fbpx

Jestem DDA

Corbis

Prowokowałam awantury, bałam się zgody, zobojętniałam na własne dziecko. Po prostu wstrętna baba, przy której inni czuli się nieszczęśliwi – mówi 35-letnia Ania, kosmetyczka, mężatka, matka dwójki dzieci.

O swoim dzieciństwie opowiadam już spokojnie, jak o filmie fabularnym, którego główna bohaterka wychowała się w rodzinie alkoholików. Która przez długie lata nie miała pojęcia, że doświadczenia z lat młodości zabrała w dorosłość jak plecak, kiedy jako 19-latka wyjeżdżała z Kielc do Warszawy na studia. Myślała, że wystarczy opuścić dom rodzinny, usamodzielnić się, żeby wziąć życie w swoje ręce. Myliła się. To było za mało.

Od rodziców bagaż na drogę

Pili oboje, i ojciec, i matka – razem, dużo, często, nieraz do utraty przytomności. Ojciec, budowlaniec, kontynuował tradycje alkoholowe swojego ojca. Matka, dekoratorka, zalewała  żal po niespełnionych marzeniach o karierze wielkiej malarki. Kiedy przyszłam na świat, a dwa lata później mój brat, przestała pracować i zajęła się domem oraz napełnianiem kieliszków – z każdym rokiem coraz większą ilością trunków.

Ambicje o wyższym wykształceniu i byciu „kimś” przelewali na mnie – brat miał taryfę ulgową, do dziś nie wiem dlaczego. Zamęczali mnie wymaganiami, stale kontrolowali. Z jednej strony miałam być najlepszą uczennicą, z drugiej – nie stwarzali warunków do nauki. Mieszkaliśmy w jednym pokoju z kuchnią.

W domu stale pijaństwo – albo pili sami, albo ze znajomymi „od kieliszka”. Potem często się awanturowali, dochodziło też do rękoczynów. Każdą wolną chwilę spędzałam u przyjaciół lub na kółkach zainteresowań, które na szczęście akceptowali. Nie chciało się wracać, ale narzucili dyscyplinę czasową i najpóźniej o dwudziestej miałam być w domu. Starałam się nie łamać tych nakazów, bo nawet za drobne przewinienia dostawałam lanie smyczą psa. Moja złość na rodziców rzutowała na relacje z bratem, bo to ja miałam dopilnować, by na przykład odrobił lekcje – jeśli tego nie zrobił, gromy padały na mnie, nie na niego.

Ale najgorsze były ich zniknięcia na całe noce. Wychodzili bardzo późnym wieczorem, bez słowa. Nie wiedziałam dokąd, co się z nimi dzieje, kiedy wrócą czy w ogóle wrócą. To zdarzało się już, kiedy miałam 10 lat. Okropnie się wtedy bałam, że coś im się stanie. Zostawałam przecież z młodszym bratem, czułam się za niego odpowiedzialna. Wracali nad ranem, zazwyczaj kompletnie pijani. Płakałam, krzyczałam, prosiłam, żeby mówili, jak mają zamiar zostawić nas samych, ale oni uważali, że nie muszą informować dzieci o swoich planach. Nienawidziłam ich, ale i kochałam.

Nigdy nie próbowałam uciekać z domu. Innego przecież nie miałam. Także świadomości, że to, co się w nim dzieje, jest złe, patologiczne. Po prostu taki był i już. Mówiłam sobie: Nie użalaj się nad sobą. Są tacy, którzy mają od ciebie jeszcze gorzej. W szkole jesteś lubiana, masz przyjaciół, fajną paczkę… Po maturze wyjedziesz i zaczniesz nowe życie.

Życie na wolności

Dostałam się na Politechnikę Warszawską. Spełniłam marzenie ojca, który sam chciał być inżynierem. Wkrótce jednak przekonałam się, że studia techniczne wcale mnie nie interesują. Po roku je przerwałam. Pierwszy raz powiedziałam rodzicom „nie”. Poszłam na zaoczne ekonomiczne i do pracy, żeby uniezależnić się finansowo. Wreszcie zacznę żyć tak, jak chcę – obiecałam sobie.

Zakochałam się. Piotr był fizycznie bardzo podobny do mojego ojca – przystojny brunet. Pierwszy okres
– euforia, wolność, szczęście. Zamieszkaliśmy razem w jego kawalerce. Pierwsze światełko ostrzegawcze zapaliło się we mnie, kiedy zauważyłam, że za często pojawia się u nas alkohol, imprezy siedem razy w tygodniu: w domu, w pubie, u znajomych. Ja podczas wieczoru wypijałam jedno piwo, Piotr się upijał. Zrobił się zaborczy i chorobliwie zazdrosny. Kontrolował mnie, koleżanki nazywał ostatnimi idiotkami. Kłóciliśmy się. Żyłam na jego wyspie, on wybierał znajomych… Oto wyrwałam się od rodziców, by wpaść z deszczu pod rynnę. Piotr był uzależniony nie tylko od alkoholu, lecz i od narkotyków. Odeszłam. Ale straciłam na niego pięć lat.

Skąd we mnie tyle złości?

Poznałam Adama. Był 16 lat ode mnie starszy, rozwiedziony, miał 15-letnią córkę. Ja skończyłam wtedy 25 lat. Rok później urodziła się nasza córeczka Marysia. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Pobraliśmy się.

(…)

Więcej w numerze 2 / 2011

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze