1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Retromiłość. Dlaczego wracamy do przeszłości?

Retromiłość. Dlaczego wracamy do przeszłości?

Zawieszenie w przeszłości bywa rodzajem tarczy, ochrony przed jutrem, które może przynieść wiele złego. (Fot. Getty Images)
Zawieszenie w przeszłości bywa rodzajem tarczy, ochrony przed jutrem, które może przynieść wiele złego. (Fot. Getty Images)
Chęć zaopiekowania się swoimi nieuświadomionymi potrzebami, ukryta rodzinna historia, a może iluzja, że kiedyś to było lepiej? Co może stać za naszymi snami o tym, co minęło – pytamy psychoterapeutę POP Mateusza Ostrowskiego.

Czego ludzie najczęściej szukają w przeszłości?
Myślę, że może za tym stać – często nieuświadomiona – próba załatwienia czegoś z samym sobą, zaopiekowania się swoimi nierozpoznanymi potrzebami. Jedni zaczytują się w książkach historycznych o narodowych sukcesach, drudzy tworzą drzewo genealogiczne swoich przodków, jeszcze inni zanurzają się w traumę. Te wątki można mnożyć. Spojrzałbym na to wręcz jak na sny, które śnimy na jawie.

Co to dokładnie znaczy?
To oznacza, że jeśli ktoś ma na coś tak zwaną zajawkę, to w tym zamiłowaniu ukryta jest jakaś treść. Na przykład w tym, że ktoś zaczytuje się w literaturze dotyczącej zwycięskich szarż polskiej husarii, upatrywałbym się przekazu mówiącego, że szuka on w sobie siły i mocy,  zdolności do wygrywania, do przeciwstawiania się komuś czy czemuś.

Czy to może oznaczać, że taka osoba czuje się słaba?
Jeśli nie mamy do końca zintegrowanej siły, będziemy jej szukać, czasem właśnie nie wprost. Ten sen na jawie to rodzaj kompensacji, czyli w tym przypadku zaczytywanie się w historiach o zwycięstwach ma przynieść coś, czego mi brakuje – moc czy wiarę we własne siły. Wiele osób zainteresowanych jest na przykład wszystkim, co związane z Holokaustem. I tu szukałbym dwóch wątków. Po pierwsze, zajmowanie się traumą ludzi w przeszłości może oznaczać, że sam mam na swoim koncie traumatyczne przeżycie, którego nie przepracowałem.

Tylko pan to wyparł…
I wciąż wypieram. W niezrozumiały dla mnie sposób „przyciąga” mnie trauma innych ludzi, bo sam noszę w sobie coś trudnego. Zajmuję się więc swoim bólem, ale nie wprost. Kiedy ktoś zapyta, dlaczego tak interesuje mnie Holokaust, odpowiem na przykład, że „ważne jest mówienie o trudnych sprawach, bo jeśli się milczy, one potem wracają do nas, a nawet do kolejnych pokoleń, ze zdwojoną siłą”.

Czyli: rozpoznaję mechanizm, ale nie umiem odnieść go do siebie i do swoich przeżyć?
Tak, więc warto w takiej sytuacji zadać sobie pytanie, o jakich trudnych sprawach milczę – zamiast „uciekać” w przeszłość i w trudne historie innych ludzi. Zainteresowanie tym, co było, w tym wypadku należałoby zinterpretować w ten sposób, że to moja własna trauma, która może pochodzić z zupełnie innej dziedziny, próbuje „dobić się” do świadomości.

A drugi wątek?
Może być związany z tak zwanym szóstym zmysłem. Sam doświadczyłem takiej historii. Moje zainteresowania przez lata krążyły wokół kultury żydowskiej, w tym również wokół Holokaustu. Czytałem, szperałem. Dwa lata temu wygrzebałem informację, że moja praprababka była Żydówką i zginęła w Auschwitz. Nikt w naszej rodzinie o tym nie wiedział.

A pan jakby coś przeczuwał…
Dokładnie tak. I znam wiele osób, które właśnie w taki sposób, poprzez niezrozumiałą ciągotę do przeszłości, odkryły nieznaną historię swojej rodziny.

Rozumiem, że takie silne przywiązanie do przeszłości rzadko jest jedynie zwyczajną pasją?
Zwykle jednak coś się za tym kryje. Anne Ancelin Schützenberger w książce „Tajemnice przodków” używa pojęcia „krypty”. Coś z przeszłości, co siedzi w tej krypcie i nie jest do końca pogrzebane, wraca w nieuświadomiony sposób. I człowiek odczuwa przymus interesowania się czymś czy zachowywania się w określony sposób, ale nie wie, dlaczego tak się dzieje. Na przykład podczas terapii albo w jakichś innych − czasem przypadkowych okolicznościach − okazuje się, że jest w przeszłości historia, która próbuje się odkryć, dopełnić właśnie przez tę osobę. Tak było ze mną. Już w liceum pasjonowałem się kulturą żydowską, chciałem koniecznie studiować judaistykę, ale akurat w moim roczniku nie było naboru. Nie wiedziałem, o co chodzi. I ta tajemnica wyjaśniła się dopiero po kilkudziesięciu latach.

Są też osoby, które noszą w sobie poczucie jakiegoś długu wobec przeszłości.
Tak, to coś w rodzaju potrzeby upamiętniania. I nie musi wcale chodzić o kontekst rodzinny, to może mieć szerszy zasięg lokalny bądź narodowy. Są fascynaci przedwojennych pocztówek, rekonstruktorzy bitew, jeszcze inni walczą o stare budynki czy cmentarze. I to rzeczywiście jest jak jakiś dług wobec przeszłości, która chce być uhonorowana. Ktoś więc „musi” się tym zająć. Trudno zignorować fakt, że Wrocław nazywał się kiedyś Breslau, a znaczna część polskich miasteczek była sztetlami. I to się dzieje tym silniej, im wcześniej o czymś nie można było mówić albo można było mówić w określony sposób – Armia Krajowa była w PRL-u na czarnej liście, a poniemieckie ziemie dostały piastowską łatkę Ziem Odzyskanych. Przeszłość dopomina się uwzględnienia i szuka „swoich” ludzi.

Jest też cała rzesza osób, którzy promują przeszłość, w zasadzie bez żadnego konkretnego uzasadnienia, mówiąc tylko pobieżnie, że: „Kiedyś to było lepiej”.
Takie zawieszenie w przeszłości także pełni psychologiczną funkcję. Bywa rodzajem tarczy, ochrony przed jutrem, które może przynieść wiele złego – bo tak będzie widziała przyszłość osoba, która zanurza się w stare albumy czy zdjęcia z przekonaniem, że wtedy świat był lepszy. Oddawanie się przeszłości z jednej strony wpływa na nas kojąco, daje poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji, ale z drugiej – odciąga od przyszłości, sprawia, że mamy alibi, by unikać nowych zadań, wyzwań, no bo: „Po co będę próbować nowego, skoro fajne jest to, co było?”. Nadawanie minionym czasom tak silnej pozytywnej oceny może się wiązać z tym, że przyszłość stawiamy w opozycji i nadajemy jej ocenę jednoznacznie negatywną. Tego zabiegu dokonują często osoby, które boją się zmian, nowych wyzwań, nowych wzorców.

Czy to rodzaj ucieczki?
W takim wymiarze – raczej tak. Robimy unik. Oczywiście nie ma nic złego w interesowaniu się przeszłością. Jeśli jest ono zdrowe, czyli jeśli zachowane są proporcje. Posłużę się porównaniem do drzewa: ma i korzenie i gałęzie. Bez korzeni, czyli naszej przeszłości, drzewo się przewróci, ale bez przyszłości, nowych wyzwań i perspektyw, czyli gałęzi, które pną się ku słońcu – nie urośnie. Potrzebujemy jednego i drugiego. Przeszłości, która daje wsparcie, ale i przyszłości, która pozwala się rozwijać, po prostu żyć. Czasem mówię, że człowiek potrafi narkotyzować się dosłownie wszystkim, nie tylko alkoholem, seksem, kupowaniem nowych rzeczy czy siedzeniem przed komputerem. Niektórzy narkotyzują się właśnie przeszłością, by nie doświadczać nowego. Co nie oznacza, że należy odciąć przeszłość zupełnie – można być genealogiem, a można – nałogowym genealogiem... Mam wrażenie, że nawet jeśli ludzie niczym się solidnie nie narkotyzują, potrzebują jednak pobyć choć przez chwilę poza twardą, czasem bezlitosną rzeczywistością.

By złapać oddech?
Właśnie, każdy człowiek, nawet ten mocno stąpający po ziemi realista, potrzebuje czasem w coś odpłynąć, pośnić. Jedni śnią podczas snu, inni robią to na jawie, na przykład właśnie poprzez zanurzanie się w przeszłości: oglądają przedwojenne filmy, czytają książki sprzed wieku, kolekcjonują stare filiżanki czy dokumenty. W tym jest jakiś rodzaj magii, jakiś odlot w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

I to wentyl dla emocji?
Myślę, że dla niektórych tak. Jako dzieci się bawimy, jesteśmy wróżką czy Batmanem, często przebywamy w tej „innej” przestrzeni. A potem dorastamy, ale nadal potrzebujemy tych epizodów bycia „gdzieś indziej”. Zamiłowanie do przeszłości genialnie się tu sprawdza.

A wtedy tę przeszłość przy okazji też idealizujemy. Mówimy o dawnym, dobrym porządku świata, na przykład jasnym podziale społecznych ról, choćby podziale ze względu na płeć: kobieta była kobietą, mężczyzna – mężczyzną, o sile tych „właściwych” wartości i tak dalej...
To oczywiście iluzja. Bo tam też był chaos, tam też ścierały się ze sobą różne siły. Sądzę, że ten rodzaj zamiłowania do przeszłości jest raczej tęsknotą za jasnym podziałem spraw, za zero-jedynkowym światem, w którym jest tylko czarne i białe. Przeszłość umożliwia taki podział, bo tam wszystko już się dokonało. Jest bezpiecznie, jest stabilnie. Nie ma szarości, która dla wielu osób jest męcząca, niuanse uniemożliwiają łatwe postrzeganie świata, łatwe podejmowanie decyzji. Nie ma też obciążającego poczucia odpowiedzialności.

Rozumiem, ale nie ma też poczucia sprawstwa, a przecież jest ono dla człowieka bardzo ważne. Skoro wszystko już się dokonało, to na co ja mam wpływ?
W wyobraźni można być geniuszem, który dokonywał odkryć, a to wystarczy, żeby nakarmić potrzebę sprawstwa! Nigdy nie próbowałbym przekonywać ludzi, by nie zajmowali się przeszłością, bo tam – co jasno wynika z naszej rozmowy – kryje się wartość, ale trzeba umieć ocenić, czy akurat teraz w moim życiu faktycznie jest czas na zajmowanie się nią, czy może chowam się w niej przed wyzwaniami przyszłości. Namawiałbym zatem do bycia dobrym ogrodnikiem, który potrafi rozpoznać, czy teraz jest czas wzrostu korzeni, czy może jednak gałęzi.

Mateusz Ostrowski
, psychoterapeuta, członek Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapeutów i Trenerów Psychologii Procesu. Prowadzi terapię indywidualną, terapię par oraz warsztaty rozwoju osobistego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Zapas dobrej energii

Fot. Anita Suchocka
Fot. Anita Suchocka
Przypomina anioła i ma takie jak anioł zadanie, być stróżem w moim domu – mówi wokalistka Natalia Grosiak o drewnianym gołąbku.

Prawda, że przepiękny? Zobaczyłam go w São Paulo, w sklepie z rękodziełem ludów zamieszkujących północną Brazylię. Nigdy w te rejony nie dotarłam, co mi się marzy, bo to ziemie, gdzie rzadko docierają turyści. Do tego sklepu zaprowadziła mnie Fernanda Cardoso, producentka muzyczna, którą poznałam na Red Bull Academy w Melbourne w 2006 roku. Potem dwukrotnie odwiedziłam ją w São Paulo, razem nagrywałyśmy muzykę, do tej pory się przyjaźnimy.

Gołąbek od razu przykuł moją uwagę. Dostojny, cały w koronie z promieni. Przypomina anioła, a nawet ukrzyżowanego Chrystusa. Jest dowodem na to, jak pięknie mieszają się kultury, ile w nich jest podobieństw. Od Fernandy dowiedziałam się, że rzeźby gołębi w kulturze brazylijskiej służą do tego, żeby wieszać je na ścianach, ponieważ odganiają złe duchy. Dlatego ten gołąb przyjechał ze mną do Polski i przez dziesięć lat wisiał w moim mieszkaniu przy ulicy Wesołej we Wrocławiu. Niedawno przeprowadziliśmy się do domu na Biskupinie. I pierwsze, co zrobiłam, zanim przywieźliśmy rzeczy, to dokładnie pozamiatałam całą przestrzeń, w każdym rogu postawiłam słoik z wodą i z solą, potem rozpaliłam białą szałwię i okadziłam nią cały dom. Następnie było długie wietrzenie. Wiem, że niektórzy mogą się z tego śmiać, ale dla mnie to takie rytualne przywitanie się z domem i wyproszenie starej, dla mnie obcej energii. Chodzi o to, żeby wejść do domu, który jest energetyczną białą kartką. Bo ja mocno wierzę w energię, wszyscy jesteśmy z niej zbudowani.

Tak więc, po całej dobie przygotowań, pierwszym mieszkańcem naszego domu został gołąb. Wisi zaraz przy wejściu, jest pierwszą rzeczą, którą widzi się po przekroczeniu progu. Powierzyłam mu zadanie czuwania nad domem. Wierzę, że dba o nas, że odgania wszystkie złe duchy. Dzięki niemu – jestem o tym przekonana – złe energie mają do nas wstęp wzbroniony.

Magiczne myślenie? Raczej pozytywne. Wydaje mi się, że najważniejsze, co może nas uratować, zwłaszcza teraz, w tych strasznie trudnych czasach, to właś­nie pozytywne myślenie, dobre intencje oraz wspieranie i przyjmowanie wsparcia. Także od takich magicznych gołąbków.

Natalia Grosiak, wokalistka, autorka tekstów, członkini zespołu Mikromusic. (Fot. Anita Suchocka) Natalia Grosiak, wokalistka, autorka tekstów, członkini zespołu Mikromusic. (Fot. Anita Suchocka)

  1. Psychologia

Po co nam pamięć? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Pamięć jest nam potrzebna, bo tworzy poczucie tego, kim jesteśmy. Naszą tożsamość. To zbiór odczuć i zdarzeń, z którymi się utożsamiamy. (Fot. iStock)
Pamięć jest nam potrzebna, bo tworzy poczucie tego, kim jesteśmy. Naszą tożsamość. To zbiór odczuć i zdarzeń, z którymi się utożsamiamy. (Fot. iStock)
Po co nam pamięć? Pamięć rodziców? Numerów telefonów? Pierwszego pocałunku? Po to, żebyśmy wiedzieli, kim jesteśmy, ale też jakie są nasze ograniczenia. Bo pamięć płata nam figle: zawsze subiektywna staje się filtrem, przez który widzimy świat. Dlatego żeby być szczęśliwi, czasem musimy ją „uzupełnić”, uważa psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

"Pamiętam nasze pierwsze lato nad morzem. I czekam, kiedy razem będzie nam znów tak dobrze jak wtedy” – mówimy i tkwimy latami w złych związkach. No i po co nam taka pamięć? Pamięć jest nam potrzebna, bo tworzy poczucie tego, kim jesteśmy. Naszą tożsamość. To zbiór odczuć i zdarzeń, z którymi się utożsamiamy: „Ja to przeżyłem”, „ja to zrobiłem”, „ja to cenię”. Albo odwrotnie: „Ja tego nie zrobiłem!”, „dla mnie to nic niewarte”. Albo jeszcze: „Mnie tę krzywdę uczyniono”. To pamięć wpływa na to, co uznamy za ważne, a więc też na to, co uznamy za warte oczekiwania. Wpływa więc na nasze obecne życie, bo to filtr, przez który patrzymy na świat. Dlatego może przeszkadzać w przekraczaniu dziecięcych i młodzieńczych doświadczeń i związanych z nimi przekonań. Mówimy czasem: „Wolałabym o tym zapomnieć”, a jednak chcemy pamiętać także to, co bolesne, bo utrata pamięci jawi nam się jako utrata siebie i budzi wielki lęk…

Bałabym się, że jeśli przestanę pamiętać, to zniknę!
No właśnie. Ale ludzie, którzy stracili pamięć, nie mają poczucia, że zniknęli. Spotykałem ich podczas moich praktyk na neurologii. Wprawdzie nie wiedzieli, jak się nazywają i skąd się wzięli, ale wiedzieli, że nie wiedzą. Mieli świadomość, że wymazało im się z pamięci całe poprzednie życie, że zaczynają od nowa. Ciekawe, że nie utracili umiejętności posługiwania się wyuczonym w dzieciństwie językiem ani umiejętności ruchowych, takich jak jazda na rowerze, ulubione tańce czy sporty. Zachowali także poczucie humoru, odruchy dobrego wychowania i wrażliwość moralną. Do dramatów dochodzi, gdy odnajdują ich bliscy. Okazuje się wtedy, że miłość i inne wyższe uczucia są sklejone z pamięcią. Jeśli nie pamiętamy twarzy ludzi, których kiedyś kochaliśmy, to nie odczuwamy wobec nich żadnych odruchów serca. A ich rozpaczliwe staranie o to, by być rozpoznanymi i kochanymi jak dawniej, stanowi niezrozumiały i bolesny spektakl. To oni przeżywają szok i traumę utraty ukochanego: partnera, rodzica czy dziecka. Traumę tym większą, że kochana osoba fizycznie istnieje w niezmienionej postaci – ma to samo ciało i język ciała, ten sam głos, te same oczy, ten sam zapach.

Bohater opartego na faktach fińskiego filmu „Człowiek bez przeszłości” traci pamięć po ciosie w tył głowy. Przygarniają go bezdomni, a on adaptuje się do nowej sytuacji, a nawet znajduje wśród nich jakiś wymiar szczęścia. Gdy po jakimś czasie odnajdują go bliscy, nie tylko nie rozpoznaje żony, z którą ma dwoje dzieci, ale w dodatku ani ciało, ani charakter tej kobiety mu się nie podobają. Nie może uwierzyć, że wybrał sobie taką żonę. Ze swoją pracą także się nie identyfikuje. Dziwi się, że był prawnikiem, a dom w bogatej dzielnicy jest dla niego obciachowy. Chce wracać do bezdomnych.

To tak jakby utrata pamięci wiązała się ze zmianą osobowości?
Tak właśnie się dzieje. Nie wiadomo, jaki jest tego mechanizm. Możemy podejrzewać, że kasuje się zawartość ego. Rozmawialiśmy niedawno o tym, czym jest ego, definiując je jako zbiór doświadczeń, emocji, przekonań, zasad i wartości asymilowanych w procesie wychowania i edukacji. Na ogół tylko niewielką ich część świadomie wybraliśmy. Większość przekonań czy wartości została w nas „zaprogramowana”. Często pod presją odrzucenia przez najbliższych czy wykluczenia z grupy, z którą się identyfikujemy. Mechanizm, który się za tym kryje, to konformizm, czyli dostosowywanie się do wymagań otoczenia wbrew swoim prawdziwym potrzebom, poglądom, a nawet zdrowemu rozsądkowi. A więc przygoda fińskiego prawnika może dowodzić, że utrata pamięci uwalnia nas od tego, co narzucił nam konformizm. Prawdopodobnie nasz bohater rozminął się ze swoimi prawdziwymi potrzebami, uczuciami i wartościami, ulegając presji otoczenia, gdy wybierał żonę, zawód, styl życia.

Dopiero kiedy stracimy pamięć, możemy być sobą?
No, może nie do końca sobą, ale na pewno bardziej sobą. Ten film jest przypowieścią, której przekaz warto sobie wziąć do serca: że być może żyjąc pod cywilizacyjną presją, manipulowani przez potężny konsumpcyjny, polityczny i religijny marketing, rozstajemy się ze sobą, nie żyjemy w swojej bajce, lecz gramy rolę z góry dla nas napisaną, często płacąc za to zdrowiem, smutkiem i rozpaczą. Jeśli to utrata tej konformistycznej nakładki pozwala nam odzyskać siebie, poczuć swoje prawdziwe potrzeby i móc je realizować, to warto tę część pamięci utracić, a na pewno zakwestionować. Zdecydowanie lepiej nie czekać z tym na to, by ktoś walnął nas w potylicę. Trzeba samemu puknąć się w głowę i odzyskać siebie, oddając się porzuconej pasji czy kreatywnemu działaniu. Albo pomocy innym. Dobrą metodą jest medytacja, bo nie usuwa pamięci zdarzeń, osób ani emocji z nimi związanych, lecz uwalnia od tego, co nie nasze.

Miłości może zagrozić nie tylko amnezja. Wystarczy, że partner nie pamięta o rocznicy ślubu czy o pierwszym pocałunku, by wzbudzić niepokój w partnerce: „Czy on aby na pewno kocha!?”.
Miłość jak każda inna relacja jest zbudowana na pamięci zdarzeń. Ale też każdy pamięta co innego, bo na inne rzeczy zwraca uwagę. Jeśli na przykład ktoś ma umysł paranoidalny, to selekcjonuje zdarzenia i informacje tak, by potwierdzać swoje przekonanie, że ludzie mu zagrażają i go nie lubią. Kiedy zakocha się w egzaltowanej, maniakalnej optymistce, która widzi tylko plusy i cuda świata, to nie stworzą udanej pary. Bo związki buduje się także na pamięci wspólnych doświadczeń. A tu ich zabraknie. Paranoik będzie pamiętał z wyjazdu na wakacje tylko wypadek drogowy, którego byli świadkami. A optymistka – tylko piękny zachód słońca nad morzem. A przecież spędzili lato razem. Sławny psychoterapeuta Milton Erickson, kiedy chciał sprawdzić, czy para ludzi w kryzysie ma jeszcze szanse, polecał im wybrać się na wspólną wycieczkę w góry. Potem mieli wrócić do niego i opowiedzieć o tym, co zapamiętali. Jeśli ich relacje były tak rozbieżne, jakby każde z nich było na innej wycieczce, radził: „Dajcie sobie spokój, żyjecie w dwóch różnych światach. Nie jesteście w stanie zbudować relacji, będziecie się stale kłócić”.

Czyli trzeba uzupełniać pamięć? To możliwe, sama tego doświadczyłam, kiedy na psychoterapii okazało się, że „zapomniałam” o wadach mojej matki.
Psychoterapia służy między innymi temu, by usuwać obronne filtry pamięci i przypominać sobie to, co z jakichś powodów odrzuciliśmy, zamietliśmy pod dywan. Gdyby dziecko przedwcześnie uznało, że na przykład jego matka jest okrutna, straciłoby poczucie więzi z nią. A to byłoby dla niego jednoznaczne z przerażającym uczuciem zagrożenia życia. Dziecko odruchowo broni się przed tym, zafałszowując swoje odczuwanie, a więc i przyszłą pamięć o rodzinnym domu. Robi to po to, by zachować więź i przetrwać, bo tak długo, jak istnieje więź, nawet niedojrzali czy patologiczni rodzice będą mitygować swoją agresję. No i kiedy dorastamy, z powodu tej naszej wybiórczej pamięci nadal mamy tendencję do idealizowania rodziców i dzieciństwa. Co, niestety, wpływa źle na nasze dorosłe życie, bo zniekształca i jego obraz.

I dlatego kobieta pozwala mężowi na przemoc, bo w dzieciństwie nauczyła się nie dostrzegać, że jest krzywdzona?
Tak może być. I dopóki sobie nie przypomni, co przeżyła w rodzinnym domu, nie nazwie tego po imieniu, trudno jej będzie wyzwolić się z przemocowej relacji. Idziemy na psychoterapię, bo z niejasnych powodów czujemy się nieszczęśliwi. Żeby zrozumieć powody naszego złego samopoczucia, przypominamy tam sobie bolesne epizody ze swojego życia i związane z nimi uczucia. Dzięki temu zaczynamy bardziej realistycznie postrzegać rzeczywistość i rozumieć, co się dziś dzieje w naszym życiu. Mamy dzięki temu większy wpływ na to, co nas spotyka, i popełniamy mniej błędów.

Czyli uzupełniona pamięć staje się drogą do szczęścia. I to główny cel psychoterapii?
Jeden z głównych. Pamięć jest nam potrzebna, żebyśmy wiedzieli, co nas ukształtowało, jakie metody obrony i zafałszowania musieliśmy wyprodukować, by przetrwać. Urealniona pamięć jest nam niezbędna do budowania więzi w dorosłym życiu.

Po co nam ten rodzaj pamięci, jakim są wychowanie, obyczaj czy wiedza?
Po to, byśmy w ogóle mogli żyć razem, tworzyć społeczności. Musimy dzielić z innymi jakiś obszar tzw. uzgodnionej rzeczywistości, czyli mieć wspólne kody kulturowe, wspólne symbole i metafory, wspólną historię i jej interpretację, wspólne zwyczaje i obyczaje. Wszystko po to, by dogadywać się w podstawowych sprawach. Do tego też niezbędna jest pamięć.

A pamięć dobrych chwil, przeżyć? Jak ta moja o pierogach z jagodami, które szykowała dla mnie babcia Marianna?
Pamięć dobrych chwil stanowi dla nas wewnętrzny wzorzec szczęścia. Dobrze, gdy takie wzorce zachowaliśmy. Dzięki temu możemy dążyć do tego, by nowe sytuacje w naszym życiu kształtować według tych wzorców. Ci, którzy pamiętają tylko to, co trudne, mają kłopot, bo konserwują w sobie nieadekwatną pozę ofiary albo mściciela. Ci, którzy pamiętają tylko to, co dobre, też są w kłopocie, bo konserwują w sobie nieadekwatną pozę szczęśliwego, rozkapryszonego dziecka. Dlatego warto pamiętać zarówno to, co było przyjemne, jak i to, co trudne oraz bolesne, aby w końcu zrozumieć, że jedno i drugie było korzystne i właściwe.

  1. Psychologia

Koniec z rozpamiętywaniem. Wyrwij się z błędnego koła

Rozpamiętywanie to choroba, na którą kobiety zapadają częściej niż mężczyźni. Prof. Susan Nolen-Hoeksema radzi jak wyrwać się z tego błędnego koła i wreszcie być szczęśliwą. (Fot. iStock)
Rozpamiętywanie to choroba, na którą kobiety zapadają częściej niż mężczyźni. Prof. Susan Nolen-Hoeksema radzi jak wyrwać się z tego błędnego koła i wreszcie być szczęśliwą. (Fot. iStock)
Epidemia ponurych myśli to choroba, na którą kobiety zapadają częściej niż mężczyźni – pisze prof. Susan Nolen-Hoeksema. Ma to związek z naszym społecznym i psychologicznym ukształtowaniem. Raz, że mamy więcej tematów do analizy, dwa: jesteśmy bardziej emocjonalne. Jak zatem wyrwać się z tego błędnego koła i wreszcie być szczęśliwą? 

Wyzwolenie się z pułapki rozpamiętywania bywa trudne – wymaga wyciągnięcia siebie samej z defetystycznego nastawienia wtedy, gdy trzyma cię ono mocno w kleszczach. Jest jednak absolutnie kluczowe, jeżeli nie chcesz, by te ponure przemyślenia wciągały cię coraz głębiej w emocjonalne ruchome piaski i ostatecznie pochłonęły.

Rozpamiętywanie ci nie służy

Kiedy ludzie tkwią w szponach rozpamiętywania, często mają wrażenie, że dochodzą do ważnych wniosków na temat własnego życia. Odkryłam to w jednym z eksperymentów, które przeprowadziłam wspólnie z Sonją Lyubomirsky z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Riverside. Osoby w depresji, które poświęcały zaledwie osiem minut na rozpamiętywanie, miały wrażenie, że dochodzą do przełomu w analizie siebie samych i swoich relacji z innymi. „Teraz dopiero widzę, jak fatalne jest moje małżeństwo!”, „Wreszcie rozumiem, że nigdy nie awansuję!”, „Jestem po prostu realistką – w żadnym wypadku nie skończę szkoły!”, „Moje dzieciństwo było traumatyczne, nigdy się z tym nie uporam!”.

Czy rozpamiętywacze mają w tym względzie rację? Nie. Nie jest tak, że rozpamiętywanie pozwala ci zdjąć różowe okulary i zobaczyć rzeczywistość w ostrych barwach. Zamiast tego powoduje widzenie tunelowe – koncentrujesz się tylko na tym, co w twoim życiu idzie nie tak. Wszystko maluje się w ponurych, szarych barwach i jest przygnębiające. Spada ci motywacja, by zrobić cokolwiek pozytywnego i nie jesteś w stanie skupić się na wymyśleniu rozwiązań dla swoich problemów.

Gdy czujesz, że zbliża się atak rozpamiętywania, możesz spróbować czegoś tak banalnego, jak powiedzenie: „Idź sobie! Nie jesteś moim przyjacielem, robisz mi krzywdę!”. Jeżeli masz małe dzieci, pomyśl, jak uczysz je asertywności względem innych, którzy im dokuczają, i powiedz sobie to samo: „Nie chcę tego! Przestań!”. Możesz też wdrożyć którąś z poniższych strategii.

Daj sobie chwilę wytchnienia

Jedną z najprostszych, a jednocześnie najważniejszych strategii wyzwolenia się z pułapki rozpamiętywania jest dać mózgowi chwilę wytchnienia poprzez podjęcie jakiejś satysfakcjonującej aktywności. Z moich badań wynika, że odwrócenie uwagi od rozpamiętywania w jakiś miły sposób na zaledwie osiem minut niezwykle skutecznie poprawiło respondentom nastrój i przerywało błędne koło rozmyślania.

Jedną z ulubionych czynności, którą wymieniali uczestnicy badania, jest aktywność fizyczna. Niezależnie od tego, czy wybierzesz bieganie, wiosłowanie, tenis, squash czy inny sport, aktywność fizyczna daje twojemu mózgowi biochemiczny zastrzyk optymizmu, a tobie – zdrowy sposób na przerwanie rozpamiętywania. Sporty wymagające pełnej koncentracji – jak partia squasha czy trudna technicznie wspinaczka – są znacznie skuteczniejszym czynnikiem rozpraszającym niż dyscypliny, które można uprawiać automatycznie i przy niewielkiej koncentracji. Biegacze długodystansowi często zauważają, że biegną na autopilocie i nie przestają przy tym myśleć. Jeżeli od dawna uprawiasz sport indywidualny, jak bieganie albo pływanie, być może musisz często zmieniać program treningów, żeby angażować w nie tak umysł, jak i ciało.

Doskonałym czynnikiem rozpraszającym jest także hobby, jak np. lepienie w glinie, ogrodnictwo, modelarstwo czy malowanie. Klucz do sukcesu stanowi jednak zatopienie się w nich bez reszty. Spróbuj czegoś nowego, co wymaga wypracowania nowych umiejętności. Niektórzy potrafią zagłębić się w książkę czy film na tyle, by przerwać schemat rozpamiętywania. Dla innych dobrym rozpraszaczem i źródłem lepszej samooceny jest praca. Zabawa z dziećmi potrafi odwrócić myśli od problemów i skupić się na tym, co w życiu naprawdę ważne. Jeżeli nie masz dzieci, pobaw się ze zwierzakiem – pobiegaj z psem czy kup kotu nową zabawkę.

Pomaganie innym także pozwala się rozproszyć, co przy okazji ułatwia również podkreślenie swojej wartości. Zgłoś się jako wolontariusz do pomocy w schronisku dla bezdomnych. Pomóż grupie środowiskowych aktywistów posprzątać park. Zanieś posiłek starszej osobie, która nie może wyjść z domu. Kiedy spędzisz nieco czasu z tymi, którym gorzej się wiedzie, lub zaangażujesz się w programy wspólnotowe zgodne z twoimi wartościami, możesz ujrzeć swoje zmartwienia w innym świetle. Aktywności dekoncentrujące pozwalają ci wyzwolić się z pęt rozpamiętywania, ponieważ niszczą powiązania między klastrami negatywności w mózgu – analogicznie do przecięcia linii telefonicznych między pobliskimi budynkami. Jeżeli poszczególne klastry nie są w stanie się ze sobą kontaktować, to nie napędzają się wzajemnie i nie potęgują negatywnego nastroju, a także nie podsuwają dalszych problemów do analizowania.

Wstań i rusz się

Moje badania wykazały, że najbardziej efektywne w przerwaniu rozpamiętywania są rozpraszacze, które obejmują jednocześnie skupienie i aktywność. Na przykład

w badaniu, które przeprowadziłam z Jannay Morrow, dawałyśmy smutnym respondentom dwa rodzaje zadań na dekoncentrację – jedno z nich wymagało wstania z miejsca i ruszania się po pomieszczeniu, za to drugie mogli wykonać, nie wstając od stołu. To pierwsze znacznie skuteczniej zmniejszało smutek i ograniczało rozpamiętywanie. Dlaczego? Aktywność fizyczna przynosi efekt biochemiczny, który pozytywnie wpływa na nastrój i procesy myślowe, uwalniając takie substancje chemiczne, jak noradrenalina czy serotonina. Dodatkowo znacznie trudniej jest wrócić do rozpamiętywania, kiedy trzeba się ruszać i skupić na tym, co się robi. Jeżeli rozpamiętywanie dopada cię w środku nocy, znaczenie może mieć to, że wstaniesz z łóżka i zaczniesz się poruszać. Nie wmawiaj sobie, że jeżeli poleżysz  jeszcze kilka minut, to na pewno zapomnisz o zmartwieniach i zaśniesz. Podnieś się i pójdź gdzieś, gdzie jest cicho, poczytaj coś dla przyjemności. Nie pracuj i nie czytaj nic denerwującego. Kiedy zaczniesz odczuwać senność, wróć do łóżka.

Jeżeli ataki rozpamiętywania wywołują u ciebie jakieś konkretne miejsca – na przykład gabinet – postaraj się zmienić jego wystrój. Kiedy na przykład wchodzę do mojego biura i widzę chaotyczne stosy papierów na biurku, czuję się przytłoczona i zaczynam się martwić, czy nie biorę na siebie zbyt wiele zadań. Sprzątnięcie biurka i pozbycie się niepotrzebnych papierów wydaje się łagodzić mój niepokój. Nie wiem, czy wynika to z poczucia kontroli, fizycznego ruchu czy zmiany wyglądu gabinetu – zapewne wszystkie te trzy czynniki odgrywają pewną rolę.

Czasem, kiedy popadasz w rozpamiętywanie, konieczne może się okazać wyjście na zewnątrz. Idź na spacer, wyrusz na przejażdżkę albo skocz na lunch. Kluczem do sukcesu jest zrobienie czegoś przyjemnego, co na trochę wyeliminuje bezpośredni impuls do rozpamiętywania i zadziała jako rozpraszacz.

Nie pozwól myślom wygrać

Jeżeli na krótką chwilę uda ci się powstrzymać rozpamiętywanie, to twój mózg będzie mieć dość czasu na rozważenie bardziej złożonych fraz czy koncepcji, które pozwolą ci zdystansować się od problemów. Jeżeli analizujesz ciągle konflikt z kimś innym, pomyśl sobie: „Nie pozwolę mu wygrać poprzez przejęcie moich myśli!”. Następnie utwierdź się w tym przekonaniu, wymyślając różne sposoby, na które twój przeciwnik wygra tę bitwę, pogarszając ci nastrój na skutek rozpamiętywania. Zdystansowanie się od gniewnego rozpamiętywania nie oznacza, że się poddajesz czy przyjmujesz zasadność żądań drugiej strony. Oznacza po prostu, że nie pozwalasz jej przejąć własnych myśli i zepsuć ci nastroju. Kiedy już zdystansujesz się względem konfliktu, możesz go przemyśleć ponownie, a zwiększone moce przerobowe mózgu prędzej pozwolą ci znaleźć dobre rozwiązanie.

Jeżeli rozpamiętujesz jakąś sytuację, powiedz sobie: „Nie pozwolę, by to zawładnęło moim życiem!” albo coś podobnego, co pozwoli ci odzyskać kontrolę. Przede wszystkim nie możesz pozwolić, by twoje myśli wzięły nad tobą górę i zawładnęły twoją świadomością. Podejmij samodzielnie decyzję, kiedy i jak rozważysz problematyczną sytuację.

Zapisz termin w kalendarzu

Kiedy czujesz, że nie uda ci się odłożyć na bok ważnych kwestii, którymi się zamartwiasz, możesz odzyskać nieco kontroli, wyznaczając sobie godziny rozpamiętywania – porę, w której będziesz tylko myśleć. Wtedy możesz sobie powiedzieć: „Wcale nie unikam moich problemów, po prostu wyznaczam sobie czas na ich przemyślenie, zamiast analizować je teraz, kiedy mam inne rzeczy do zrobienia”. Taki zabieg może ci pomóc wyzwolić się od rozpamiętywania na tyle długo, żeby zrobić to, co konieczne – popracować, zająć się dzieckiem czy odespać.

Często zauważamy, że kiedy nadchodzi wyznaczona godzina na rozpamiętywanie, problem, którym się zamartwiałyśmy, wydaje się mniej realistyczny. Wcześniej, kiedy karmił się naszą energią, mogłyśmy mieć pewność, że marnujemy sobie życie albo że nasze relacje z dziećmi są fatalne. Przy rozpamiętywaniu kłótni byłyśmy pewne, że jesteśmy ofiarami i wymyślałyśmy wyrafinowane sposoby zemsty na naszych prześladowcach. Kiedy jednak wracamy do problemu w wyznaczonej godzinie, wydaje się on drobniejszy i mniej przytłaczający. Nasi prześladowcy stają się bardziej ludzcy, a potrzeba zemsty – mniej oczywista. Wynika to stąd, że wcześniejsze przełamanie schematu rozpamiętywania pozwoliło nam na poprawę humoru i uporządkowanie myśli, a tym samym mamy bardziej zrównoważone podejście do problemów w wyznaczonej godzinie.

Przekaż problem

W pracy badawczej zaskoczyło mnie to, że niezależnie od tego, jak mało religijni we własnej opinii jesteśmy, 40 procent ankietowanych osób w badaniach społecznych przyznało, że ucieka się do modlitwy lub medytacji, by wyrwać się z błędnego koła zmartwień i rozpamiętywania.

Nawet respondenci, którzy nie przynależeli do żadnego konkretnego wyznania, mówili, że kiedy czują się przytłoczeni zmartwieniami, często odmawiają krótką modlitwę o wsparcie i pomoc. Wiele osób ma poczucie, że istnieje jakiś nadrzędny cel czy moc sprawcza, która poprowadzi ich w chwili potrzeby, nawet jeżeli nie utożsamiają się z żadnym oficjalnym wyznaniem. Jeśli modlitwa jest dla ciebie niekomfortowa lub jesteś ateistką, możesz rozważyć medytację. Występuje ona w wielu różnych formach.

Oprzyj się na innych

Zdaniem naszych respondentów jednym z najpowszechniejszych sposobów na przełamanie schematu rozpamiętywania jest rozmowa z członkiem rodziny lub przyjacielem, których darzymy zaufaniem.

Aż 90 procent uczestników badań mówi, że omawia z innymi rozpamiętywane problemy przynajmniej czasami, a 57 procent przyznaje, że robi to często lub zawsze, by wyzwolić się z błędnego koła rozpamiętywania.

Rozmowa z drugą osobą pozwala przerwać negatywne zamartwianie się, jeżeli czujemy się akceptowane i zrozumiane, a także pomaga uporządkować myśli i przejść do kolejnego etapu – rozwiązywania problemów. Przyjaciółka może na przykład poprosić o dodatkowe wyjaśnienie sytuacji, która wywołała twój zły nastrój. Może ci przyznać, że jesteś w tej sytuacji ofiarą, a następnie pomoże ci wymyśleć odpowiednią reakcję i odbudować pewność siebie, by zrealizować rozwiązania, które wydają się najlepsze.

Rozmowa o rozpamiętywaniu może się jednak zemścić. Przyjaciele mogą równie dobrze zintensyfikować twoje zmartwienia, rozmawiając, ale nie pomagając ci spojrzeć na całą sytuację z perspektywy. Kluczem do sukcesu jest rozpoznanie, kiedy zaczynasz rozpamiętywać z przyjaciółmi, i wprost poprosić ich o wyciągnięcie cię z błędnego koła, tak żeby dało się skutecznie ocenić sytuację i możliwe rozwiązania.

Doceń dobre rzeczy w życiu

Badania wskazują, że aktywne poszukiwanie sposobów na wprowadzenie pozytywnych emocji do sytuacji stresowych poprawia nie tylko dobrostan psychologiczny, ale także zdrowie fizyczne i umiejętność rozwiązywania problemów. Psycholog Susan Folkman z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco nazwała je strategiami pozytywnych emocji. Odkryła, że mężczyźni, których partnerzy umarli na AIDS, znacznie szybciej pokonywali objawy depresji, jeżeli aktywnie próbowali znajdować w życiu pozytywne emocje.

W swojej teorii pozytywnych emocji Barbara Fredrickson z Uniwersytetu Michigan argumentowała, że wykorzystywanie pozytywnych emocji do radzenia sobie z negatywnym nastrojem nie tylko poprawia humor, ale także usprawnia procesy myślowe, a tym samym ułatwia reagowanie na wyzwania w otoczeniu i podejmowanie nowych inicjatyw. Eksperymenty wykazały, że jeżeli pomoże się zdenerwowanym ludziom poczuć choć na chwilę pozytywne emocje (na przykład pokazując im zabawne filmiki), ich ciała i umysły szybciej radzą sobie ze stresem.

Istnieje wiele różnych sposobów na wprowadzenie do życia pozytywnych aspektów. Pójdź do fryzjera. Idź na masaż. Weź kąpiel z bąbelkami. Pobaw się z dziećmi. Obejrzyj zabawny film. Opowiadaj dowcipy. Pójdź na spacer w pięknym otoczeniu. Obejrzyj zdjęcia ukochanych osób. Włącz ulubioną muzykę – i to głośno. Pograj na instrumencie. Pozytywne emocje pomagają nam otworzyć umysł. Kiedy już uda ci się opanować rozpamiętywanie i przejść na twardy grunt, będzie ci znacznie łatwiej zrozumieć swoje problemy i znaleźć kreatywne sposoby ich rozwiązania.

Fragment książki „Kobiety, które myślą za dużo” (wszystkie skróty pochodzą od redakcji). 

Susan Nolen-Hoeksema zmarła w 2013 roku profesor na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Yale. Jej badania koncentrowały się na depresji i regulacji nastroju. Opublikowała kilkanaście książek. „Kobiety, które myślą za dużo” ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

  1. Styl Życia

Cezary Borowy - mężczyzna w wewnętrznej podróży

Cezary Borowy w Singapurze, 1987 rok. (Fot. archiwum prywatne)
Cezary Borowy w Singapurze, 1987 rok. (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Jeszcze 30 lat temu dalekie wyprawy były dla większości Polaków niedostępne finansowo, zwykle wiązały się z wyjazdem na saksy albo nielegalnym handlem. Cezary Borowy przez kilka lat mieszkał w Indiach, dokąd przemycał elektronikę z Singapuru. Właśnie wydał wspomnienia z tamtego okresu, a nam opowiada, jakie emocje budzi w nim dziś powrót na stary szlak.

Cezary Borowy, podróżnik, maratończyk, właściciel firmy usługowej w branży finansowej, przewodnik po Azji. (Fot. archiwum prywatne) Cezary Borowy, podróżnik, maratończyk, właściciel firmy usługowej w branży finansowej, przewodnik po Azji. (Fot. archiwum prywatne)

Mam złe doświadczenia z wracania w te same miejsca, zwykle czuję się rozczarowany. Ale twój powrót do Indii po wielu latach okazał się bardzo ciekawy i inspirujący. Kolejne podróże do Indii to pogłębianie tego, co już znam. Im dalej w las, tym więcej drzew – im lepiej poznajesz kraj, tym więcej jest w nim do zobaczenia. Indie ciągle czymś zaskakują. Im więcej o nich czytam, tym bardziej jestem przekonany, jak mało o nich wiem. Nie sądzę, żebym ośmielił się kiedykolwiek powiedzieć, że „znam” Indie.

Te ostatnie wyjazdy to chyba także swoiste podróże w czasie? Pomiędzy moim okresem „starożytnym”, czyli przełomem lat 80. i 90., gdy spędziłem w Indiach trzy lata, a ostatnimi wyjazdami upłynęło ponad 25 lat. To pozwala na dystans i zauważenie zmian. Na pewno podróżą w czasie można nazwać przejazd pociągiem – wygląda tak jak kilkadziesiąt lat temu. Te same wagony, tylko trochę bardziej zniszczone.

A w innych miejscach nie przypominały ci się przeżycia i emocje sprzed lat? Oczywiście, że tak. Szczególnie tam, gdzie kiedyś często bywałem. Knajpki i hotele w New Delhi, Bombaju, Kalkucie czy Katmandu szczególnie się nie zmieniły – jedna z nich, „Koshla” w New Delhi, miała na zewnątrz dwa stoliki i spawane żelazne krzesła. Nadal tam są. Gdy usiadłem i czekałem na zamówienie, patrząc na przechodzący tłum, to pomyślałem, że za chwilę nadejdzie któryś ze starych kumpli: Kwiatek, Jacek, Peter... Dreszcz mi przeszedł po plecach, jakbym znów poczuł adrenalinę. Ale nie przyszli.

Fot. archiwum prywatne Fot. archiwum prywatne

Z powodów organizacyjnych wynajmowaliśmy z dziewczyną miesiącami pojedynczy pokój w hotelu „Vishal”, to była nasza główna kwatera w stolicy Indii. Gdy ostatnio tam byłem, oczywiście chciałem do niego zajrzeć, ale bałem się swoich emocji. Zameldowałem się więc w innym hotelu i dwa dni krążyłem wokół tamtego, oswajając wewnętrzny niepokój. Gdy wreszcie zdecydowałem się iść, to od razu po przekroczeniu progu się wzruszyłem, bo jeden z recepcjonistów szeroko się uśmiechnął i serdecznie przywitał. Rozpoznał mnie po 25 latach! Wynająłem ten sam pokój. Meble się nie zmieniły, ale na ścianach nie było już tapet, tylko farba. Jednak klimat miejsca pozostał – tworzyły go dźwięki ulicy. Przez nieszczelne okna było słychać skrzypienie kół i piszczenie rikszy motorowerowych, te charakterystyczne „pi, pi, pi”. Położyłem się na łóżku na wznak, zamknąłem oczy, słuchałem i znowu miałem wrażenie, że za chwilę wejdzie któryś ze starych kumpli.

A co czułeś na lotnisku po przylocie? Lotniska oczywiście mocno się zmieniły. Ale i tak gdy wychodziłem z samolotu w Bombaju i obserwowałem pracę celników – którzy cały czas szukają, czy ktoś przemyca złoto – to przyszło mi do głowy: „czy aby na pewno jestem czysty i niczego nie przerzucam?”. Przypomniał mi się tamten fantastyczny okres, czas dużej przemiany, dojrzewania jako mężczyzna. Nie żałuję tego, co robiłem, choć w tytule swojej książki pisałem o „spowiedzi”, jakbym uznawał to za grzech. Ale tak nie jest. Gdyby nie tamto, byłbym dziś innym człowiekiem.

Fot. archiwum prywatne Fot. archiwum prywatne

Życie było wtedy szybkie, niebezpieczne, ale pozwalało się sprawdzić. Dodatkowo wokół miałem mnóstwo przyjaciół. Takich przyjaźni jak wtedy nie miałem nawet w szkole. „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” – pisała Wisława Szymborska, a my w Indiach mieliśmy dużo okazji do sprawdzenia się. Kiedy potem miałem w życiu różne górki, dołki, sztormy – to zawsze mówiłem sobie, że jeśli dałem radę w Indiach, to teraz tym bardziej dam.

Zahartowałeś się? Tak. W młodym wieku o to łatwiej. Dzięki książce odrodziły się stare, zerwane kontakty z naszej społeczności przemytniczej. Moje koleżanki i moi koledzy to dziś sześćdziesięciolatkowie, za nimi rozwody, bankructwa, różnie bywało. Ale wszyscy nadal mają błysk młodości w oku. Powiedziałbym, że przemytnicy nie dziadzieją. Być może to sprawa intensywnych doświadczeń w młodych latach, a może trzeba było mieć pewien typ osobowości, aby się zdecydować na tak ryzykowną aktywność. Część z nas była marzycielami, którzy zawsze chcieli podróżować po świecie. Na przykład ja przed końcem ósmej klasy przeczytałem wszystkie książki przygodowe w okolicznych bibliotekach i po prostu szukałem przygód. Prawdopodobnie bardzo wielu z nas uzależniło się od tego.

Od czego? Od adrenaliny. Odczuwaliśmy strach, ale nauczyliśmy się go oswajać, żyć z nim. Był strach na granicy, ale umysł dostawał nagrodę, gdy akcja się udała, a to uzależnia. Do tego stopnia, że po powrocie do „cywila” często wybieraliśmy świadomie zawody z dużą dozą adrenaliny. Koleżanka została pielęgniarką na OIOM-ie, kolega zaczął pracę na wysokościach. Ludzie często narzekają, że szybko pobrali kredyty, teraz pracują w korpo, są po czterdziestce i tak naprawdę nigdy nie żyli. My mamy poczucie spełnienia w młodości. Moja była intensywna, z barwnymi przygodami. Taka, jak chciałem.

Fot. archiwum prywatne Fot. archiwum prywatne

Swoim dzieciom byś polecił taki przepis na młodość? Nie próbują mnie naśladować, mają swoją ścieżkę, też kolorową, artystyczną. Zresztą czasy są inne, już można swobodnie podróżować po świecie. A wtedy w Polsce zarabiało się nieco ponad 20 dolarów miesięcznie, zaś mieszkanie kosztowało cztery tysiące dolarów na Śląsku, a w Warszawie około ośmiu tysięcy. Na handlu kamerami, magnetowidami pomiędzy Singapurem a Indiami mogłeś na to zarobić w kilka miesięcy! Gdy o tym mówię na spotkaniach autorskich, to widzę, że ludzie rozumieją nasze motywy.

Dlaczego dopiero teraz zdecydowałeś się na tę retrospektywną podróż? Do takich rzeczy trzeba dojrzeć. Długo też tkwił we mnie pomysł na książkę opisującą te przemytnicze czasy. Teraz cokolwiek tam robiliśmy, już jest przedawnione.

„Ja czułem się na przewałach tak, jakbym w tym 1987 roku siedział w kinie w Warszawie na filmie o Indianie Jonesie i nagle wstał z fotela, wszedł w ekran i przeniósł się do świata pełnego egzotyki, przygód i słońca” – napisałeś w książce. Czy podróżując, można zostać aktorem? Indie są na tyle dużym krajem, że bardzo łatwo znaleźć miejsca, w których wciąż możesz zostać Indianą Jonesem. W wioskach czy dzielnicach dalej od miejsc turystycznych człowiek z Zachodu nadal jest sensacją. Miejscowi podchodzą, robią sobie selfie, pytają, skąd jesteś. Robi się tłum wokół ciebie.

Indie, lata 90. (Fot. archiwum prywatne) Indie, lata 90. (Fot. archiwum prywatne)

Kiedyś jechałem w Kalkucie starą taksówką. Na ulicy nie było świateł, tłum rozstępował się przed autem. Reflektory penetrowały go. Budowano tam stację metra, ale odkrywkowo, bez ciężkiego sprzętu. Widać było ogromny dół w ziemi, linię zwisających żarówek nad nim oraz kobiety podające sobie talerze z ziemią. To był prawdziwy Indiana Jones! Indie są jak Jerozolima, która jednoczy religie Boga osobowego. Nad Gangesem mają tylu bogów, ilu jest Hindusów. I wiele religii się stamtąd wywodzi: buddyzm, sikhizm, hinduizm.... Tam ciągle możesz z kimś porozmawiać o Bogu.

Pojechałeś do Indii, bo przeczytałeś tekst o polskich przemytnikach w „Polityce”, którą ktoś przywiózł do Londynu, gdzie byłeś. W końcu natknąłeś się na nich w pizzerii w Delhi. Jak wielką rolę w życiu odgrywa przypadek? Ogromną. Gdybym nie wszedł do pizzerii, to nie spotkałbym tych przemytników i pojechał do Australii, bo miałem już wizę. I potoczyłoby się wszystko inaczej, pewno zrywałbym kiwi lub pracował na czarno w jakiejś fabryce. Nawet moje małżeństwo to w pewnym stopniu efekt przypadku – ściągnąłem dziewczynę do Indii. Ale też przypadkowi trzeba pomóc, ja tych ludzi szukałem. Tony Wheeler, twórca słynnych przewodników „Lonely Planet”, kiedyś podróżował jak najtaniej. Milionom ludzi pokazał, jak można tego dokonać. I miliony pokochały jego przewodniki i ten styl podróży. A kilka lat temu przeczytałem wywiad z Wheelerem, w którym mówił, że teraz nie wyobraża sobie nocować gdzie indziej niż w 5-gwiazdkowych hotelach. Czy nasze nastawienie do podróży aż tak bardzo zmienia się z wiekiem?

Fot. archiwum prywatne Fot. archiwum prywatne

Ja ciągle lubię zatrzymywać się w miejscach dla backpackersów. Na hotele 5-gwiazdkowe nie zawsze mnie co prawda stać, ale podczas wyjazdów związanych z pracą mieszkałem w nich wielokrotnie i to mnie w ogóle nie kręci. Luksusowy hotel to kapsuła, która oddziela mnie od przestrzeni, którą chcę poznać. Tam też nie nawiązujesz tak szybko relacji, panuje chłód nie tylko z powodu klimatyzacji. A podróżnicy, których spotykam w tanich hotelikach, mają swoją historię i chętnie się nią dzielą. Łakną kontaktu z drugim podróżnikiem. Łatwo więc nawiązać relację. Nadal podróżuję uważnie, by jak najwięcej z tego świata zrozumieć, poznać „innego”.

Czego ta retrospektywna podróż cię nauczyła? Teraz podróżuję inaczej, bardziej reportersko, przygotowuję się do każdej podróży. Ostatnie wyjazdy i pisanie książki pozwoliły mi bardziej zrozumieć siebie. To było jak pewna klamra spinająca życie.

Cezary Borowy, podróżnik, maratończyk, właściciel firmy usługowej w branży finansowej oraz przewodnik po Azji, więcej na przemytnik.pl.

'Spowiedź Hana Solo. Byłem przemytnikiem w Indiach', wyd. TBR "Spowiedź Hana Solo. Byłem przemytnikiem w Indiach", wyd. TBR

  1. Styl Życia

Pan na Czworakach

Pan na Czworakach - niepozorna figurka, która ma dla Doroty Kędzierzawskiej szczególne znaczenie. (Fot. Magdalena Sobotka)
Pan na Czworakach - niepozorna figurka, która ma dla Doroty Kędzierzawskiej szczególne znaczenie. (Fot. Magdalena Sobotka)
Dla Doroty Kędzierzawskiej to dowód na to, że można zrobić coś z niczego. Coś, co przez lata cieszy, wzrusza i przypomina ważne osoby.

Glinianą niepozorną figurkę, około 30-centymetrową, bardzo dawno temu przywiozła moja mama [reżyserka Jadwiga Kędzierzawska – przyp. red.] z okolic Nowego Sącza. Robiła tam film dokumentalny o zespole ludowym. I przy okazji zdjęć poznała na wsi młodą dziewczynę, która otworzyła w swojej chałupie garncarski warsztat dla dzieci. Wiem tylko, że miała na imię Małgosia. Za głębokiej komuny to było naprawdę wyjątkowe działanie, bo miało miejsce na wsi, dotyczyło dzieci, którymi wtedy nikt za bardzo się nie przejmował. A pani Małgosia uczyła je robienia przeróżnych rzeczy z gliny, które dzieci potem malowały i razem z nią wypalały w piecu. Mama tam była i na własne oczy to wszystko widziała. Była pod ogromnym wrażeniem pomysłu, miejsca i tego, co spod rąk dzieci wychodziło. Pamiętam ten jej zachwyt do dzisiaj. No i dostała w prezencie od dzieci Pana na Czworakach – ja go nazywam chłopczykiem w bereciku z antenką. Nie wiem dlaczego, ale wyobrażam sobie, że ulepiony jest przez chłopca, możliwe jednak, że tylko mi się tak wydaje. Chłopczyk przyjechał do nas do Łodzi i długo mieszkał u moich rodziców. A potem im go ukradłam i zamieszkał ze mną. Zawsze, kiedy jest mi markotno, patrzę na niego i od razu robi mi się lepiej. Bo jest w nim coś wzruszającego, i rzewnego, i śmiesznego zarazem. I kiedy tak na niego patrzę, to sobie myślę, że zawsze można zrobić coś z niczego. Myślę też o pani Małgosi, której nigdy nie poznałam, choć całe życie mama powtarzała, że ją odwiedzimy. To musiała być fantastyczna dziewczyna. Wtedy nie było mody na robienie czegoś fajnego dla dzieci na wsi. A ona, pełna pasji, talentu, trochę zapewne szalona, robiła w wiejskiej chałupie coś, co te dzieci na pewno ukształtowało nie tylko artystycznie, lecz także ludzko. Zastanawiam się, co teraz robi pani Małgosia, jak potoczyło się jej życie. Nie znam jej nazwiska ani adresu. Może gdybym zaczęła szperać w listach mamy, jakiś trop bym znalazła, ale nie jestem tego pewna, bo ona podpisywała się tylko imieniem. Może teraz pani Małgosia zobaczy w „Zwierciadle” chłopczyka i się odezwie? A może odezwie się jego autor? Jest to więc opowieść i o pani Małgosi, i o tym dziecku, które go ulepiło. No i o mamie, która zakochała się w chłopczyku w bereciku z antenką. Niestety, dawno temu, jeszcze w domu rodziców, antenka się ułamała. Ale mam znajomą, która lepi z gliny, poproszę, żeby ją dorobiła. Chłopczyk – na razie bez antenki – stoi na kredensie, tuż przed lustrem, więc tak naprawdę mam dwóch chłopczyków. I podwójną radość z ich oglądania.