1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Moc związana z wzrostem

Moc związana z wzrostem

123rf.com
123rf.com
Psychologowie odkryli, że wysocy ludzie mają tendencję do doceniania własnej siły.

Badania wskazują na silną korelację między poczuciem władzy a centymetrami wzrostu. Wyżsi ludzie są bardziej skłonni do zdobywania wysokich stanowisk, zarabiają więcej pieniędzy, częściej awansują, bo mają przywódcze predyspozycje. - Może jest to związane z fizycznym doświadczeniem bycia dużym, potężnym - zastanawia się Jack A. Goncalo, psycholog z Cornell University.

Badacze odkryli, że prawo to działa również w drugą stronę. Ludzie obdarzeni mocą wewnętrzną mają o sobie mniemanie, że są wyżsi niż naprawdę. Podczas eksperymentu przedstawiono osoby, które podawały się za wyspecjalizowanych menadżerów, którzy poinformowali że mają pełną władzę nad procesem pracy i będą oceniali pracowników. Zostali oni ocenieni za znacznie wyższych, niż w rzeczywistości.

- Biorąc pod uwagę, że wysokość związana jest z mocą, zwiększając tą pierwszą możesz poczuć się silniejszy - mówi Goncalo. - To pomaga wyjaśnić popularność wysokich obcasów i biur na ostatnim piętrze.

Źródło: Association for Psychological Science

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Biowładza, medycyna niekonwencjonlana, holistyczne podejście do leczenia. Rozmowa z prof. Zbigniewem Mikołejko

(Fot. Getty Images)
(Fot. Getty Images)
Małgorzata Braunek nie zdążyła skorzystać z pomocy medycyny holistycznej. Wielu z nas, nawet gdy medycyna konwencjonalna rozkłada bezradnie ręce, nie myśli nawet, by sięgnąć po alternatywną. Choć też zajmują się nią lekarze. Dlaczego? – to wina medyków i artystów sprzed 300 lat, wina redukcji człowieka do istoty biologicznej i podziału medycyny na dobrą, czyli konwencjonalną, i złą, czyli niekonwencjonalną – mówi prof. Zbigniew Mikołejko. – Powinniśmy znów spojrzeć na medycynę jako na całość. To jednak trudne, bo znajdujemy się w mocy biowładzy.

Odpowiedź na pytanie, czemu nie korzystamy z tzw. alternatywnej medycyny, tylko pozornie jest prosta. Zdaniem krytyka kultury Michela Foucaulta to, co uznamy za wartościowe, nie wynika z obiektywnej prawdy, ale określane jest przez tajemniczą biowładzę.
Odpowiedź nie może być prosta z różnych powodów. Najważniejsza jest presja kultury, która mówi, że byłoby to nieracjonalne, urągające doświadczeniu naukowemu. A nikt nie chce być irracjonalny i nienaukowy. Uwierzyliśmy bowiem medycynie – tej, jaką dziś mamy – że jest jedyną możliwością: naukową i racjonalną. Tak więc nasza pierwotna wiara w magię została zastąpiona przez wiarę w naukę. A to, że tego nie widzimy, wiąże się z niezrozumieniem istoty nauki. Jesteśmy bowiem przekonani, że jak coś zostanie odkryte, to jest pewne, a my poszukujemy pewności. Ale nowoczesna nauka nie na tym polega. To budowanie przybliżonych modeli rzeczywistości, doraźnych hipotez. Rozwój nauki polega na tym, że jedne teorie są falsyfikowane przez kolejne. Nigdy to, co naukowe, nie jest ostateczne. My jednak wyobrażamy sobie, że jest jak w XIX wieku, gdy lekarz brał mikroskop i odkrywał bakterie. To, że racjonalnie pojęta nauka daje pewność tylko w wąskim zakresie, potwierdza doświadczenie potoczne – gdy mimo zastosowania wszelkich naukowych technik i wiedzy mamy chorego bez nadziei albo odwrotnie: gdy wbrew osądom lekarzy chory zdrowieje.

Jeśli więc nieobiektywna prawda różni medycynę konwencjonalną od niekonwencjonalnej, to co?
Nie da się postawić granicy, zwłaszcza że szeroko myślący medycy czy uczeni jej nie widzą. Tomasz z Akwinu stworzył taki aforyzm: „To nie jest tak, że ciało trawi, a dusza myśli. To człowiek trawi i człowiek myśli”. W tej intuicji teologa i mistyka jest coś niezwykle ważnego – Całość. I ja dziś cenię medyków wizjonerów, jak profesor Andrzej Szczeklik, który patrzył na człowieka w całości psychofizycznej. Łączył myślenie nowoczesnej medycyny z praktyką „niekonwencjonalną”, z zestawem „środków bogatych”. Korzystał z wiedzy, jaką niosły nawet mity, jak ten mówiący o naszym związku z Całością, mit o niciach losu. Oplatały świat niewidoczną siecią, łączącą wszystko ze wszystkim. Czymże była ta sieć? Intuicyjnym oddaniem kwantowych powiązań, które nauka odkryła u progu XXI wieku.

Medycyna konwencjonalna odrzuca fizykę kwantową tłumaczącą zasady homeopatii, skoro atakuje się UM w Katowicach za otwarcie studiów podyplomowych dla homeopatów.
Jeśli ktoś widzi w nas tylko mechanicznie pojęte ciało, to ja mu nie ufam. Człowiek to nie tylko proces fizyczno-chemiczny, istnieją jakości duchowe i psychiczne. A medycyna konwencjonalna wycina z tej całości to coś, co podlega prawom chemii. Redukcjonizm antropologiczny to narzędzie biowładzy – okradając nas z człowieczeństwa, medycyna wykreowała siebie na królową życia i śmierci. Jedyną wiedzącą. Fatum starożytnych zastąpiła polityka medyczna. Nowoczesna medycyna rozpoczyna się, gdy człowiek zaczyna być widziany w perspektywie statystyczno-ilościowej, jako mechanizm. Stało się to już w XVII w. za sprawą odkrycia krwiobiegu przez Williama Harveya, stworzenia mechanicystycznego modelu przez Kartezjusza i statystyki przez Williama Petty’ego. Znamienny dla tamtych czasów jest kartezjański obraz psa, którego nie boli, jak go uderzyć, bo nie ma duszy rozumnej. Szczeka, bo tak został skonstruowany, ale nie czuje… Lecz jeszcze u Kartezjusza człowiek ma substancję duchową, której ów pies nie ma. Biowładza zaczyna się, gdy ją traci.

Ale zyskuje: koniec epidemii, powstanie szpitali, rozwój chirurgii itp.
Starożytność miała dwa pojęcia: życie jako takie, czyli bios, oraz zoe – życie jednostki. W XVII wieku życiem biologicznym zainteresowała się władza. Owszem, idą za tym dobre rzeczy: higienizacja, wydłużenie życia, zdrowotność. Ale też złe, bo skoro jesteśmy bytem biologicznym, to śmierć ma znaczenie wyłącznie statystyczne. Przestaje mieć wymiar transcendentny. Geniuszem, który przewidział, co się stanie, był Rembrandt. Spójrzmy na obraz „Lekcja anatomii doktora Tulpa”. Rembrandt był wielkim panem, ale choć żył wśród władzy i pieniądza, przejrzał na oczy. Co widzimy na tym obrazie? Ubranych w kapelusze, przy orderach, bo niebawem pójdą na ucztę, ludzi pieniądza, władzy, medycyny, rozumu. Tytułowy doktor Tulp rzuci medycynę i zostanie członkiem rządu. A na obrazie on i inni lekarze nie interesują się tym biednym Adriaanem Adriaanszem, złodziejem płaszcza, który został tego poranka za kradzież powieszony i jest poddawany w theatrum anatomicum sekcji zwłok. Ci wystrojeni medycy patrzą ponad nim w atlas anatomiczny Vesaliusa i robią sekcję w sposób, w jaki się jej nie robi! Zaczynają od ręki i to tylko z pozoru lewej. Rembrandt znał anatomię, ale spłatał figla rozumowi, medycynie, władzy i mieszczaństwu – po to, byśmy widzieli, że po raz drugi ta władza, pieniądz, pycha karze rękę, która sięgnęła po cudzą własność. Rembrandt wiedział, co się stanie, to, co dziś obserwujemy: zespolenie władzy, pieniądza, medycyny, rozumu w jeden węzeł. Ten obraz to opowieść o władzy nad ciałem sprawowanej przez medycynę, politykę, rozum i pieniądz.

