wielu spośród moich pacjentów, którzy byli poszkodowani na tym polu, zostało wspaniałymi rodzicami. Większość kobiet, które nie zdecydowały się na macierzyństwo, cierpi na deficyt matki i obawia się, że nie będą wiedziały, jak to się robi. Czasem boją się, że „spaprzą” swoje dzieci tak samo, jak w ich odczuciu same zostały spaprane. (Choć nie zapominajmy, że istnieją inne ważkie powody, dla których ktoś może zdecydować, że nie chce zostać rodzicem). Kobiety żywiące takie obawy zapewniam, że potrafią to zrobić inaczej. Po pierwsze, istnieje coś takiego jak instynkt macierzyński, który przy braku czynników zakłócających włącza się samoczynnie. Znam kobiety, które z zachwytem otworzyły się na energię Dobrej Matki i miłość, spływające na nie, gdy zostały matkami. Po drugie, jesteś zapewne wrażliwsza od swojej matki – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Większość mam, które wypełniają swoją rolę znacznie lepiej od kiepskiego wzorca, jest z natury wrażliwszych i dodatkowo wyczulonych z powodu tego, przez co same przeszły. Chcą mieć pewność, że ich dzieci dostaną to, czego im tak brakowało.

Po trzecie, można się tego nauczyć. I zachęcam do tego. Bycie dobrym rodzicem wymaga dogłębnego zrozumienia poziomów rozwojowych i rozeznania, jak radzić sobie w nowych sytuacjach. Czemu nie skonsultować się z ekspertami: autorami, lekarzami i innymi autorytetami, którzy sprawdzili się jako opiekunowie własnych lub cudzych dzieci?

Jak zauważyłam na początku, jest to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. Nie ulega wątpliwości, że bycie dobrym rodzicem będzie wymagać od ciebie należytego dbania o siebie, abyś zachował czujność i nie działał na autopilocie. Właśnie wtedy jesteśmy narażeni na powielenie rodzinnych błędów, postępując w sposób, którego solennie się wyrzekliśmy. Im bardziej wyzwolimy się spod wpływu dysfunkcyjnej rodziny, tym pełniej zerwiemy z niechlubną tradycją. Choć słyszałam opinie, że dawanie dzieciom tego, co samemu chciało się mieć, ma działanie terapeutyczne, nie zawsze tak jest. Wspomniałam już, że może być trudniej zapewnić to, co drażni twoje czułe miejsca, rozpalając utajony ból.

Spotkałam także wiele kobiet będących wspaniałymi matkami dla własnych dzieci, co jednak ani trochę nie pomogło im zagoić ich własnych „pomatczynych” ran. Wynika to między innymi z naszej złożonej psychicznej struktury – zakapsułkowanych zranionych dziecięcych części, które jako takie nigdy nie będą w pełni wyleczone, jeżeli sami aktywnie nie otoczymy ich matczyną opieką. Tak więc chociaż bycie dobrym rodzicem dla własnych dzieci jest naturalnie czymś, co wspomaga rozwój zdrowej psychicznej konstytucji, to tylko jeden z elementów układanki. Choć zwracam się tutaj bezpośrednio do kobiet, odnosi się to w równym stopniu do mężczyzn będących dobrymi ojcami.

Wytrwać w drodze do uleczenia

Jeżeli zainicjowałeś ten proces i jesteś na drodze do uzdrowienia, wiesz, że to ciężka praca. Gruntowna przebudowa. Przenicowujemy się na tak wielu poziomach: od połączeń w obrębie mózgu limbicznego po sztandarowe przekonania; od koncepcji samego siebie po relacje z innymi; od wywołanego niepokojem ucisku w klatce piersiowej po zdolność kochania, zarabiania pieniędzy i spokojnego przesypiania nocy. Prawdopodobnie proces ten zajmie kilka lat, jeżeli nie kilka dekad. Mówię to otwarcie, choć nie bez obawy, że cię to zniechęci. Lecz byłbyś równie rozgoryczony, gdybyś sądził, że wszystko pójdzie raz-dwa, a tak się nie stanie. Żadna znana mi osoba, która przepracowała swoje „pomatczyne” rany, nie dokonała tego szybko. Ważne więc, aby wyznaczyć sobie umiarkowane tempo, robić przerwy, dostrzegać poczynione postępy i się nimi chlubić.

