1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zaufanie na podstawie wyglądu

Zaufanie na podstawie wyglądu

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Co sprawia, że ktoś wydaje się godny zaufania na podstawie pierwszego wrażenia, czyli w dużej mierze wyglądu? Sprawdzili to czescy naukowcy.

Naukowcy z Czech przeprowadzili szeroko zakrojone badania na temat wiarygodności i zaufania. Przyjrzeli się, jaki wpływ na to ma kolor oczy oraz kształt twarzy. Po pierwszych eksperymentach z pokazywaniem zdjęć okazało się, że właściciele brązowych oczu zostali obdarzeni większym zaufaniem niż ci, którzy mają oczy niebieskie.

Zespół naukowców, kierowany przez Karela Kleisnera, odkrył również, że mężczyźni ocenieni lepiej pod względem zaufania, mieli twarze bardziej okrągłe, usta większe a podbródki szerokie. Mężczyźni o wąskich ustach i szpiczastych podbródkach nie wzbudzali tak dużo zaufania. Co ciekawe, kształt twarzy kobiet nie odgrywał tak dużej roli, jak w przypadku mężczyzn.

Aby sprawdzić, która z dwóch wyznaczników – kolor oczu czy kształt twarzy – jest ważniejszy, naukowcy przeprowadzono trzeci eksperyment. Uczestnicy obejrzeli fotografie mężczyzn, które były do siebie bardzo podobne z wyjątkiem różnicy w kolorze oczu. Okazało się, że zarówno brązowy, jak i niebieski cieszy się takim samym zaufaniem. Badacze doszli do wniosku, że chociaż twarze z brązowymi oczami były postrzegane jako bardziej wiarygodne niż te z niebieskimi oczach – nie kolor to sprawił, a raczej cechy twarzy związane z brązowymi oczami.

źródło: Public Library of Science

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego kobiety tkwią w związkach przemocowych?

Nie jest żadnym odkryciem, że w relacji przemocowej ofiara powiela stary, dobrze jej znany schemat, w którym ktoś inny – mąż, znajomy, przyjaciółka, szef czy partner – staje się ważniejszy od niej samej. (Fot. iStock)
Nie jest żadnym odkryciem, że w relacji przemocowej ofiara powiela stary, dobrze jej znany schemat, w którym ktoś inny – mąż, znajomy, przyjaciółka, szef czy partner – staje się ważniejszy od niej samej. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Niczego nie zauważyłaś? Jak można być z kimś, kto krzywdzi? - pytają koleżanki, a często i my sami, kiedy słyszymy o kobietach tkwiących w złych relacjach. Ano można, jeśli czujesz, że nie masz wyboru. Tak samo jak czułaś to jako dziecko. W dodatku przemoc psychiczna sączy się niczym trucizna, niezauważalnie, powolutku – paraliżując zdrowy osąd sytuacji. 

Wszystkie ofiary mają ze sobą coś wspólnego – jakiś rodzaj gorączkowej ekscytacji, gdy opowiadają swoje historie. Łzy, żal, że nikt nie rozumie, co im się przytrafiło. Złość – że człowiek który im coś takiego zrobił nie poniósł żadnej kary…” – pisze Renata Kim w swojej najnowszej książce ,,Dlaczego nikt nie widzi, że umieram. Historie ofiar przemocy psychicznej”. Najgorsze w przemocy psychicznej jest właśnie owo poczucie niezrozumienia i samotność. I nadzieja, że gdzieś jest ktoś, kto spokojnie wysłucha, bez oceniania, bez komentarza: ,,Nie zauważyłaś, że on cię wykorzystuje?” albo: ,,Skoro byłaś z nim tak długo, to może sama tego chciałaś?”. Widziała, wiedziała, dość szybko zorientowała się, że to drań, oszust, manipulant, który ją i jej uczucia ma gdzieś, bo liczy się tylko on, jego, dla niego, o nim... I co z tego? Głowa mówiła, krzyczała: „Nie bądź głupia, rzuć go”, a brzuch wołał: „Daj mu jeszcze szansę, ostatnią, zaufaj mu jeszcze raz, on jedyny obiecywał ci miłość”. Właśnie ten głód bezwarunkowej akceptacji, uwagi, zainteresowania i miłości wepchnął ją w ramiona narcystycznego, toksycznego i przemocowego kochanka, ale i szefa, przyjaciółki – każdego, kto zauważył, popatrzył głęboko w oczy, wziął za rękę, wysłuchał, docenił, pochwalił… A potem wykorzystał, poniżył, zranił do żywego. Właśnie w tym momencie ofiary przemocy po raz pierwszy przychodzą do terapeuty.

Dam ci wszystko, czego nie dostałaś

„W jego oczach czuła się najpiękniejsza, najmądrzejsza, a kiedy ją upokarzał, płakała, ale czekała, że znowu będzie dla niego ta naj…, nie potrafiła żyć bez niego” – pisze o jednej ze swoich bohaterek Renata Kim. To samo mogłaby powiedzieć o sobie Krysia. Chciał mieć z nią dziecko, tak twierdził, a kiedy zaszła w ciążę, powiedział, że lepiej będzie dla nich (do dziś nie wie, kogo miał na myśli), jeśli przekona męża, że to jego. Nie mogła tego zrobić, z mężem nie sypiała, odkąd nawiązała romans, ale coś musiała mu powiedzieć. Najpierw jednak czekała, aż on – kochanek się zadeklaruje, przecież mówił o dziecku, obiecywał, że odejdzie od żony. Mąż powiedział, że wychowa jak swoje, pod warunkiem że dziecko nigdy się nie dowie, że nie jest jego ojcem. Kiedy synek miał cztery lata, po raz drugi zaszła w ciążę z kochankiem, a on po raz drugi się ucieszył, ale kiedy zaczęła krwawić, nie miał czasu pojechać z nią do lekarza, był bardzo zajęty, a w końcu ciąża to nie choroba. W taksówce dostała krwotoku, to były bliźniaki. Przychodziła na sesje przez rok i ciągle pytała: „Myślisz, że mamy jeszcze jakieś szanse? A może jeśli ja się zmienię, to…”.

Matka Krysi była piękna. Zaszła w ciążę z kolegą ze szkoły, miała 17 lat. Ucieszyła się, kiedy urodziła córkę. Gdy dziewczynka miała dwa lata, babcia, która się nią głównie zajmowała, zmarła. Od tego momentu matka stroiła ją jak lalkę, a potem sadzała przed lustrem i powtarzała: „Dlaczego odziedziczyłaś urodę po nim, a nie po mnie?”, często mówiła też, że powinna ją oddać zaraz po porodzie i że to wszystko przez jej matkę, która aborcji zrobić nie pozwoliła, a potem nagle zostawiła ją samą z bachorem.

Krysia dokładnie pamięta ten dzień, kiedy pierwszy raz się spotkali. On popatrzył jej prosto w oczy i powiedział: „Jaka ty jesteś piękna”.

„Karmi jego głodne ego – zachwyca się nim, zapewnia o miłości, rzuca wszystko, kiedy jest mu potrzebna, obsypuje prezencikami – jej główne zadanie i cel: sprawić, by czuł się przy niej pewnie i bezpiecznie, żeby był silny…” – kolejny cytat z książki.

Ojciec Ani był silny, bardzo. Sadzał ją sobie na kolanach i mówił: „Jesteś moją małą księżniczką”. A potem nagle pewnego dnia miał udar i… poddał się, nie chciał walczyć, zaległ z pilotem przed telewizorem i patrzył na nią takim niewidzącym wzrokiem.

Kiedy przyszła do mnie po raz pierwszy, płakała i pytała, jak on mógł jej to zrobić, dlaczego nie chce się leczyć. Mimo że od udaru minęło już 20 lat. Na razie ratuje innych mężczyzn, tych wszystkich, co to najpierw uwodzą, zabiegają, starają się, mówią, że jest silna, a potem… W tym momencie wersje scenariusza nieco się różnią: ten pierwszy – żonaty, wykorzystał i porzucił, a potem wrócił po kilkunastu latach i powiedział: „Proponuję ci romans i nic więcej”. Drugi nazywał to przyjaźnią z bonusem, trzeci nosił na rękach, nawet obraz dla niej namalował, a potem powiedział, że nie jest gotowy na związek. Kiedy zapytała, czy ma na niego czekać, wzruszył ramionami: „Jak chcesz”. Nie czekała, ale po jakimś czasie on sobie o niej przypomniał, zupełnie jakby na chwilę odłożył ją na półkę i sięgnął, bo była mu potrzebna.

„Wiem, że daję za dużo, że nie dbam o swoje potrzeby, że…” – powtarza to w kółko, a kiedy pytam, czy ciągle jeszcze chce uratować ojca – uśmiecha się smutno.

„Znajomi dziwili się, dlaczego z nim jest, nie chcieli już słuchać jej opowieści, może nawet za plecami się z niej śmiali” – to o innej bohaterce Renaty Kim. Ale mogłoby być o Iwonie. Jej terapeutka groziła, że zrezygnuje, jeśli ona nie zrezygnuje z romansu z tym mężczyzną. Matka Iwony była chora psychicznie, twierdziła, że nie pamięta, kto jest ojcem dziewczynki. Za to często powtarzała, że z pewnością był sk… A kiedy córka chowała jedzenie, żeby w nocy się nie objadała i nie robiła pod siebie – krzyczała, że skończy na ulicy, bo żaden jej nie zechce.

Na pierwszej sesji pokazała mi SMS-y od kochanka, zagroził, że jeśli przestanie mu przesyłać swoje nagie zdjęcia, zerwie z nią. Nigdy jej nawet nie przytulił, nie doszło do żadnej intymności. Za to było dużo słów; najpierw często mówił, że jest wyjątkowa i że ją kocha tak jak nikogo, ale nie pójdzie z nią do łóżka, bo nie chce zniszczyć tej magicznej relacji. A potem mówił, że jest nic niewartą suką i że kijem by jej nie tknął… „Tylko nie każ mi z nim zerwać, bo nie jestem w stanie” – powtarzała przez rok na każdej sesji.

Kat i ofiara

Gdy ofiara przemocy psychicznej po raz pierwszy pojawia się w gabinecie terapeuty, rzadko kiedy jest gotowa do rozstania z katem albo kolejny raz od niego odeszła i trzyma się „ostatkiem sił”, żeby nie wrócić. Zawsze prędzej czy później wraca, bo on nie pozwoli tak łatwo odejść. Za bardzo jej potrzebuje, no i wie, co dla niej najlepsze. „Wierzysz, że on naprawdę mnie kocha, tylko boi się bliskości/ unika intymności/ już tyle razy był odrzucony?” – pytają. Ofiary przemocy są zwykle doskonale wyedukowane w psychologicznej terminologii. Naprawdę chcą zrozumieć, o co tu chodzi, dlaczego zgadzają się na przemoc, dlaczego ta chora relacja wciąga jak bagno. Pierwsze kilka sesji to tysiące pytań i ten pełen nadziei wzrok, że znam na nie odpowiedź. Przy okazji opowiadania po raz setny swojej historii wylewają z siebie tysiące sprzecznych emocji. A ja cierpliwie słucham i czekam, jak ten dobry rodzic, który nie ocenia, nie krytykuje, nie daje rad, bo taka jest moja rola.

„Wiem, że powinnam z nim zerwać”, „Naprawdę go zostawię, już prawie jestem gotowa”, „Jakie to szczęście, że mnie nie oceniasz” – mówią, a potem pewnego dnia wypadają z terapii, bo dostały to, czego najbardziej potrzebowały: wysłuchania i obniżenia napięcia. Znów są silne i gotowe, żeby przyjmować ciosy. Rozumiem to, nie oceniam, to element procesu wychodzenia z uzależnienia. Jeden ze znajomych terapeutów powtarzał zawsze: ,,jeszcze delikwent nie wypił swojego, jeszcze musi dopić, ale wróci jak mu się przeleje”. Wracają, kiedy sięgną dna. Może będzie to choroba psychosomatyczna albo próba samobójcza, strata pieniędzy, dzieci, pracy czy przyjaciół – coś wystarczająco mocnego, żeby już nie dało się udawać, że wszystko jest w porządku. Wracają i płaczą, nie mają siły snuć w nieskończoność historii o tym, co on zrobił, jak zrobił i pytać dlaczego. Gdy wypłaczą już wszystkie łzy, są gotowe, by słuchać, więc mówię: opowiadam, przytaczam wyniki badań, rozrysowuję zależności, tłumaczę mechanizmy…

Dlaczego ja?

To bardzo ważne pytanie. Jeśli ofiara przemocy je sobie zadaje, prawdopodobnie jest już na tym etapie, że ma odwagę skonfrontować się ze swoimi uczuciami i poczuć zależność pomiędzy tym, co czuje obecnie a co czuła jako dziecko. Nie jest żadnym odkryciem, że w relacji przemocowej ofiara powiela stary, dobrze jej znany schemat, w którym ktoś inny – mąż, znajomy, przyjaciółka, szef czy partner – staje się ważniejszy od niej samej. Przecież doskonale to zna z dzieciństwa: warunkowa miłość, warunkowa akceptacja, warunkowa uwaga – na to wszystko musiała (i wydaje jej się, że nadal musi) zasłużyć. Jeśli zasłuży, to dostanie, a potem straci, żeby chcieć zasłużyć jeszcze bardziej. Tak właśnie ten cykl przebiega: kat daje i zabiera, a ofiara odchodzi i wraca – i ona musi dokładnie to poczuć. Poczuć tę nadzieję, że tym razem będzie inaczej, bo on się zmieni albo ona tyle dała, że na pewno zasłużyła na więcej. Poczuć to rozczarowanie i rozpacz, że znowu straciła coś, co było dla niej tak bardzo ważne.