Człowiek stał się przedmiotem…
Nawet zabawką. Wraz z odkryciem elektryczności niektórzy lekarze w XIX w. jeździli po Europie i pokazywali, co można robić ze zwłokami przestępców, gdy podłączy się je do prądu. Że ich ciała będą się poruszały, twarze wykrzywiały, a palce wskazywały widzów. Reakcje były różne, jedni mdleli, inni mieli atak serca, a jeszcze inni chcieli, by straconych szubieniczników – rzekomo przywróconych do życia – powiesić ponownie albo wychować na uczciwych i ożenić. Już więc nie Bóg decydował o zmartwychwstaniu: martwe ciała dzięki medykom i elektryczności „ożywały”, a ludzie weszli w miejsce stwórcy. Anatomowie i artyści chcieli zobaczyć, czy sztuka przedstawia rzetelnie obraz ukrzyżowania i do dziś w Royal Academy of Arts w Londynie przechowuje się „Anatomiczne ukrzyżowanie” – gipsowy odlew zwłok powieszonego, którego odarto ze skóry i przybito do krzyża. To studium ukazuje brutalnie, że już nie możemy zmartwychwstać tak, jak chce religia. Dyskurs medyczny zastępuje wiarę. Od podobnych rzeczy zaczyna się nowoczesna medycyna, która – nie licząc jej wielkich osiągnięć – doprowadzi i do eksperymentów doktora Mengelego. Bo biowładza to władza nad ciałami. Zeświecczona, odarta ze świętości władza nad człowiekiem w jego biologicznym wymiarze. Ma jasne strony, ale i mroczną postać.

Kiedy się tego słucha, jeży się włos na głowie!
I kultura europejska protestuje! Pierwsza kobieta – Mary Shelley. Chodzi na wykłady medyczne, dyskutuje o tym, jakie potwory stworzyć może umysł medyka i pisze „Frankensteina”. Powstają też „Doktor Jekyll i pan Hyde” oraz „Porywacz ciał” Roberta Louisa Stevensona. Bram Stoker pisze „Drakulę” zainspirowany sprawą Kuby Rozpruwacza – jak mówię studentom – pierwszego człowieka nowoczesnego, który był, jak się podejrzewa, jednym z dziwnych londyńskich medyków, skoro tak sprawnie dokonywał operacji na ofiarach. Mamy więc reakcje kultury wysokiej, a potem masowej – kino niemieckie i choćby „Gabinet doktora Caligari”. Dziś te postaci nadal żyją w nas, ale już bez świadomości grozy, i dlatego możemy wierzyć w medycynę i nie chcemy wiedzieć, na jakiej potworności wyrosła.

Ale dyskutujemy o potwornościach: eutanazji dzieci i śmierci mózgowej. Czy jest równoznaczna ze śmiercią, a więc czy pobieramy organy od nieżywych, czy żywych...
Jesteśmy zaniepokojeni tym, co się dzieje z medycyną, ale by uśpić lęk – śmiejemy się z tych, którzy protestują przeciw jej postępowi. Nauka świat odczarowała, ale sama jest niepojęta i opresyjna. Sztuka dziś nie protestuje przeciw biowładzy – powiela bunty, o których wspominałem, albo idzie za dyktatem biowładzy, organizując pokazy anatomiczne czy dokonując wiwisekcji na wartościach uniwersalnych, które się jeszcze ostały.

Stąd „Golgota Picnic” i miłość do doktora House’a, który choć odhumanizowany, ratuje ludzkie życie?!
Można mówić o medycynie w kategoriach skuteczności, nieskuteczności itd., ale ja chciałem porozmawiać o medycynie jako o pewnego rodzaju zaczarowaniu naszej świadomości, które to zaczarowanie kiedyś podlegało krytyce, a teraz już nie, bo biowładza przenika wszystkie sfery życia i nie widzimy, że lekarze stali się bogami, kapłanami naszego świata. Wygłaszają formułki, których przeciętny człowiek nie zrozumie. Nie wie, że jest czarowany choćby rytuałami szpitalnymi, jak obchód czy obdukcja. Oto kroczy najpierw arcykapłan ordynator, który może wszystko, a za nim kapłani i adepci… Wyróżniają ich utensylia, namaszczone gesty, odpowiednie formułki i stroje. Te stroje wynikają z potrzeby sterylności, ale też sterylność to znak: ja jestem czysty, a ty na swój sposób nieczysty. Czystość jest po stronie nowych kapłanów, po stronie sacrum, a my po stronie profanum, tego, co świeckie, więc nieczyste. Jesteśmy brudnymi chorymi obiektami poczynań medyków. Nie mamy podmiotowości, a więc i prawa do decydowania o swoim losie, o rodzaju terapii. Nie daje się nam rozeznania, co by nam pomogło, a co nie, za to serwuje się wyroki – orzeczenia kategoryczne, które mogą być błędne i często są.

„Zostały panu trzy miesiące życia”, bez: „zgodnie z moją wiedzą”.
I człowiek, który miał nadzieję, którego nadzieja mogła unosić, zostaje z niej odarty. Traci siły i wiarę, że mu się uda, a gdyby taką wiarę miał, to a nuż by się udało? A tak, nie ma już szans, bo lekarze jak kapłani mają sprzęt diagnostyczny, który pełni również funkcję magiczną, bo to on „obiektywnie” stawia diagnozę! I jak taką naukową diagnozę wróżbę podważyć?

Pod pretekstem mówienia prawdy medyk zrzuca też z siebie brzemię odpowiedzialności. A powinien – jeśli nie ma nadziei – towarzyszyć w odchodzeniu ze świata. Tak było, kiedy człowiek był podmiotem. Teraz jest numerem choroby. W ferowaniu wyroków śmierci jest też pycha. Bezkarna, bo gdy zaskarżymy lekarza, zderzamy się z solidarnością kapłańskiej kasty pewnej swojej naukowości, która zagarnęła miejsce religii, magii i innych mentalnych porządków, które pomagały nam ongiś rozumieć i ogarniać świat.

Jeśli nawet, to czy my nie powinniśmy wiedzieć, kiedy umrzemy?
Nie powinniśmy. Życie staje się wtedy oczekiwaniem na dzień egzekucji. Przemieniamy się, ale punktem podstawowym naszych działań i myśli staje się dzień śmierci – i nie działamy już na rzecz życia. Stajemy się na swój sposób zombi. I dziś mamy do czynienia z polityką zombi tworzącą z nas żywych nieżywych: otumanionych lekami, otumanionych dyskursem lęku. Ot, czytam na przykład o komarach: w Polsce jest ich 50 gatunków, nie są groźne, ale – uwaga! – lada moment mogą się stać!

Skoro lekarz konwencjonalny jest bogiem kapłanem, to kim jest lekarz alter- natywny, zwalczany przez kolegów często z tej samej uczelni?
Kapłan zwalcza heretyka, czyli i lekarza, który idzie własną drogą, wyrzekając się wszechmocy konwencjonalnej medycyny. I mamy kolejną podpowiedź, dlaczego ci, którzy usłyszeli od kapłanów medycyny wyroki śmierci, nie idą do tych, którzy mogliby im powiedzieć coś innego. Nie idą, bo to heretycy rozumu i naukowości. Naznaczeni! Heretyków się naznacza i każdy, kto ich dotknie, zostaje też naznaczony. Lekarze niekonwencjonalni są więc niczym czarownice, które leczyły ziołami, a potem były oskarżane przez tych, którym pomogły. Działał ten sam porządek: chęć wymazania naznaczenia, które się przydarzyło, gdy prosili o pomoc kogoś, kogo nie wolno prosić. Polowania na czarownice rozgorzały w XVI–XVII wieku, gdy pojawiła się nowoczesna nauka, bo to dla niej zielarki były konkurencją. Wrzask, który się podnosi, gdy idziemy do lekarza niekonwencjonalnego, ma więc także wymiar ekonomiczny, dajemy zarobić konkurencji.

Mamy przecież demokrację?! W jaki sposób biowładza jest sprawowana?
Dyscyplinuje nas standardami mądrego i racjonalnego postępowania, które – niepisane – fruwają w powietrzu. Jak bohater komedii „Mieszczanin szlachcicem” nie wiedział, że mówi prozą, tak my nie wiemy, że jesteśmy we władzy dyskursu biowładzy. Foucault pisze, że ten dyskurs daje jednym prawa do orzekania o losie innych i marginalizuje pozostałe drogi, dyktując praktyki postępowania ze sobą samym. Trzeba im sprostać, bo inaczej spotka nas kara, czyli choroba. I nam się wydaje, że sami stanowimy o sobie, sami wybieramy ścieżkę leczenia. Tymczasem nie mówimy, lecz „jesteśmy mówieni”, bo zewsząd nas pouczają, że tędy się chodzi „normalnie”, a tamtędy „przesądnie”. Za naszym z pozoru wolnym i racjonalnym wyborem stoją miliardy słów i obrazów, które wskazują drogę. Masz się zapisać do takiej instytucji, łykać leki, które ci przepisano, i pokornie pozwolić sobie robić zastrzyki w pupę. A jak nie, zostaniesz napiętnowany i trzeba się od ciebie trzymać z daleka. Człowiek albo należy do systemu, albo trafia poza jego granice. Wolałbym dostać moje pieniądze, które poszły na ubezpieczenie zdrowotne, i sam decydować, jak, gdzie i czym będę się leczyć. Jednak zostały one oddane systemowi, co ogranicza moją wolność. A tam, gdzie ją mam, sugeruje się mi upojnie, co jest dobre, a co złe w trosce o zdrowie.

Ograniczeniem jest m.in. lista dopuszczalnych leków. O takiej sytuacji mówi oscarowy film „Witaj w klubie”. Jak ratować się przed biowładzą?
Odczarowywać ją, czyli o niej mówić. Skoro jest węzeł gordyjski, ale nie ma miecza do jego przecięcia, bo mogłaby nim być władza polityczna, a jest powiązana z władzą medyczną, to spróbujmy go rozluźnić. Szukajmy lekarzy, wielkich lekarzy, którzy nie dali się zwieść dyktaturze jednego paradygmatu, tej pozornej naukowości, redukcji człowieka do ciała mechanizmu, nie dali się zwieść Kościołowi medycyny. Ja sam, mając różne dolegliwości, wiem, że najlepiej pomagają środki bogate. Medycy powinni zatem dokonać integracji różnych widzeń, metod, paradygmatów – taki jest ratunek. Nie może być myślenia albo-albo. Rozdwojona wizja jest wizją diabelską. Nie na darmo diabolos to „rozdwojnik, kłamca”. Obie strony muszą zaakceptować siebie, bo i jedni, i drudzy mają część racji, tylko część.

Zbigniew Mikołejko, profesor, filozof i historyk religii. Kieruje Zakładem Badań nad Religią w PAN. Autor wielu książek, m.in. „Żywoty świętych poprawione” i najnowszej – „We władzy wisielca. Z dziejów wyobraźni Zachodu”.

  1. Psychologia

Demokrację trzeba odebrać politykom - rozmowa z profesorem Marcinem Królem

Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo. (Fot. iStock)
Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo. (Fot. iStock)
Gdyby rządzenie przez narzucanie innym swojej woli oceniać racjonalnie, to okazałoby się, że to w ogóle nieskuteczna metoda. Nie motywuje podwładnych do wysiłku, nie mówiąc o współpracy. Dlaczego mimo to ludzie chcą zdominować innych? Jaki widzą w tym sens? – odpowiada profesor Marcin Król, filozof polityki.

Artykuł archiwalny - "Zwierciadło" 2017

Odpowiedź na te pytania jest zasadna tylko wtedy, gdy przyjmiemy, że ludzie są racjonalni w swoim postępowaniu. Jednak od niesłychanie dawna wiemy, że ludzie są przede wszystkim, a co najmniej również, targani namiętnościami. Te namiętności kierują człowiekiem niezależnie od stanowiska, jakie sprawuje, wykształcenia, czasów, w których żyje. Grę namiętności widać u Szekspira, tak było w starożytnym Rzymie, tak jest dzisiaj. U każdego, bez względu na to, czy ten ktoś został kierownikiem poczty, czy wybrano go na premiera, może się ujawnić chęć dominacji nad innymi.

Dlaczego u jednych się ujawnia, a u innych nie?
Jednoznacznej odpowiedzi nie ma. To, czy chcemy dominować, czy nie, zależy po prostu od ludzkiej natury. Jestem głęboko przekonany, że z natury jesteśmy różni, także w pojmowaniu władzy. Churchilla zupełnie nie interesowało dominowanie nad ludźmi ani wtedy, gdy był premierem, wielkim przywódcą, ani kiedy już nim nie był. Jego interesowało załatwianie spraw, które uważał za słuszne dla kraju, a ludzi traktował niesłychanie życzliwie, no, chyba że się zirytował. Z drugiej strony – wybitna postać, zresztą współczesna Churchillowi, czyli de Gaulle, był człowiekiem niesłychanie mądrym, rozsądnym, a jednocześnie miał wielką potrzebę absolutnej dominacji nad innymi. Kiedy na wygnaniu w Anglii zakładał pierwsze biuro Komitetu Wolnych Francuzów, było ich raptem sześciu na krzyż, ponieważ de Gaulle już wtedy tak bardzo chciał dominować, że skądinąd wybitny Jean Monnet, jeden z założycieli wspólnej Europy, nie mógł z nim współpracować, nie wytrzymał jego władczości. Psychologia pewnie szuka przyczyn takich zachowań w dzieciństwie tych osób, ja natomiast myślę, że wpływ na to ma po prostu charakter.

Psychologowie mówią, że winna jest też poniekąd sama władza, która radykalnie zmienia ludzi.
To prawda, znamy takie przykłady, że normalny, spokojny, przyzwoity człowiek, postawiony na ważnym stanowisku, używa tej władzy bez opamiętania. Ale ja chciałbym zauważyć jeszcze inne zjawisko, w pewien sposób wyjaśniające przyczynę władzy, która pojawia się także w bliskich relacjach. Otóż czasami ludzie przejawiają chęć poddania się dominacji tak zwanej silnej władzy, to zjawisko zarówno teoretyczne, jak i praktyczne. W różnych badaniach socjologicznych ludzie przyznają, że lubią silną władzę, natomiast dość krytycznie odnoszą się do słabej. Przy czym słaba władza to według nich ta nienarzucająca jedynie słusznych rozwiązań, tylko proponująca wspólne działania, otwarta na dialog. Natomiast silna narzuca rozwiązania, decyduje, co jest dobre, a co złe. Powstało złudzenie wspierane przez polityków, że silna władza lepiej rządzi niż słaba. Tymczasem nie ma na to żadnych dowodów. Ani w historii filozofii, ani w historii w ogóle. Ta teza jest na pewno nietrafna, natomiast prawdą jest, że istnieje grupa ludzi, którzy chcą być zdominowani, którzy lubią silną władzę, stanowcze decyzje, jednoznaczne sytuacje.

Co im się w takiej władzy podoba?
To, że sami mogą uciekać od decydowania. Tacy ludzie wolą, żeby ktoś im narzucał decyzje, niż żeby sami mieli je podejmować. To, niestety, częste zjawisko. W Ameryce od dawna istnieją ruchy wodzowskie, na przykład tak zwane grupy białych rasistów, na których czele stają samozwańczy wodzowie, a ludzie im salutują, uważając ich za półbogów, od których oczekują wskazówek, co mają robić, jak żyć. To bardzo niebezpieczne zjawisko w życiu społecznym.

Może się bierze z kompleksów?
Trochę tak, ale dla mnie istotniejsze jest to, dlaczego ludzie dają na takie rządzenie przyzwolenie. Oczywiście, część się buntuje, ale znaczna część temu przyklaskuje, i to jest moim zdaniem wyjątkowo groźne w demokracji. Pojawiają się często głosy, które mnie strasznie irytują, a mianowicie, że w demokracji większość ma rację. To nonsens! Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo.

Większość nie ma racji, tylko ma powierzoną – na pewien czas – przez resztę troskę nad tymi wartościami. Koniec kropka. Większość nie ma prawa narzucać swoich wartości. One są w demokracji wspólne, na tym w ogóle polega demokracja, w przeciwnym razie moglibyśmy po prostu uznać, że ten, kto wygrał i ma większość, robi, co chce, i jest pozbawiony kontroli.
Powoływanie się na to, że coś trzeba przeprowadzić tylko dlatego, że chce tego większość, jest groźne. Ważne, żeby przestrzegać wartości, które są naczelne dla demokracji. Oczywiście, sposoby realizacji tych wartości mogą być bardzo różne, bo na tym polega problem, że nie wiemy dokładnie, jak osiągać wolność, sprawiedliwość, równość, dobrobyt, więc się o to spieramy, natomiast o same te wartości się nie spieramy, bo one stanowią fundament demokracji. Jeżeli większość podejmuje decyzje, które zagrażają wolności, to znaczy, że większość nie ma racji, najzwyczajniej w świecie.

Od władzy, jakiejkolwiek, także w relacjach, powinno się wymagać więcej?
Nie wiem, czy więcej, ale powinno się wymagać przede wszystkim respektowania wartości demokratycznych, o ile, oczywiście, chcemy żyć w demokratycznych państwach, społeczeństwach, rodzinach. W demokracji władza, owszem, ma prawo wpływać na rzeczywistość, rozwiązywać problemy, ale nie ma prawa wpływać na wartości, bo te są wspólne dla wszystkich ludzi szanujących demokrację. Władza nie jest od majstrowania wartościami, władza jest od sposobów dochodzenia do nich, bo na to się zgodziliśmy, przyjmując demokrację.

Dzięki psychologii już wiemy, że autorytarne dominowanie w relacjach międzyludzkich się nie sprawdziło. Jak przełożyć tę wiedzę na skalę społeczną, polityczną?
Napisałem na ten temat książkę „Pora na demokrację”. Uważam, że obowiązujący ostatnio typ ustroju demokratycznego się przeżył, trzeba szukać innych rozwiązań.

Jakich?
Ba, jakbym wiedział, tobym powiedział. To się nie dzieje w głowie kogokolwiek, tylko w ruchach społecznych, które muszą doprowadzić do tego, że demokracja przestanie być instytucjonalna, partyjna, a zacznie być oddolna, bardziej żywa, radosna. To nieprawda, że wybory są świętem demokracji, są zwieńczeniem bezwzględnej partyjnej walki. To smutne, że oddajemy głos i bardzo niewielu z nas czyni to z entuzjazmem. I dopóki nie przywrócimy takim aktom jak głosowanie rzeczywistej wartości, nie tylko racjonalnej, ale i emocjonalnej, innymi słowy – dopóki demokracja nie będzie radością, dopóty nie wiemy, po co ona jest. Dlatego uważam, że trzeba demokrację odebrać politykom, to zresztą już zaczyna się dziać, także w Polsce, czego przykładem jest ruch Razem. Zmiana to kwestia czasu, podejrzewam, że bez miękkiej rewolucji się nie obejdzie, trzeba polityków po prostu przepędzić.

Co pan by powiedział rządzącym?
Żeby pamiętali – można rozumieć to religijnie, a można i nie – że świat jest łez padołem, że mimo różnic musimy żyć razem. Niech politycy nie próbują dostarczać nam szczęścia, niech dostarczą autobusów na przystankach o właściwej godzinie. Władza nie powinna nas uszczęśliwiać, tylko organizować i ułatwiać ludziom życie.

Marcin Król profesor, filozof polityki, historyk idei, wykładowca akademicki, publicysta, przewodniczący rady Fundacji im. Stefana Batorego.

  1. Psychologia

Jacy ludzie uzależniają się od władzy?

Od władzy uzależniają się osobowości zadaniowo-ekstrawertyczne, gdyż poprzez władzę i kontrolę uzyskują poczucie bezpieczeństwa. (Fot. iStock)
Od władzy uzależniają się osobowości zadaniowo-ekstrawertyczne, gdyż poprzez władzę i kontrolę uzyskują poczucie bezpieczeństwa. (Fot. iStock)
Uzależnienie od władzy bywa zazwyczaj objawem tego, że się za bardzo w środku nabrudziło, nazbierało. A to kąśliwych uwag współmałżonka, a to ocen negatywnych od szefa, a to zazdrości wobec bliźnich, pozbieranej już z własnej woli. Potrzebny jest wtedy serwis dla emocji, bo bez tego wojna o władzę w domu toczy się bez końca.

Są tacy, którzy z racji zalet charakteru i wrodzonej umiejętności wpływania na ludzi zwanej charyzmą są do władzy predestynowani i często wypychani. Władza nie jest podstawowym źródłem ich życiowej satysfakcji, raczej kompetencją zawodową. To ludzie tzw. dobrej roboty, którzy nie pchają się do władzy, bo nie muszą dzięki niej potwierdzać swojej wartości i znają ciężar odpowiedzialności z nią związany. Gdy ich mandat wygasa, odczuwają ulgę i z radością wracają do swoich pasji. Wyróżnia ich to, że ocenę własnej wartości mają zakorzenioną w egzystencjalnym poczuciu bycia w porządku. Takim ludziom nie grozi uzależnienie od władzy. Komu więc grozi? – dyskutują psychoterapeuta Wojciech Eichelberger, coach Iwona Firmanty i doktor psychologii Tomasz Srebnicki.

Władza mi smakuje!

Wojciech Eichelberger: Uzależnienie grozi tym, którzy władzę samą w sobie uznają za coś atrakcyjnego. Gdy ją zdobędą, sycą się bez umiaru poczuciem wyniesienia, wpływu, byciem na świeczniku; mają parcie na szkło. Jedna z typologii psychologicznych dzieli ludzi na dwa rodzaje: task-oriented albo ego-oriented, czyli zorientowanych na zadanie albo na siebie. O tych pierwszych mówiliśmy wcześniej. Dla tych drugich władza jest wartością samą w sobie, bo leczy ich niedowartościowane ego. Jest jedynym celem i sensem ich życia. Na ogół bywają samotnikami, bo inni są dla nich ważni jedynie jako instrumenty zdobywania i utrzymywania władzy.

Iwona Firmanty: Od władzy uzależniają się osobowości zadaniowo-ekstrawertyczne, gdyż poprzez władzę i kontrolę uzyskują poczucie bezpieczeństwa. Władza jest zbroją chroniącą ich niekiedy niższe poczucie wartości i dającą im odczuć, że jednak coś na tym świecie znaczą. Inaczej trudno im ten sens odczuć, gdyż kierują nimi egoistyczne: „ja”, „moje”.

Tomasz Srebnicki: Jako zwierzęta naczelne mamy potrzebę hierarchii. I wielu z nas instynktownie podporządkowuje się władzy. Nieliczni czują potrzebę jej sprawowania. Stworzenie hierarchii daje skuteczniejszą ochronę i ułatwia zdobywanie dóbr wszelakich: od jedzenia po przepisy prawa. Te jednostki, które w naturalny sposób przejmują władzę, pracują zazwyczaj dla dobra ogółu. Od władzy się nie uzależniają. Uzależnienie grozi tym, dla których jest ona sposobem na poradzenie sobie z wewnętrznym chaosem, często z lękiem. Władzę tego rodzaju można sprawować i w dużej organizacji, jak korporacja, i małej, jak małżeństwo. Zawsze jednak jej przejawem jest likwidowanie wszelkich przejawów demokracji, gaszenie każdej niesubordynacji.

Władza – studium rodzajów

Iwona Firmanty: Władzę można mieć nad przedmiotami, nad ludźmi, nad sytuacją. Władzę nad przedmiotami często sprawują ludzie o osobowości analitycznej, ale mający chaos w głowie. To ci, których nazywamy pedantami, mają zazwyczaj w głowie taki misz-masz, że kiedy zeszyt leży pod nieodpowiednim kątem, to jest dla nich zbyt wiele, a położenie go jak należy to sprawa życia i śmierci. Tygodniami będą wypominali, że pilot leżał z lewej, a ty go położyłaś z prawej strony stolika, bo gdy tracą władzę nad przedmiotami, przenoszą ją na człowieka, który zrobił bałagan.

Uzależnienie od władzy bywa zazwyczaj objawem tego, że się za bardzo w środku nabrudziło, nazbierało. A to kąśliwych uwag współmałżonka, a to ocen negatywnych od szefa, a to zazdrości wobec bliźnich, pozbieranej już z własnej woli. Potrzebne jest otworzenie emocjonalnego śmietnika w sytuacji kontrolowanej przez specjalistę, czyli serwis dla emocji. Bez tego wojna o władzę w domu toczy się bez końca.

Władza nad sytuacją

Katarzyna, 40-letnia właścicielka firmy, ma taką potrzebę władzy nad sytuacją, że swojej pracownicy nie pozwoli wydrukować jednej niepotrzebnej kartki. Jest gotowa zatrudnić kogoś, kto będzie stał przy drukarce i liczył kopie. Koszty takiego działania przerosną koszty ryzy papieru roztrwanianej dziennie, co potwierdza, że to działanie irracjonalne.

Katarzyna, kiedy była dzieckiem, wciąż słyszała, że jest niewystarczająco mądra, ładna, dobra. Ojciec zawsze miał jakieś uwagi, które sprowadzały się do tego, że Kaśka musi bardziej się starać. I tak się starała, że zaszła bardzo wysoko. Odczuwa ogromną niechęć do delegowania pracy, bo kto zrobi cokolwiek tak dobrze jak ona. Jej potrzeba kontroli i władzy jeszcze się nasiliła po śmierci ojca i przejęciu przez nią jego firmy. Jedyną bolączką, do której się przyznaje, jest nadwaga. Nie do opanowania mimo żelaznego charakteru, bo słodycze to jedyne antidotum na potrzebę bliskości.

Iwona Firmanty: Analiza transakcyjna Berne’a pomaga spojrzeć na człowieka jako na niekończący się dialog, nawet spór między trzema aspektami osobowości, czyli wewnętrznym Rodzicem, Dzieckiem i Dorosłym. W wypadku osób uzależnionych od władzy aspekt dziecięcy może być całkowicie wyłączony. Kiedy więc zapytałam Katarzynę, gdzie jest jej wewnętrzne Dziecko, czyli część odpowiedzialna za zabawę i bezradność, uczona od małego, że słabość jest zła, tak silnie wstrzymywała łzy, aż krew pociekła jej z nosa. Dopiero wówczas zaczęła szlochać. Nazywanie rzeczy po imieniu pomaga ogarnąć emocje. Potem dopiero nadchodzi czas na oduczanie się potrzeby władzy i kontroli.

Władza nad ludźmi

Elżbieta, singielka po trzydziestce, kieruje działem prawniczo-finansowym pewnej korporacji i gdy któryś z pracowników nie przychodzi do niej co jakiś czas i nie opowiada, co dzieje się w firmie, wzywa go do gabinetu i pyta: „Dlaczego ze mną nie współpracujesz? Przecież wiesz, że w naszym dziale są takie zasady, że obowiązuje transparentność komunikacji”. Elżbieta była kompetentna, ale styl zarządzania doprowadził do tego, że ludzie zdrowi psychicznie odchodzili, a ci z brudami z domu rodzinnego zostawali. Ona budziła w nich dobrze znane poczucie, że muszą się bardziej wykazać. Ale ich pracą też niedługo mogła się cieszyć, gdyż wkrótce dosięgały ich wypalenie i depresja.

Iwona Firmanty: Kogoś, kto chce wszystko kontrolować, możemy podejrzewać o brak zaufania do innych. Ale to wyraz braku zaufania do siebie. Bierze się on stąd, że albo ktoś naopowiadał im na ich temat wiele brzydkich rzeczy, albo nie pozwalał nabrać wiary w siebie, np. zabraniając skakać po drzewach tak, by się nauczyć, jak nie spaść. Potrzebę władzy mają też osoby nieukochane w dzieciństwie, wiele razy zawiedzione oraz te wychowywane na grzeczne dzieci.

I tak było w przypadku Elżbiety, trafiła do mnie, zaczęłyśmy pracę nad dzieciństwem i deficytami, jakie z tego czasu wyniosła. Broniła się przed tym, by uznać, że to, co jej dolega, bierze się z nieukochania. Czuła, że gdy to sobie uświadomi, rozsypie się jak pęknięty woreczek ryżu.

Miała jednak motywację, gdyż jej nowy facet powiedział, że odejdzie, jeśli ona nie wyluzuje. Elżbieta uczy się więc odpuszczać. Rozpisała razem z coachem dekalog zasad, jak odpuścić. Facet przestał pakować walizki, a pracownicy – pisać wypowiedzenia, bo ona zaczęła używać wyrazu „proszę”. Ale żeby nie było tak słodko, matka ją krytykuje: „Co się z tobą stało? Facet i pracownicy wchodzą ci na głowę!?”.

Usprawiedliwianie krwiopijcy

Tomasz Srebnicki: Liderzy cierpiący na uzależnienie od władzy nie wiedzą, że krzywdzą ludzi. Wnioskowanie moralne mają ograniczone, gdyż w ich oczach takie postępowanie jest uzasadnione. Postrzegają bowiem innych jako zagrożenie. Idą więc po trupach do władzy, manipulują. Czasem tak jasno identyfikują wroga, że staje się nim na przykład inna rasa. Że to myślenie patologiczne, nie trzeba dodawać. Statystycznie większość ludzi jest nastawiona na rozwój i współdziałanie, a nie na niszczenie i walkę.

Uzależnieni od władzy nie są najlepszymi liderami dla żadnej organizacji. Ich celem nie jest rozwój i osiąganie celów organizacji, ale pokonanie wrogów. Do czasu sprzyja im to, że władza daje charyzmę, a ta – społeczną aprobatę. W końcu jednak szef władzoholik wzbudzi niechęć podwładnych, a nawet doprowadzi do próby obalenia go. Ludzie bowiem, gdy władza nie służy ich rozwojowi, zaczynają z nią walczyć. Dla sprawującego ją ten opór to potwierdzenie patologicznych przekonań: „Jest tak, jak myślałem! Wokół sami wrogowie!” .

Co zrobić, jeśli mamy patologicznego szefa? Najlepiej zwolnić się z pracy. Konsekwencje wynikające z walki z nim są zbyt duże. Jeśli bowiem organizacja dopuściła do zarządzania tego typu osobę, to znaczy, że cała cierpi na podobną chorobę.

Ratunek dla władzoholika

Wojciech Eichelberger: Ludzie uzależnieni od władzy nie poszukują ani terapii, ani coachingu. Zagrożone poczucie wartości maskują przekonaniem, że niczego nie potrzebują, że są doskonali. Nie podejrzewają nawet, jak ogromne obszary ważnych uczuć, potrzeb i wspomnień wyparli ze świadomości.

Ratunek? Nie istnieje, póki sami nie poczują, że go potrzebują. Tylko życiowe tragedie lub gwałtowny nawrót sumienia w gronie najbliższych mogą naruszyć fortyfikacje ich zranionego ego. Tak jak to się przydarza w serialu „House of Cards”, wstrząsającej analizie uzależnienia od władzy. Bohater nieliczący się z żadną świętością dochodzi do najwyższej władzy w kraju. Lecz gdy żona, będąca dotąd lojalną sojuszniczką, nieoczekiwanie zachowuje się w sposób zgodny z ludzkim, moralnym instynktem, świat bohatera zaczyna się chwiać.

Domowy tyran

Tomasz Srebnicki: W mniejszych organizacjach, takich jak rodzina, władza nie jest potrzebna. W dobrych związkach, choć jedno zarabia więcej, drugie mniej, nikt nie próbuje nikomu narzucić swojej woli. W związkach z władzoholikiem jest inaczej. Zazwyczaj to mężczyzna podporządkowuje sobie kobietę. Bywa to powiązane z lękiem przed zdradą, a zdominowanie partnerki ma chronić dyktatora przed skrzywdzeniem.

W pewnym momencie każdy dyktator spotka się z oporem, a wówczas ma dwie strategie: nasila środki władzy, wprowadza skrajny terror. Drugi wariant tylko pozornie jest lepszy – ustępuje z władzy przy jednoczesnym pokazywaniu drugiej stronie, ile na tym straciła. Wnosi o rozwód i zabiera dzieci tylko po to, by ona nie miała do nich dostępu.

Co więc zrobić, gdy wyszło się za mąż za uzależnionego od władzy? Warto postawić sobie pytania: Dlaczego nie stawiam mu granic? Jakie korzyści z tego czerpię? Czy postrzegam siłę mężczyzny jako potwierdzenie mojej atrakcyjności? Może jako gwarancję bezpieczeństwa? A siebie czy postrzegam jako słabą? Czy siła gwarantuje udany związek? Silny nie jest zainteresowany bliskością, bo walczy, widzi wszędzie zagrożenie i na nie reaguje. A więc czy nasza relacja to miłość, czy patologiczny układ władzy? A może znoszę to, że mąż sprawuje nade mną władzę, bo na urodziny kupił mi porsche i ja mogę pokazać je koleżankom. Czy prestiż to mój sposób na rozwiązanie problemów wewnętrznych?

Uzależnienia i sukces

Tomasz Srebnicki: Nie ma takiego rozpoznania: władzoholizm. Ale strategie radzenia sobie z problemami oparte na sprawowaniu władzy będą się stawać coraz popularniejsze, bo modelem sukcesu jest właśnie władza. Nawet artyści nie zabiegają dziś o artyzm, ale o nimb celebryckości, czyli chcą zostać kimś, kto zyskał podziw i tak sprawuje kontrolę nad ludźmi. Można wówczas więcej. A nawet trzeba, aby prowokować paparazzich.

Wojciech Eichelberger: Alkohol przenosi w krainę baśni i znieczula poczucie upokorzenia i lęku. Hazard? Daje obietnicę szybkich, łatwych rozwiązań, adrenalinę z magicznej gry z losem lub głos sumienia, który każe pozbyć się nieuczciwie zarobionych pieniędzy. Uzależnienie od Internetu to często przejaw kryzysu męskości i relacji między płciami. Każde uzależnienie jest daremną – bo objawową – próbą poradzenia sobie z jakimś wewnętrznym brakiem, konfliktem, lękiem czy kompleksem. Wzrost liczby uzależnień może wiązać się także z bezrobociem, biedą, poczuciem utraty wpływu na własne życie. To, jakie uzależnienie wybieramy, jest często sprawą przypadku: np. zranione poczucie wartości możemy reperować albo w walce o władzę, albo wcielając się we wspaniałego awatara w grze „Second Life” lub urządzając second life w alkoholowym ciągu.

  1. Psychologia

Kreacja rzeczywistości, czyli jak pomóc marzeniom się spełniać?

W procesie kreowania rzeczywistości trzeba uwzględnić każdy element, który wpływa na to, co pojawia się w naszym życiu. Wszystko to pochodzi bowiem z nas. (Fot. iStock)
W procesie kreowania rzeczywistości trzeba uwzględnić każdy element, który wpływa na to, co pojawia się w naszym życiu. Wszystko to pochodzi bowiem z nas. (Fot. iStock)
Wystarczy aktywować każdy z ośmiu elementów pełnego spektrum kreacji. Jak to zrobić i na czym to polega - tłumaczy Tom de Winter, nauczyciel praktyk duchowych i terapeuta z Holandii. Od wielu lat na całym świecie prowadzi warsztaty rozwoju, jest jednym z trenerów wyszkolonych przez Drunvalo Melchizedeka.

- Wszechświat jest kompletny - mówi Tom de Winter. - Każdy z nas też. Jedna komórka ciała zawiera wszystkie cechy danego człowieka, powiększona może się nim stać. Bo jest pełnią. Jeśli coś z niej wykluczysz, nie będziesz kompletny, nie stworzysz siebie doskonałego. Podobnie jest z procesem kreowania rzeczywistości. Trzeba uwzględnić każdy element, który wpływa na to, co pojawia się w naszym życiu. Wszystko to pochodzi bowiem z nas. To co wewnątrz ujawnia się na zewnątrz.

1. Myśli

Zastanów się dobrze, czy jesteś świadomy każdej swojej myśli. Tego, co pojawia się w umyśle przez 24 godziny na dobę. Myśli to energia, substancja. Każda z twoich myśli przejawi się w końcu w rzeczywistości. Stanie się rzeczą. Warto mieć tego świadomość. Najlepiej, by nasze myśli były pozytywne i jasne. Dobrze jest traktować je jak wyrażanie życzeń. Myśli są wytworem umysłu, a ten jest niezwykle kreatywny. Jedno pytanie, a wiele, wiele odpowiedzi, które rodzą chaos w naszym życiu. Kreatywność umysłu może się wydawać potęgą, ale ona nas gubi. Jeśli jesteśmy naprawdę świadomi siebie, naszym umysłem staje się serce. Wówczas myśli wyrażają jego pragnienia. A w miejsce serca pojawia się umysł - nie rządzą wtedy nami sprzeczne emocje. Umysł w momencie kreacji jest cichy, „mówi” serce. Ono się otwiera, gdy jesteśmy świadomi. W tym stanie znika nasze ego, a autentyczne „ja”, ta boska istota w nas, rozrasta się i kreuje rzeczywistość. Żeby tworzyć, trzeba być tu i teraz, w pełni świadomym każdej myśli, która jest w nas. Myśli innej osoby nie możemy zmienić, własne możemy dowolnie wybierać.

2. Uczucia

Kiedy pracujemy, wykonujemy różne absorbujące czynności, nasz mózg pracuje, „produkując” szybkie wibracje fal beta. To jest rzeczywistość, w której żyjemy. Wówczas mało czujemy, bardziej wiemy. Wiedza jest w naszych czasach ceniona, tymczasem tworzenie z przestrzeni serca polega na tym, żeby dotrzeć do autentycznych uczuć. Kiedy relaksujemy się i medytujemy, przechodzimy w stan alfa, wibracje fal mózgowych zwalniają. I tylko wtedy tak naprawdę jesteśmy obecni w danej chwili. Podczas praktyk medytacyjnych możemy obserwować nasze myśli i uczucia, które się pojawiają. I pozwalać im odpływać. Koncentrujemy się jedynie na oddechu tak, byśmy w pewnym momencie doświadczyli stanu pustki. Pełnego wyciszenia, kiedy nie myślimy. Wtedy przychodzą właściwe odpowiedzi na pytania. Mądrość jest w nas, wystarczy się tylko w nią wsłuchać. Przemawia do nas językiem uczuć. Żeby żyć autentycznym „ja”, czyli bezwarunkowo kochać i przeżywać prawdziwą radość, najpierw trzeba przepracować niższe stany emocjonalne. Wyczyścić je. Dlatego powinniśmy przyjmować każde uczucie i myśl, które do nas przychodzą. Najgroźniejszym wrogiem kreacji jest ignorancja. Wszystko to, czego nie chcemy zobaczyć, od czego się odwracamy, a zwłaszcza to, czego nie chcemy poczuć - wraca do nas zwielokrotnione. Gdy doświadczamy trudnego uczucia, przyjmijmy się, poobserwujmy, pooddychajmy do niego podczas medytacji, a odejdzie. W ten sposób uwalniamy się od negatywizmów. Oświecenie jest proste - należy być światłym, nie żyć w ciemności negatywnych uczuć. Proces kreacji zachodzi, kiedy jesteśmy scentrowani, ześrodkowani.

3. Emocje

Istnieje hierarchia emocji.

  • radość
  • lęk
  • gniew
  • depresja
  • apatia

Nie poczujemy autentycznej radości, jeśli nie doświadczymy każdego ze stanów wypisanych pod nią. Po apatii pojawia się depresja (z nimi często występuje poczucie winy i wstydu). Gdy wychodzimy z depresji, wpadamy w złość. Wyrażony gniew skutkuje strachem, ale gdy już przestajemy się bać, czeka nas radość. Żadnego z tych stanów nie wolno ignorować. Jeśli to robimy, projektujemy uczucia na innych. Gdy na przykład wypieramy złość, szybko zauważymy że otaczają nas gniewni, agresywni ludzie. Kiedy boimy się własnego smutku, mamy kontakty z osobami, którzy go okazują. Co inni bowiem są naszymi lustrami. To jest nauka o nas samych. To pomoc, bo umiejętności umysłu doskonale potrafią okłamywać nasze uczucia. One jednak cały czas w nas są. Emocje to tylko energia, którą możemy dowolnie zmienić, jeśli ją rozpoznamy i przyjmiemy. Dlatego dziękujmy za każdą, która do nas przychodzi. Przyjmijmy ją. Jeśli jest trudna, poprzez wyrażenie jej i obserwację, transformujemy ją. Wykrzyczana w sposób nieraniący drugiego człowieka złość, przeradza się w witalną energię pomagającą działać. Kiedy wejdziemy w lęk i poczujemy go, czekają nas przyjemne, radosne doznania. Jeśli nie będziesz się bać, kiedy odczuwasz lęk, nie jesteś sobą. Jeśli nie jesteś sobą, co kreujesz? Nie to, czego pragniesz.

4. Intencja

Czy zadałeś sobie kiedyś pytanie, jaka jest intencja twojego życia? Po co jesteś na tej planecie? Czego chcesz się nauczyć? Czego doświadczać? Prawdziwe odpowiedzi są jasne. Klarowne. Bo płyną z serca. Potrzeba świadomości i ciszy, żeby je usłyszeć.

5. Uwaga

Żeby skutecznie kreować, potrzeba żyć w tej rzeczywistości. Ona jest jedna. Wszystko dzieje się tu i teraz. Od chwili obecnej zależy przyszła. Teraz tworzymy. Nic nie staje się, co by już nie istniało.

6. Oczekiwania

To naturalne, że mamy wobec życia oczekiwania. Właściwie to ciągle czegoś chcemy. Trzeba jednak być bardzo świadomą istotą, żeby czuć czy nasze oczekiwania pochodzą z poziomu duszy, czy z ego. Spełniają się tylko te pierwsze. Jak je rozpoznać? Gdy czegoś pragnie twoja dusza, w brzuchu czujesz jakby tańczyły ci motyle, przepełnia cię czysta radość. Jednocześnie nie racjonalizujesz, nie wymyślasz tysiąca scenariuszy, umysł jest cichy i spokojny.

7. Słowa

One mają moc, energię. Zadbaj o to, żeby były łagodne, pełne dobrych uczuć i nie natarczywe. Ale prawdziwe. Żeby wyrażały to, co czujesz. Słowem możesz zranić albo błogosławić. Energia każdego wypowiedzianego słowa wraca do ciebie. Dlatego warto świadomie wybierać słowa.

8. Świadomość

Dla energii myśli i uczuć nie ma żadnych ograniczeń, nie liczy się czas ani przestrzeń. Możesz czuć emocje osoby, która przebywa na drugiej półkuli. Jak to działa? Zadzwoń do kogoś, kto przyszedł ci na myśl. Przekonasz się, że on także myślał o tobie. Żeby osiągnąć świadomość skalarną, trzeba podczas medytacji skoncentrowanej na oddechu, wejść w stan próżni, kiedy nie myślimy. W tym stanie możemy uzdrawiać. Możemy poczuć czyjś ból czy dyskomfort we własnym ciele i oddychając do tego miejsca, uzdrowić je. Ta druga osoba poczuje to samo. - Wchodząc do próżni, stajemy się Bogami - mówi Tom de Winter. - Możemy uleczyć siebie i kogoś, jeśli ten ktoś wyrazi taką wolę. W niczym nie jesteśmy ograniczeni, bo wszechświat to jedność. Jedność myśli i uczuć. Jest tak, jak czujemy. Nie ma Boga, który tworzy. Jest Bóg, który tworzy przez nas.

  1. Psychologia

Ludzie owładnięci uzależnieniem nie rozpoznają swoich pawdziwych uczuć, regulują je nałogiem

Uzależnienie polega na tym, że człowiek ma jakiś deficyt, poczucie braku uznania, miłości, zrozumienia, bycia ważnym.(Fot. iStock)
Uzależnienie polega na tym, że człowiek ma jakiś deficyt, poczucie braku uznania, miłości, zrozumienia, bycia ważnym.(Fot. iStock)
Ludzie owładnięci nałogiem po jakimś czasie stają się podobni. Nie rozpoznają już swoich prawdziwych emocji, powód to nałogowe regulowanie uczuć. Jak to wygląda? Kiedy jestem zła albo coś nie spełnia moich oczekiwań, uciekam w jedzonko. W mojej głowie pojawia się olśniewająca myśl, że jak sobie coś zjem, przestanę czuć to, czego nie chcę czuć, i będzie mi fajniej.

Marzymy o wolności, a często jej nie znamy, bo jeśli jesteśmy w szponach nałogu, to znaczy, że nie jesteśmy wolni. Takie twierdzenie nie budzi sprzeciwu, jeśli dotyczy bezdomnych narkomanów. Ludzie myślą: "Dopóki ja w takim stanie nie jestem, to nie ma problemu. Pracuję, zarabiam, żyję jak inni, wszyscy wokół robią to samo".

Wiemy, że można się uzależnić od substancji, od leków, alkoholu, hazardu czy jedzenia, nie dostrzegamy jednak, że również od zachowań i uczuć, na przykład od złości, od bycia ofiarą, zakochiwania się, zakupów. Albo od innego człowieka, męża czy dzieci. Nie zdajemy sobie też sprawcy, że można być uzależnionym od wielu rzeczy naraz. Oczywiście nie wszystkie uzależnienia są jednakowo groźne, uzależnienie od kawy nie zabija.

Ludzie mówią: uzależniłem się od jeżdżenia na rowerze. I nie mają racji - chyba że ktoś przestałby spać albo jeść, albo chodzić do pracy, tylko jeździł na rowerze. Nadużywamy tego słowa, to paradoks, bo przecież kiedy realnie jesteśmy uzależnieni, nie chcemy tego nazwać po imieniu, żeby mieć poczucie, że kontrolujemy sytuację. Uzależnienie polega na tym, że człowiek ma jakiś deficyt, poczucie braku uznania, miłości, zrozumienia, bycia ważnym. Przyczyna wiąże się z dzieciństwem, z tym, jak zostaliśmy wtedy przez najbliższych potraktowani. Czy zbudowano w nas poczucie własnej wartości. Jeśli go nie mamy, nie pomogą czerwone paski na świadectwach ani wysokie stanowiska. Jeśli dziecko nie jest kochane, to potem nie kocha siebie. Jako dorośli nie cieszymy się sobą, bo w dzieciństwie się nami nie cieszono.

Ten brak nam doskwiera, więc jak się na chwilę uda dziurę zapełnić, to przychodzi moment ukojenia. A łatwiej to zrobić przez uzależnienie niż szukać oparcia w sobie. Jeżeli seksoholik czuje napięcie, a nauczył się, że ejakulacja go od niego uwalnia, to powtarza zachowanie przynoszące ulgę. Wydaje mu się, że znalazł łatwy sposób na poprawę nastroju. Po jakimś czasie nie działa to już tak świetnie, ale on pamięta chwile, gdy czuł się jak król życia, i wierzy, że uda się je powtórzyć. To pierwszy etap psychologicznego uzależnienia. Stopniowo zaczynamy ustawiać życie pod możliwość korzystania z nałogu. Psyche współpracuje z nałogiem, pomaga nie widzieć związku między tym, że przestajemy robić zdrowe rzeczy, a zaczynamy robić coraz więcej chorych. To system zaprzeczeń. Nasza inteligencja zaczyna wypracowywać bardzo racjonalne dowody na to, że nie piję, nie ćpam, nie przejadam się, nie kupuję za dużo, że wszystko jest w porządku. Ja również mam swój system zaprzeczeń, stąd moje sprytne racjonalizowanie tego, że tak lubię jeść.

Nałóg wpływa na relacje, spłyca je, czasami je uniemożliwia. Zamiast doświadczeń związanych z ludźmi, mamy doświadczenia związane z tym, jak ukryć to, co robię. Oddalamy się od tych, którzy mają nam za złe nasze uzależnienie, od tych, których krzywdzimy. A w walce z nałogiem człowiek sam jest bezradny, wpada w stare koleiny, choć chce wierzyć, że kieruje swoim życiem.

Trzeba się nauczyć nie reagować automatycznie, zastanowić się, dlaczego lecisz do kuchni po jedzenie. Lepiej doświadczyć tego, przed czym uciekasz, czego nie chcesz doświadczyć. Nałogowe regulowanie uczuć oznacza, że zachowuję się, jakbym mogła sama je regulować, a to nie jest prawda, uczucia płyną, są, jakie są. Jeśli nie świeci słońce, do tego boli mnie głowa i jeszcze ktoś do mnie powiedział "ty raszplo", i ja lecę do sklepu po kieckę, chociaż nie mam pieniędzy, to znaczy, że próbuję regulować trudne uczucia. Daje mi to ulgę, ale można powiedzieć mocno: opuszczam samą siebie. To największe świństwo, że robimy sobie to, co kiedyś nam robiono. Bo prawdę mówiąc, jest nam źle w życiu dlatego, że kiedyś nas odrzucano, nie zauważano, nie słuchano, nie doceniano i myśmy to uzewnętrznili. Zamiast sięgać do siebie, swoich zasobów, sięgamy po używki. W uzależnieniu karmi nas coś z zewnątrz. Zdrowy człowiek ma swoje własne sposoby, żeby się dobrze czuć i używa ich regularnie. Dobre życie daje dobre samopoczucie. Jeśli się miało zbyt dużo złego samopoczucia, szuka się ucieczki, czyli czegoś z zewnątrz, co ma pomóc.

Na szczęście jeżeli człowiek się czegoś nauczył, to może się też oduczyć. Choć to niełatwe. Dopiero teraz potrafię powiedzieć sobie: "Możesz umrzeć, jak nie przyhamujesz z jedzeniem". Wiem, że muszę wprowadzić program odwyku. Każdy uzależniony musi pójść na odwyk. To cholernie nieprzyjemne, ponieważ świadomie mam odmawiać sobie jednej z największych atrakcji. Na szczęście istnieją metody wypracowane przez AA typu "ta chwila": w tej chwili tego nie robię. Przetrzymam chwilę, potem następną, a potem się za to pochwalę i będzie mi łatwiej wytrwać kolejną. Uzależnionym potrzeba też terapii, a najbardziej grupy terapeutycznej, dzięki niej ludzie widza coraz więcej. Przeglądając się w innych, dostają wsparcie. Pomocne w walce z nałogiem są nasze pasje, zainteresowania, słuchanie muzyki, tworzenie, śpiewa, taniec, przytulanie się, bieganie z dziećmi po ogródki, płodozmian zmęczenia i odpoczynku, bliskości innych ludzi i jednocześnie bliskość ze sobą. Chociaż, jak mówił doktor od alkoholików Bohdan Woronowicz, z kiszonego ogórka świeżego już nie będzie. Nałóg pozostanie w nas na zawsze.

Żyjemy w kulturze nałogów, braku i namiastkowego zaspokajania się. Próbujemy zasypać swoje deficyty, odeszliśmy od siebie, od tego, co ważne. Nie przypadkiem ostatnio słyszy się często: "bądź sobą". Nie chodzi o skupienie wyłącznie na sobie. Ważny mam być ja i ty, i oni też. Ważny naprawdę, a nie jako dawca chwilowej przyjemności czy korzyści.