Nie imituj matki, która nigdy nie doceniała twoich osiągnięć, nie wspominając o ich świętowaniu. Wzrost nie jest procesem liniowym, lecz spiralnym. Te same kwestie będą się w nim przewijać wielokrotnie. Jeżeli dany cykl nie przyniesie żadnej zmiany, to znak, że potrzebujesz większego wsparcia, lecz poza tym nastaw się, że będziesz musiał kilka razy opłakać to, co utracone, odżałować niesprawiedliwości i zaspokoić zignorowane potrzeby. Nie będzie to trwało wiecznie. Proces leczenia idzie swoim tokiem, i chociaż to, że raz porządnie się wypłaczesz, nie zrekompensuje lat tłumionego smutku, przybliży cię do upragnionego celu bardziej, niż mógłbyś przypuszczać.

Dobra Matka rozumie, że proces wzrostu nie jest równomierny i nie wyśmiewa ani nie karci dziecka za przestoje. Ważne, aby mieć dla siebie współczucie i wyrozumiałość. Robimy, co w naszej mocy, i niektóre dni są po prostu cięższe niż inne.

Czy jest możliwe pełne uleczenie?

Choć proces leczenia nigdy definitywnie się nie kończy, ból mija, a poczucie bycia dzieckiem pozbawionym matki może ustąpić całkowicie. Nigdy jednak nie będziemy w stanie ostatecznie zamknąć tego rozdziału, a to dlatego, że nieustannie się zmieniamy. Sam bieg czasu daje nam nową perspektywę i pozwala zdystansować się do przeszłości. W rok czy dwa lata po tym, jak zaleczymy większość ran, będziemy czuć się inaczej niż dziesięć lat później, kiedy przeszłość będzie jeszcze odleglejsza. Głęboki uraz zawsze pozostawia choćby delikatną bliznę: pozostaje przynajmniej wspomnienie rany lub pewna tkliwość. Lecz moc tej rany słabnie wraz z postępami terapii i zmienia się reakcja na podrażnienia tego obszaru. Zamiast dać się usidlić dziecięcym uczuciom za każdym razem, gdy zostaną wyzwolone, uczymy się delikatnie przekierowywać uwagę i pytać wewnętrzne dziecko, czego aktualnie potrzebuje. Umiemy odpowiedzieć na uczucia, zamiast pozwolić, aby nas zniewoliły.

W miarę pracy nad „pomatczynymi” ranami nasza tożsamość również ewoluuje. Ostatecznie nasza historia się zmienia. Nasze życie się zmienia. Czas, aby zmianie uległa również nasza wewnętrzna narracja. Jak powiedziała mi pewna osoba: „Rana pozostała, lecz nie kieruje już moim życiem. Nie definiuje tego, kim jestem”. U tych, którzy zostaną otoczeni opieką przez kogoś, kto zastąpi im Dobrą Matkę, lub potrafią stać się Dobrą Matką dla własnych wewnętrznych dzieci, w miejscu poczucia deficytu matki może pojawić się poczucie dostatku. Możesz czuć się kochany, wspierany i zadbany. Nie, nie możesz cofnąć się w czasie i przeżyć przeszłości od nowa, lecz możesz mieć teraz to, na co zasługiwałeś wtedy. Jak powiedział powieściopisarz Tom Robbins: „Na to, żeby mieć szczęśliwe dzieciństwo, nigdy nie jest za późno”

Psychoterapeutka Jasmin Lee Cori w książce „Matka niedostępna emocjonalni” pomoże ci lepiej zrozumieć twoją matkę i wyleczyć ukryte rany niedostatecznego macierzyństwa. Lektura pomaga zrozumieć m.in.: czym jest „deficyt matki” i dlaczego twoja matka nie była w stanie dać ci w dzieciństwie miłości, jak odnaleźć dziecko w sobie i wypełnić „matczyną lukę”, czym jest zaniedbanie i przemoc emocjonalna i jak sobie z nimi radzić w dorosłym życiu, jak uzdrowić „pomatczyne” rany i zadbać o szczęśliwszą przyszłość dla siebie (i być może dla swoich dzieci).

  1. Psychologia

Odkryj swoje wewnętrzne piękno – 6 kroków do samoakceptacji

– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka Beata Markowska. (Fot. iStock)
– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka Beata Markowska. (Fot. iStock)
Znów jakiś głos w twojej głowie mówi ci, że jesteś za gruba, za stara, niedoskonała? Naucz się z niego śmiać, ignorować go, a czasem konstruktywnie z nim rozmawiać.

Co przeszkadza nam ujrzeć naszą prawdziwą twarz, rozwinąć skrzydła kobiecości? – Brak odwagi, by spotkać się ze swoimi zranieniami. Żeby zrobić miejsce na nową kobietę, trzeba wyrzucić stare ograniczenia – odpowiada Beata Markowska, trenerka rozwoju osobistego.

Jeśli myślisz o sobie: „mam małe oczy, wąskie usta, wydatny nos, cofnięty i w dodatku podwójny podbródek…” – to taka informacja dociera do nieświadomej części ciebie samej i staje się źródłem kompleksów i zahamowań. Oczywiście, nie robisz tego świadomie. Taki komunikat już dawno usłyszałaś od swojej matki, ciotki, przyjaciółki. Przyzwyczaiłaś się myśleć w ten sposób i nawet nie wiesz, że opinia innych stała się twoją własną. Podpowiada ci ją twój wewnętrzny krytyk. Dopóki nie rozprawisz się z jego poglądami, twój nadajnik będzie emitować fałszywy sygnał. Będziesz czuła się źle ze światem, a świat z tobą.

– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka.

Każdy nosi w sobie – mniej lub bardziej świadomie – jakiś ideał samego siebie. Przez całe życie próbujemy sprostać swoim wyobrażeniom. Być takie, jak to sobie wymyśliłyśmy. Dlatego przez długie lata nie zmieniamy naszego stylu ubierania się czy sposobu, w jaki się malujemy. Zamiast trwonić energię na kogoś, kim nie jesteśmy, poświęćmy trochę czasu na to, aby lepiej poznać siebie.

Kim jest ta osoba, którą codziennie widzę w lustrze? O czym myśli, jakie są jej marzenia, potrzeby? Co jest dla niej ważne, co lubi, a czego nie? Tak rzadko dajemy sobie szansę, by się poznać. A przecież w tym wypieranym aspekcie naszej kobiecości tkwi prawdziwy skarb. Nasionko, z którego rozwinie się kwiat.

– Wewnętrzne piękno to samoakceptacja, zgoda na siebie taką, jaką jestem, na sukces taki, jakim go rozumiem, poczucie spełnienia – uważa Beata Markowska. – To siła, która bierze się ze zgody na słabość, świadomość własnych ograniczeń i umiejętność życia z tą wiedzą. Radość, optymizm i szczypta pewności, a może właśnie niepewności siebie.

Ćwiczenia - 6 kroków do samoakceptacji

1. Twarzą w twarz z wrogiem

Przypomnij sobie sytuację, w której źle o sobie myślałaś. Naprzeciwko krzesła, które zajmujesz, postaw drugie. Wyobraź sobie, że siedzisz tam ty sama, chwilę po jakimś zdarzeniu, w którym „nie popisałaś się”. Przyjrzyj się sobie. Jaka jest twoja postawa ciała, gestykulacja, mimika? Powiedz do niewidzialnej siebie, co o niej myślisz. (Możesz położyć na krześle lalkę albo misia, jeśli miałoby ci to ułatwić dalszą część pracy). Powiedz jej, jaka jest beznadziejna. Użyj określeń, którymi zwykle siebie łajasz.

Zaobserwuj, w jaki sposób mówisz, gestykulujesz. Skieruj uwagę na ton głosu i pojawiające się emocje. Zastanów się, kim jest twój wewnętrzny krytyk? Kto traktował cię w taki sposób? Zmień miejsce. Teraz spójrz na swojego krytyka. Co masz mu do powiedzenia? Co chciałabyś zrobić? Czy jest coś, co cię przed tym powstrzymuje?

2. Wyśmiej go!

Bardzo dokładnie wyobraź sobie swojego wewnętrznego krytyka. A teraz zacznij proces nadawania mu niechcianych cech. Najpierw wyciągnij go z jego nory. Jeśli zadomowił się w twojej głowie, wyjmij go stamtąd i przenieś tam, gdzie masz ochotę: na stół, pod krzesło, do kubka po kawie... Bądź kreatywna. Następnie zmień jego głos. Jeśli do tej pory mówił cicho, niech zacznie głośno, a kobiecy sopran zamieni się w męski bas. Może nawet kwiczeć jak świnia, kwakać jak kaczor Donald, piszczeć jak mysz. Możesz jego głos odtworzyć na taśmie, na przyspieszonych lub zwolnionych obrotach. Dobrze także dać krytykowi trochę helu z balonu.

A teraz chwila dla oczu. Zabaw się ze swoim krytykiem w przebieranki. Jeśli to mężczyzna, pewnie niezbyt dobrze będzie się czuł w reformach i wałkach na głowie. Może zrobisz mu trwałą…?

Czas na ubranie. Legginsy czy może raczej baletki? Eksperymentuj, baw się, popuść wodze swojej fantazji. Masz nieograniczone możliwości. Możesz zmieniać do woli całą jego postać. Warunek jest jeden – twój wewnętrzny krytyk ma być śmieszny.

Jak się czujesz po tej krótkiej terapii? Rozbawiona? Dobrze. Następnym razem, gdy twój wróg pojawi się na horyzoncie, przypomnij sobie jego najśmieszniejsze wydanie. Obdarz go najzabawniejszym z głosów i powiedz, żeby powtórzył to, co usłyszałaś przed chwilą. Kiedy przestaniesz się śmiać, zrób to, co chciałaś zrobić.

3. Lubię, nie lubię

Wpisz co najmniej 15 zakończeń następujących zdań: „Lubię siebie za…”, „Nie lubię siebie, bo…”. – Musimy wybaczyć sobie niepowodzenia i unikać wyolbrzymiania swoich wad. Umieć zażartować z nich, a przede wszystkim nie starać się na siłę ich pozbyć – mówi Beata Markowska. – Im bardziej przed czymś uciekamy, tym bardziej to coś nas goni i w efekcie dopada. To brzmi jak absurd, ale jeśli nie damy sobie zgody na bycie nadmiernie obfitą, ze zbyt małym biustem, za to za dużą pupą, nie mamy szans na to, że kiedyś w odbiciu w lustrze zobaczymy atrakcyjną kobietę.

4. Co myślą inni

Przystąp do konfrontacji swoich lęków i ocen z tym, jak jesteś postrzegana przez innych. Wypisz 10 swoich atutów, z czego 5 niech dotyczy ciała, pozostałe intelektu. Według podobnego wzorca wypisz 10 swoich wad. Następnie poproś kilka zaprzyjaźnionych osób, żeby sporządziły podobną listę na twój temat. Sprawdź, w których punktach się rozminęliście i jak bardzo.

5. Pożyczona umiejętność

Poszukaj cechy, której najbardziej ci brak. Może to być coś, czego w sobie nie akceptujesz, a jest ci potrzebne. Znajdziesz ją w osobie, której najbardziej nie lubisz. Wynotuj sobie na kartce: „Nie znoszę jej, bo jest wyniosła, przemądrzała, wyzywająca, bezmyślna, kapryśna…”.

Nie chodzi o to, byś epatowała tą cechą, ale żeby wzbogacić siebie o coś nowego. Na przykład: od zapatrzonej w siebie koleżanki wziąć więcej wiary w siebie, od butnego szefa – umiejętność stawiania granic, od narcystycznej bratowej – więcej dbałości o ciało i troski o wygląd zewnętrzny.

– Może się okazać, że teraz bogatsza o jakąś cechę, nagle zupełnie inaczej spojrzysz na swoje odbicie w lustrze. Dręczy cię fałdka na brzuchu? Jeśli przestaniesz się na niej koncentrować, zwrócisz energię do wnętrza, okażesz sobie zainteresowanie, to pewnego dnia zniknie nie tylko z twojej głowy, ale i z twojego brzucha – tłumaczy trenerka.

6. Wywiad z ciałem

Rozluźnij się... Zapytaj swoje ciało, czy jest zadowolone z właściciela. Czy czuje się dobrze traktowane, zadbane, lubiane. Zagadnij je o potrzeby, pragnienia, oczekiwania. Sprawiaj sobie przyjemności, obdarowuj się prezentami – mogą to być nawet drobiazgi, które sprawią ci radość. Tak przecież postępujesz w stosunku do osób, które cenisz i lubisz. Potraktuj to jako nagrodę za każdy, nawet najmniejszy sukces, jaki cię w życiu spotka.