W książce Renaty Kim najbardziej poruszyła mnie jedna z kobiet, która do dziś spłaca kredyt za iPhone’a. Kupiła go dla niego, bo o takim marzył. Od wielu tygodni nie są już razem, a jej co miesiąc ściągają z konta kolejną ratę kredytu. Pomyślałam, że tak naprawdę ona wciąż łudzi się, że ten rytuał ich łączy…

Ten moment, w którym podejmiesz świadomą decyzję że chcesz się ratować, to pierwszy dzień zdrowienia. Czujesz, że będzie bardzo trudno, ale wiesz, że nie ma innego wyjścia. Musisz poczuć całą sobą, że tego chcesz i że dasz radę, nawet jeśli on, gdy tylko wyczuje pismo nosem, stanie się wyjątkowo miły, kochający, zabiegający, będzie padał na kolana i prośbą albo groźbą próbował cię przywołać. „Tygodniami kontakt był intensywny, a potem on nagle znikał. Klasyczna gra w przyciąganie i odpychanie, która jest jednym z najskuteczniejszych mechanizmów manipulacji, silnie wiążącym” – pisze Renata Kim. Doskonale to znasz. Wiem, że to bardzo boli, ale to są właśnie te najważniejsze uczucia, które nosisz w sobie, zamrożone od lat. ,,A może tym razem tata naprawdę pojawi się na moich urodzinach?”, „A może tym razem mama pochwali mój rysunek?”. Od lat nosiłaś w sercu tę nadzieję, wnosisz ją do dorosłego życia, ukrywasz w brzuchu, tuż obok głodu miłości. Aż wreszcie pojawia się on i zauważa, chwali, patrzy prosto w oczy, kiedy do ciebie mówi. Nie robi rozczarowanej miny i jest taki cudowny. Do czasu. Znów znika, ale i znów się pojawia. Doskonale potrafi rozszyfrować twój głód: miłości, uwagi, zachwytu, wysłuchania. Wie, że będziesz jeść z ręki każdego, kto ci powie: „Tylko ja wiem, kochanie, czego potrzebujesz, co będzie dla ciebie najlepsze, tylko mi zaufaj”.

Już wiesz, dlaczego ty? Jeśli tak, to teraz poczuj to wszystko: rozpacz na przemian z nadzieją porzuconego czy zawiedzionego dziecka. Ten ból, choć może wydawać się straszny, nie zrobi ci krzywdy. Z każdym wydechem będzie go coraz mniej i mniej…

I jeszcze jedna rzecz, jeśli po jakimś czasie po rozstaniu poczujesz chęć, żeby się zemścić, nie rób tego, to kolejny etap gry. On się tym nie przejmie, za to z przyjemnością po raz kolejny wciągnie cię w cykl unikanie–przyciąganie. Wiej, kochana, gdzie pieprz rośnie. Dasz radę.

Ewa Klepacka-Gryz - psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet terapiavia.com Polecamy jej najnowszą książkę. 

  1. Psychologia

Na czym polega wychodzenie ze strefy komfortu?

Wyjście ze strefy komfortu jest niezbędne do rozwoju i realizacji marzeń. (fot. iStock)
Wyjście ze strefy komfortu jest niezbędne do rozwoju i realizacji marzeń. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Jesteś przekonana, że życie to walka? A gdyby tak uwierzyć, że szczęście ci sprzyja? Zaufać sobie i światu, wyjść ze strefy komfortu. Spróbuj!

Mamy różne upodobania i cele, ale tak naprawdę wszyscy kierujemy się tą samą zasadą: dążyć do przyjemności, unikać bólu. Lęk przed cierpieniem – choć często całkiem irracjonalny – bywa paraliżujący. Każe nam „nie wychylać się”, działać rutynowo, poruszać się po wyżłobionych koleinach... Tkwić w ograniczeniach, nie wykorzystywać swojego potencjału. Za przeciwieństwo lęku uważa się odwagę, ale bądź tu odważna, kiedy w brzuchu coś się zaciska, kiedy wszystko w tobie kurczy się na myśl o zagrożeniu!

Wielu ludzi żyje w przeświadczeniu, że świat to miejsce nieustannej walki i rywalizacji. Zaciskamy więc szczęki, przywdziewamy marsową minę i ruszamy do boju (chociaż kolana drżą). Wszystko zgodnie z filmową zasadą, że „twardym trzeba być...”. A można inaczej, na miękko właśnie. Pozwolić, odpuścić. Zobaczyć, co przyjdzie. Co odejdzie. Nie zatrzymywać niczego na siłę. Jeden z największych lęków dotyczy straty – kojarzymy ją z przejmującym, rozdzierającym wręcz bólem. Pamiętasz, co mówi na ten temat Antoine de Saint-Exupéry? „Jeśli coś kochasz, puść to wolno. Jeśli wróci – jest twoje. Jeśli nie – nigdy twoje nie było”.

Zaufanie do życia

Zaufanie nie oznacza naiwności. Nie musi też wiązać się z wielką odwagą. Kiedy ufasz, pozostajesz otwarta. Sprawdzasz różne warianty, żadnego z nich nie forsując. Płyniesz z nurtem. Ufać to nie przywiązywać się do rzeczy, ludzi, scenariuszy życiowych. Przyjąć, że wszystko, co nas spotyka, ma głęboki sens, otworzyć się na każde doświadczenie, jakie staje się naszym udziałem. Może będzie to cudowna niespodzianka, nagroda, może trudna lekcja. Zaboli, ale pozwoli dojść znacznie dalej, osiągnąć znacznie więcej. Ufać to pozwalać, by sprawy toczyły się swoim biegiem. Niekiedy ufną osobę uznaje się za niedojrzałą (bo ufne – czytaj: głupie – są tylko małe dzieci). A czasem ktoś podejrzliwy, węszący wszędzie podstęp, zyskuje miano rozsądnego...

Ufność nie znaczy, że wpuszczasz do mieszkania każdego, kto puka do drzwi, wierzysz w każdą cudowną ofertę. To wiara w pozytywny obrót zdarzeń, w to, że – nawet jeśli się trochę poobijasz – i tak spadniesz na cztery łapy. Że nie ma tego złego... Być może popełnisz błąd, ale akceptujesz go – po coś to było. Ufasz swoim decyzjom, odczuciom, pomysłom, instynktom, pragnieniom. Tak, ma to dużo wspólnego z optymizmem, ale też z poczuciem wartości. Z przekonaniem, że zasługujesz na wszystko, co najlepsze. Najlepsze dla twojego rozwoju.

Bo – żeby się rozwijać – musisz opuszczać swoją strefę komfortu. A jeśli się ociągasz, zostaniesz do tego przez życie „zachęcona”. Strefa komfortu to takie miejsce (przestrzeń psychologiczna), w którym funkcjonujemy na co dzień, celebrując nawyki i przyzwyczajenia, wykonując znane, dobrze opanowane czynności. Jest tam bezpiecznie, stabilnie. I trochę duszno. Ktoś porównał strefę komfortu do złotej klatki, za prętami której rozciągają się niezdobyte, niezwykle ponętne przestrzenie, pełne wspaniałych możliwości i nowych (również tych bardzo ryzykownych) wyzwań. Ale – co najważniejsze – gdzieś tam czekają nasze marzenia... „Wszystko, czego pragniesz, wszystko, czego chcesz, znajduje się poza strefą twojego komfortu” – twierdzi amerykański coach Zan Perrion. Żeby wychylić głowę za pręty, wypłynąć z przydomowego bajorka na szerokie wody, trzeba zaufać światu – że nie zażąda od nas wysokiej ceny za szczęście. Że nam sprzyja.

Przyjęcie takiej postawy sprawia, że odprężasz się, przestajesz główkować. Nagle rozwiązanie wyłania się samo. Dla niektórych to proste jak oddech. Dla innych to życiowe wyzwanie. Wolą spinać się, mocować, opierać, nigdy się nie poddawać. Tymczasem – jak mówi autor „Potęgi teraźniejszości” Eckhart Tolle – „Poddanie jest procesem czysto wewnętrznym. Nie oznacza ono wcale, że nie możesz zarazem na zewnątrz przedsięwziąć czegoś, aby zmienić sytuację. Gdy się poddajesz, właściwie nie musisz akceptować jej całej, lecz tylko niewielki wycinek sytuacji, zwany teraźniejszością”.

Ufność nie oznacza bynajmniej bierności. Nie jesteś jak listek na wietrze. Określasz preferencje, podejmujesz działania, tyle że nie przywiązujesz się do rezultatów. Będzie po twojemu – świetnie. Ułoży się inaczej – też dobrze. Widać świat ma dla ciebie coś lepszego. Albo miałaś czegoś doświadczyć, nauczyć się. Chodzi o to, żeby nie walczyć z nurtem rzeki, bo to bezproduktywne. Frustrujące, wyniszczające. Ale też, żeby nie stać jak widz na brzegu, udając, że sama świetnie sobie radzisz, że nie potrzebujesz żadnego nurtu, prądu, żadnej siły, która mogłaby cię wesprzeć. Niektórzy nazywają ją „siłą wyższą”. Inni po prostu życiem.

Łatwiej, prościej, lżej

Według rosyjskiego nauczyciela Vadima Zelanda, twórcy Transerfingu, większość naszych problemów bierze się stąd, że pewnym sprawom nadajemy zbyt dużą wagę. Niepotrzebnie wszystko komplikujemy, podczas gdy wystarczyłoby elastycznie i łagodnie podążać za zdarzeniami. – W przestrzeni wariantów jest wszystko, lecz największe jest prawdopodobieństwo urzeczywistnienia się wariantu najmniej energochłonnego – twierdzi Zeland. I zapewnia, że gdyby nie wyszukane strategie umysłu, gdyby nie bezproduktywne młócenie rękoma, moglibyśmy surfować bez najmniejszego wysiłku po falach życia: – Przyroda nie marnuje na próżno energii i nie ma skłonności do intryg.

Nie musimy więc trudzić się ponad miarę. Możemy pozwolić, by wszystko przychodziło nam z łatwością i lekkością. Upraszczać. Umysłowi bardzo trudno jest przyjąć taką „bezwysiłkową” wersję – on chce wciąż opracowywać szczegółowe rozwiązania. No właśnie – jest nieufny. Ale ty nie musisz go słuchać. Możesz podziękować mu za troskę, pozwolić, żeby trochę odpoczął. Wziąć głęboki oddech, rozluźnić się, uśmiechnąć. Taka postawa pomaga zrzucić niepotrzebne ciężary, uwierzyć, że wszystko jest takim, jakie być powinno.

  1. Psychologia

"Nie pozwalam" - jak wspierać dorastające dzieci?

"Tu, gdzie można, trzeba dawać wolność. Natomiast w sposób zdecydowany reagować wszędzie tam, gdzie eksperymenty mogłyby szkodzić." fot. iStock
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Wbrew pozorom dorastających dzieci nie można traktować jak dorosłych. Zostawienie ich samym sobie jest jak porzucenie na środku rozszalałego oceanu – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Jeden z kochających, mądrych ojców powiedział mi, że kontroluje dorastające dzieci, pilnuje, czuwa i chroni; nie ufa, że poradzą sobie same. I bardzo słusznie. Młodzi ludzie są absolutnie nieprzygotowani na to, żeby mierzyć się z zagrożeniami naszej konsumpcyjno-technokratycznej cywilizacji. Są bezbronni. Mają tendencję do podążania owczym pędem; inni tak robią, więc będę robił i ja. Koledzy oglądają pornografię, próbują narkotyków, jeżdżą, gdzie chcą, są wolni, dlaczego ja mam nie spróbować? Ponieważ nie mają wystarczającego zasobu doświadczeń życiowych, nie są w stanie adekwatnie oceniać sytuacji. Oceniają albo przez pryzmat hormonów, albo buntu, albo mody, albo presji, którą wywierają rówieśnicy, albo wszystkiego naraz.

Jest taki film „Uprowadzona”, w którym ten temat jest bardzo dobrze pokazany. Główny bohater, ojciec, pracował w służbach specjalnych Stanów Zjednoczonych. Córka chce pojechać z koleżanką do Paryża. Wspiera ją matka, z którą mężczyzna jest rozwiedziony. Jego miłość wystawiona jest na próbę. Córka szantażuje go emocjonalnie. Ojciec, mimo że ma wiedzę o zorganizowanej przestępczości, o zagrożeniach, na które narażone są podróżujące dziewczyny, w końcu ulega, pozwala córce jechać. Szybko odkrywa, że w tej wyprawie nie chodzi o Paryż. Dziewczyna wraz z przyjaciółką jadą za ulubionym zespołem rockowym. Paryż jest tylko przystankiem. Dom, w którym mają się zatrzymać, jest pusty, ponieważ rodzina przyjaciółki wyjechała. Już na lotnisku namierza je naganiacz z przestępczej organizacji zajmującej się handlem kobietami. Widzimy naiwne dziewczątka, które opowiadają o sobie pierwszemu napotkanemu przystojnemu chłopakowi; że są same, w podróży, że jadą do domu, w którym nikogo nie ma. Obie zostają uprowadzone. Nie mają żadnych szans z wyrafinowaną, międzynarodową siatką przestępczą. Gdyby nie ojciec, jego wiedza, umiejętności, kontakty, ta podróż skończyłaby się dla jego córki fatalnie. Niestety, nie zdążył ocalić przyjaciółki. Ojciec ratuje córkę w bardzo dramatycznych okolicznościach, jak to w kinie akcji. W życiu takie happy endy raczej się nie zdarzają. To jest brutalny, przerażający film, niestety, nie tak daleki od realiów.

W tym filmie ogniskują się główne dylematy ojców. Filmowy ojciec wie, że to jest niebezpieczna podróż. Mówi: „Wiem, co się dzieje na świecie”, „Pojadę z wami”, „Nie pozwolę, żebyś ryzykowała swoim życiem”. Gdy w końcu pod presją godzi się na wyjazd córki, prosi, aby zadzwoniła po wylądowaniu w Paryżu i codziennie dzwoniła przed snem. Prosi o adres miejsca, gdzie dziewczyny planują się zatrzymać. Niestety, nie spotyka się ze zrozumieniem otoczenia. Słyszy, że ma obsesję, że nie może trzymać córki na smyczy, bo ją utraci. „Daj jej zasmakować życia”. „Niech poznaje świat”. Młodzi ludzie nie zdają sobie sprawy z wyzwań, z ryzyka. Na nieszczęście mają często wygórowane wyobrażenia na temat swoich możliwości, siły, przebiegłości. To jest bardzo trudny okres w rozwoju młodego człowieka. Ojciec w tym momencie występuje w roli strażnika, opiekuna, który nie tylko wyznacza granice, lecz także chroni dzieci. Zostawienie ich samym sobie jest jak porzucenie na środku rozszalałego oceanu. Młodzi ludzie potrzebują latarni morskiej, doświadczonych żeglarzy, wiedzy na temat zasad ratowania się. Jakiś czas temu rozmawiałem z młodą kobietą, która wieczorem poszła do lokalu, żeby się odprężyć. Wypiła drinka i film jej się urwał. Pamięta coś jak przez mgłę. Na pewno było usiłowanie gwałtu. Niestety, to są realne zagrożenia, istnieją o krok.

W jaki sposób kontrolować bez stosowania przemocy, bez nadużywania władzy? Dorastające dzieci szukają niezależności, wolności. Wszędzie tam, gdzie ich eksperymenty nie stanowią zagrożenia – na przykład nowa fryzura, nowy styl ubierania się, nowa dieta – nie ma konieczności ustalania restrykcyjnych ram. Tu, gdzie można, trzeba dawać wolność. Natomiast w sposób zdecydowany reagować wszędzie tam, gdzie eksperymenty mogłyby szkodzić. Alkohol, narkotyki, wyjazdy w nieznane są takimi zagrożeniami. Niestety, Polska jest krajem przerzutowym między Wschodem a Zachodem, Północą a Południem, jeśli chodzi o handel żywym towarem – kobietami, dziećmi. Gdyby córka przyjęła zbyt niefrasobliwą postawę, zadbałbym o dostarczenie jej danych dotyczących liczby zaginięć w ciągu roku w Polsce.

Następny temat to pornografia. Dorastające dzieci mają dostęp do wszystkiego poprzez Internet. Są oczywiście zabezpieczenia, ale wystarczy pójść do kolegi i temat jest odbezpieczony. Nastolatek nie jest w stanie zintegrować swojej seksualności w sposób dojrzały. Pornografia jest dla niego jak narkotyk, ponieważ trafia na bardzo podatny grunt. Podczas burzy hormonalnej wszystko kojarzy się z seksem. Pornografia rozbudza tę sferę jeszcze bardziej. Wciąga, uzależnia. Gdyby użyć porównania do toru wyścigowego – biologiczna seksualność mknie z ogromną prędkością, psychika pozostaje z tyłu, nie nadąża. Pornografia angażuje ewolucyjnie pierwotne obszary systemu nerwowego. Reszta jest blokowana. Uwaga nakierowana jest na ekscytację, pobudzenie i mechaniczne rozładowanie. To może rozładowywać stres i napięcie, być ucieczką od codziennej szarzyzny, od szkoły. Wydaje się bardzo atrakcyjne, jednak w późniejszym życiu w sposób dramatyczny rzutuje na relacje.

W jaki sposób? Ta sfera za bardzo dominuje. Mężczyzna uzależniony od pornografii przestaje widzieć w kobiecie człowieka. Widzi tylko to, co się dzieje. Żyje w schemacie: pobudzenie, rozładowanie, pobudzenie, rozładowanie. Marne szanse na rozwinięcie prawdziwej bliskości, emocjonalności, czułości, serdeczności. Z czasem potrzebuje coraz silniejszej, coraz bardziej udziwnionej stymulacji. Używa kobiet, które mają spełniać jego wyrafinowane zachcianki. Znam parę, która się rozstała, ponieważ jemu nie wystarczyło to, że się rozumieli, że było im ze sobą dobrze, bezpiecznie, seks się udawał. On chciał mocniejszych, intensywniejszych doznań. Właśnie takie pragnienia bardzo często są efektem przestymulowania w okresie dojrzewania.

Wygląda na to, że niewiele można tu zrobić. Nie można ochronić dorastających dzieci przed pornografią. Nie pozostaje nic innego, jak rozmawiać na te tematy, budzić ze snu iluzji. Na przykład rozmawiać na temat struktury pornografii, typowych elementów, które się tam pojawiają, demaskować oszustwa. Choćby takie, że jeden stosunek trwa pół godziny, kobieta przeżywa dziesięć orgazmów, niezależnie od tego, w jakiej pozycji, a on przez ten czas w pełnym wzwodzie, wydajny. Albo: każdy z każdym i wszędzie, i od razu są tak dopasowani pod każdym względem, że ekstaza się nie kończy. Młodzi mogą nabrać przeświadczenia, że tak to właśnie w życiu wygląda.

Ojciec może powiedzieć do syna: „Nie martw się, nie musisz być tak wydajny. Ten film został posklejany z bardzo wielu ujęć. Przykro mi to powiedzieć, żałuję, że cię rozczarowuję. Kobiety też zachowują się inaczej i czego innego potrzebują. Prawdziwe zbliżenie, ekstaza, intymność przebiega inaczej. Wyjdź na ulicę, popatrz na dziewczyny, a potem wyobraź je sobie w pornosach. Pasują? Tu masz wyhodowane specjalne osobniki, ludzi wyspecjalizowanych w odgrywaniu pewnych ról. Do tego silikon, zabiegi, środki chemiczne, żeby utrzymać wzwód. To jest technologia, biznesowa maszyneria. Ludzie odpowiedzialni za rozpowszechnianie takich filmów są profesjonalistami w wielu dziedzinach – marketingu, reklamy, wywierania wpływu, technologii filmowej. Mogą zarabiać krocie dzięki temu, że tacy jak ty te filmy oglądają i uzależniają się. A skoro się uzależniają, jest szansa, że będą kupowali coraz więcej. Jesteś klientem, którego trzeba uzależnić na całe życie. Zgadzasz się na to? Ty, który tak dążysz do swobody, wolności, niezależności? To uważasz za wolność?”.

Znajomy ojciec, który zobaczył 15-letnią córkę z gołym pępkiem, powiedział: „Uważaj, chłopcy w twoim wieku myślą penisem, narażasz się”. Ale nie zabronił. To najlepsze wyjście. Rozmawiać, pokazać zagrożenia, ale dać wybór.

A gdyby ta dziewczyna miała 13 lat? Kiedy ojciec może zabronić? Do 16. roku życia ma taką, nawet prawną możliwość. Gdyby widział, że małoletnia córka wzbudza nadmierne zainteresowanie mężczyzn, że jest w niebezpieczeństwie, może i powinien zabronić.

Trudno zabronić. Córka zrobi, co zechce, gdy ojciec nie widzi. Dlatego zawsze lepsze są rozmowy. Jednak w sytuacji zagrożenia trzeba użyć radykalnych środków, zatrzymać w domu, nie pozwolić. Trudno. Wbrew pozorom dzieci nie można traktować tak jak dorosłych. Troska o ich godność, szacunek dla nich – jak najbardziej. Trzeba poważnie traktować ich długofalowe dążenia, zainteresowania, wszystko, co im służy, nawet jeśli nie bardzo nam to odpowiada. Na przykład syn wybiera się na AWF, a ojciec marzy, żeby poszedł na prawo. Trzeba szanować ten wybór. Ostatnio jedna z matek powiedziała mi, że jej 15-letnia córka współżyje z rówieśnikiem, a ona to akceptuje „no bo skoro się kochają…”. Dorastające dzieci bardzo szybko zakochują się i odkochują, ćwiczą się w miłości. To są dopiero wprawki, próby, przygotowania, nie czas na współżycie.

Niełatwo być ojcem. Niełatwo chronić dzieci przed iluzją, która jest im wpajana, że są wolni, mogą robić, co chcą, świat jest bezpieczny, a ojciec nie ma nic do gadania. Ojciec może sam zwątpić, przestać stawiać granice i egzekwować wymagania, wycofać się z roli opiekuna. To byłoby najgorsze, co mógłby zrobić, ponieważ wtedy zgodziłby się na daleko idące ryzyko. Dałby niejako przyzwolenie na takie zdarzenia w życiu dzieci, które będą brzemienne w skutki w ich przyszłości, a także w jeszcze dalszej perspektywie, ponieważ traumy i uzależnienia przenoszą się na kolejne pokolenia. Nie pozostaje więc nic innego, jak działać pod prąd różnym modom, stylom, sloganom. Nawet, jeśli mielibyśmy być oskarżeni o zaściankowość, ciemnogród czy cokolwiek innego - trudno, to jest wpisane w rolę ojca.

A zaufanie? „Tato, ty mi nie ufasz?” Dorastające dzieci rozbrajają ojca takim pytaniem. Zaufanie polega na czym innym: ufam w twój potencjał, ufam naszej relacji, ale nie wymagam wszechwiedzy. To może być paradoksalna sytuacja. Gdy ojciec mówi: „Ufam swoim dzieciom”, wykazuje więcej naiwności niż one. Sam wtedy cofa się do wieku nastolatka. Byłoby oczywiście dobrze, gdyby ojciec miał dostęp do nastolatka w sobie z hormonami, z burzą i naporem, z wyostrzonym jak brzytwa krytycyzmem, z buntem przeciwko autorytetom. Ale jednocześnie – by miał dostęp do wiedzy i doświadczenia osoby dorosłej. Kontakt ze swoim wewnętrznym nastolatkiem pozwala mu lepiej rozumieć dzieci, budować z nimi więź, kontakt z dorosłym – nie ulegać chaosowi i szaleństwu. Jednak aby taki kontakt z różnymi częściami siebie budować, potrzebujemy czasu dla siebie, uznania, że to jest ważne, ma wartość. Nagrodą jest komfort: ponieważ lepiej rozumiemy, co przeżywają dzieci, możemy prawdziwie chronić je i wspierać.

  1. Psychologia

Trening odwagi w czterech krokach

Droga do odwagi wiedzie m.in. przez zmaganie się z własną wrażliwością. (Fot. iStock)
Droga do odwagi wiedzie m.in. przez zmaganie się z własną wrażliwością. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Dzisiejszym firmom potrzeba śmiałych liderów. Oto trening odwagi w czterech krokach przygotowany przez Brené Brown z Uniwersytetu Houston, która od 20 lat zajmuje się badaniem emocji. 

W dzisiejszych czasach potrzeba śmiałych liderów. Oto trening odwagi w czterech krokach przygotowany przez Brené Brown z Uniwersytetu Houston, która od 20 lat zajmuje się badaniem emocji. 

1. Zmierz się z wrażliwością

„Droga do odwagi wiedzie przez zmaganie się z wrażliwością. Przytul tę niewygodę” – pisze Bené Brown w książce „Odwaga w przywództwie”.
Znaczenie, które autorka przypisuje wrażliwości, nie dziwi, bo poświęciła jej wiele lat badań i bestseller „Z wielką odwagą”. W proch rozbiła w nim popularne przekonania i mity, jak te, że wrażliwość oznacza słabość czy że zwycięzcy nie pozwalają sobie na nią. Nic bardziej mylnego – tylko dopuszczenie swojej wrażliwości pozwala być wewnętrznie spójnym i w konsekwencji budować zdrowe więzi. A bez tego nie sposób być autentycznym liderem. „Zdecydowanie warto wziąć sobie do serca myśl, że odwaga przywódcza zawsze kończy się tam, gdzie wyczerpuje się nam potencjał wrażliwości” – wyjaśnia badaczka.

Jednak bycie wrażliwym oznacza też wystawianie się na niepewność oraz podejmowanie ryzyka, więc wciąż jesteśmy skazani na zmaganie się z chęcią założenia zbroi, która wprawdzie jest w stanie uchronić przed zranieniem, poniżeniem i wykorzystaniem (choć na najgorsze i tak nie jesteśmy w stanie się przygotować), ale zarazem oddzieli nas od innych i uniemożliwi doświadczanie radości.

Brown definiuje zmaganie się z wrażliwością jako rozmowę, w której bez lęku bierzemy odpowiedzialność za swój wkład w sytuację i nastawiamy się na uważne słuchanie. Co pomoże liderowi w zmaganiach z wrażliwością? Badaczka wymienia m.in. empatię, ciekawość, życzliwość, odczuwanie wdzięczności i nagradzanie, zaangażowanie, mówienie wprost, rozpoznawanie i akceptowanie zbiorowych lęków oraz podejmowanie ryzyka. „Opanowanie umiejętności zmagania się z wrażliwością to zatem ciężka praca” – uprzedza autorka „Odwagi w przywództwie”. Jednak bez niej nie sposób zrobić kolejnego kroku na drodze ku odwadze, czyli żyć zgodnie z wartościami.

2. Bądź w zgodzie ze swoimi wartościami

„Odważni liderzy, którzy żyją w zgodzie z własnymi wartościami, nigdy nie milczą o trudnych sprawach” – twierdzi Brené Brown.
Co wynika z tego stwierdzenia? Ano, że przede wszystkim trzeba znać swoje priorytety, co wcale nie jest łatwe. W tym miejscu z pomocą przychodzi zawarta w „Odwadze w przywództwie” lista ponad 100 wartości (i miejsce na dopisanie kilku swoich). Autorka proponuje, by zacząć od zaznaczenia 15, z którymi się utożsamiamy, a potem skreślać je po kolei, aż zostaną… dwie. Powołuje się w tym na wyniki badań, które mówią, że największą gotowość do zmagania się z wrażliwością i do odważnego działania wykazują właśnie ci, którzy kierują się tak niewieloma wartościami. Jeśli robi się ich więcej, stają się raczej źródłem myślenia życzeniowego, a nie życiową busolą. A przecież chodzi o działanie! Jednak przejście od deklaracji do praktyki jest niełatwe. Badaczka radzi, by wcześniej zrobić plan (osobno dla każdej wartości), wykorzystując do niego następujący zestaw pytań: Jakie trzy zachowania mogłyby tę wartość wspierać? Jakie trzy ryzykowne działania mogłyby doprowadzić do sprzeniewierzenia się tej wartości? W jakich okolicznościach zdarzy mi się w pełni urzeczywistnić tę wartość? A o to dobrze jest zabiegać, bo choć trzymanie się zasad nie zawsze ułatwia podejmowanie decyzji, to daje siłę i pewność, dzięki którym możemy sami kierować własnym życiem.

3. Zdefiniuj zaufanie

To kolejny etap treningu odwagi według Brené Brown. By je opisać, badaczka posługuje się definicją Charlesa Feltmana, coacha i facylitatora z ponad 30-letnim doświadczeniem, dla którego zaufanie oznacza „świadome narażenie czegoś dla nas wartościowego na ryzyko wynikające z działań innej osoby”.

O zaufaniu trudno rozmawiać (bo jak powiedzieć komuś, że nie powierzyłoby się mu jakieś ważnej dla nas rzeczy czy sprawy?) i jeszcze trudniej je zdefiniować. Skoro jednak jest podstawą efektywnego działania zespołu, to warto określić, jakie zachowania będą się na nie składać. Brown proponuje katalog ukryty pod nazwą BRAVING (od pierwszych liter cech, które go tworzą). I tak: B oznacza poszanowanie granic (ang. boundaries), R – rzetelność (ang. reliability), A odpowiada za gotowość do przyznania się do błędu i poniesienia jego konsekwencji (ang. accountability), V wyraża dyskrecję (ang. vault – skarbiec, sejf), I wskazuje na wewnętrzną spójność, która stawia działanie zgodne z wartościami ponad wygodę (ang. integrity), N pozwala powstrzymać się od oceniania (ang. nonjudgement), G to doszukiwanie się najlepszych intencji w postępowaniu i słowach innych (ang. generosity – hojność).

4. Ćwicz sztukę wstawania

Ostatni krok na drodze do bycia odważnym to umiejętność podnoszenia się po porażce. I tak jak wcześniejsze – tak i tę kompetencję można wytrenować. Brown przyrównuje to do nauki padania na ziemię przez przyszłych spadochroniarzy.
„Nie można oczekiwać od ludzi, że będą wykazywać się odwagą i zaryzykują porażkę, jeśli wcześniej nie mieli okazji przygotować się na twarde lądowanie” - apeluje.
Ci, którzy mają za sobą takie doświadczenie, już wiedzą, że w razie niepowodzenia dadzą radę ponownie stanąć na nogi. „Opanowanie sztuki wstawania ma nam pomóc wrócić do równowagi po niepowodzeniu, błędzie czy zranieniu w taki sposób, abyśmy stali się dzięki nim mądrzejsi i mogli żyć z otwartym sercem”. Tacy liderzy są mniej zalęknieni oraz bardziej wyrozumiali dla członków zespołu. Rozumieją, że działanie niesie ryzyko, a błędy są nieuniknione. I tego muszą uczyć swoich współpracowników, zwłaszcza tych młodych, bo – jak zauważa autorka – rośnie wśród nich podatność na traumę, a maleje odporność psychiczna. Odwaga jest zaraźliwa i nie ma lepszej metody na rozwijanie kultury odważnego przywództwa, niż dawanie dobrego przykładu.

  1. Psychologia

Jak zacząć od nowa... nie rozstając się? Pytamy psychoterapeutę

"Wybaczanie polega na nierozpamiętywaniu tego, co się stało, na nieodgrywaniu wciąż tego samego "filmu" w różnych wersjach". (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Nie rozstaliście się, ale - z różnych powodów - wasz związek wisi na włosku. Czy o wszystkim można zapomnieć i dalej żyć razem? Nawet o zdradzie, wiecznej krytyce lub kłamstwie? I co to są exit cards? Wyjaśnia psychoterapeuta Ireneusz Sielski. 

Kiedy żyje się razem, różne rzeczy mogą się zdarzyć i zagrozić wspólnemu szczęściu. Czy wszystko powinniśmy wybaczyć, na przykład zdradę? Wybaczyć można wszystko. Ale to nie znaczy, że należy wszystko zapomnieć. Pamięć jest nam potrzebna, by nie narazić się na ponowne zranienie. Wybaczenie jest po to, byśmy wszystkich wokół nie podejrzewali o złe intencje i nie cierpieli. Ważne także, by pamiętać, że wybaczyć to nie znaczy żyć dalej razem z kimś, kto nas skrzywdził. To dwie zupełnie osobne kwestie.

Proces wybaczania zwykle trwa długo. Nie wystarczy powiedzieć: „OK, wybaczam ci” i po sprawie. Negatywne myśli wracają, nie da się ich od razu wykasować. Weźmy taki przykład: Adam zdradził Anię. Główny problem polega na tym, że to, co się stało, rujnuje im dotychczas znany świat. W momencie, w którym Ania dostała e-maila od jego kochanki, opatrzonego jednoznacznymi zdjęciami, straciła świadomość, kim jest. Wierzyła w swoją intuicję, w szczęście, a nie przewidziała tego, co się stało, więc nie może już ufać sobie, nie może ufać losowi. Nie chce wierzyć też w to, w co wierzyła – w uczciwość Adama. Musi od nowa budować przekonania na temat tego, kim sama jest, kim jest Adam i jaki jest świat. To szok i dlatego ważne jest, by nie zamiatać zdrady pod dywan.

Nie lepiej wykrzyczeć żale i już do tego nigdy potem nie wracać? Adam na pewno chciałby jak najszybciej o tym zapomnieć. Mówi: „przepraszam, źle zrobiłem, to się nie powtórzy” i oczekuje, że Ania mu przebaczy, zapomni i da spokój. Jednak to nierealne, osoba zdradzona będzie przypominać sobie o zdradzie z byle powodu, na przykład gdy ten, kto zdradził, spóźni się, nie odbierze komórki, pójdzie do pracy czy wróci o nietypowej porze albo jakoś dziwnie spojrzy…

Zdradzona osoba ma do tych podejrzeń prawo. Nie może być tak, że ma milczeć, skoro wybaczyła, ona musi mieć szansę mówić o tym, co czuje i myśli – tyle, ile tylko potrzebuje. I do niej należy decyzja, jak długo to potrwa. Podejrzliwość wobec tego, kto zdradził, jest uzasadniona i on musi poczekać, popracować nad tym, żeby odbudować zaufanie do siebie. A to się stanie, gdy właśnie Ania przestanie wciąż o tym myśleć i mówić. To będzie znak, że naprawdę wybaczyła.

Rozpamiętywanie ma sens? Jeżeli zamieciemy pod dywan zdradę, oszustwo, cokolwiek ważnego, możemy być pewni, że one powrócą. Wcześniej czy później, bo żyjąc razem, uczymy się nawzajem, co nam wolno, a czego nie. Więc jeżeli mówimy: „nie ma sprawy”, to dajemy przyzwolenie na skok w bok.

Często wtedy dajemy to przyzwolenie także sobie. Tak jak pewien mężczyzna, który powiedział do swojej żony: „W porządku, rozumiem, zdradziłaś mnie. A więc ja teraz mam też do tego prawo”. Ale jego żona była tym bardzo poruszona „Jak to – masz prawo?!”. Jego postawa oddaliła ich od siebie jeszcze bardziej, bo on w miejsce odbudowania relacji i zaufania zaproponował wymianę.

A ja słyszałam, że podobno za zdradę należy się zadośćuczynienie, na przykład bransoletka, dobre perfumy, auto… To byłoby jak zapłacenie mandatu. A najważniejsze jest odbudowanie zaufania. Powiem tak: jak dziecko nabałagani, możemy je ukarać tym, że nie będzie oglądać telewizji, ale powinno przede wszystkim posprzątać swój bałagan, bo tak naprawdę na tym polega kara. Taka sama zasada obowiązuje w wypadku zdrady. Jeżeli facet był niewierny, to ma już nie zdradzać, a nie kupować żonie futro! Prezent zawsze może jej zrobić bez zdradzania, po prostu dlatego, że kocha. Jeśli nabałagani w ich wspólnym życiu, to przede wszystkim ma być cierpliwy, zapewniać o swojej miłości, unikać sytuacji, które mogłyby wzbudzić podejrzenia, że znów z kimś romansuje. Może będzie musiał starać się rok, a może nawet dłużej, to sprawa indywidualna. Konsultacje u psychoterapeuty mogą ten proces usprawnić.

A jeśli chcemy wybaczyć i nie możemy? Znam parę, która od lat katuje się wypominaniem zdrady. Bo to trudne: zaakceptować stratę, której doświadczyliśmy, stratę naszego wyobrażenia o idealnym partnerze, który nigdy nie zdradzał. Trudno zaakceptować to, że oboje jesteśmy ułomni. Zbudowanie świadomości, że moje życie nie jest idealne, to długotrwały proces. Ale też początek życia w realnym świecie, a nie w fikcji czy marzeniach. Kiedy nam się to uda, możemy zacząć kochać tego drugiego człowieka takim, jakim jest, ze świadomością jego wad, a nie dlatego, że go idealizujemy.

Jeśli chcemy wybaczyć i nie możemy, bo wciąż myślimy o tym, co się stało, potrzebna jest decyzja: „chcę wybaczyć”, podobna do tej, jaką podejmujemy, gdy na przykład postanawiamy rzucić palenie. To normalne, że nadal czuję ból, myślę o kochanku partnerki, zastanawiam się, czy ona o nim myśli? Ale podjęta decyzja: „wybaczam” powoduje, że zaczynam kontrolować swoje myśli, uświadamiam sobie, że to tylko wspomnienia, przeszłość. Ale nawet jak wybaczę, mogę czasem poczuć smutek.

A gdy partner nas oszukał? Na przykład w sprawie pieniędzy. Kłamstwo, tak samo jak zdrada, to poważna sprawa. Nie chodzi o to, że ktoś zostawił sobie sto złotych, zamiast wpłacić je na wspólne konto. Suma nie ma znaczenia, chodzi o sam fakt oszustwa. On nie przeprasza za sto złotych, tylko za to, że nie powiedział prawdy. Jak mu więc zaufać? Myślimy wtedy: „Hm… może on już wiele razy złamał zasady, ale to nie wyszło na jaw? A teraz wyszło?”.

Ale czy można wybaczyć komuś, kto nie czuje się winny? Facet, który przegrał w kasynie pieniądze odkładane na dom, może się bronić: „byłaś niedobra, więc chciałem odreagować”, ale to tylko manipulacja. Trzeba zawierzyć swojej intuicji: czy mogę zaufać temu człowiekowi jeszcze raz, czy to ma sens? Niektórzy ludzie są po prostu nieuczciwi i nie warto budować z nimi przyszłości. Przebaczenie to nasza praca nad sobą, nasza decyzja. Ważna nawet wtedy, gdy chcemy się rozstać. Bo też wybaczenie nie jest równoznaczne z zaakceptowaniem tego, co się stało.

Na czym więc polega wybaczenie? Na nierozpamiętywaniu tego, co się stało, na nieodgrywaniu wciąż tego samego „filmu” w różnych wersjach, na braku potrzeby rewanżu. Na tym, że mogę normalnie pracować, śmiać się, bawić z przyjaciółmi. Choć czasem czuję smutek, ale on nie przeszkadza mi normalnie żyć. Na przykład Ania z początku naszej rozmowy, mimo złych doświadczeń z Adamem, nie uznaje za łajdaka każdego mężczyzny, którego spotka. A więc to ona decyduje o swojej przyszłości, o nowych związkach. Ona, a nie to, co się kiedyś wydarzyło. Jeśli by nie wybaczyła, straciłaby kontrolę nad własnymi myślami i życiem. Na przykład nie mogłaby pracować, bo jej myśli wciąż zaprzątałby Adam („Jak on mógł mi coś takiego zrobić?!”). Przebaczenie jest tak naprawdę dla nas. To my uwalniamy nasze myśli i potencjał, by przeżywać swoje życie po swojemu. Prześladowca przestaje mieć wtedy nad nami kontrolę.

Nie przebaczając, stajemy się ofiarą nieprzebaczenia. Wybaczyć to znaczy zintegrować się ze sobą, nie pozwolić, by kierowała nami krzywda. A więc gdy patrzymy na nowo poznaną osobę – nie doszukiwać się w niej byłego męża, który zdefraudował majątek, czy ojca, który bił. Wtedy pojawia się otwartość na ludzi i świat. Wybaczyć to uwolnić się od cierpienia, ale nie od pamięci. Pamięć pomaga nam ochronić się przed ponownym zranieniem, wychwycić sygnały, które mówią, że ten facet będzie bezwzględny jak były mąż. Kiedy wybaczamy, oceniamy racjonalnie, nie podejrzewamy wszystkich bez powodu.

Czy jest coś, co jednak zawsze kończy związek? Każdy związek ma swoje exit cards, czyli karty wyjścia. Jeżeli znajduje się pośród nich zdrada, to gdy partner „użyje” tej karty, oznacza to koniec. Ale też koniec nie jest równoznaczny z brakiem przebaczenia. Skoro on zdradził, to ona może nie chcieć się z nim zadawać, ale mimo to może mu wybaczyć, by żyć normalnie i w kółko o tym nie myśleć.

Brak nam umiejętności, woli czy odwagi, by powiedzieć: „przepraszam”, „wybaczam”? Przypomina mi się małżeństwo z czteroletnim stażem i rocznym dzieckiem. W pewnym momencie ona odeszła, zabrała dziecko i powiedziała, że nie wróci. On trafił do mnie: „Nie wiem, dlaczego odeszła. Starałem się być dobrym mężem, ojcem, a ona powiedziała, że mnie nienawidzi i nie będzie ze mną. Nie wiem, jak do niej dotrzeć, ale myślę, że najlepiej, jak skupię się na dziecku”. Powiedziałem: „Absolutnie nie, zacznij się interesować żoną: co jej potrzeba, o co jej chodzi? Co zrobiłeś, że odeszła?”. On na to: „Ale co z dzieckiem?”. Odparłem: „Nie przejmuj się teraz dzieckiem, jest pod opieką matki”. Wiedziałem, że nie chodzi o dziecko, ale o jego relacje z żoną i miałem nadzieję, że jeszcze są na tym etapie, że mogą się dogadać. On przychodził do mnie jeszcze kilka razy sam, nim przyprowadził żonę. Ona zaczęła się zastanawiać, czy do niego wrócić. Zawsze rozmawiam z drugą stroną, więc ona na osobności opowiedziała mi swoją wersję. Jej mąż to fajny facet, troskliwy, dbający, ale jednocześnie dumny i dość narcystyczny. Krytykował innych, jacy są beznadziejni, a na niej to robiło złe wrażenie i coraz mniej go lubiła za to, że wszystkich traktuje z góry. Również ją: „Jak ty się ubrałaś, dlaczego nie posmarowałaś się kremem i teraz jesteś cała czerwona?!”. W końcu powiedziała: „Dosyć tego, nie mogę z tobą żyć”. Ale dzięki temu, że on zaczął się o nią troszczyć, pytać o zdanie, dowiadywać, co lubi, zechciała do niego wrócić. Ale zanim wyszli na prostą, ona napisała list. Zawarła w nim wszystko, co jej leżało na sercu. Kiedy on przeczytał ten list, obiecał, że będzie się zachowywał inaczej.

Trudno napisać list do kogoś, kto nas zranił? Bardzo, bo osoba skrzywdzona często myśli, że to, co dobre, jej się nie należy, że ci, którzy ją skrzywdzili, mieli rację: „Gdybym inaczej postąpiła, może oni by tego nie zrobili?”. Zazwyczaj też boi się, bo ci, którzy zadawali jej ból, zawsze mieli nad nią władzę. Pierwsi byli rodzice, a do nich nawet odezwać się nie mogła, więc jak teraz ma oskarżać?

Trzecia trudność to pisanie o swoich uczuciach. Łatwiej pisać o tym, że ktoś coś zrobił, niż co wtedy poczuliśmy, bo wówczas ból znów się pojawi. Ponowny kontakt ze swoim cierpieniem jest bardzo trudny. Dlatego taki list to nie jest prosta ani jednorazowa sprawa, pomaga wtedy, gdy jest elementem psychoterapii.

 

Ireneusz Sielski - psychoterapeuta z Warszawskiego Ośrodka Psychoterapii i Psychiatrii, specjalizuje się w problematyce konfliktów rodzinnych, małżeńskich oraz pracy nad indywidualnym rozwojem.